Jedność w Chrystusie?
Cze18

Jedność w Chrystusie?

Święty Paweł przekonuje, że wszyscy ochrzczeni w Chrystusie, że wszyscy w Niego wierzący, to jedność i nierozłączna wspólnota. Do tego dodaje, że dzięki Jezusowi zostały zniesione wszelkie podziały.  (Ga 3, 26) Trochę trudno ze św. Pawłem się zgodzić. Niby jedność, a tak naprawdę rozproszenie. Niby jedna wspólnota wierzących, a jednak podzielona na wiele czynników pierwszych. Niby wszystko jedno i to samo, a jednak co rusz powstają nowe grupy, którym wydaje się, że o wiele lepiej rozumieją nauczanie Chrystusa, niż pozostali. Co więcej, lepiej rozumieją nauczanie Chrystusa, niż sam Kościół.  Trochę jest z nami, jak z tym postrzeganiem Jezusa przez różnych ludzi. Kiedy Chrystus zapytał swoich uczniów za kogo jest uważany, pojawiło się naprawdę sporo odpowiedzi, co pokazało jak ludzie byli co do Jego osoby podzieleni. Jedni uważali Go za Eliasza, inni za jakiegoś proroka. Część pewnie widziała w Nim Mesjasza, który wyzwoli Żydów z niewoli. Sami uczniowie widzieli z Nim Bożego Pomazańca. Różne interpretacje – jeden Chrystus.   Również i teraz ten jeden Chrystus jest postrzegany w różny sposób. W różny sposób też odbiera się Jego słowa. Dlatego powstają rozmaite wspólnoty, domowe Kościoły, oazy i stowarzyszenia wierzących, które na swój sposób i dla własnych korzyści wykorzystują naukę Jezusa. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie to, że coraz częściej, te różne wspólnoty są względem siebie wrogie.   Przykład: w mojej niewielkiej, lipowskiej parafii można się doszukać z pięć różnych wspólnot, które mają pięć różnych dróg formacyjnych, które oferują pięć różnych dróg do poznania Boga. Myślę, że można to uznać za dobre, w końcu każda z tych grup przekazuje jedno i to samo Objawienie, jedną i tę samą naukę Kościoła. Jednak nigdy w historii parafii (przynajmniej za mojego życia) nie zdarzyło się, żeby te wszystkie wspólnoty stanęły ramię w ramię i coś razem zorganizowały. Bo ten nie lubi tamtego, a tamta nie dogada się z tą. Bo każdy ma inną wizję i generalnie różnice są nie do przekroczenia. Więc ja się pytam: gdzie ta jedność w Chrystusie, o której pisze św. Paweł w liście do Galatów? Gdzie ten brak podziałów?  Duch Święty obdarowuje wiernych Kościoła różnorakimi charyzmatami, które nakazane jest wykorzystywać jak najlepiej. Po to też powstają różne wspólnoty, aby każdy mógł się w którejś odnaleźć. Problem pojawia się, kiedy owe wspólnoty zapominają, że są częścią czegoś większego, że tworzą wraz z innymi, równie wartościowymi grupami wiernych, ciało Chrystusa. A przecież każdy z nas, niezależnie od tego, czy należy do Oazy, Neokatechumenatu, Akcji Katolickiej czy Duszpasterstwa, został "przyobleczony" w Chrystusa. Wszyscy jesteśmy równi, wszyscy jesteśmy jednością w Chrystusie.   LITURGIA SŁOWA na dwunastą niedzielę...

Read More
Co zrobić z wiecznym życiem?
Cze13

Co zrobić z wiecznym życiem?

