Wiara w ludzi
Maj05

Wiara w ludzi

Z Ewangelii możemy wyciągnąć bardzo różne nauki. Dla mnie jedną z najważniejszych jest ta, by wierzyć w drugiego człowieka, tak samo, jak Bóg wierzy w nas. Ile razy w życiu każdy z nas słyszał skierowane do siebie słowa: „Z ciebie nic nie będzie”, „Co z ciebie wyrośnie?” „Dla ciebie to już nie ma ratunku?” „Jesteś u mnie przegrany/skreślony” lub im podobne? A co jeszcze straszniejsze – ile razy sami formułowaliśmy je pod adresem ludzi ze swojego otoczenia? Swojej rodziny, przyjaciół, współpracowników, albo też ludzi mniej znanych, z którymi nie utrzymywaliśmy praktycznie żadnych relacji?  Te słowa mogą naprawdę poważnie zaważyć na naszym rozwoju psychicznym i duchowym, szczególnie w dzieciństwie i okresie dorastania, ale nie tylko. Nie zawsze jednak chcemy sami wystrzegać się używania tego typu słów… Ile razy skreślaliśmy kogoś z błahego powodu, ile razy nie chcieliśmy komuś przebaczyć, zrozumieć jego intencji, wyciągnąć rękę na zgodę? Nie oszukujmy się – nas też tak wielokrotnie traktowano, czasem robiły to osoby bardzo bliskie, na których uznaniu szczególnie nam zależy.  Nawet księża i ludzie bardzo religijni, działający poważnie w różnorakich ruchach, wspólnotach, parafiach potrafią się tak zachować. Zapewne wielu ludzi przez takie traktowanie odeszło z Kościoła albo przynajmniej przestało aktywniej działać w jego strukturach. Takie rany bolą najbardziej i najtrudniej je zaleczyć, a co gorsza – prowadzą do tego, że i my zaczynamy zadawać je innym. Mniej lub bardziej świadomie – czasem jak ranne zwierzę, tak bardzo boimy się kolejnych ciosów, że wolimy zadać je samemu, gdy tylko taka potrzeba jawi się na horyzoncie. Czasem z przekory, chęci „dowalenia” komuś, kto nie był dla nas odpowiednio wyrozumiały, albo kogo po prostu z jakichś powodów nie lubimy. Nie pomyślimy, że wcale nie jesteśmy lepsi, że ten ktoś może miał zły dzień, że może miał dobre intencje, że to ja przesadziłem z takim traktowaniem… A jeśli nawet pomyślimy, to szybko te myśli wyprzemy, jako chore i nieodpowiednie. Myślę, że takie zachowania wynikają przede wszystkim z pychy i strachu. Pychy – bo wolimy wierzyć, że to my jesteśmy tymi dobrymi,  a ten drugi, który zawalił, nadużył naszego zaufania i udowodnił, że jest go niegodny i po prostu słaby. Strachu – bo skoro wystawił na szwank naszą renomę, jakąś ważną dla nas sprawę, na pewno to powtórzy, na pewno znowu przysporzy kłopotów i kto wie, do jakiej tragedii doprowadzi. Pycha i strach – te same, które prowadzą do każdego grzechu, powodują to, że ciągle toczymy swoje małe wojenki, zamiast starać się dostrzec w ludziach pierwiastki dobra i za wszelką cenę wyciągnąć je na powierzchnię. Jak w popularnych dowcipach o teściowych – może być śmiesznie, można machnąć ręką, gdy się tym słyszy, ale gdyby się temu bliżej przyjrzeć,...

Read More
Wyrusz w drogę!
Maj02

Wyrusz w drogę!

