On nadchodzi. Radujmy się i czuwajmy!
Gru12

On nadchodzi. Radujmy się i czuwajmy!

Wiemy przecież, że całe stworzenie aż dotąd jęczy i wzdycha w bólach rodzenia. (Rz 8, 22) Kościół daje nam dzisiejszą niedzielę po to, by się radować. Niekoniecznie z tego, co obecnie przeżywamy, ale dlatego, że nasze zbawienie jest niedaleko. Bóg jest już naprawdę blisko, czy tego chcemy, czy nie, czy jesteśmy tego świadomi, czy wręcz przeciwnie. A gdy tylko przyjdzie i zastanie nas wiernymi sobie, nastanie kres naszych udręk. Wszyscy dobrze wiemy, jak wiele ich mamy! Może ktoś z czytających te słowa ciężko choruje i nie widać nadziei na powrót do zdrowia. Kto inny może żyć w patologicznej rodzinie, w której rodzice, lub też jedno z nich znęca się nad dziećmi. Ktoś jeszcze inny może od lat ledwo wiązać koniec z końcem, dosłownie klepać biedę, bez widoków na znaczące polepszenie sytuacji materialnej. Znów ktoś jeszcze inny trwa w toksycznym związku, którego z różnych powodów nie może zakończyć. Problemów może być naprawdę bardzo wiele i każdego co innego przytłacza. Wszyscy też w pewien sposób cierpimy, starając się urodzić jakieś sensowne wyjście z naszych patowych sytuacji. I otrze z ich oczu wszelką łzę, a śmierci już odtąd nie będzie.  Ani żałoby, ni krzyku, ni trudu już [odtąd] nie będzie, bo pierwsze rzeczy przeminęły. (Ap 21, 4) Ale jest nadzieja – pewność, że Jezus kiedyś przybędzie w chwale. I jeśli tylko będziemy żyli według Jego rad, zostaniemy uwolnieni od wszystkich naszych tragedii i problemów. Wówczas wszystkie nieprzyjemności będą już tylko odległym wspomnieniem i będziemy mogli się szczycić, że mimo wszystko przetrwaliśmy. Dobrze o tym pamiętać we wszystkich trudach codziennej egzystencji. Czasem jest ona naprawdę nie do pozazdroszczenia – wszak każdy krzyż swój nosi, jak mówi ludowa mądrość. Wszyscy cierpimy z powodu grzechów swoich własnych oraz ludzi, z którymi mniej lub bardziej mamy do czynienia. Ale mamy Jego słowo, że gdy przyjdzie, będzie w stanie wybawić nas z tego wszystkiego. Z oczekiwaniem na powtórne przyjście Jezusa od zawsze kojarzyła mi się przypowieść z pannami roztropnymi nie roztropnymi (bądź też mądrymi i głupimi, jak podają niektóre tłumaczenia Ewangelii). Do tej historii nawiązał w piękny sposób szesnastowieczny niemiecki teolog protestancki, Philipp Nicolai. W 1587 roku westfalskie miasteczko Unna, w którym zamieszkiwał, nawiedziła straszna zaraza. Codziennie grzebano dziesiątki osób, w tym także bliskich Nicolaia. Znalazł on wówczas ukojenie w kontemplowaniu rzeczy ostatecznych człowieka, w nadziei na to, że Pan jeszcze kiedyś nadejdzie i te wszystkie okropieństwa na zawsze się skończą. Napisał wówczas wspaniały chorał pod tytułem „Wachet auf, ruft uns die Stimme” („Wstańcie, woła nas głos”). Unieśmiertelnił go Jan Sebastian Bach w swojej chyba najpiękniejszej kantacie, napisanej na ostatnią w luterańskim roku liturgicznym, 27 niedzielę po uroczystości Trójcy Świętej roku 1731. Utwór ten w iście mistyczny sposób oddaje...

