A myśmy się spodziewali…

Nie ma człowieka, który nie przeżyłby w swoim życiu jakiegoś zawodu. I to niejednego – niektórych z nas dotykają one bardzo często. Najbardziej boli, gdy zawiedzie ważna dla nas osoba, komuś bliskiemu stanie się krzywda, gdy nie uda się coś, na co bardzo liczyliśmy.


Nikt  z ludzi nie jest idealny, wszyscy mamy swoje wady i grzeszki – tu truizm, racja. „Nie pokładajcie ufności w książętach ani w człowieku, u którego nie ma wybawienia” – jak mówi autor natchniony w  Psalmie 146. Nie ma co pokładać nadziei w człowieku – matce, mężu, żonie, dziecku – bo oni na pewno na którymś etapie naszego życia nas zawiodą. Po prostu nasze nadzieje, życzenia, pragnienia przerastają możliwości każdego z ludzi. Jakkolwiek silna byłaby jego miłość względem nas, chęć pomocy, przysłowiowego „uchylenia Nieba”, jako człowiek jest za słaby, by sprostać wszystkim naszym nadziejom. Sam kilka lat temu byłem mocno dotknięty takim doświadczeniem. Nie rozumiałem, dlaczego ludzie z mojego otoczenia, często bliscy, tak bardzo mnie zawodzą, choć liczyłem na co innego. Czy byli tak perfidni? Czy mnie okłamywali, źle życzyli?

Pamiętam, że gdy zwierzyłem się z tego mojemu ówczesnemu spowiednikowi, ten westchnął i powiedział, że im wcześniej człowiek sobie tę prawdę uświadomi i ją przyjmie, tym mniej żalu i smutku będzie żywił do innych ludzi. Nie możemy przecież wymagać, by wszystko zawsze szło po naszej myśli, jak w zegarku czy teatrze, by nasze otoczenie zachowywało się tak, jak sobie życzymy. Wspomniał o ludzkiej słabości i niedoskonałości oraz wolnej woli innych ludzi, która często jest rozbieżna z naszymi pragnieniami. Dziś to wszystko wydaje mi się naturalne i wręcz oklepane, ale gdy wtedy to sobie uświadomiłem poczułem, jakbym dostał obuchem w głowę. Polecam każdemu, kto jeszcze tego nie przeżył, a jestem pewien, że jest takich dość sporo.

W tym miejscu wielu zapyta: dobra, z ludźmi tak zapewne jest, ale z Bogiem? On przecież jest doskonały, jest Miłością, a przecież często zawodzi ludzi? Prawdą jest, że sprawy wiary, duchowości jak każde inne wiążą się właśnie z niespełnionymi nadziejami. Myślę, że to nie Bóg często zawodzi ludzi, co my sami Mu nie ufamy, nie dajemy się poprowadzić, wolimy raczej tworzyć nowe plany i pragnienia, kurczowo się ich trzymać i rozliczać Go z ich realizacji. A jeśli tak się nie dzieje – obrażamy się na Niego, na Kościół, przestajemy się modlić, chodzić co niedziela do kościoła – strzelamy focha, bo On nie zrobił czegoś co ja sobie wymyśliłem, na co miałem nadzieję. W najlepszym przypadku – skupiamy się tylko na klęsce swoich planów, nie widząc tego, co Bóg daje nam zamiast nich, a co często, choć diametralnie inne, w dłuższej perspektywie jest dla nas lepsze.

W czasie drogi do Emaus uczniowie, których Ewangelista opisuje jako „smutnych”, mówili o Jezusie „A myśmy się spodziewali, że On właśnie miał wyzwolić Izraela”. Byli tak tym przejęci, że nie zauważyli Go obok siebie, choć szli razem dłuższy czas. Jeszcze wcześniej, gdy Jezus opowiadał o swoim Ciele i swojej Krwi, według ewangelisty Jana wielu z tych, którzy to słuchali, mówiło „Trudna jest ta mowa. Któż jej może słuchać?”. Wszyscy oni spodziewali się czegoś innego. Ich nadzieje na to, że Jezus będzie Mesjaszem-wodzem, pokona Rzymian i przywróci Królestwo Izraela, spełzły na niczym. Przykre jest także to, że owo rozwianie nadziei spowodowało ich zamknięcie na rzeczywistość. Uczniowie rozpoznali Jezusa dopiero gdy dotarli do celu, w trakcie wieczornego łamania chleba. Ludzie słuchający Jego mowy eucharystycznej również nie skupiali się na sensie Jego słów, nie chcieli się trudzić przyjęciem prawdy o Ciele i Krwi. Od razu zaszufladkowali ją jako „trudną”, jako słowa nienadające się do rozwagi. Woleli skupić się na tym, że Jezus nie mówi i nie robi tego, na co liczyli, czego się po nim spodziewali.