Internet śmieje się z Paula Coelho. Zarzuca mu się, że opowiada byle jakie historie, ubiera je w specyficzne słownictwo i posługuje się wieloma nic nie wnoszącymi, pseudofilozoficznymi aforyzmami. Przeczytałem tylko ”Alchemika” i choć mnie nie oczarował, bardzo subiektywne byłoby podpisywanie się pod tymi zarzutami. Ta książka na pewno przekazuje wielką prawdę – czasem trzeba wyruszyć w długą i trudną podróż, by zdobyć to, co cały czas było całkiem blisko. Masz czasem uczucie zastoju? Popadnięcia w rutynę, często połączonego z brakiem mobilności (jazda tramwajem na uczelnię / do pracy lub też wieczorny spacer po parku się nie liczą). Wzrasta w tobie wtedy chęć wyjechania gdzieś, wyjazdu chociaż  w krótką podróż? Już zapewne wiesz, o czym mówię. To jest jak najbardziej ludzkie, tak stworzył nas Bóg – zastój, ciągłe siedzenie w jednym miejscu i powtarzanie tych samych czynności są dla nas na dłuższą metę zabójcze. Dlatego czasem tak bardzo ciągnie nas w świat. Dlatego od zawsze wielką popularnością cieszą się książki podróżnicze, filmy drogi i opowieści ludzi, którzy w różnych stronach świata bywali. Sam uwielbiam jeździć na rowerze i w 2010 roku wybrałem się razem z przyjacielem na ośmiodniową podróż na dwóch kółkach po Polsce. Przejechaliśmy ponad 1000 kilometrów, poszło nam bardzo sprawnie i przyznam szczerze, spodziewałem się w jej trakcie większych problemów. Ktoś powie: co to jest? Gdyby to było trzy, cztery razy tyle… Może to i prawda. Dla mnie jednak było to – i nadal jest! – naprawdę wielkie osiągnięcie, dzięki któremu uwierzyłem w siebie i swoje siły, a z tym miałem spore problemy. Uświadomiłem sobie wtedy, że warto mieć marzenia i być ambitnym, a wytrwałość pozwoli nam na wiele  Zwątpienie co prawda pojawia się i dziś – kto tego nie zna? – ale wtedy pierwszy raz tak świadomie zrozumiałem, że potrafię, że jestem w stanie dokonać czegoś, co może wydawać się (prawie) nieosiągalne. Stare przysłowie mówi, że podróże kształcą. Zawsze rozumiałem to jako powiększanie wiedzy o świecie. Z wiekiem zrozumiałem, że chodzi o inny rodzaj kształcenia – poznawanie samego siebie i Boga, rozumienie swojego życia, powołania, pracę nad sobą. Czasem zastanawiam się, czy nie ma w tym jakiegoś przekleństwa. W końcu Adam i Ewa mieli według zamysłu Boga żyć w raju, ale zgrzeszyli, musieli go opuścić i poszukiwać nowego miejsca do życia. Stali się więc pierwszymi podróżnikami, poszukującymi siebie i utraconej relacji ze Stwórcą właśnie w trakcie podróży po świecie. A co było później? Przykładów mamy setki. Abraham został wezwany do opuszczenia domu swojego ojca w Ur chaldejskim. Gdyby się na to nie zdecydował, nie zostałby pierwszym wielkim patriarchą i ojcem Narodu Wybranego. Mojżesz – po ucieczce z Egiptu na ziemie Madianitów spotkał Boga w krzewie ognistym, a...