Read More
Wobec śmierci wszyscy jesteśmy równi
Lis04

Wobec śmierci wszyscy jesteśmy równi

Tradycja pochówku cesarskiego rodu Habsburgów uświadamia nas, że w obliczu śmierci wszyscy jesteśmy równi. Po Mszy pogrzebowej, odprawianej tradycyjnie w wiedeńskiej katedrze św. Stefana, pochód z trumną zmarłego udawał się do kościoła kapucynów, gdzie w początkach XVII wieku urządzono kryptę cesarską. Po dotarciu na miejsce, mistrz ceremonii trzykrotnie uderzał laską w drzwi kościoła. Wówczas ze środka świątyni padało pytanie, zdane przez gwardiana kapucynów:  „Kto stoi na zewnątrz?”. Wówczas mistrz wypowiada długą wyliczankę tytułów zmarłego: „Cesarz Austrii, król Węgier, król Czech…” – mogła ona trwać ładnych kilka minut. „Nie znam kogoś takiego” – odpowiada gwardian i ani myśli otworzyć drzwi. Mistrz ceremonii znów uderza laską w drzwi świątyni. Na pytanie „Kto stoi na zewnątrz?” powtarza tytulaturę osoby zmarłej, tym razem krótszą, dodając do niej informacje o pozostałych jej zasługach. Kapucyni są niewzruszeni: „Nie znam kogoś takiego”. Po raz kolejny słychać trzy uderzenia laski o drzwi oraz pytanie gwardiana, na które mistrz ceremonii podaje imię zmarłego, dodając: „ śmiertelny, biedny grzesznik”. Wówczas drzwi otwierają się i kapucyni zapraszają wiercnych wraz z ciałem zmarłego do swej świątyni. Rytuał ten jest bardzo symboliczny: władza, chwała i bogactwo tego świata nic nie znaczą przed Bogiem, wobec którego wszyscy jesteśmy potrzebującymi miłosierdzia grzesznikami.   Filmowy pogrzeb arcyksięcia Rudolfa (1889 r.)   Pogrzeb arcyksięcia Ottona, syna ostatniego cesarza Austrii, Karola (2011...

Read More
Chrystus rozumie nasze problemy
Wrz17

Chrystus rozumie nasze problemy

O tym, jak powinniśmy się modlić, co jest prawdziwym celem modlitwy i kiedy nasza modlitwa jest szczególnie miła Bogu, opowiada karmelita bosy, o. Andrzej Cekiera, duszpasterz akademicki DA „Karmel” w Krakowie. Dla wielu katolików modlitwa to paradoks. Z jednej strony w Piśmie Świętym znajdziemy słowa: „Proście, a będzie wam dane”, z drugiej św. Paweł mówi, że nie otrzymujemy, bo się źle modlimy. Może nam się wydawać, że to sprzeczność. o. A. C: Zacznijmy może od tego, że wielu z nas nie rozumie, że nasza modlitwa powinna rozwijać się razem z nami. Gdy byliśmy mali, nauczono nas bardzo prostych i podstawowych  modlitw. Czasem przychodzi do mnie 25-letni student i w trakcie rozmowy wspomina, że „mówi pacierz”, albo czasem nawet zdrobniale, dziecinnie – „paciorek”. Wtedy pytam, czy skoro już dorósł, rozwinął się emocjonalnie, psychicznie, rozwinął się na płaszczyźnie fizycznej, nie wypadałoby także wejść na wyższy poziom modlitwy? Rozwinąć swoją duchowość,  relację  Bogiem? Niektórzy wraz z ludzkim rozwojem w ogóle nie rozwijają modlitwy i pozostają przy dziecinnym paciorku. Sam kiedyś słyszałem słowa pewnego licealisty, który przyszedł na godzinną adorację i ciągle odmawiał tylko „Ojcze nasz”, „Zdrowaś Mario” i „Chwała ojcu”, bo nie przyszło mu do głowy, żeby modlić się innymi słowami! o. A. C: To spory problem. Tacy ludzie nie radzą sobie na cichych adoracjach, nabożeństwach. Z drugiej strony, nabożeństwa prowadzone przez jedną osobę bądź wspólnotę mogą stanowić niemałe zagrożenie. Najpierw wspólny różaniec, potem koronka, rozważania… I w końcu pół godziny zajęte i nie było w ogóle czasu i okazji na modlitwę serca, zastanowienie nad tym, co chcę powiedzieć Bogu. Tylko ciągłe, automatyczne powtarzanie formułek, wręcz zagadywanie Pana Boga. Powinniśmy spojrzeć na to, jak modlił się Jezus… A Jezus powiedział, że kiedy chcemy  się modlić, powinniśmy mówić: Ojcze nasz… I tym sposobem przekazał nam modlitwę „Ojcze nasz”. Można powiedzieć, że jest w tym zawarte wszystko to, co najważniejsze. Oddanie Bogu chwały, prośby… o. A. C: Bo jest. Wszystko to, co najistotniejsze, mieści się w tych słowach. Ważne jest jednak to, jak my do tych słów podchodzimy, jak je przeżyjemy.  Czy jest to dla mnie teksty żywy, słowa, z którymi się utożsamiam, które stają się moimi własnymi, czy po prostu formułka, którą odklepię, i w ogóle się nad nią nie zastanawiam. To zdarza się chyba każdemu, nawet księżom… o. A. C: To są nieszczęsne wyrażenia – „odklepię”, ”zaliczę”… Jezus pokazuje nam modlitwę, która jest relacją z Ojcem, i takiej modlitwy uczy Apostołów. Zakłada ona dialog, ufność – w to, że nie tylko ja sobie coś tam mówię, ale że Bóg będzie mi  odpowiadał. To jest modlitwa właściwa duchowości karmelitańskiej. Jezus mówi, że jesteśmy jego przyjaciółmi. Często pytam ludzi w konfesjonale: „Czy na spotkanie z przyjacielem idziesz...