Mocno egoistyczne podejście – widzę kogoś, słucham kogoś, idę za kimś, o ile jest zgodny z tym, czego sobie życzę, czego chcę, na co mam nadzieję. Jeśli tylko dzieje się inaczej, ktoś okazuje się inny, niż sądziłem – skreślam go albo nie zauważam, nie jest już ważnym elementem mojego życia. Wielu ludzi opuściło Kościół i przestało wierzyć w Boga przez to, że nie spełniły się ich plany i marzenia. Tak jakby Bóg miał w obowiązku wysłuchiwać wszystkich naszych próśb, bez względu na to, jakie przyświecają nam intencje, i jakie przyniosą one skutki… Bóg oczywiście nie jest głuchy na nasze modlitwy i chce nam pomóc, ale niekoniecznie na naszych warunkach – życie ma przecież prowadzić do zbawienia. I to przede wszystkim na zbawienie siebie i innych powinniśmy mieć nadzieję. „Starajcie się naprzód o królestwo Boga i o Jego sprawiedliwość, a to wszystko będzie wam dodane.”

Wiem, że łatwo takie słowa napisać, łatwo pouczać innych. Wiem, że relacje z innymi ludźmi, często nasz własny rozum czy uczucia to wszystko komplikują. Trudno zaufać i mieć nadzieję, że Bóg to jakoś wszystko ogarnie. Że nie potrzeba konstruowania misternych planów, kurczowego trzymania się ich, poczucia bezpieczeństwa, które dają człowiekowi. Spodziewam się, że przeczytają to ludzie  w tak trudnych sytuacjach życiowych –  również moi znajomi – i zapewne wyśmieją mnie i te słowa. Bo dziewczyna od lat chodzi na wspólnotę, szczerze i dużo się modli, a ojciec mimo kilku odwyków nadal pije . A jakby tego było mało, jeszcze chłopak zaciągnął ją do łóżka i zaraz potem zostawił. Innej znowu – również mocno wierzącej – rodzice nie kochają, bo jest najmłodszym i nieplanowanym dzieckiem, co musiała od zawsze wysłuchiwać, a teraz wyrzucają ją z domu i ostrzegają, że już ma do nich nie wracać. Komuś innemu ojciec zmarł w dzieciństwie i wychowuje go zaborcza matka, stosująca szantaż emocjonalny i zawstydzająca go przy ludziach. Bo komuś ukochana osoba zmarła w wypadku samochodowym kilka miesięcy przed ślubem. Jeszcze ktoś inny leczy się od długich miesięcy psychiatrycznie, bo traumatyczne dzieciństwo – o którym nie umie szczerze opowiedzieć nawet lekarzowi – nie dają jej spokoju i co gorsza, powodują problemy. Przecież to nie tak miało być, nie tego się spodziewaliśmy, nie do tego dążyliśmy, o coś innego się modliliśmy… Jak teraz zaufać i mieć nadzieję?

Czy wszystkie wcześniejsze słowa nie brzmią przeraźliwie banalnie? Może tak być, to zależy od intencji, z którą je przyjmiemy. Czy kogoś wzruszą, zmienią do myślenia? Mam nadzieję, że tak. Gdy patrzymy na życie swoje i ludzi obok, wydaje się, że tej nadziei nie ma, że Bóg nas wszystkich opuścił, albo że nie chce panować nad naszym życiem. Każdy miewa takie momenty, grunt to jednak zawczasu się ogarnąć i żyć dalej. Ja sam mam również swoje za uszami i przeróżne przeżyte doświadczenia, sinusoidalną drogę relacji z Bogiem i nadziei na to, że On to wszystko ogarnie, choć bywa bardzo trudno i beznadziejnie.  Mieć nadzieję wbrew nadziei jest bardzo trudną sztuką i mimo wszystko sądzę, że jeśli zaciśniemy zęby i skupimy się przede wszystkim na Bogu i Jego sprawach, On jakoś to wszystko ułoży i z każdego zła wyciągnie dobro. Na koniec cytat z Ewangelii Jana – gdy uczniowie zapytali Jezusa, kto zawinił, że napotkany przez nich człowiek był niewidomy od urodzenia,  Chrystus odpowiedział: „ani on nie zgrzeszył, ani rodzice jego, ale stało się tak, aby się na nim objawiły sprawy Boże.” Dobrze jest mieć nadzieję na to, że również przez nasze nieszczęścia i problemy objawią się na nas sprawy Boże.

Author: Kajetan Garbela

Rodem z Lublińca, absolwent historii na UJ, członek Stowarzyszenia Młodzieżowego NINIWA

Podziel się artykułem na

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *