O Zenku Martyniuku i zacofanych Polaczkach
Sty03

O Zenku Martyniuku i zacofanych Polaczkach

Podobno Sylwester z Dwójką miał dwa razy większą oglądalność niż Sylwester z TVN. Ból nie do opisania przeżywają z tego powodu wszelkiej maści nowocześni, oświeceni i wykształceni dziennikarze z wielkich ośrodków. Publicyści sympatyzujący z okołoopozycyjną sferą polityczną doszukują się miliona powodów, dla których oglądalność prezentuje się tak, a nie inaczej. Wina oczywiście jest po stronie Polaczków-Cebulaczków, którzy wolą dysko-polo, a nie jakieś bardziej wysublimowane muzyczne klimaty. Winę próbuje się zwalić na PiS, Kurskiego i cały świat. Winy natomiast nie widzi się u siebie samych. Krzysztof Majak dla naTemat.pl spłodził nawet na ten temat tekst pt.: „Polska Chylińskiej kontra Polska Zenka Martyniuka. Ta pierwsza już w zasadzie nie istnieje”, w którym przedstawia swoje odkrywcze tezy. Zastanawia się on w swoim felietonie, dlaczego TVP2 znokautowała TVN, skoro wystawiła (zdaniem Majaka) swoje największe gwiazdy, gdy telewizja polska zdecydowała się na jakieś badziewie pokroju Zenka Martyniuka. Oczytany i wykształcony dziennikarz dochodzi do wniosku, że to przez Polaków spod znaku 500+ – tych niewykształconych, zacofanych, ciemnych, zamieszkujących wiejskie tereny, którzy są tak niewymagający, że sprzedadzą się za „Twe oczy zielone”. Tych Polaków, którzy zadowolą się byle czym, bo już dawno przestali wymagać czegoś więcej. Problem polega na tym, że ów tekst świetnie dostarcza zupełnie innych powodów, dla których ludzie wybrali Martyniuka, a nie Chylińską. Owym powodem jest wybujałe ego autora (jak i całej tej medialnej, uważającej się za lepszą intelektualnej masy pokroju portalu naTemat.pl i TVN-u) oraz poczucie, że inni są gorsi. Ci, których uważa się za głupszych, wcale tacy głupi nie są i doskonale mają świadomość tego, kiedy pluje się im w twarz. A narcyzm Majaka i poczucie wyższości to jeden z wielu powodów, dla których ludzie mają tego po prostu dosyć. Wołając nieustannie o podziałach, jakie aktualna władza powoduje między ludźmi, niektórzy nie zauważają, że sami te podziały tworzą. Ileż to powstało po ostatnich wyborach tekstów o tym, że PiS wygrał, bo głosowali na niego sami głupi, niewykształceni i w ogóle największa ciemnota! W końcu jak zauważa Majak: „Żyjemy w Polsce PiS-u, 500+ i Zenka Martyniuka. Efekt? Większość jest zadowolona, bo ludzie dostają to, czego chcą i co lubią”. Co można z tego wyczytać? Żyjemy w Polsce, gdzie większość ludzi to durnie, nie mający o niczym pojęcia. Samozwańczym „elitom” wydaje się, że mogą innych poniżać. Problem w tym, że takie elity długo się nie utrzymają i w końcu sięgną dna. Zaczyna być coraz bardziej widoczne, że tam się zbliżają, skoro Wyborcza traci czytelników, a TVN ma coraz niższą oglądalność. To nie wynika z tego, że ludzie są głupi. To wynika z tego, że ludzie nie chcą być traktowani jak nic niewarte śmieci. Póki niektóre środowiska nie nauczą się szacunku do drugiego człowieka,...

Read More

Grzechy główne świątecznej telewizji

W święta bożonarodzeniowe wszelka telewizja i wszystkie stacje powinny zawiesić nadawanie swoich świątecznych ramówek. Wszystko przez to, że niczego ciekawego i pożytecznego do naszego życia nie wniosą. Telewizja w święta to prawdziwe odstawianie szopki, bynajmniej nie bożonarodzeniowej. Każda ze stacji stara się jak może, żeby swojego odbiorcę wprowadzić w świąteczny nastrój, by tematycznie odpowiedzieć na potrzeby rynku i w końcu, by zarobić jak najwięcej pieniędzy na oglądalności. A ograniczony lud to kupuje, bo podczas świąt w wielu domach telewizor jest włączony od rana do późnej nocy. Telewizję oglądamy pomiędzy jednym a drugim kawałkiem sernika, zagryzając karpiem w galarecie czy przyjmując kolędników. Oglądamy ją nawet wtedy, gdy świadomie nie patrzymy. Dodatkowo w ogóle nie zauważając w tym wyjątkowym okresie głównych grzechów telewizji. PO PIERWSZE: MASŁO MAŚLANE Jak to jest, że w święta ciągle się o nich mówi? W ciągu tych kilku dni szeroko pojęta tematyka świąteczna rozbijana jest na milion czynników pierwszych – w końcu we wszystkim, co już znane i omówione można znaleźć coś, o czym da się powiedzieć w inny sposób. Nieustannie magluje się ten temat. W każdej świątecznej ramówce nie może zabraknąć studia specjalnie przyozdobionego na tę okoliczność – głównym zadaniem takiej aranżacji jest to, żeby gadające głowy mogły nawijać o świętach. Bo w tym okresie nic tak nie cieszy, jak słuchanie o tym, w jaki sposób spędziła święta w rodzinnym domu ta czy inna piosenkarka. Nic tak nie ciekawi, jak słuchanie o tym, jakie świąteczne tradycje pamięta ten czy tamten aktor. Przecież choinkę, 12 wigilijnych potraw i dzielenie się opłatkiem mało który widz zna. A już takie nowości, jak pierwsza gwiazda, śpiewanie kolęd po wspólnej wieczerzy czy wolne miejsce przy stole, to tradycje, które dla wielu są czarną magią. PO DRUGIE: ODGRZEWANE KOTLETY Nic tak nie nabija telewizyjnej kabzy, jak odgrzewanie nieustannie tych samych filmowych szlagierów. Bo w końcu święta bez „Kevina…”, to nie święta. Warto również dorzucić do tego „Szklaną pułapkę” – nie ma znaczenia, że przecież jest tak mało świąteczna. Składa się za to z 5 części, które można serwować widzom dzień po dniu. A po wyświetleniu wszystkich czas jeszcze na powtórki! Do tego dochodzą inne kiczowate filmy, które święta przedstawiają w skrzywionym zwierciadle – wszystkie te „Śnięte Mikołaje” i inne mnożone po stokroć wariacje na temat brodatego staruszka w czerwonym wdzianku umilają świąteczne popołudnia i wieczory. Nie należy również zapominać o polskiej kinematografii, którą jakiś wewnętrzny patriotyzm każe promować. Prym wiodą tutaj komediowo-romantyczne produkcje pokroju „Tylko mnie kochaj”, "Dlaczego nie" czy klasyka polskiego kina – „Vabank”, „Miś” i „Chłopaki nie płaczą”. Nie może również zabraknąć propozycji dla najmłodszych odbiorców, więc trzeba wygrzebać z telewizyjnego archiwum coś, co się sprawdza, czyli jak co roku...

Read More
Kilka refleksji o bożonarodzeniowej dobroci
Gru23

Kilka refleksji o bożonarodzeniowej dobroci

Święta to czas, kiedy powinniśmy być dla siebie nawzajem milsi. To czas, kiedy spory powinny milknąć, a podziały – zanikać. To taki wyjątkowy okres, w którym ludzie powinni stawać się lepsi. I w dużej mierze tak własnie jest! Świąteczny czas powoduje, że w ludziach uaktywniają się pokłady dobra. Skala zaangażowania w różnorakie charytatywne akcje z roku na rok przerasta najśmielsze oczekiwania. Wielu włączyło się w Szlachetną Paczkę, w wolontariat i przygotowywanie kolacji wigilijnych dla bezdomnych. Znaleźli się też tacy, którzy odwiedzali z mikołajkowymi prezentami domy dziecka. Inni organizują świąteczne spotkania dla samotnych i ubogich, jeszcze inni angażują się w pomoc bezdomnym zwierzętom. Przejawy ludzkiego dobra można by wymieniać i wymieniać. Święta stają się świetnym przełącznikiem szarej codzienności w codzienność przepełnioną cudami. Oprócz tego zdecydowanie milsi jesteśmy dla siebie nawzajem, w swoich wspólnotach, w swoim otoczeniu codziennym, w gronie rodzinnym. Obdarowujemy się prezentami, a także ciepłym słowem. Staramy się nie wchodzić w konflikty ze sobą, zażegnujemy dawne spory, zapominamy o tym, co było złe. Nie ma w nas niechęci do drugiego człowieka. Wspólnie spędzamy czas, niepoganiani żadnymi obowiązkami. W końcu najważniejszy staje się człowiek. Nawet w szaleństwie przedświątecznych zakupów i wszelakich przygotowań ludzie są dla siebie lepsi. Mimo że kolejki w sklepach zdają się niekończące, a korki na ulicach mogą doprowadzić do zwątpienia, to jednak świąteczna atmosfera pomaga sobie z tym poradzić. Okołoświątecznym zmaganiom zdecydowanie częściej towarzyszą serdecznie uśmiechy niż niekontrolowane wybuchy złości. Jest to fenomen, który uaktywnia się raz do roku, właśnie w tym wyjątkowym czasie i raczej trudno takie efekty uzyskać z jakiejś innej okazji. Wpatrzeni w mieniącą się światełkami choinkę, zatopieni w Małym Dzieciątku, leżącym w kościelnej stajence, odzyskujemy na nowo nadzieję, którą często życie codzienne nam pożera. Życie przestaje wydawać się takie trudne, problemy nieco bledną i liczy się tylko i wyłącznie ta jedna chwila – chwila, kiedy Miłość się rodzi. A w nas rodzi się pragnienie, aby się tą miłością ze wszystkimi dzielić. W ludziach rodzi się specyficzna potrzeba przebywania w czyimś towarzystwie i nikt nie chce być sam w te dni. Dzielenie się radością staje się zaraźliwe i reakcją łańcuchową dotyka kolejnych ludzi. I chyba to jest w tym wszystkim najpiękniejsze! Wyjść do drugiego człowieka, zarazić go radością, sprawić, by na jego twarzy zagościł uśmiech! Jest to wszystko w jakimś stopniu zrozumiałe. Święta Bożego Narodzenia mają tę szczególną aurę wyjątkowości i ciągle towarzyszy nam przeświadczenie o cudach, które mogą się wydarzyć i które są możliwe. To taki restart duchowy dla człowieka, wewnętrzne oczyszczenie. Radość sprawia myśl, że oto Bóg się rodzi, że przyjmuje nasz słabe, niedoskonałe ciało i staje się jednym z nas. Jak tu nie być dla siebie wyjątkowym, skoro Wszechmocny tak bardzo...

Read More
Tylko w Chrystusie nasze wyzwolenie
Cze24

Tylko w Chrystusie nasze wyzwolenie

Święty Paweł po raz kolejny podaje nam kwintesencję wiary chrześcijańskiej. Kto by pomyślał, że jest nią Wolność, skoro Kościół dyktuje człowiekowi tyle nakazów, zakazów i zasad do wypełnienia? Trzynasta niedziela zwykła daje na to odpowiedź. (Ga 5, 1) Trzeba nam na to wszystko spojrzeć od zupełnie innej strony. Kiedy świat postrzega Kościół i wiarę jako totalne zniewolenie i ustawianie własnego życia pod dyktando z góry ustalonych zasad, warto zastanowić się co tak naprawdę człowieka zniewala, a co gwarantuje mu wolność. Świat przekonuje, że to właśnie w nim możemy odnaleźć pełnię wolności. Dlatego dostajemy wszystko, czego pragniemy. Spełniane są nasze różnorakie zachcianki, możemy mieć właściwie każdą rzecz, jaka nam się zamarzy. Zastanawiające jest więc to, dlaczego ludziom ciągle czegoś brakuje, dlaczego wielu ludzi nie może odnaleźć szczęścia.   Naszym największym zniewoleniem jesteśmy my sami dla siebie. Dajemy się kierować własnymi pożądliwościami, chceniami, ciągłymi pragnieniami, które nieustannie rosną i zdają się nie mieć końca. Jeśli mamy wiele, chcemy mieć jeszcze więcej. Wszystko powinno być na nasze zawołanie i do naszej dyspozycji. Wiele jest tych węzłów, które trzymają nas spętanych i nie pozwalają nam tak naprawdę żyć. Jesteśmy jak ci ludzie z fragmentu Ewangelii, którzy owszem, pójdą za Jezusem, ale muszą jeszcze kilka spraw załatwić, muszą zająć się majątkiem, muszą się pożegnać. My też mamy wiecznie coś do załatwienia, a Boga spychamy "na potem".  Tylko i wyłącznie w Chrystusie jest nasze wyzwolenie. Jednak nie jest to wolność, rozumiana jako "hołdowanie ciału", jak to określił św. Paweł. To wolność, będąca prawdziwym oswobodzeniem z wszelkich możliwych łańcuchów, które nas mocno trzymają w świecie doczesnych przyjemności. Trzeba iść za tym, czego pragnie dusza, pamiętając, że "Ciało bowiem do czego innego dąży niż duch, a duch do czego innego niż ciało, i stąd nie ma między nimi zgody, tak że nie czynicie tego, co chcecie."  Trzynasta niedziela zwykła obfituje w liturgię słowa, która zapewnia, że zdecydowanie warto porzucić wszystko, aby iść za Jezusem. Wyzwolić się z kajdan grzechu, z kajdan codziennych niewoli i pożądliwości, które dyktują nam w jaki sposób powinniśmy żyć. Trzeba sobie przede wszystkim uświadomić, że jedyne wyzwolenie jakie istnieje to wyzwolenie w Jezusie. Na zawsze i na wieki!   LITURGIA SŁOWA...