A gdyby tak być wiecznie młodym, pięknym i nie musieć umierać? Wielu oddałoby wszystko za nieśmiertelność. Główna bohaterka filmu pt.: Wiek Adaline (2015) oddałaby wszystko, by w spokoju się zestarzeć u boku ukochanego i w końcu, po trudach ziemskiego życia, umrzeć. Adaline poznajemy w czasach współczesnych, w momencie, gdy odbiera od młodego chłopaka fałszywy dokumenty tworzące jej nową tożsamość. Następnie narrator wprowadza nas w nieco smutną historię kobiety, urodzonej w poprzednim stuleciu, która do pewnego momentu wiodła w miarę normalne i spokojne życie. Pomimo kilku tragicznych przeżyć, jak np. śmierć męża, Adaline wiodła całkiem poukładane życie. Jednak w jednej chwili wszystko miało się zmienić, kiedy to wypadek samochodowy zagwarantował głównej bohaterce ciekawą przypadłość – przestała się starzeć. Nabywane życiowe doświadczenia nie objawiały się w rosnącej ilości zmarszczek na twarzy. Adaline stała się swego rodzaju anomalią. Musiała więc uciekać, ukrywać swoją prawdziwą tożsamość, aby w ten sposób chronić siebie i swoją córkę. Przenosząc się z miejsca na miejsce, zmieniając nazwisko co kilka lat była wiecznie w podróży, nie mogąc zagrzać nigdzie na dłużej miejsca. Żyjąc w samotności wiedziała, że nie może nikomu zdradzić swojego sekretu, a ciągła ucieczka była jedynym na to sposobem. Dochodzi jednak do momentu, w którym Adaline jest zwyczajnie zmęczona takim życiem i chce móc spokojnie kochać i być kochaną. Wiek Adaline to opowieđ, w której doświadczamy razem z główną bohaterką rozterek nad konsekwencjami, jakie mogę płynąć z wyjawienia przez nią jej największego sekretu. Skoro fabuła została nakreślona, przejdźmy najpierw do zalet filmu, których Wiek Adaline ma zdecydowanie mniej, niż wad. Właściwie to zalety można wymienić tylko dwie: Blake Lively i Harrison Ford. Jeśli ktoś szuka w tym romansidle czegoś więcej, to może się sromotnie rozczarować. Chociaż dla wielbicieli ckliwych melodramatów film może okazać się strzałem w dziesiątkę. W ogólnym rozrachunku wypada nadzwyczaj słabo. Zjawiskowa Blake Lively kreacją wiecznie młodej Adaline pokazała, ze stać ją na wiele więcej niż tylko odgrywanie rozpieszczonej nastolatki Upper East Side, czy roztrzęsionej ukochanej Zielonej Latarni. Z nastolatkowania Lively już zdecydowanie wyrosła tworząc postać w sposób dojrzały, przemyślany i przede wszystkim spójny. Wachlarz emocji jaki swoim zachowaniem, mimiką czy gestykulacją pokazywała, świadczy niewątpliwie o jej rozwoju aktorskim, dzięki czemu Wiek Adaline ogląda się całkiem przyjemnie. Niestety jej największą wadą był grający u jej boku Michiel Huisman, wcielający się w postać Ellisa Jonesa. O ile Lively fantastycznie pokazała emocjonalne zmagania swojej postaci, o tyle w Huismanie najbardziej męska była jego klata wyeksponowana w jednej ze scen. Całościowo wypadł słabo, przypominając bardziej rozmemłaną nastolatkę, niż prawdziwego mężczyznę zakochanego do szaleństwa w blondwłosej piękności, na czym niestety Wiek Adaline mocno traci. W miłosnym duecie sprawdził się tutaj o wiele lepiej Harrison Ford. Krytycy i recenzenci są dość...

Read More
Jezus widzi człowieka
Cze10

Jezus widzi człowieka

Liturgia słowa na jedenastą niedziele zwykłą pokazuje dobitnie przede wszystkim dwie rzeczy. Pierwsza: człowiek jest grzeszny i często upada. Druga: Bóg patrzy na człowieka tylko i wyłącznie z miłością i miłosierdziem.  (Ga 2, 20) Kwestie te są dość oczywiste, ale codzienne życie pokazuje, że nie do końca człowiek ma tego świadomość. Skłonność do popełniania zła bywa często bagatelizowana, a miłosierdzie Boże aż nadto eksploatowane. Tymczasem żeby to drugie mogło działać potrzeba uznać swoje winy, uklęknąć przed Panem i stanąć w prawdzie swoich czynów. Bez tłumaczeń: "bo taki już jestem".  We fragmencie Ewangelii wg. św. Łukasza została przedstawiona scena, znana chyba każdemu. Oto jawnogrzesznica, cudzołożnica Maria Magdalena upada przez Jezusem i obmywa Mu stopy własnymi łzami. Wszyscy obecni w domu Szymona są oburzeni całą sytuacją. Przecież Jezus powinien wiedzieć z kim ma do czynienia! Powinien kobietę natychmiast wyprosić, wyrzucić, przekląć i nie wiadomo co jeszcze. Powinien nie chcieć mieć z nią nic do czynienia. Problem polega na tym, że tak właśnie ludzie widzą siebie nawzajem. Tak właśnie ludzie wzajemnie się przeklinają.  Czasem trudno jest dojrzeć człowieka w człowieku. Z dokładnością jastrzębia, wypatrującego swojej ofiary, dostrzegamy za to ludzkie przewinienia i na ich podstawie skreślamy innych. Zapominamy zupełnie, że pod grubą warstwą grzesznego brudu, nieczystości i brzydoty zła jest przede wszystkim osoba. Tymczasem Chrystus widzi przede wszystkim człowieka. Widzi też jego nieustanną walkę ze słabościami. Widzi, jak ten człowiek stara się powstać po upadku.   Takie spojrzenie, to spojrzenie Miłosierdzia. W taki sposób Bóg patrzy na każdego z nas, niezależnie od tego, co zrobimy. Tak samo patrzył również na Dawida, kiedy ten zgrzeszył, zabijając swojego najlepszego żołnierza, żeby poślubić jego żonę, Batszebę. Dawidem kierowały przede wszystkim pożądliwości, nie myślał trzeźwo i za wszelką cenę musiał zaspokoić swoje pragnienia. Mimo że w oczach ludzi taka zdrada może być niewybaczalna, to Bóg obdarowuje Dawida swoją miłością, odpuszcza mu to przewinienie.   Świadomość miłosiernego spojrzenia Boga ma również św. Paweł. Przekonuje On, że naszą grzeszność usprawiedliwia wiara w Chrystusa i dzięki niej jesteśmy obdarowywani przez Ojca łaską. Pomimo tego, że prowadzimy "życie w ciele", że ciągle popełniamy grzechy, nasze życie naznaczone jest wieloma upadkami, to jednak wiara w Jezusa ciągle trzyma nas przy Życiu – tym prawdziwym i tym wiecznym.    LITURGIA SŁOWA na jedenasta niedziela...