Read More
Wszyscy gramy do jednej bramki
Kwi29

Wszyscy gramy do jednej bramki

Już święty Paweł ganił chrześcijan, gdy jedni twierdzili, że są jego, a inni Apollosa. Nowy Testament w wielu miejscach podkreśla wagę zjednoczenia Kościoła w modlitwie i działaniu, pasterze Kościoła nawołują do tego od stuleci. Jak jest dzisiaj z tą współpracą różnorodnych środowisk kościelnych, których mamy tak wiele? Ile mamy inicjatyw ponad podziałami, a ile „prywaty”? Odpowiedzieć może każdy, kto kiedykolwiek próbował zorganizować coś w zamyśle łączącego różne katolickie środowiska. Wydarzenie, inicjatywa, projekt – cokolwiek. Od lat działam w Kościele, w różnych grupach, duszpasterstwach, wspólnotach, tworzę różne dzieła, małe czy większe. W kilku różnych miastach, w grupach, prowadzonych przez księży diecezjalnych, zakonnych lub osoby świeckie. Niestety, w przeciągu ostatnich kilku lat niewiele się zmieniło, jeśli chodzi o ich współpracę. Idzie jak po grudzie i nie widać, by miało być lepiej. Jakiś czas temu rozmawiałem z kilkoma osobami postawionymi dosyć wysoko wśród organizatorów Światowych Dni Młodzieży Kraków 2016. Wyrażali oni wtedy nadzieję, że właśnie ŚDM będą jakimś bodźcem, prowadzących do tworzenia inicjatyw „ponad podziałami w naszym Kościele” (pamiętam, że padło dokładnie takie określenie). Jak będzie? Tego nie wiem. Chciałbym, aby to marzenie się spełniło, ale obawiam się, że zostanie po staremu. Ładnych kilka lat temu w moim rodzinnym mieście próbowałem organizować wspólne Msze, modlitwy młodych z różnych parafii – zainteresowania nie było praktycznie w ogóle, każdy wolał w ten piątkowy wieczór siedzieć ze swoim księdzem w swoim kościele. Na studiach, gdy raz czy drugi poszedłem do innego duszpasterstwa, bo akurat znajomy ksiądz miał tam rekolekcje, były ostatki lub innego rodzaju spotkanie – patrzono na mnie często z zaciekawieniem, czasem wręcz się dziwiono. Bo przecież ja byłem „stamtąd”, i nagle przychodzę „tu”. Oczywiście, nie obyło się bez zapraszania, w stylu „u nas jest super, przychodź”, „widzimy się za tydzień, prawda?”, „fajnie byłoby, gdybyś przychodził na kolejne spotkania/Msze/modlitwy”. Jasne, że było w tym wiele prawdziwej zachęty, grzeczności. Nie wierzę niestety w to, że nigdy nie było to podszyte chęcią „zgarnięcia mnie” z dotychczasowej grupy do nowej. Ale mi po prostu dobrze było z tym, że w moim diecezjalnym kościele parafialnym co niedziela służyłem do Mszy, w tygodniu byłem w duszpasterstwie jezuitów/dominikanów w mieście, w którym studiowałem, w piątki chodziłem „na wspólnotę” do oblatów, a czasem pojechałem na rekolekcje do franciszkanów. Niektórym widocznie się to nie podobało, bo celowali we mnie ciętymi uwagami. O ile w każdym z tych miejsc czułem się dobrze, starałem się coś w nie wnieść i sam wychodziłem podbudowany, o tyle nie powinno to nikomu przeszkadzać. Niestety, było inaczej. Nie lepiej jest z organizacją większych wydarzeń, tworzonych nie tylko miejscowej wspólnoty czy duszpasterstwa, ale dla szerokiego grona odbiorców. Spróbuj zorganizować duże, kilkudniowe rekolekcje i ściągnąć na nie ludzi spoza swojego...

Read More
A myśmy się spodziewali…
Kwi29

A myśmy się spodziewali…

Nie ma człowieka, który nie przeżyłby w swoim życiu jakiegoś zawodu. I to niejednego – niektórych z nas dotykają one bardzo często. Najbardziej boli, gdy zawiedzie ważna dla nas osoba, komuś bliskiemu stanie się krzywda, gdy nie uda się coś, na co bardzo liczyliśmy. Nikt  z ludzi nie jest idealny, wszyscy mamy swoje wady i grzeszki – tu truizm, racja. „Nie pokładajcie ufności w książętach ani w człowieku, u którego nie ma wybawienia” – jak mówi autor natchniony w  Psalmie 146. Nie ma co pokładać nadziei w człowieku – matce, mężu, żonie, dziecku – bo oni na pewno na którymś etapie naszego życia nas zawiodą. Po prostu nasze nadzieje, życzenia, pragnienia przerastają możliwości każdego z ludzi. Jakkolwiek silna byłaby jego miłość względem nas, chęć pomocy, przysłowiowego „uchylenia Nieba”, jako człowiek jest za słaby, by sprostać wszystkim naszym nadziejom. Sam kilka lat temu byłem mocno dotknięty takim doświadczeniem. Nie rozumiałem, dlaczego ludzie z mojego otoczenia, często bliscy, tak bardzo mnie zawodzą, choć liczyłem na co innego. Czy byli tak perfidni? Czy mnie okłamywali, źle życzyli? Pamiętam, że gdy zwierzyłem się z tego mojemu ówczesnemu spowiednikowi, ten westchnął i powiedział, że im wcześniej człowiek sobie tę prawdę uświadomi i ją przyjmie, tym mniej żalu i smutku będzie żywił do innych ludzi. Nie możemy przecież wymagać, by wszystko zawsze szło po naszej myśli, jak w zegarku czy teatrze, by nasze otoczenie zachowywało się tak, jak sobie życzymy. Wspomniał o ludzkiej słabości i niedoskonałości oraz wolnej woli innych ludzi, która często jest rozbieżna z naszymi pragnieniami. Dziś to wszystko wydaje mi się naturalne i wręcz oklepane, ale gdy wtedy to sobie uświadomiłem poczułem, jakbym dostał obuchem w głowę. Polecam każdemu, kto jeszcze tego nie przeżył, a jestem pewien, że jest takich dość sporo. W tym miejscu wielu zapyta: dobra, z ludźmi tak zapewne jest, ale z Bogiem? On przecież jest doskonały, jest Miłością, a przecież często zawodzi ludzi? Prawdą jest, że sprawy wiary, duchowości jak każde inne wiążą się właśnie z niespełnionymi nadziejami. Myślę, że to nie Bóg często zawodzi ludzi, co my sami Mu nie ufamy, nie dajemy się poprowadzić, wolimy raczej tworzyć nowe plany i pragnienia, kurczowo się ich trzymać i rozliczać Go z ich realizacji. A jeśli tak się nie dzieje – obrażamy się na Niego, na Kościół, przestajemy się modlić, chodzić co niedziela do kościoła – strzelamy focha, bo On nie zrobił czegoś co ja sobie wymyśliłem, na co miałem nadzieję. W najlepszym przypadku – skupiamy się tylko na klęsce swoich planów, nie widząc tego, co Bóg daje nam zamiast nich, a co często, choć diametralnie inne, w dłuższej perspektywie jest dla nas lepsze. W czasie drogi do Emaus...