Read More
Jan Chrzciciel i teologia usprawiedliwiania
Wrz17

Jan Chrzciciel i teologia usprawiedliwiania

Co roku 24 czerwca w Kościele uroczystość narodzenia Jana Chrzciciela, jednego z największych świętych w dziejach. Jan Chrzciciel słynął z prostego stylu życia, odwagi i umiejętności nazywania ludzi i zachowań po imieniu. Całe jego życie było ukierunkowane na wykazywanie ludziom Zbawiciela i przygotowanie ich na spotkanie z Nim. Jak wielu katolikom jest dziś daleko do jego wzoru! źródło: www.agathos.art.pl Nota bene wybrałem Jana na swojego patrona z bierzmowania, ponieważ zawsze imponował mi jego charakter oraz czyny, zapisane w Piśmie Świętym. Jaki jest więc Jan Chrzciciel w Biblii? Żyje na pustyni, nosi szaty ze skóry wielbłądziej, żywi się szarańczą i miodem. Chrzci ludzi, jednocześnie nazywając ich „plemieniem żmijowym” i porównując do drzewa, któremu przyłożono siekierę do korzeni, by zniszczyć to, co złe i nieprzynoszące owocu. Jakby tego było mało, upomina nawet króla, który wziął za żonę małżonkę swojego brata. Co tu dużo mówić – Jan nie był przyjemniaczkiem, miłym gościem, który starał się każdego poklepać po plecach i żyć ze wszystkimi w pokoju, nie daj Boże nikogo nie zdenerwować i nikomu nie podpaść. Był twardym i szczerym facetem, bardzo wyrazistym i prawdziwym. Nie zależało mu na sympatii i uznaniu innych, a jedynie na mówieniu prawdy. Można powiedzieć – co za człowiek! Okropny, chamski, bez klasy, tak nie wypada! A jednak, jak notują Ewangeliści, garnęła do niego cała Judea. Tumy prosiły o jego chrzest, nawet celnicy i żołnierze, czyli te grupy społeczne, które były w nienawiści u prawdziwych Żydów, same nimi gardziły i uchodziły za aroganckie i przemądrzałe, pytały go o to, jak żyć. Ba, nawet sam Herod miał według Pisma miał go szanować i uznawać za szczególną osobę, mimo tego, że Jan nie pozwalał mu żyć Herodiadą, żoną jego brata. Z drugiej strony – Jan Chrzciciel był bardzo pokornym człowiekiem. Cały czas podkreślał, że jest właściwie nikim, a Ten, który idzie za nim i którego on ma wskazać, jest prawdziwym Zbawicielem. To on wypowiedział słynne słowa, że nie jest godzin rozwiązać rzemienia u sandałów Mesjasza, i że potrzeba, aby on sam się umniejszał, a Jezus wzrastał. Na pytania, czy jest mesjaszem lub choćby jednym z proroków, odpowiadał przecząco. Nazywał się „głosem wołającego na pustyni”, jak zapowiadał Mesjasza prorok Izajasz. Miał się więc za narzędzie w rękach Boga, wyzbyte całkowicie z egoizmu i żądzy uznania, bogactwa i wpływów. Nie chciał poklasku i zainteresowania własną osobą, był skupiony na tym, by jak najlepiej przygotować ludzkość na nadejście Zbawiciela. Nawet wówczas, jeśli te przygotowania miałyby być dla kogoś nie do końca miłe. Nawet wówczas, jeśli trzeba będzie komuś wygarnąć i nazwać jego grzechy po imieniu. I nawet wówczas, gdy przez to wszystko trzeba będzie stracić głowę. I to dosłownie – tak przecież skończył...

Read More
Czy to na pewno miłość?
Wrz17

Czy to na pewno miłość?