Read More
Samotność Ultrona
Maj20

Samotność Ultrona

Filmy o superbohaterach – zwłaszcza te wychodzące z taśmy produkcyjnej Universum Marvela – to przedłużenie dzieciństwa. A że z dziecka mam w sobie sporo, to niestety nie potrafię krytykować kolejnych adaptacji opartych na komiksach. „Czas Ultrona ” w moim przekonaniu na krytykę również nie zasłużył, chociaż kilka niedociągnięć warto wymienić. Fabuła rozpoczyna się w miejscu, w którym zakończyły się wydarzenia z drugiej części „Kapitana Ameryki”. Avengersi rozpracowują ostatnią jednostkę Hydry, aby w ten sposób zapobiec złowieszczym planom organizacji. Jak wiadomo, licho nie śpi, dlatego Tony Stark (Robert Downey Jr.) wpada na pomysł stworzenia sztucznej inteligencji, która będzie gwarantem bezpieczeństwa i pokoju na świecie. Nie wszystko jednak idzie tak, jak zaplanował sobie naukowiec – inteligencja wymyka się spod czyjejkolwiek kontroli i tak powstaje Ultron (James Spader), który swoją rolę na świecie odbiera zgoła inaczej niż jego twórca. Dochodzi więc do momentu, w którym Mściciele zmuszeni są walczyć z tworem Starka i jego armią. Chociaż schemat całej historii opiera się na tradycyjnym podziale na dobrych i złych bohaterów, chociaż protagoniści walczą z antagonistą, to jednak twórcy skupili się na czymś zupełnie innym. Ukazuje się nam bowiem obraz bohaterów, którzy muszą poradzić sobie z wrogami, z tym że okazuje się, że są nimi oni sami. Dlatego pomijając ostrą naparzankę pomiędzy Avengersami, a armią Ultrona warto zwrócić uwagę na wątki psychologiczne zawarte w fabule. Nie są one jakoś wybitnie rozbudowane – w końcu czego można się spodziewać po kasowym blockbusterze. Trudno jednak odmówić Whedonowi, że zgrabnie wplótł analizę psychologiczną w rozgrywające się wydarzenia. To właśnie główne postacie są wrogami zarówno dla samych siebie, jak i dla siebie nawzajem. Każdy ma swojego wewnętrznego potwora, z którym prędzej czy później musi się zmierzyć. Spoiwem całości zdaje się tutaj być – raczej nieobecny w pierwszej części – Sokole Oko. Poznajemy jego rodzinę i zwykłe życie jakie wiedzie pomiędzy walkami z mocami zła. Staje się on dla pozostałych postaci nie tylko motywatorem do zastanowienia się nad sobą, ale przede wszystkim przykładem ustatkowania i oswojenia własnych demonów. Oprócz stałej ekipy z pierwszej części „Avengers” dostajemy dodatek w postaci bliźniąt z nadprzyrodzonymi mocami. Pietro Maximoff (Aaron Taylor-Johnson) jest szybki niczym błyskawica, a jego siostra Wanda (Elizabeth Olsen) z łatwością miesza ludziom w głowach za pomocą hipnozy. O ile postać Quicksilvera jest pokazana w całokształcie, to ze Scarlet Witch właściwie nic nie wiadomo. Niby ma w zanadrzu tę hipnozę, jednak w scenach walki po prostu powala przeciwników magicznymi czary-mary. Postać ta nie trzyma się jakiegoś ustalonego schematu, zdaje się jakby była dopracowywana zgodnie z tym, co pasuje w danym momencie do scenariusza. Przez to jest mdła i pozbawiona wyrazu.   Ciekawym przypadkiem jest również sam Ultron, który w niczym nie...