Read More
Arcydzieło, którego nikt nie chciał
Mar10

Arcydzieło, którego nikt nie chciał

11 marca to bez wątpienia wielka data w historii muzyki. W tym właśnie dniu, w roku 1829 młodziutki Feliks Mendelssohn przedstawił berlińskiej publiczności fragmenty „Pasji według św. Mateusza” Jana Sebastiana Bacha, powstałej sto lat wcześniej. Dzięki temu wydarzeniu, kilka dekad po śmierci kantora lipskiego świat docenił wreszcie jego ogromny talent. W 1729 roku Bach był już w pełni rozwiniętym artystą i ustatkowanym człowiekiem. Od sześciu lat pełnił rolę kantora jednego z dwóch głównych kościołów Lipska, pod wezwaniem św. Tomasza. De facto odpowiadał za całokształt miejskiej muzyki, także kościelnej, oraz muzyczne kształcenie młodzieży. Co prawda była to posada dosyć prestiżowa i zapewniała stały zarobek, niestety twórca z trudem utrzymywał żonę oraz sporą gromadę dzieci (z dwóch małżeństw doczekał się ich łącznie dwadzieściorga). Do tego musiał znosić humory władz miejskich, które często nie dostrzegała jego talentu i przy byle okazji wskazywały mu miejsce w szeregu, wypominając brak wykształcenia uniwersyteckiego. Jan Sebastian znosił wszystko cierpliwie, cieszył się bowiem sporym poważaniem mieszkańców Lipska oraz względną swobodą twórczą. Wcześniej bowiem był nadwornym kompozytorem książąt niemieckich, którzy co prawda płacili bardzo dobrze, ale traktowali kompozytora jako jednego ze służących i wymagali, by tworzył przede wszystkim to, czego oni sobie życzą. Życie oficjalnego kompozytora jednego z większych i bogatszych miast Rzeszy nie było więc kolorowe, ale pozwalało na coś, co stanowiło największą radość Bacha – tworzenie muzyki na chwałę Bożą. Soli deo gloria – te słowa widnieją na części jego rękopisów. Jednym z nich jest właśnie pasja, napisana do słów Ewangelii według św. Mateusza. Pasja ta była nie była przez nikogo zamówiona. Bach, prywatnie głęboko wierzący luteranin ze skłonnością do mistycyzmu, skorzystał z faktu, iż w czasie Wielkiego Postu, poza świętem Zwiastowania oraz Wielkim Piątkiem istniał w zborach zakaz wykonywania muzyki religijnej, miał więc dosyć sporo czasu na przygotowanie premierowego wykonania. Dla swojego utworu wybrał formę oratorium pasyjnego, bardzo podobnego do opery – różnił je jedynie brak akcji scenicznej w tym pierwszym. Przedsięwzięcie było bardzo ambitne, uderzające bogactwem tak słów libretta, jak i form muzycznych. Do dziś historycy muzyki spierają się, czy w dniu premiery wystarczył jeden chór i jedna orkiestra, czy potrzeba było aż dwóch, by odpowiednio przedstawić zamysł twórcy. Z tekstu oraz muzyki tchnie zarazem prostota i głębia, ogromny patos oraz przejmujący dramatyzm, dzięki którym słuchacz może doskonale wczuć się w tragiczny nastrój wielkich wydarzeń, opisywanych przez św. Mateusza. Tekst podzielony jest na trzy części: Ostatnią Wieczerzę oraz poprzedzające ją wydarzenia, modlitwę w Ogrójcu, oraz pojmanie, mękę i śmierć Jezusa wraz ze złożeniem do grobu. W zachowanej do dziś partyturze „Pasji…” widzimy fragmenty tekstu, pisane na przemian atramentem czarnym i czerwonym. Czerwonym artysta kreślił słowa świętego z 26 i 27 rozdziału jego Ewangelii, zaś...