Spośród wiary, nadziei miłości dzisiejszy człowiek ma największe problemy z tą trzecią. I niestety wielu z nas w ogóle tych problemów nie zauważa. Jak często możemy usłyszeć o miłości, która wcale miłością nie jest… W rozmowie z bliskimi, w telewizji, w książce, w internecie, gdy podsłuchamy czasem czyjąś rozmowę w autobusie, lub gdy ktoś w pracy chwali się, co u niego… Sami czasem łapiemy się na tym, że pałamy do kogoś uczuciem mocniejszym, niż zwykła przyjaźń. Bardzo często szufladkujemy to uczucie jako miłość – no bo przecież tak miło, tak radośnie, motylki w brzuszu, a przynajmniej znaczący skok ciśnienia krwi i uderzenie gorąca, gdy tylko ta osoba pojawi się w polu widzenia, lub ktoś ją wspomni. Taki stan zamroczenia niestety nie pozwala nam na trzeźwy osąd sytuacji i zachowanie zimnej głowy. A przecież droga od zakochania do miłości jest tak bardzo trudna i daleka! Zakochanie jest emocją, a co za tym idzie – nie potrafimy nad nią całkowicie zapanować. Niektórym uda się to troszkę lepiej, niż większości, jednak nigdy w stu procentach nie będziemy swoich emocji kontrolowali. Także zakochania. A ono, może czasem wspomagane przez wolę, pojawiło się w naszym życiu znienacka i niespodziewanie, i tak samo się kiedyś zakończy. Nawet jeśli już udał się nam zaciągnąć obiekt naszych uczuć przed ołtarz, wcześniej czy później emocje opadną, przestaniemy widzieć ukochaną osobę przez zielone okulary. Wówczas przyjdzie czas ciężkiej próby – czy ten ktoś jeszcze w ogóle mi się podoba, czy w ogóle jest dla mnie atrakcyjny, ciekawy? I co najważniejsze – czy potrafię dla niej/niego zrezygnować ze swojego „ja”, poświęcić się, ofiarować mu/jej prawdziwą wolność? Z emocją zakochania łączy się bardzo często pożądanie seksualne. To wręcz atawistyczne i podświadome pragnienie, nakazujące nam fizyczne posiadanie drugiej osoby. Kościół ma tutaj ogromne pole do popisu i od dłuższego czasu stara się je zagospodarować. Dzisiejszy świat kładzie tak silny nacisk na spełnienie w sferze seksualności i łączącą się z nim przyjemność cielesną, że dla mainstreamu pożądanie i seks równają się miłości. Nikt z piewców rozwiązłości seksualnej nie powie nam jednak, jak wielkie spustoszenie w emocjach i psychice człowieka, szczególnie kobiety, może wyrządzić zredukowanie miłości do sfery łóżkowej. Co prawda jest one zdecydowanie silniejsze u mężczyzn, niż u kobiet, o tyle te drugie również są na nie narażone. Sam ostatnio słyszałem wyznanie dziewczyn, która kończy liceum. Bardzo ładna, wysportowana, miła, od lat działa w swojej parafii – jest lektorką, lubi rozmawiać o Bogu, na facebooku co chwila ustawia jakieś religijne cytaty czy udostępnia katolickie linki… Mimo tego uważa, że jeśli znajdzie już chłopaka na dłużej to wręcz będzie musiała iść z nim do łóżka, żeby ich związek przetrwał i jakoś się układało. Nie...

Read More
Szkaplerz karmelitański – co i jak?
Wrz17

Szkaplerz karmelitański – co i jak?