Read More
Jedność w Chrystusie?
Cze18

Jedność w Chrystusie?

Święty Paweł przekonuje, że wszyscy ochrzczeni w Chrystusie, że wszyscy w Niego wierzący, to jedność i nierozłączna wspólnota. Do tego dodaje, że dzięki Jezusowi zostały zniesione wszelkie podziały.  (Ga 3, 26) Trochę trudno ze św. Pawłem się zgodzić. Niby jedność, a tak naprawdę rozproszenie. Niby jedna wspólnota wierzących, a jednak podzielona na wiele czynników pierwszych. Niby wszystko jedno i to samo, a jednak co rusz powstają nowe grupy, którym wydaje się, że o wiele lepiej rozumieją nauczanie Chrystusa, niż pozostali. Co więcej, lepiej rozumieją nauczanie Chrystusa, niż sam Kościół.  Trochę jest z nami, jak z tym postrzeganiem Jezusa przez różnych ludzi. Kiedy Chrystus zapytał swoich uczniów za kogo jest uważany, pojawiło się naprawdę sporo odpowiedzi, co pokazało jak ludzie byli co do Jego osoby podzieleni. Jedni uważali Go za Eliasza, inni za jakiegoś proroka. Część pewnie widziała w Nim Mesjasza, który wyzwoli Żydów z niewoli. Sami uczniowie widzieli z Nim Bożego Pomazańca. Różne interpretacje – jeden Chrystus.   Również i teraz ten jeden Chrystus jest postrzegany w różny sposób. W różny sposób też odbiera się Jego słowa. Dlatego powstają rozmaite wspólnoty, domowe Kościoły, oazy i stowarzyszenia wierzących, które na swój sposób i dla własnych korzyści wykorzystują naukę Jezusa. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie to, że coraz częściej, te różne wspólnoty są względem siebie wrogie.   Przykład: w mojej niewielkiej, lipowskiej parafii można się doszukać z pięć różnych wspólnot, które mają pięć różnych dróg formacyjnych, które oferują pięć różnych dróg do poznania Boga. Myślę, że można to uznać za dobre, w końcu każda z tych grup przekazuje jedno i to samo Objawienie, jedną i tę samą naukę Kościoła. Jednak nigdy w historii parafii (przynajmniej za mojego życia) nie zdarzyło się, żeby te wszystkie wspólnoty stanęły ramię w ramię i coś razem zorganizowały. Bo ten nie lubi tamtego, a tamta nie dogada się z tą. Bo każdy ma inną wizję i generalnie różnice są nie do przekroczenia. Więc ja się pytam: gdzie ta jedność w Chrystusie, o której pisze św. Paweł w liście do Galatów? Gdzie ten brak podziałów?  Duch Święty obdarowuje wiernych Kościoła różnorakimi charyzmatami, które nakazane jest wykorzystywać jak najlepiej. Po to też powstają różne wspólnoty, aby każdy mógł się w którejś odnaleźć. Problem pojawia się, kiedy owe wspólnoty zapominają, że są częścią czegoś większego, że tworzą wraz z innymi, równie wartościowymi grupami wiernych, ciało Chrystusa. A przecież każdy z nas, niezależnie od tego, czy należy do Oazy, Neokatechumenatu, Akcji Katolickiej czy Duszpasterstwa, został "przyobleczony" w Chrystusa. Wszyscy jesteśmy równi, wszyscy jesteśmy jednością w Chrystusie.   LITURGIA SŁOWA na dwunastą niedzielę...

Read More
Co zrobić z wiecznym życiem?
Cze13

Co zrobić z wiecznym życiem?