Read More
Księża, mówcie o Bogu!
Lut22

Księża, mówcie o Bogu!

Założę się, że każdy z nas słyszał w swoim życiu przynajmniej jedno kazanie, w trakcie którego chciał wyjść z kościoła. Zapewne nie raz po Ewangelii, w której Jezus opowiadał o Ojcu, leczył chorych i ogólnie przekazywał Dobrą Nowinę o Królestwie, następowało całkiem odmienne kazanie. Można by je wręcz nazwać Złą Nowiną. Nie lubimy być pouczani i nie czujemy się komfortowo, gdy słyszymy złowieszcze oceny i przepowiednie. Niestety, często właśnie takie słowa padają z ambon naszych kościołów. Od sławetnego strasznie gender i związkami partnerskimi, poprzez gromienie antyklerykałów i par żyjących bez ślubu. Znajdzie się w nich także np. wspomnienie faktu rozpuszczania dzieci przez rodziców, nieszanowania pracowników przez pracodawców, czy też wiarołomności niektórych polityków. Nie wspominając już o temacie pieniędzy, które przecież zawsze się przydadzą. Powiedzmy sobie szczerze – jeśli ktoś z nas żyje bliżej Kościoła i angażuje się w Jego życie, wcześniej czy później zostanie skonfrontowany z kapłanem, przemawiającym w ten sposób. W najgorszym wypadku będzie on jego proboszczem lub innego rodzaju przełożonym, w najlepszym – usłyszy skargi na niego od znajomych, uczęszczających do „jego” kościoła. Rola Kościoła jako stróża moralności jest bezdyskusyjna i nieoceniona, jednak nie może ograniczać się jedynie do wytykania palcami tego, co złe i straszenia konsekwencjami. Takie zachowanie mogło być popularne i mieć racjonalne podstawy np. w okresie PRL-u, gdy władze lansowały wartości nie zawsze zgodne z Ewangelią i mniej lub bardziej otwarcie walczyły z Kościołem. Jednak nawet w takiej sytuacji dobrze jest pokazywać przede wszystkim to, co dobre i piękne. W tym miejscu ktoś zapewne pomyśli sobie, że przecież upominanie i nazywanie grzechów  po imieniu zawiera się w miłości bliźniego. Nie powinniśmy jednak publicznie i jednostajnie grzmieć o nich, na pewno nie z ambony. To niczego nie da, a może tylko rozsierdzić tych, do których chcemy trafić. Dużo lepszym pomysłem jest modlitwa za tych, którzy działają lub myślą nie do końca poprawnie, a także głoszenie im Ewangelii o Bogu, który zawsze ich szuka i chce dla nich jak najlepiej. Dlaczego tak wielką popularnością cieszą się kaznodzieje pokroju o. Szustaka lub ks. Pawlukiewicza? Dlatego, że mówią w ciekawy sposób? Zapewne. Ale w dużej mierze również dlatego, że w swoich słowach nie narzekają na ludzi i ich zachowanie. Owszem, zdarza im się nazwać grzechy czy błędy po imieniu, ale tylko wówczas, gdy mogą jednocześnie przyznać, że z Bożą pomocą da się z nich wyjść, naprawić je. Według mnie ich sukces leży przede wszystkim w tym, że potrafią zachwycić ludzi opowiadaniem o Bogu i jego miłości do ludzi. Oczywiście – Boga nigdy nie zrozumiany i zapewne nie spotkamy fizycznie, by móc z Nim porozmawiać lub usłyszeć, co ma nam do powiedzenia o Sobie samym (abstrahuję tutaj od różnych...