Łacińskie słowo scapulae oznacza barki, ramiona, plecy. Nie ulega wątpliwości, że spośród wielu różnych szkaplerzy, noszonych przez zakony i zgromadzenia zakonne męskie i żeńskie, najpopularniejszy jest szkaplerz karmelitański, czyli Szkaplerz Najświętszej Maryi Panny z góry Karmel. źródło: www.karmelicibosi.pl Szkaplerz wywodzi się z wierzchniej szaty, którą mnisi przywdziewali w czasie pracy, by nie ubrudzić habitu. Posiada kształt długiego, szerokiego pasa materiału, najczęściej tego samego koloru, z którego uszyto habit. Jeden płat materiału opada na plecy, drugi na piersi, a całość zakładana jest przez głowę. Jego historia, jako znaku Maryi i związanego z nim nabożeństwa, wyrasta z aktu zawierzenia zakonu karmelitów osobie Maryi. Początki wspólnoty z Góry Karmel były trudne. Zakon, który powstał w Palestynie na przełomie XII i XIII w., bardzo szybko na skutek prześladowań ze strony muzułmanów musiał przenieść się do Europy. W nowym środowisku był postrzegany przez inne zakony jako konkurent w pracy duszpasterskiej i z nieufnością traktowany nawet przez hierarchię Kościoła. Generał zakonu, angielski karmelita Szymon Stock, wiedząc, że taki stosunek Europejczyków do jego braci może spowodować rozwiązanie lub wymarcie wspólnoty karmelitańskiej postanowił zawierzyć swój zakon Maryi. Prosił, aby przez udzielenie jakiejś szczególnej łaski zechciała zachować zakon sobie poświęcony i noszący Jej imię w swej nazwie. Prosił także o pełne jego uznanie przez dotychczas sceptyczne środowiska kościelne. Jak podaje tradycja karmelitańska, św. Szymon Stock modlił się usilnie do Matki Jezusa słowami antyfony Flos Carmeli − Kwiecie Karmelu. W odpowiedzi ukazała mu się Ona w otoczeniu aniołów angielskim Aylesford w nocy z 15 na 16 lipca 1251 roku. Wskazała na jego szkaplerz i ustanowiła go znakiem swej matczynej opieki, mówiąc: „To będzie przywilejem dla ciebie i wszystkich karmelitów − kto w nim umrze, nie zazna ognia piekielnego”. Obrazy ukazujące wizję św. Szymona Stocka, które możemy spotkać w karmelitańskich kościołach, przedstawiają często Maryję trzymającą szkaplerz w dłoni, podkreślając nadprzyrodzony charakter tego znaku. Propagowanie kultu Maryi w znaku szkaplerza stało się częścią misji zakonu, dzięki której nie tylko przetrwał on czas niepewności, ale również wydał piękne owoce mistycznego doświadczenia Boga. Szczególnie w osobach trzech doktorów Kościoła: św. Teresy z Avila, św. Jana od Krzyża i św. Teresy od Dzieciątka Jezus, oraz patronki Europy − św. Teresy Benedykty od Krzyża. Kościół zatwierdziło nabożeństwo szkaplerzne i zaliczyło je do sakramentaliów. 16 lipca został ustanowiony świętem Matki Bożej Szkaplerznej jako wspomnienie Najświętszej Maryi Panny z Góry Karmel. Szczególnym orędownikiem duchowości karmelitańskiej był Jan Paweł II, który wielokrotnie przyznawał się do noszenia szkaplerza i otrzymywania wielkich łask dzięki tej formie pobożności. Trzeba pamiętać, iż szkaplerz karmelitański nie jest jakimś amuletem czy magicznym talizmanem − samo noszenie go nie jest automatycznym gwarantem naszego zbawienia czy też wymówką, aby nie podejmować życia prawdziwie katolickiego. Noszenie szkaplerza...

Read More

Grajmy Chrześcijańskie Granie!

W ciągu ostatnich kilkunastu lat możemy zaobserwować istny boom na muzykę chrześcijańską. Odbywają się festiwale, koncerty, na rynek wychodzą płyty. Wciąż powstają całkiem nowe zespoły, stare czasem się reaktywują, muzycy z różnych formacji tworzą nowe składy… Dzisiaj rozmawiamy z Michałem Guzkiem z Chrześcijańskiego Grania – inicjatywy mającej na celu rozwój i promocję muzyki chrześcijańskiej w Polsce. Skąd pomysł na inicjatywę pod nazwą Chrześcijańskie granie i kto je tworzy? Michał Guzek: Na pomysł wpadł już w 2006 roku ks. Bogusław Jankowski z Dobrego Miejsca – instytucji kulturalnej Archidiecezji Warszawskiej z siedzibą na warszawskich Bielanach. Od 7 lat staram się rozwijać sklep i serwis muzyczny. Gdy ja rozpoczynałem przygodę z Chrześcijańskim Graniem w roku 2008, to jego działalność ograniczała się do sklepu muzycznego. Dwa lata temu do ekipy dołączył Mateusz Stolarski, bez którego dzisiaj trudno byłoby sobie wyobrazić Chrześcijańskie Granie. Od czego zaczęliście na samym początku? M.G.: Jak już wspomniałem, na początku prowadziliśmy sklep internetowy i stacjonarny. Za namową znajomego założyliśmy również serwis o muzyce i o dobrych płytach. W roku 2011 po raz pierwszy w ramach Festiwalu Chrześcijańskie Granie powstał Koncert Debiuty, który odegrał w naszej historii kluczową rolę. Nakreślił on cel naszego działania − ewangelizację poprzez młodą scenę muzyki chrześcijańskiej. Czy już wtedy spotkaliście się wówczas z głosami uznania? Czy ktoś wyciągnął do Was pomocną dłoń? M.G.: Oczywiście, że tak! Od samego początku czujemy wsparcie wielu wspaniałych ludzi. Począwszy od ekipy Dobrego Miejsca, zaprzyjaźnionych mediów czy po prostu naszych rodzin, znajomych i przyjaciół. Co do uznania dla naszych działań, słyszymy wiele pozytywnych głosów. Jesteśmy wdzięczni za każde wsparcie i dobre słowo.  Organizujecie dwa wydarzenia muzyczne w roku – Debiuty w kwietniu oraz Festiwal Chrześcijańskie Granie w listopadzie… M.G.: Ten pierwszy kierujemy przede wszystkim do młodych twórców, którzy chcą zaistnieć w świecie muzyki chrześcijańskiej. Na ostatnich Debiutach występowały zespołu BeU, Good God i Soudarion. Nagrodę jury otrzymał ten ostatni. Co do planowanego Festiwalu, który odbędzie się w dniach 27-28 listopada, to nie zdradzamy jeszcze zespołów – po prostu nie ustaliliśmy jeszcze ich ostatecznej listy. Zgłoszenia do Koncertu Premier, który odbędzie się w ramach Festiwalu, mija 30 września. W jego trakcie wyłonimy pięć piosenek, które zaprezentują się podczas koncertu galowego i będą miały szansę zdobyć tytuł Premiery Roku 2015. Jak z czasem zmieniła się Wasza działalność? Jakie nowe inicjatywy doszły? M.G.: Ostatnio jest nim na pewno działający od roku serwis z koncertami − www.koncerty.chrzescijanskiegranie.pl. W grudniu reaktywowaliśmy serwis o mediach – Klub Miłośników Dobrych Mediów kmdm.pl, natomiast od czerwca działa Fundacja "Chrześcijańskie Granie". Często patronujemy różnym akcjom, koncertom. W tym roku byliśmy m. in. na Sandanaliach, Marszu dla Życia i Rodziny, akcji Jezus na Stadionie czy koncercie Bądź jak Jezus. Z takich wydarzeń...