A gdyby tak być wiecznie młodym, pięknym i nie musieć umierać? Wielu oddałoby wszystko za nieśmiertelność. Główna bohaterka filmu pt.: Wiek Adaline (2015) oddałaby wszystko, by w spokoju się zestarzeć u boku ukochanego i w końcu, po trudach ziemskiego życia, umrzeć. Adaline poznajemy w czasach współczesnych, w momencie, gdy odbiera od młodego chłopaka fałszywy dokumenty tworzące jej nową tożsamość. Następnie narrator wprowadza nas w nieco smutną historię kobiety, urodzonej w poprzednim stuleciu, która do pewnego momentu wiodła w miarę normalne i spokojne życie. Pomimo kilku tragicznych przeżyć, jak np. śmierć męża, Adaline wiodła całkiem poukładane życie. Jednak w jednej chwili wszystko miało się zmienić, kiedy to wypadek samochodowy zagwarantował głównej bohaterce ciekawą przypadłość – przestała się starzeć. Nabywane życiowe doświadczenia nie objawiały się w rosnącej ilości zmarszczek na twarzy. Adaline stała się swego rodzaju anomalią. Musiała więc uciekać, ukrywać swoją prawdziwą tożsamość, aby w ten sposób chronić siebie i swoją córkę. Przenosząc się z miejsca na miejsce, zmieniając nazwisko co kilka lat była wiecznie w podróży, nie mogąc zagrzać nigdzie na dłużej miejsca. Żyjąc w samotności wiedziała, że nie może nikomu zdradzić swojego sekretu, a ciągła ucieczka była jedynym na to sposobem. Dochodzi jednak do momentu, w którym Adaline jest zwyczajnie zmęczona takim życiem i chce móc spokojnie kochać i być kochaną. Wiek Adaline to opowieđ, w której doświadczamy razem z główną bohaterką rozterek nad konsekwencjami, jakie mogę płynąć z wyjawienia przez nią jej największego sekretu. Skoro fabuła została nakreślona, przejdźmy najpierw do zalet filmu, których Wiek Adaline ma zdecydowanie mniej, niż wad. Właściwie to zalety można wymienić tylko dwie: Blake Lively i Harrison Ford. Jeśli ktoś szuka w tym romansidle czegoś więcej, to może się sromotnie rozczarować. Chociaż dla wielbicieli ckliwych melodramatów film może okazać się strzałem w dziesiątkę. W ogólnym rozrachunku wypada nadzwyczaj słabo. Zjawiskowa Blake Lively kreacją wiecznie młodej Adaline pokazała, ze stać ją na wiele więcej niż tylko odgrywanie rozpieszczonej nastolatki Upper East Side, czy roztrzęsionej ukochanej Zielonej Latarni. Z nastolatkowania Lively już zdecydowanie wyrosła tworząc postać w sposób dojrzały, przemyślany i przede wszystkim spójny. Wachlarz emocji jaki swoim zachowaniem, mimiką czy gestykulacją pokazywała, świadczy niewątpliwie o jej rozwoju aktorskim, dzięki czemu Wiek Adaline ogląda się całkiem przyjemnie. Niestety jej największą wadą był grający u jej boku Michiel Huisman, wcielający się w postać Ellisa Jonesa. O ile Lively fantastycznie pokazała emocjonalne zmagania swojej postaci, o tyle w Huismanie najbardziej męska była jego klata wyeksponowana w jednej ze scen. Całościowo wypadł słabo, przypominając bardziej rozmemłaną nastolatkę, niż prawdziwego mężczyznę zakochanego do szaleństwa w blondwłosej piękności, na czym niestety Wiek Adaline mocno traci. W miłosnym duecie sprawdził się tutaj o wiele lepiej Harrison Ford. Krytycy i recenzenci są dość...