Read More
Misje na cały rok
Lut09

Misje na cały rok

O akcji „Misjonarz na post”, tym, czym różni się katolicyzm w Polsce i na misjach, i czego możemy się uczyć od krajów misyjnych rozmawiamy z o. Marcinem Wrzosem OMI, redaktorem naczelnym czasopisma „Misyjne Drogi”. źródło: www.misjonarznapost.pl Kajetan Garbela: Skąd wziął się pomysł na zorganizowaną modlitwę za misjonarzy w czasie Wielkiego Postu? o. Marcin Wrzos: Na początku chciałbym zauważyć, że w Kościele działamy często bardzo partykularnie – każde zgromadzenie zbiera pieniądze na swoje misje czy też za nie się modli. Wiadomo, najłatwiej dbać o to, co dotyczy nas samych, i nie jest to żadna uszczypliwość czy wyrzut, tylko stwierdzenie faktu. Pomyślałem, że dobrze będzie wreszcie połączyć nasze siły, a przecież nie powinno być trudno zjednoczyć się na modlitwie. Sam zresztą byłem przez rok na misjach na Madagaskarze i wiem, że modlitwa naprawdę pomaga misjonarzom. Oni często idą kilka czy kilkanaście dni przez busz, w obawie przed malarią, zwierzętami, kapryśną pogodą, często na granicy przemęczenia i psychicznego wyczerpania. Wówczas myśl o tym, że ktoś się za nich modli, naprawdę dodaje sił. Wyszedł ojciec z tą propozycją do innych zgromadzeń… o. M.W.: Pochwycili ja przede wszystkim ci misjonarze, którzy prowadzą swoje czasopisma misyjne –na przykład werbiści, klawerianki, kombonianie… Dlaczego zdecydowaliście, że każdy modlący się otrzyma pod swoją opiekę konkretnego, znanego mu z imienia i nazwiska misjonarza? o. M.W.: W Kościele często zbieramy pieniądze za całe dzieła misyjne, modlimy się za ogół misjonarzy. A przecież skoro wiemy, ilu polskich misjonarzy jest za granicą – Komisja Misyjna Episkopatu Polski ma takie dane – można to wykorzystać. Jest ich dokładnie 2078. Wystarczyło poprosić o szczegółową listę i wrzucić ją w internet z prośbą o modlitwę. Wielu z nas jest łatwiej włączyć się w jakąś akcję, gdy wiemy, kogo dokładnie ona dotyczy, komu niesiemy pomoc. Wcześniej rozpoczęliśmy akcję adopcji misyjnej – pomocy dzieciom na misjach. Odzew był rewelacyjny – ludzie wiedzą, że ich pieniądze idą na konkretne dziecko, na jego naukę, a podopieczni jeszcze napiszą listy z podziękowaniami do swoich opiekunów. To jest wielka zachęta dla potencjalnych darczyńców. Również ojciec miał swoją podopieczną? o. M.W.: Tak, ma na imię Magda i jest świecką misjonarką w Ugandzie. Poza modlitwą, postanowiłem prze cały Post ofiarować za nią punktualne wstawanie na modlitwy poranne – a moi współbracia wiedza, jak trudno mi wstać z łóżka. Do tej pory, poza jednym przypadkiem, byłem zawsze punktualny. To dla mnie wielka walka, ale mam jasny cel, osobę, kobietę, którą się w pewien sposób opiekuję, i to dodaje mi sił. Jaka grupa misjonarzy, lub też z jakich państw, cieszyła się największym powodzeniem? o. M.W.: Najwięcej osób chciało się modlić za – uwaga – świeckie misjonarki, a także braci zakonnych. Tłumaczę to sobie w ten...