Read More
Święci nie od zawsze święci
Lip10

Święci nie od zawsze święci

Chyba dla większości ludzi świętość jest czymś nieosiągalnym, wręcz mitycznym. Czymś, do czego dochodzą tylko nieliczni, a jeśli już, to zapewne byli od samego początku życia prze Boga wybrani i szczególnie umocnieni. Dla wielu święty = bezgrzeszny, idealny od poczęcia do śmierci. Śledząc życiorysy wielu świętych Kościoła dojdziemy jednak do wniosku, że bywało wręcz przeciwnie… Zacznijmy od klasyków, znanych chyba każdemu, kto bywa co niedziela w kościele i uczęszczał w szkole na religię. „Szaweł siał grozę i dyszał żądzą zabijania uczniów”, jak podają Dzieje Apostolskie. Uczony Faryzeusz, obywatel rzymski, gorliwie i z przekonania ścigający chrześcijan, posiadający specjalne pozwolenie arcykapłanów na ściganie i więzienie wszystkich wyznawców nowej religii. Nagle – cud! Pod Damaszkiem zostaje przez Boga dosłownie powalony na ziemię. Przez trzy dni pozostawał niewidomy, aż Pan przysłał do niego chrześcijanina, Ananiasza, który położył na nim ręce. Paweł odzyskał wzrok, został chrześcijaninem i Apostołem Narodów, napisał wiele listów, które znalazły się w Nowym Testamencie i wyprawił się na kilka podróży misyjnych po świecie. Zginął śmiercią męczeńską przez ścięcie między 64 a 67 r. n. e. w Rzymie. Święty Augustyn – wychowany w kulturze rzymskiej, erudyta, filozof neoplatoński, pisarz. Przyszedł na świat w 354 r. w Tagaście, w rządzonej wówczas przez Rzymian Afryce Północnej. Przez pewien czas był zwolennikiem manichejczyków (sekty wierzącej, że w świecie toczy się nieustanna walka równych sobie sił – dobra, reprezentowanego przez siły duchowe, ze złem, reprezentowanym przez materię), żył bez ślubu z kobietą, z którego to związku doczekał się nawet syna. Potem poznał chrześcijan, w tym późniejszego doktora Kościoła, biskupa Mediolanu Ambrożego, wreszcie przyjął chrzest. Przełomowe było dla niego pewne zdarzenie – gdy odpoczywał w ogrodzie, usłyszał jak jakieś dziecko powtarzało „weź i czytaj”. Te słowa tak go tknęły, że chwycił leżące nieopodal Pismo Święte. Otworzył akurat na fragmencie listu do Rzymian, w którym św. Paweł pisze „żyjmy przyzwoicie jak w jasny dzień: nie w hulankach i pijatykach, nie w rozpuście i wyuzdaniu, nie w kłótni i zazdrości. Ale przyobleczcie się w Pana Jezusa Chrystusa i nie troszczcie się zbytnio o ciało, dogadzając żądzom.” Można powiedzieć, że dopiero dzięki tym słowom został prawdziwym wyznawcą Jezusa. Zmarł jako biskup północno afrykańskiej Hippony w roku 430. Dziś jest czczony jako jeden z ojców i doktorów Kościoła, a jego pisma, takie jak „O Trójcy Świętej”, „Państwo Boże” czy „Wyznania” wniosły bardzo wiele do rozwoju chrześcijańskiej teologii. Równie dobrze znany św. Franciszek z Asyżu (1181 lub 1182 -1226 r.), jeden z najbardziej znanych i popularnych świętych, w młodości miał niezbyt wiele wspólnego ze świętością. Interesowało go raczej brylowanie w towarzystwie miejscowej młodzieży, zdobywanie wyrazów uznania i zachwytów nad własną osobą. Powodowany chęcią zdobycia sławy, wybrał się nawet na dwie wyprawy wojenne. Podczas drugiej...