Read More
Obrączkę to Ty szanuj!
Maj04

Obrączkę to Ty szanuj!

Dziwna moda przywędrowała do nas nie wiadomo skąd. Na serdecznych palcach młodych ludzi zaczęły się pojawiać srebrne obrączki, mające świadzyć o powadze ich związków. I ja się pytam: po co? Fora internetowe dostarczają różnorakich odpowiedzi. Że to forma wzajemnej przynależności, że to obietnica bycia ze sobą na dobre i złe, albo zdeklarowanie życia w czystości. Ostatnie, choć sensowne najbardziej, pojawia się jednak bardzo rzadko. Najczęściej chodzi o to, że jak ktoś już ze sobą jest dłużej i chce się zobowiązać, ale do ślubu mu jeszcze nieśpieszno, to zakłada sobie i swojej połówce srebrną obrączkę na serdeczny palec. Jest w tym wszystkim swego rodzaju paradoks, albo wybitna fobia przed zawarciem związku małżeńskiego. Podobnych odpowiedzi dostarczają pytania zadane bezpośrednio osobom, które taką obrączką się szczycą – ma ona być znakiem głębszego zaangażowania w związek, poświadczenia swojej „zajętości” i deklaracji względem ukochanej / ukochanego. Za moich czasów – jakkolwiek dziwnie to brzmi, wychodząc spod klawiatury 24-letniej kobiety, będącej w małżeństwie niecały rok – wszystko miało swój czas i miejsce. I było to naprawdę piękne! Związek z drugą osobą był czasem jej poznania. Potem następowała deklaracja ze strony mężczyzny i pytanie: czy spędzisz ze mną resztę życia? Pierścionek zaręczynowy stanowił zobowiązanie, a ślub i nałożenie sobie obrączek jego wypełnienie i utwierdzenie. Tymczasem, młodzi zdają się zabierać za to od – za przeproszeniem – tyłka strony i znajdują sobie marny substytut, będący namiastką tej deklaracji. Z jednej strony nie chcą się jeszcze aż tak zobowiązywać, żeby wypowiedzieć to przed ołtarzem, a z drugiej pragną utwierdzić samych siebie i otoczenie, że trwają w poważnym związku. Być może jestem trochę uprzedzona do tego typu udziwnień i podchodzę do nich niesprawiedliwie. Może wynika to też z tego, że złota obrączka jest dla mnie niemal świętością i nałożenie jej w innych okolicznościach, niż ślubując sobie w obliczu Boga stanowi dziecinny kaprys i kpinę. Małżonkowie, nakładając sobie pobłogosławione przez kapłana obrączki na palce mówią sobie nawzajem, że jest ona znakiem ich miłości i wierności. Najważniejsze jest jednak to, co dodaje się potem: w imię Ojca, i Syna, i Ducha Świętego. I to stanowi o ogromnej wartości tego złotego krążka i domaga się szacunku! Jest to przecież znak sakramentu, znak Bożej łaski i przypieczętowanie wzajemnej miłości, które mówi, że od teraz, choćby nie wiem co się w życiu działo, mąż będzie przy żonie, a żona przy mężu. Na swoich obrączkach z mężem mamy wygrawerowaną wewnątrz sentencję: „W drogę z nami, wyrusz Panie…” co dla nas stanowi całą kwintesencję sakramentu małżeństwa i obrączki samej w sobie. Jest ona dla nas, nie tyle symbolem dozgonnej miłości, ale tego, że przez cały czas jej trwania, obecny jest przy nas Bóg, towarzyszący nam w tej drodze, momentami...