Read More

O. Jan Góra – wspomnienie i refleksje

Od prawie dekady o. Jan Góra pozostawał dla mnie człowiekiem jednocześnie  fascynującym i intrygującym. Wiadomość o jego śmierci zasmuciła mnie tym bardziej, że nigdy nie udało mi się go osobiście poznać. Ojciec Jan W. Góra podczas konferencji poświęconej Spotkaniu Młodych Lednica 2012. źródło: PAP / Andrzej Hrechorowicz Kilkukrotnie była ku temu okazja, a ja zawsze z jakichś powodów ją odrzucałem. Kolejnej nie będzie (przynajmniej na tym świecie), więc pozostanę sam ze swoimi wspomnieniami, przemyśleniami i pytaniami na temat o. Góry. Na samym początku muszę przyznać się do tego, że to Lednica rozpoczęła pierwsze znaczące zmiany w moim życiu. Był rok 2006, żyłem sobie na tym świecie już prawie 17 lat. W tym czasie przeżyłem wypadek samochodowy, leczenie w kilku szpitalach i sanatorium, operację, śmierć babci, jeden i drugi szkolny wyjazd… Przystąpiłem do komunii, do bierzmowania, w miarę możliwości działałem w swojej parafii, od kilku ładnych lat byłem ministrantem. Ciągle mieszkałem w tym samym domu z rodzicami i dwójką młodszego rodzeństwa, ucząc się w różnych szkołach. Standardowe życie nastolatka z wierzącej rodziny w małej miejscowości. Gdy na to wszystko patrzę z perspektywy czasu widzę, że było to bliższe wegetacji niż prawdziwemu życiu z Bogiem. Pierwszą poważną decyzję o nawróceniu podjąłem właśnie na Lednicy, w początku czerwca 2006 roku. Co prawda znajomi namawiali mnie już wcześniej na różne pielgrzymki czy rekolekcje, ale wszystkie one wydawały mi się spotkaniami oszołomów, dodatkowo przygotowanymi w bardzo ubogi i nieciekawy sposób. Za to Lednica zapowiadała się ciekawej – w końcu jakaś impreza przygotowana  rozmachem – dla dziesiątków tysięcy ludzi, którą można zobaczyć w telewizji, ma ciekawą stronę internetową, niebanalny program i wielu poważnych gości, a nawet własną muzykę… Pojechałem tam skuszony medialnością tego wydarzenia. Gdy wracałem, byłem już innym człowiekiem. Człowiekiem, który w wieku 17 lat wreszcie zaczął zadawać sobie pytania. O to, jak i po co żyć, po co nam Pan Bóg, jak traktować Jego i innych ludzi, po co mi Kościół, Pismo Święte, sakramenty, czy po tym życiu na pewno jest coś innego… Zobaczyłem tam coś, czego nie miałem na co dzień – tłumy rówieśników, którzy wyglądali na prawdziwe wierzących w Kogoś, kto jest blisko nich i co najważniejsze – szczęśliwych z tego powodu! Nie mieściło mi się to jeszcze wówczas w głowie, ale liczyłem, że znajdę odpowiedź na postawione wcześniej pytania i być może sam przeżyję to, co tamci ludzie. Potem wszystko toczyło się dalej – wyjazdy, rekolekcje, wspólnoty, spowiednicy, kierownicy duchowi, duszpasterstwa… Gdyby nie ten pierwszy wyjazd na Lednicę nie wiem, kiedy i gdzie zadałbym sobie te pytania i świadomie postanowił zadbać o swoją relację z Bogiem. I czy w ogóle by to nastało? Już wówczas, prawie dziesięć lat temu, o....

Read More
On nadchodzi. Radujmy się i czuwajmy!
Gru12

On nadchodzi. Radujmy się i czuwajmy!