Read More
Piotr – marzenie o potędze, cz. 2
Kwi13

Piotr – marzenie o potędze, cz. 2

Piotr uznał, że nie będzie silnej Rosji bez dostępu do morza i rozprawienia się ze śmiertelnymi wrogami, jakim była Turcja i Szwecja. Najpierw rozpoczął reformę wojska, ogłaszając dożywotnią służbę wojskową, ogłaszając powszechny pobór i reformując stały podział rekrutów na pułki. Zatrudniał cudzoziemców z Zachodu jako dowódców i inżynierów, sprowadzał broń, armaty i wszelkie potrzebne wojsku sprzęty z Holandii, Niemiec czy Anglii. Właściwie przez kilka lat prowadził jedne wielkie manewry wojskowe. Wreszcie postanowiono zaatakować Turcję i zdobyć Azow, ważny port nad morzem Azowskim, który miał zostać oknem Rosji na Morze Czarne, a dalej także Śródziemne, ułatwiając kontakty z resztą Europy. Oblężenie w 1695 roku nie udało się, jednak już rok później zdobyto silnie ufortyfikowane miasto i państwo Piotra wreszcie posiadało nadmorski port z prawdziwego zdarzenia. Do tej pory car musiał zadowolić się zimnymi brzegami dalekiej północy i portem w Archangielsku – tam zresztą na jego polecenie zbudowano pierwszy rosyjski okręt pełnomorski– nie nadawał się on jednak na łącznik Rosji z wielką cywilizacją. Teraz wszystko w jego państwie miało ulegać zmianom, których nikt nie zdołał zatrzymać. Ambitnemu władcy mało było wiedzy i doświadczenia cudzoziemców, przebywających w Rosji. Postanowił sam udać się do zachodniej Europy aby na własne oczy zobaczyć, jak funkcjonują tamtejsze państwa i społeczeństwa. W 1697 roku wyruszyło z Moskwy wielkie, dwustuosobowe Wielkie Poselstwo pod oficjalnym przywództwem trzech ambasadorów, z których głównym przedstawicielem Rosji był Franz Lefort, dawny towarzysz i zaufany Piotra. Sam car również wziął udział w poselstwie, ale zwiedzał zachód incognito, jako Piotr Michajłow, szeregowy członek poselstwa. Ku jego złości szpiedzy donieśli władcom Europy, że car osobiście wyprawia się na zachód, dzięki czemu jego pobyt był praktycznie wszędzie tajemnicą poliszynela. Trudno zresztą było go nie zauważyć – o głowę wyższy od pozostałych członków misji, zainteresowany wszystkim, co nowe, wszystko chciał zobaczyć, dotknąć, o wszystko dopytywał. Razem z poselstwem zwiedził Rzeczpospolitą, kraje niemieckie, Niderlandy, Anglię, spotkał się m. in. z elektorem brandenburskim Fryderykiem, królem Polski Augustem II, cesarzem niemieckim Leopoldem I, królem Anglii i stadhouderem (władcą) Niderlandów Wilhelmem III. Żadnego z nich nie namówił na świętą wojnę przeciwko Turcji, której plany snuł od lat, udało mu się jednak pozyskać wielu kupców, inżynierów, naukowców czy wojskowych, którzy zgodzili się na osiedlenie w Turcji. Zakupiono wiele ksiąg, dzieł sztuki, narzędzi i broni, które miały unowocześnić Rosję. Posłowie zwiedzali uniwersytety, obserwatoria, zbrojownie, mennice, biblioteki, osobiście obserwowali, jak funkcjonuje władza w krajach zachodnich, np. przysłuchiwali się obradom Angielskiej Izby Gmin. Sam Piotr w trakcie poselstwa zdobył wykształcenie jako artylerzysta, a nawet pracował jakoś szeregowy cieśla w stoczni amsterdamskiej Kompanii Wschodnioindyjskiej. Mieszkał razem  innymi robotnikami, z nimi spędzał czas, i choć oczywiście nie ujawnił swojego prawdziwego nazwiska, każąc nazywać się „cieślą Piotrem”, wszyscy doskonale...