Read More
Narodzić się na nowo
Kwi28

Narodzić się na nowo

Kiedy film po seansie wywołuje w człowieku skrajne emocje, to znaczy, że wszystko poszło dobrze. Tak też się stało z „Pokojem” (2015) w reżyserii Lenny’ego Abrahamsona. Twórca upodobał sobie psychikę ludzką pokiereszowaną traumatycznymi, życiowymi doświadczeniami. Co więcej – przedstawia ją w sposób niemal mistrzowski. Analizując po kolei sposób dostosowywania się ludzi do zmieniających się wokół sytuacji, Abrahamson wychodzi obronną ręką. Stwarza obrazy wzbudzające emocje do tego stopnia, że odbiorca wszystko przeżywa razem z bohaterami. Wcześniejszy film reżysera, „Frank” (2014) z kapitalnym Michaelem Fassbenderem w roli głównej, przeszedł bez echa. Chociaż kilka nagród zebrał, to jednak ominął Galę Oskarową. Teraz, Akademia zdaje się wynagradzać Abrahamsonowi to niedopatrzenie i jego najnowsza produkcja pt. „Pokój” zgarnęła cztery nominacje: za najlepszą reżyserię, za najlepszy scenariusz adaptowany, za najlepszą aktorkę pierwszoplanową i – najważniejszą w tym zestawieniu – za najlepszy film. Czy irlandzki dramat ma szansę? Trudno powiedzieć, wszak konkurencja bardzo mocna. Bardzo cieszyłoby mnie gdyby jednak jakaś statuetka pojawiła się na koncie twórców. „Pokój” to historia dwudziestoparoletniej kobiety, która została porwana i od siedmiu lat jest przetrzymywana wbrew swojej woli przez Starego Nicka (Sean Bridgers). Wraz z nią przetrzymywany jest również jej pięcioletni synek Jack (Jacob Tremblay). Ich więzieniem jest niewielki pokój, w którym przebywają cały czas, bez szans na ucieczkę, która grozi śmiercią. Mały Jack wychowywany jest w przekonaniu, że poza pokojem nie istnieje żaden inny świat, a za ścianami jest tylko pustka. W końcu przychodzi czas, kiedy Joy (Brie Larson) decyduje się powiedzieć synowi prawdę, namawiając go do ryzykownego planu, który może przynieść im upragnioną wolność. Jednak nie jest to film o próbie ucieczki od sadystycznego tyrana. To nie ucieczka i jej powodzenie stanowi bezpośrednie zakończenie filmu, chociaż narracje może to sugerować. Bo przecież czegóż chcieć więcej, skoro trauma już się skończyła, przykre doświadczenia zniknęły a zwyrodnialec skończył, tam gdzie jego miejsce. Wszystko kończy się dobrze, szczęśliwe zakończenie nastąpiło. Joy wróciła do rodziców, może kontynuować swoje życie. Jednak dla Lenny’ego Abrahamsona te wszystkie wydarzenia to tylko punkt wyjścia do właściwej fabuły filmu. Najważniejsze staje się to, w jaki sposób bohaterowie dostosują się do nowych sytuacji, do nowego życia. A okazuje się, że to właśnie jest o wiele trudniejsze od ucieczki. Mały Jack musi zmienić postrzeganie świata, który nagle staje się o wiele większy niż zostało mu to wpojone. Dla Joy świat też zmienia się nie do poznania – to już nie to samo, co siedem lat temu, przed porwaniem. Oboje muszą narodzić się na nowo, zacząć żyć na nowo i na nowo dostosować świadomość do otaczających ich rzeczy, na nowo poznawać świat. Tę wyjątkową treść filmu dopełnia forma, która w każdym calu współgra z fabułą. Skondensowane kadry, autorstwa Danny’ego Cohena (nominowanego...