Read More
Jezus widzi człowieka
Cze10

Jezus widzi człowieka

Liturgia słowa na jedenastą niedziele zwykłą pokazuje dobitnie przede wszystkim dwie rzeczy. Pierwsza: człowiek jest grzeszny i często upada. Druga: Bóg patrzy na człowieka tylko i wyłącznie z miłością i miłosierdziem.  (Ga 2, 20) Kwestie te są dość oczywiste, ale codzienne życie pokazuje, że nie do końca człowiek ma tego świadomość. Skłonność do popełniania zła bywa często bagatelizowana, a miłosierdzie Boże aż nadto eksploatowane. Tymczasem żeby to drugie mogło działać potrzeba uznać swoje winy, uklęknąć przed Panem i stanąć w prawdzie swoich czynów. Bez tłumaczeń: "bo taki już jestem".  We fragmencie Ewangelii wg. św. Łukasza została przedstawiona scena, znana chyba każdemu. Oto jawnogrzesznica, cudzołożnica Maria Magdalena upada przez Jezusem i obmywa Mu stopy własnymi łzami. Wszyscy obecni w domu Szymona są oburzeni całą sytuacją. Przecież Jezus powinien wiedzieć z kim ma do czynienia! Powinien kobietę natychmiast wyprosić, wyrzucić, przekląć i nie wiadomo co jeszcze. Powinien nie chcieć mieć z nią nic do czynienia. Problem polega na tym, że tak właśnie ludzie widzą siebie nawzajem. Tak właśnie ludzie wzajemnie się przeklinają.  Czasem trudno jest dojrzeć człowieka w człowieku. Z dokładnością jastrzębia, wypatrującego swojej ofiary, dostrzegamy za to ludzkie przewinienia i na ich podstawie skreślamy innych. Zapominamy zupełnie, że pod grubą warstwą grzesznego brudu, nieczystości i brzydoty zła jest przede wszystkim osoba. Tymczasem Chrystus widzi przede wszystkim człowieka. Widzi też jego nieustanną walkę ze słabościami. Widzi, jak ten człowiek stara się powstać po upadku.   Takie spojrzenie, to spojrzenie Miłosierdzia. W taki sposób Bóg patrzy na każdego z nas, niezależnie od tego, co zrobimy. Tak samo patrzył również na Dawida, kiedy ten zgrzeszył, zabijając swojego najlepszego żołnierza, żeby poślubić jego żonę, Batszebę. Dawidem kierowały przede wszystkim pożądliwości, nie myślał trzeźwo i za wszelką cenę musiał zaspokoić swoje pragnienia. Mimo że w oczach ludzi taka zdrada może być niewybaczalna, to Bóg obdarowuje Dawida swoją miłością, odpuszcza mu to przewinienie.   Świadomość miłosiernego spojrzenia Boga ma również św. Paweł. Przekonuje On, że naszą grzeszność usprawiedliwia wiara w Chrystusa i dzięki niej jesteśmy obdarowywani przez Ojca łaską. Pomimo tego, że prowadzimy "życie w ciele", że ciągle popełniamy grzechy, nasze życie naznaczone jest wieloma upadkami, to jednak wiara w Jezusa ciągle trzyma nas przy Życiu – tym prawdziwym i tym wiecznym.    LITURGIA SŁOWA na jedenasta niedziela...

Read More
Samotność Ultrona
Maj20

Samotność Ultrona

Filmy o superbohaterach – zwłaszcza te wychodzące z taśmy produkcyjnej Universum Marvela – to przedłużenie dzieciństwa. A że z dziecka mam w sobie sporo, to niestety nie potrafię krytykować kolejnych adaptacji opartych na komiksach. „Czas Ultrona” w moim przekonaniu na krytykę również nie zasłużył, chociaż kilka niedociągnięć warto wymienić. Fabuła rozpoczyna się w miejscu, w którym zakończyły się wydarzenia z drugiej części „Kapitana Ameryki”. Avengersi rozpracowują ostatnią jednostkę Hydry, aby w ten sposób zapobiec złowieszczym planom organizacji. Jak wiadomo, licho nie śpi, dlatego Tony Stark (Robert Downey Jr.) wpada na pomysł stworzenia sztucznej inteligencji, która będzie gwarantem bezpieczeństwa i pokoju na świecie. Nie wszystko jednak idzie tak, jak zaplanował sobie naukowiec – inteligencja wymyka się spod czyjejkolwiek kontroli i tak powstaje Ultron (James Spader), który swoją rolę na świecie odbiera zgoła inaczej niż jego twórca. Dochodzi więc do momentu, w którym Mściciele zmuszeni są walczyć z tworem Starka i jego armią. Chociaż schemat całej historii opiera się na tradycyjnym podziale na dobrych i złych bohaterów, chociaż protagoniści walczą z antagonistą, to jednak twórcy skupili się na czymś zupełnie innym. Ukazuje się nam bowiem obraz bohaterów, którzy muszą poradzić sobie z wrogami, z tym że okazuje się, że są nimi oni sami. Dlatego pomijając ostrą naparzankę pomiędzy Avengersami, a armią Ultrona warto zwrócić uwagę na wątki psychologiczne zawarte w fabule. Nie są one jakoś wybitnie rozbudowane – w końcu czego można się spodziewać po kasowym blockbusterze. Trudno jednak odmówić Whedonowi, że zgrabnie wplótł analizę psychologiczną w rozgrywające się wydarzenia. To właśnie główne postacie są wrogami zarówno dla samych siebie, jak i dla siebie nawzajem. Każdy ma swojego wewnętrznego potwora, z którym prędzej czy później musi się zmierzyć. Spoiwem całości zdaje się tutaj być – raczej nieobecny w pierwszej części – Sokole Oko. Poznajemy jego rodzinę i zwykłe życie jakie wiedzie pomiędzy walkami z mocami zła. Staje się on dla pozostałych postaci nie tylko motywatorem do zastanowienia się nad sobą, ale przede wszystkim przykładem ustatkowania i oswojenia własnych demonów. Oprócz stałej ekipy z pierwszej części „Avengers” dostajemy dodatek w postaci bliźniąt z nadprzyrodzonymi mocami. Pietro Maximoff (Aaron Taylor-Johnson) jest szybki niczym błyskawica, a jego siostra Wanda (Elizabeth Olsen) z łatwością miesza ludziom w głowach za pomocą hipnozy. O ile postać Quicksilvera jest pokazana w całokształcie, to ze Scarlet Witch właściwie nic nie wiadomo. Niby ma w zanadrzu tę hipnozę, jednak w scenach walki po prostu powala przeciwników magicznymi czary-mary. Postać ta nie trzyma się jakiegoś ustalonego schematu, zdaje się jakby była dopracowywana zgodnie z tym, co pasuje w danym momencie do scenariusza. Przez to jest mdła i pozbawiona wyrazu.   Ciekawym przypadkiem jest również sam Ultron, który w niczym nie przypomina...