Wiemy przecież, że całe stworzenie aż dotąd jęczy i wzdycha w bólach rodzenia. (Rz 8, 22) Kościół daje nam dzisiejszą niedzielę po to, by się radować. Niekoniecznie z tego, co obecnie przeżywamy, ale dlatego, że nasze zbawienie jest niedaleko. Bóg jest już naprawdę blisko, czy tego chcemy, czy nie, czy jesteśmy tego świadomi, czy wręcz przeciwnie. A gdy tylko przyjdzie i zastanie nas wiernymi sobie, nastanie kres naszych udręk. Wszyscy dobrze wiemy, jak wiele ich mamy! Może ktoś z czytających te słowa ciężko choruje i nie widać nadziei na powrót do zdrowia. Kto inny może żyć w patologicznej rodzinie, w której rodzice, lub też jedno z nich znęca się nad dziećmi. Ktoś jeszcze inny może od lat ledwo wiązać koniec z końcem, dosłownie klepać biedę, bez widoków na znaczące polepszenie sytuacji materialnej. Znów ktoś jeszcze inny trwa w toksycznym związku, którego z różnych powodów nie może zakończyć. Problemów może być naprawdę bardzo wiele i każdego co innego przytłacza. Wszyscy też w pewien sposób cierpimy, starając się urodzić jakieś sensowne wyjście z naszych patowych sytuacji. I otrze z ich oczu wszelką łzę, a śmierci już odtąd nie będzie.  Ani żałoby, ni krzyku, ni trudu już [odtąd] nie będzie, bo pierwsze rzeczy przeminęły. (Ap 21, 4) Ale jest nadzieja – pewność, że Jezus kiedyś przybędzie w chwale. I jeśli tylko będziemy żyli według Jego rad, zostaniemy uwolnieni od wszystkich naszych tragedii i problemów. Wówczas wszystkie nieprzyjemności będą już tylko odległym wspomnieniem i będziemy mogli się szczycić, że mimo wszystko przetrwaliśmy. Dobrze o tym pamiętać we wszystkich trudach codziennej egzystencji. Czasem jest ona naprawdę nie do pozazdroszczenia – wszak każdy krzyż swój nosi, jak mówi ludowa mądrość. Wszyscy cierpimy z powodu grzechów swoich własnych oraz ludzi, z którymi mniej lub bardziej mamy do czynienia. Ale mamy Jego słowo, że gdy przyjdzie, będzie w stanie wybawić nas z tego wszystkiego. Z oczekiwaniem na powtórne przyjście Jezusa od zawsze kojarzyła mi się przypowieść z pannami roztropnymi nie roztropnymi (bądź też mądrymi i głupimi, jak podają niektóre tłumaczenia Ewangelii). Do tej historii nawiązał w piękny sposób szesnastowieczny niemiecki teolog protestancki, Philipp Nicolai. W 1587 roku westfalskie miasteczko Unna, w którym zamieszkiwał, nawiedziła straszna zaraza. Codziennie grzebano dziesiątki osób, w tym także bliskich Nicolaia. Znalazł on wówczas ukojenie w kontemplowaniu rzeczy ostatecznych człowieka, w nadziei na to, że Pan jeszcze kiedyś nadejdzie i te wszystkie okropieństwa na zawsze się skończą. Napisał wówczas wspaniały chorał pod tytułem „Wachet auf, ruft uns die Stimme” („Wstańcie, woła nas głos”). Unieśmiertelnił go Jan Sebastian Bach w swojej chyba najpiękniejszej kantacie, napisanej na ostatnią w luterańskim roku liturgicznym, 27 niedzielę po uroczystości Trójcy Świętej roku 1731. Utwór ten w iście mistyczny sposób oddaje...

Read More
Wobec śmierci wszyscy jesteśmy równi
Lis04

Wobec śmierci wszyscy jesteśmy równi

Tradycja pochówku cesarskiego rodu Habsburgów uświadamia nas, że w obliczu śmierci wszyscy jesteśmy równi. Po Mszy pogrzebowej, odprawianej tradycyjnie w wiedeńskiej katedrze św. Stefana, pochód z trumną zmarłego udawał się do kościoła kapucynów, gdzie w początkach XVII wieku urządzono kryptę cesarską. Po dotarciu na miejsce, mistrz ceremonii trzykrotnie uderzał laską w drzwi kościoła. Wówczas ze środka świątyni padało pytanie, zdane przez gwardiana kapucynów:  „Kto stoi na zewnątrz?”. Wówczas mistrz wypowiada długą wyliczankę tytułów zmarłego: „Cesarz Austrii, król Węgier, król Czech…” – mogła ona trwać ładnych kilka minut. „Nie znam kogoś takiego” – odpowiada gwardian i ani myśli otworzyć drzwi. Mistrz ceremonii znów uderza laską w drzwi świątyni. Na pytanie „Kto stoi na zewnątrz?” powtarza tytulaturę osoby zmarłej, tym razem krótszą, dodając do niej informacje o pozostałych jej zasługach. Kapucyni są niewzruszeni: „Nie znam kogoś takiego”. Po raz kolejny słychać trzy uderzenia laski o drzwi oraz pytanie gwardiana, na które mistrz ceremonii podaje imię zmarłego, dodając: „ śmiertelny, biedny grzesznik”. Wówczas drzwi otwierają się i kapucyni zapraszają wiercnych wraz z ciałem zmarłego do swej świątyni. Rytuał ten jest bardzo symboliczny: władza, chwała i bogactwo tego świata nic nie znaczą przed Bogiem, wobec którego wszyscy jesteśmy potrzebującymi miłosierdzia grzesznikami.   Filmowy pogrzeb arcyksięcia Rudolfa (1889 r.)   Pogrzeb arcyksięcia Ottona, syna ostatniego cesarza Austrii, Karola (2011...

Read More