Read More
Długość dźwięku samotności
Kwi28

Długość dźwięku samotności

Filmowych wersji biografii znanego na całym świecie współzałożyciela Apple już trochę powstało. Wszystkie starały się pokazać geniusz i wyjątkowość Steve’a Jobsa, gloryfikując wszystko, co stworzył. Jednak najnowsza produkcja duetu Boyle-Sorkin pokazuje go przede wszystkim jako człowieka. „Steve Jobs” (2015) powstał na podstawie biografii napisanej przez Waltera Isaacsona – wybitnego amerykańskiego pisarza i biografa, który stworzył życiorysy m.in. Benjamina Franklina i Alberta Einsteina. 2-godzinny film nie jest tylko przeskakiwaniem pomiędzy poszczególnymi wydarzeniami z życia prezesa Apple – scenarzysta wybrał 3 najważniejsze zdarzenia, wokół których skondensował całe życie Jobsa (Michael Fassbender) i jego relacje z innymi. Sorkinowi udało się to świetnie, ale niestety jego praca nie została wystarczająco doceniona (m.in. przez brak nominacji do tegorocznych Oskarów za najlepszy scenariusz adaptowany). Film podzielony jest na 3 główne części, które zbudowane zostały na strategicznych momentach biografii Steve’a. Pierwsza część to 1984 r., kiedy miał miejsce debiut Maca. Przed prezentacją Macintosha poznajemy najbliższych współpracowników Jobsa, jego byłą partnerkę Chrisann Brennan oraz jego córkę, której ojcostwa długo się wypierał. Po tej części następuje przeskok czasowy i przenosimy się do roku 1988, kiedy odbyła się premiera komputera z systemem operacyjnym NeXT. Kolejne dramaty życiowe Steve’a i jego relacje z ludźmi przedstawione są tuż przed prezentacją nowego sprzętu. Ostatni fragment historii skupiony jest wokół debiutu iMaca (1998 r.), co dopełnia filmowe losy Jobsa. Po raz kolejny dostajemy porcję skomplikowanych relacji współzałożyciela Apple’a, jego problemów z bliskimi mu osobami i wizjonerskich rozwiązań, których nikt nie potrafił zrozumieć. Oczywiście trudno uwierzyć w to, że najważniejsze wydarzenia w życiu Jobsa rozgrywały się bezpośrednio przed prezentacjami poszczególnych projektów. Co więcej, taki sąd byłoby co najmniej naiwny. Jednak Aaron Sorkin wierzy w inteligencję odbiorców filmu i serwuje im historię świetnie zbudowaną na pomysłowym szkielecie. Zamiast bezsensownie skakać od jednego zdarzenia do drugiego, tworząc swego rodzaju filmowe CV danej postaci, scenarzysta decyduje się na krok bardziej ryzykowny i zagęszcza cały życiorys do 3 pojedynczych epizodów, które stają się kamieniami milowymi w karierze Steve’a Jobsa. Co więcej, Sorkin jest w tym wszystkim bardzo konsekwentny. Skrupulatnie dobrane postaci przewijają się w każdej z części filmu, zaś gospodarzem widowiska, zapowiadającym i dopuszczającym kolejnym rozmówców do głosu, staje się Joanna Hoffman (Kate Winslet), będąca cieniem samego Jobsa i w specyficzny sposób „zarządzająca” jego poszczególnymi krokami. I tak przed prezentacją, w przerwach między dopinaniem wszystkiego na ostatni guzik, główny bohater odbywa rozmowy z takimi osobistościami jak John Sculley (Jeff Daniels), Steve Wozniak (Seth Rogen), Andy Hertzfeld (Michael Stuhlbarg) czy Chrisann Brennan (Katherine Waterston). Forma filmu niestety nie każdemu przypadnie do gustu. Teatralny scenariusz sprawia, że dla wielu może wydawać się on „przegadany”. Jednak dla wielbicieli tego typu produkcji będą to z kolei mile spędzone 2 godziny ciągłych rozmów...

Read More
Bękarty na Dzikim Zachodzie
Lut22

Bękarty na Dzikim Zachodzie

Wielka szkoda, że Tarantino ma nakręcić jeszcze tylko dwa filmy w karierze. Tym bardziej, że „Nienawistna ósemka” pozostawia niedosyt i – chociaż powoduje skrajne recenzje wśród krytyków wszelkiej maści – to dla fanów reżysera będzie to wyśmienita rozrywka. Zapewne wielu nie mogło się doczekać premiery najnowszego, już ósmego filmu Quentina Tarantino. Tym razem reżyser bierze na warsztat western. Jednak zamiast pustynnych krajobrazów, pękających od słońca ust i wypieków na twarzach bohaterów dostajemy morderczą śnieżycę i łowców głów. Jednym z nich jest John Ruth (Kurt Russel), który do Red Rock wiezie w swoim powozie znaną morderczynię, bardzo złą kobietę, Daisy Domergue (Jennifer Jason Leigh), która poszukiwana jest martwa, albo żywa. Na swojej drodze spotykają innego łowcę, Majora Marquisa Warrena (Samuel L. Jackson), który również ma swoje sprawunki w mieście i potrzebuje podwózki. Zgodnie z zasadą, że im więcej, tym weselej, zgarniają po drodze również samozwańczego Szeryfa Chrisa Mannixa (Walton Goggins). Zmuszeni przez śmiercionośną śnieżycę, zatrzymują się w „Pasmanterii Minnie” gdzie czeka już na nich kilku nieznajomych: Bob (Demian Bichir), który opiekuje się lokalem pod nieobecność właścicieli, kat z Red Rock Oswaldo Mobray (Tim Roth), kowboj Joego Gage'a (Michael Madsen) i były konfederacki generał Sanford Smithers (Bruce Dern). Sytuacja się zagęszcza, kiedy John Ruth zaczyna podejrzewać, że jeden z nieznajomych jest w zmowie z jego więźniarką. Reżyser ma bardzo ciekawą formę ekspresji, która ma zarówno wiernych fanów, jak i zagorzałych przeciwników. Chodzi tutaj o dialogi, które w filmach Tarantino zdecydowanie dominują. Słowne potyczki pomiędzy bohaterami to swego rodzaju znak rozpoznawczy twórcy, dlatego dziwią opinie, że film jest „przegadany”. On właśnie taki ma być i trudno mieć pretensję do reżysera, że zdecydował się nakręcić film po swojemu. Natomiast same dyskusje protagonistów, przeplatane wzajemnymi uszczypliwościami są poprowadzone z wyczuciem i wciągają odbiorcę. Błyskotliwe odpowiedzi na błyskotliwe pytania stają się prawdziwą szermierką, w której jednak trudno wyznaczyć zwycięzcę. Bo kiedy szala przechyla się na korzyść jednego bohatera, przychodzi kontra i punkt dla przeciwnika. Jednak nie tylko o dialogi się tutaj rozchodzi. Tarantino bardzo przemyślanie dobiera aktorów. W tej kwestii trochę się wycwanił – sięga bowiem po twarze znane i już przez niego sprawdzone. Tim Roth i Michael Madsen świetnie sprawdzili się we „Wściekłych psach” (1992). Samuel L. Jackson z kolei zagrał w aż pięciu filmach reżysera (najlepsze kreacje w „Pulp Fiction” i „Jackie Brown”) i za każdym razem pokazuje prawdziwą klasę. Swój debiut u Tarantino zaliczyli natomiast Kurt Russell, Demián Bichir, Jennifer Jason Leigh i… Channing Tatum. Ten ostatni, chociaż wydawało się, że na planie filmu znalazł się chyba przez przypadek, spisał się w swojej roli całkiem dobrze. Co nie zmienia faktu, że do wczesniej wymienionych gwiazd sporo mu brakuje. Najbardziej zaskakuje – w...