Read More
Piotr – marzenie o potędze, cz. 1
Mar14

Piotr – marzenie o potędze, cz. 1

Ludzie realizujący swoje marzenia stanowią kamienie milowe w historii miast, państw czy kontynentów, a nawet całej Ziemi. Niektórzy byli tak nieprzeciętni, że nawet w dzisiejszym świecie łatwo zaobserwować ślady ich ambicji i wytrwałości. Często są kontrowersyjni – szli do celu po trupach, łamali obowiązujące standardy i sprzeniewierzali się obowiązującym normom czy tradycji. Jedną z takich postaci był na pewno Piotr I, nazwany przez potomnych Wielkim, pierwszy cesarz Rosji. Bez niego nie byłoby dzisiejszej potęgi tego państwa, a układ sił w Europie i na świecie mógłby wyglądać całkiem inaczej. Piotr Aleksiejewicz Romanow przyszedł na świat 30 maja (9 czerwca według kalendarza juliańskiego) 1672 roku w Moskwie jako syn cara Aleksego Romanowa i Natalii Naryszniky. Szybko utracił ojca – miał ledwie cztery lata. Wówczas nowym władcą został jego najstarszy  brat, Fiodor, który oddał Piotra pod opiekę bojarów i duchownych prawosławnych, którzy mieli zadbać o jego wykształcenie. Życie Piotra biegło spokojnie aż do roku 1682, w którym zmarł Fiodor, a Sobór Ziemski, czyli zjazd stanów ruskich, wybrały Piotra nowym carem. W imieniu dziesięcioletniego chłopca tymczasowo władzę miała pełnić matka. Nie spodobało się to carównie Zofii, córce Aleksego z pierwszego małżeństwa, która podburzyła strzelców – członków wpływowej formacji wojskowej – do buntu przeciwko decyzji Soboru. Pretekstem miała być skrzywdzenie Zofii i drugiego z braci Piotra, niedorozwiniętego Iwana, przez ludzi Natalii Naryszkiny. Po kilku dniach plądrowania Moskwy osiągnięto kompromis – Piotr musiał podzielić się władzą ze starszym bratem, upośledzonym umysłowo Iwanem, a nową regentką mianowano właśnie Zofię. Tajemnicą poliszynela był fakt, że nie ma ona zamiaru nigdy oddawać władzy młodszym braciom. Iwan nie stanowił dla niej zagrożenia, jednak nikt nie wiedział, jak za kilka lat zachowa się Piotr. Nowa regentka postanowiła wysłać przyrodniego brata wraz z jego matką na zsyłkę do lichej chaty w podmoskiewskiej wsi Prieobrażeńskoje, a samej rządzić i w międzyczasie szukać odpowiedniego sposobu na definitywne pozbawienie brata praw do korony carów. Pobyt w Prieobrażeńskoje miał być dla młodego cara karą, jednak jego ambicje, odwaga i chłonny umysł spowodowały, że właśnie ten czas ukształtował osobowość i zdecydował o wielkiej przyszłości Piotra. Żądny wiedzy, prosił swoich gości, by dostarczali mu różne ciekawe urządzenia. Pewnego dnia otrzymał w prezencie astrolabium, niestety nikt w jego otoczeniu nie wiedział, jak takim przyrządem się posługiwać. Wreszcie odnaleziono pewnego młodego Holendra, który nauczył Piotra posługiwania się tym instrumentem. Inny przybysz z Niderlandów, z zawodu stolarz, pomaga carowi wyremontować starą łódź, którą później wielokrotnie pływał po pobliskiej rzece Jauzie i niedalekim jeziorze Pierejasławskim. Później udało mu się odwiedzać Niemiecką Słobodę – dzielnice Moskwy, zamieszkaną przez ludzi pochodzących z Zachodu, głównie Niemców, Holendrów, Szkotów i Anglików. Car obserwował ich, pytał o to, jak wygląda życie w krajach, z których pochodzą,...

Read More