Read More
Obrączkę to Ty szanuj!
Maj04

Obrączkę to Ty szanuj!

Dziwna moda przywędrowała do nas nie wiadomo skąd. Na serdecznych palcach młodych ludzi zaczęły się pojawiać srebrne obrączki, mające świadzyć o powadze ich związków. I ja się pytam: po co? Fora internetowe dostarczają różnorakich odpowiedzi. Że to forma wzajemnej przynależności, że to obietnica bycia ze sobą na dobre i złe, albo zdeklarowanie życia w czystości. Ostatnie, choć sensowne najbardziej, pojawia się jednak bardzo rzadko. Najczęściej chodzi o to, że jak ktoś już ze sobą jest dłużej i chce się zobowiązać, ale do ślubu mu jeszcze nieśpieszno, to zakłada sobie i swojej połówce srebrną obrączkę na serdeczny palec. Jest w tym wszystkim swego rodzaju paradoks, albo wybitna fobia przed zawarciem związku małżeńskiego. Podobnych odpowiedzi dostarczają pytania zadane bezpośrednio osobom, które taką obrączką się szczycą – ma ona być znakiem głębszego zaangażowania w związek, poświadczenia swojej „zajętości” i deklaracji względem ukochanej / ukochanego. Za moich czasów – jakkolwiek dziwnie to brzmi, wychodząc spod klawiatury 24-letniej kobiety, będącej w małżeństwie niecały rok – wszystko miało swój czas i miejsce. I było to naprawdę piękne! Związek z drugą osobą był czasem jej poznania. Potem następowała deklaracja ze strony mężczyzny i pytanie: czy spędzisz ze mną resztę życia? Pierścionek zaręczynowy stanowił zobowiązanie, a ślub i nałożenie sobie obrączek jego wypełnienie i utwierdzenie. Tymczasem, młodzi zdają się zabierać za to od – za przeproszeniem – tyłka strony i znajdują sobie marny substytut, będący namiastką tej deklaracji. Z jednej strony nie chcą się jeszcze aż tak zobowiązywać, żeby wypowiedzieć to przed ołtarzem, a z drugiej pragną utwierdzić samych siebie i otoczenie, że trwają w poważnym związku. Być może jestem trochę uprzedzona do tego typu udziwnień i podchodzę do nich niesprawiedliwie. Może wynika to też z tego, że złota obrączka jest dla mnie niemal świętością i nałożenie jej w innych okolicznościach, niż ślubując sobie w obliczu Boga stanowi dziecinny kaprys i kpinę. Małżonkowie, nakładając sobie pobłogosławione przez kapłana obrączki na palce mówią sobie nawzajem, że jest ona znakiem ich miłości i wierności. Najważniejsze jest jednak to, co dodaje się potem: w imię Ojca, i Syna, i Ducha Świętego. I to stanowi o ogromnej wartości tego złotego krążka i domaga się szacunku! Jest to przecież znak sakramentu, znak Bożej łaski i przypieczętowanie wzajemnej miłości, które mówi, że od teraz, choćby nie wiem co się w życiu działo, mąż będzie przy żonie, a żona przy mężu. Na swoich obrączkach z mężem mamy wygrawerowaną wewnątrz sentencję: „W drogę z nami, wyrusz Panie…” co dla nas stanowi całą kwintesencję sakramentu małżeństwa i obrączki samej w sobie. Jest ona dla nas, nie tyle symbolem dozgonnej miłości, ale tego, że przez cały czas jej trwania, obecny jest przy nas Bóg, towarzyszący nam w tej drodze, momentami...