Read More
Wszystko (nie) jest na sprzedaż
Sty28

Wszystko (nie) jest na sprzedaż

Lubię czasem wrócić do starszych filmów. Ostatnio przyszła pora na odświeżenie twórczości Adriana Lyne’a i jego „Niemoralnej propozycji” (1993). Śledząc filmowe poczynania Lyne’a można mieć wątpliwość, czy wszystko z nim w porządku. Przeszło 70-letni reżyser ma w swoim dorobku kilka filmów traktujących o trudnych relacjach damsko-męskich. Problem jednak w tym, że żadna z tych relacji nie jest zbyt normalna. W „Dziewięć i pół tygodnia” (1986) główny bohater dąży do całkowitej dominacji nad swoją partnerką. W „Fatalnym zauroczeniu” (1987) Michael Douglas jako Dan Gallagher musi radzić sobie z obsesją byłej kochanki. W „Lolicie” (1997), będącej ekranizacją prozy Nabokova, oglądamychorą relację podstarzałego mężczyzny ze swoją nastoletnią pasierbicą. Z kolei „Niemoralna propozycja” (1993) to dzieło, które stara się odpowiedzieć na odwieczne pytanie, czy za pieniądze można wszystko kupić. Widzimy więc młode małżeństwo, przed którym w cudowny sposób pojawia się rozwiązanie ich problemów finansowych. Ale po kolei. Diana (Demi Moore) i David (Woody Harrelson) są w sobie bardzo zakochani i stanowią małżeństwo, które obiektywnie można uznać za udane. Ona jest agentem nieruchomości, on – dobrze zapowiadającym się architektem. Mieszkają w niewielkim domu, snując plany na przyszłość, budując nowy dom i spełniając własne marzenia. Spokój zostaje jednak bardzo szybko zachwiany i brak funduszy okazuje się poważną przeszkodą dalszej szczęśliwości. David wpada na szalony pomysł, by pojechać do Las Vegas i wygrać potrzebne pieniądze. Tam spotykają miliardera (Robert Redford), który składa im niecodzienną propozycję – w zamian za milion dolarów chce spędzić noc z piękną Dianą. Małżonkowie podejmują trudną decyzję, która ma zaważyć na ich dalszym życiu. Trudno jest zbudować dobry film na bardzo słabych fundamentach. W przypadku „Niemoralnej propozycji” mizerne podwaliny stanowi scenariusz, kulejący zarówno w prowadzeniu całej historii, jak i marnych dialogach. Po pierwsze: fabuła. Powiedzieć, że jest naiwna, to tak naprawdę nic nie powiedzieć. Schemat bowiem jest bardzo prosty: spłukana para, piękna kobieta, zafascynowany miliarder, seksualna propozycja, moralny dylemat. Łatwo jest powiązać jedno z drugim i domyśleć się, jak to wszystko się skończy. Po drugie: dialogi. Nie dziwi, że Amy Holden Jones za scenariusz do tego filmu zgarnęła Złotą Malinę. Rozmowy pomiędzy bohaterami nie mają w sobie żadnej iskry, nie stanowią błyskotliwej walki, są wyjątkowo pozbawione wyrazistości. Kiedy w tle rozgrywają się emocjonujące wydarzenia, my słyszymy z ust bohaterów puste slogany. Trudne wymiany zdań ograniczają się do drętwych zwrotów kierowanych do siebie nawzajem na zasadzie: „jeden o chlebie, drugi o niebie”. Trudno znieść beznamiętność słów, z jakich sklejone są dialogi. To z kolei prowadzi do marnych kreacji aktorskich. Scenarzystka nie pozostawiła zbytniego pola manewru dla swoich aktorów i rzuciła im raptem ochłap, z którego niewiele dało się wykrzesać. A szkoda, bo obsada zapowiadała widowisko. Na wysokości zadania stanęła tutaj tylko Demi Moore,...

Read More
Ten cały katolicyzm trudny jest do przeżycia
Sty28

Ten cały katolicyzm trudny jest do przeżycia

Domowe rozmowy małżeńskie prowadzą nierzadko do ciekawych wniosków. Jednym z ostatnich było stwierdzenie mojego lubego, że „ten cały katolicyzm trudny jest do przeżycia”. Początkowe oburzenie z mojej strony, pod tytułem „jak możesz tak w ogóle mówić?!” dość szybko ustąpiło miejsca zrozumieniu. Po chwili zastanowienia, która nie pomogła w znalezieniu żadnych sensownych argumentów przeciwnych tej tezie, musiałam z moim małżonkiem się zgodzić. To z kolei sprowokowało głębsze rozmyślenia nad tym, jak to właściwie z tymi różnymi katolickimi zasadami jest i dlaczego tak trudno żyć w zgodzie z nimi. Może życie człowieka wierzącego byłoby o wiele łatwiejsze bez tych wszystkich „rzeczy zabronionych”? Kto wie, być może wtedy więcej osób przekonałoby się do Boga. NIE DLA KAŻDEGO Nie czarujmy się – wiara katolicka i związane z nią podążanie szlakiem wytyczonym przez Magisterium Kościoła (pośrednio przez samego Jezusa) nie jest dla mięczaków i nie każdy może dać sobie z tym radę. Problem zaczyna się już od podstaw: miłuj Boga i bliźniego, jak siebie samego. Potem jest jeszcze bardziej pod górkę, a sam Dekalog to już w ogóle nic tylko rzucanie nam pod nogi coraz większych kłód: dzień święty trzeba święcić, nie kłamać, nikogo nie obgadywać, nikomu nic nie zabierać, nawet nie pragnąć za bardzo czegoś, co ma bliźni! Gwoździem do trumny jest moralność seksualna kształtowana na wzór podany przez Kościół: seks tylko po ślubie, pożycie małżeńskie tylko w zgodzie z naturą, żadnej antykoncepcji ani łóżkowych udziwnień. Wszelkie możliwe zakazy, nakazy i inne drogowskazy dotyczące tego, jak żyć w zgodzie z sumieniem, często są ponad ludzkie siły. Wydaje się, że Bóg bardzo wysoko ustawił poprzeczkę i człowiek nie dość, że ciągle ją zrzuca, to czasem w ogóle nie może jej dosięgnąć. To z kolei prowadzi do zniechęcenia – coraz trudniej jest nam podążać za katolickim nauczaniem. A kolejnym krokiem jest obrzydzenie – do Kościoła, że tak restrykcyjnie układa nam życie, a w końcu i nawet do Boga, że chce nam odebrać naszą wolność. KOŚCIÓŁ TERRORYSTA Wydaje mi się, że pierwszy problem polega na tym, że wielu ludzi postrzega zasady wyznaczone przez Ewangelię jako zamach na wolność. Kościół traktowany jest tutaj jako wróg, który coś chce odebrać, przywłaszczyć sobie. Zasady, zgodnie z którymi katolik powinien żyć, to nie tyle drogowskazy czy instrukcje, ale bezlitosne komendy, które trzeba nam wypełniać. Takie podejście rodzi bunt, bo przecież nikt nie lubi, kiedy dyktuje mu się, mu jak ma postępować. Nikt też nie lubi, kiedy coś mu się zabiera, a terrorystyczny Kościół dąży właśnie do tego, aby wszystko człowiekowi zabrać – całą z życia przyjemność, wszystko, co w tym życiu jest dobre, każde ułatwienie, jakie zagwarantował nam do tej pory postęp cywilizacyjny. WSZYSTKO MI WOLNO Teraz napiszę coś, co...

Read More