Read More
Narodzić się na nowo
Kwi28

Narodzić się na nowo

Kiedy film po seansie wywołuje w człowieku skrajne emocje, to znaczy, że wszystko poszło dobrze. Tak też się stało z „Pokojem” (2015) w reżyserii Lenny’ego Abrahamsona. Twórca upodobał sobie psychikę ludzką pokiereszowaną traumatycznymi, życiowymi doświadczeniami. Co więcej – przedstawia ją w sposób niemal mistrzowski. Analizując po kolei sposób dostosowywania się ludzi do zmieniających się wokół sytuacji, Abrahamson wychodzi obronną ręką. Stwarza obrazy wzbudzające emocje do tego stopnia, że odbiorca wszystko przeżywa razem z bohaterami. Wcześniejszy film reżysera, „Frank” (2014) z kapitalnym Michaelem Fassbenderem w roli głównej, przeszedł bez echa. Chociaż kilka nagród zebrał, to jednak ominął Galę Oskarową. Teraz, Akademia zdaje się wynagradzać Abrahamsonowi to niedopatrzenie i jego najnowsza produkcja pt. „Pokój” zgarnęła cztery nominacje: za najlepszą reżyserię, za najlepszy scenariusz adaptowany, za najlepszą aktorkę pierwszoplanową i – najważniejszą w tym zestawieniu – za najlepszy film. Czy irlandzki dramat ma szansę? Trudno powiedzieć, wszak konkurencja bardzo mocna. Bardzo cieszyłoby mnie gdyby jednak jakaś statuetka pojawiła się na koncie twórców. „Pokój” to historia dwudziestoparoletniej kobiety, która została porwana i od siedmiu lat jest przetrzymywana wbrew swojej woli przez Starego Nicka (Sean Bridgers). Wraz z nią przetrzymywany jest również jej pięcioletni synek Jack (Jacob Tremblay). Ich więzieniem jest niewielki pokój, w którym przebywają cały czas, bez szans na ucieczkę, która grozi śmiercią. Mały Jack wychowywany jest w przekonaniu, że poza pokojem nie istnieje żaden inny świat, a za ścianami jest tylko pustka. W końcu przychodzi czas, kiedy Joy (Brie Larson) decyduje się powiedzieć synowi prawdę, namawiając go do ryzykownego planu, który może przynieść im upragnioną wolność. Jednak nie jest to film o próbie ucieczki od sadystycznego tyrana. To nie ucieczka i jej powodzenie stanowi bezpośrednie zakończenie filmu, chociaż narracje może to sugerować. Bo przecież czegóż chcieć więcej, skoro trauma już się skończyła, przykre doświadczenia zniknęły a zwyrodnialec skończył, tam gdzie jego miejsce. Wszystko kończy się dobrze, szczęśliwe zakończenie nastąpiło. Joy wróciła do rodziców, może kontynuować swoje życie. Jednak dla Lenny’ego Abrahamsona te wszystkie wydarzenia to tylko punkt wyjścia do właściwej fabuły filmu. Najważniejsze staje się to, w jaki sposób bohaterowie dostosują się do nowych sytuacji, do nowego życia. A okazuje się, że to właśnie jest o wiele trudniejsze od ucieczki. Mały Jack musi zmienić postrzeganie świata, który nagle staje się o wiele większy niż zostało mu to wpojone. Dla Joy świat też zmienia się nie do poznania – to już nie to samo, co siedem lat temu, przed porwaniem. Oboje muszą narodzić się na nowo, zacząć żyć na nowo i na nowo dostosować świadomość do otaczających ich rzeczy, na nowo poznawać świat. Tę wyjątkową treść filmu dopełnia forma, która w każdym calu współgra z fabułą. Skondensowane kadry, autorstwa Danny’ego Cohena (nominowanego...

Read More