Trzeba mieć wyczucie
Mar24

Trzeba mieć wyczucie

Niektórzy ludzie wysysają to z mlekiem matki, inni otrzymują to w ramach starannego wychowania w szkole. Są tacy, którzy uczą się na błędach i doświadczeniach życiowych. Dziś jednak będzie o tych, co to się nigdy nie nauczą… Kiedy ma się lat kilkanaście, wychodzenie ze schematów i łamanie konwencji jest jednym z głównych życiowych celów. Garnitury i krawaty, kwiecista mowa i stosowanie się do skomplikowanych zasad savoir-vivre to dla młodych buntowników oznaka słabości. Bezkompromisowość – albo białe, albo czarne – bez dyskusji! Wolność, żyć „tak jak chcę”, bez zginania karku, bez patrzenia na innych – każdy ma do tego prawo. Jednak bunt ma swoje granice – mój bunt się kończy, gdy zaczyna gorszyć i negatywnie ingerować w życie drugiego człowieka. Niestety, często o tym zapominamy. Przestajemy pamiętać o drugim człowieku i robimy z siebie przysłowiowy pępek świata. Dwa razy pomyśl zanim zrobisz – mówiła babcia. I miała rację. Dzięki niej nauczyłem się, że to, co robię wpływa nie tylko na mnie, ale też na moje otoczenie. To jednak wcale nie oznacza, że jestem jakiś wyjątkowy. To tylko zwykła grzeczność, umiejętność współżycia społecznego. Tak już się jakoś utarło, że otaczamy należytym szacunkiem starszych – ustępujemy im miejsca w tramwaju, mówimy do nich zrozumiałym językiem, bez wtrącania zbyt wielu terminów obcojęzycznych. Raczej unikamy wchodzenia do świątyni, będąc ubranym w strój kąpielowy. To chyba normalne, że przychodząc zimą do czyjegoś domu, nie kładziemy na kanapie swoich zabłoconych butów. Że wchodząc między wrony, staramy się zanadto nie wyróżniać, szanować obowiązujące tam zasady, a gdy zrobimy coś nie tak jak należy – po prostu przepraszamy. To niewytłumaczalne…  Tak po prostu jest! Nie starajmy się jednak zmienić całego świata. To się nie uda! Zawsze znajdzie się ktoś, kto ze swojej wady będzie chciał zrobić zaletę. Nie przyzna się do popełnionego błędu, ale uczyni ze swego wykolejenia znak rozpoznawczy. Uzależniony od alkoholu nie przyzna się do swojego nałogu – będzie mówił o sobie, że co tydzień jest królem melanżu. Zwolniony z pracy bankier nie przyzna, że jest oszustem i złodziejem. Kierowca zatrzymany za przekroczenie prędkości nie powie o sobie, że jest piratem drogowym. On przecież tak świetnie potrafi prowadzić samochód, że te wszystkie ograniczenia są niepotrzebne. Takie jest życie! Tak jak znany piosenkarz nie przeprosi za to, że gra z playbacku (on przecież tylko dba o gardło!), tak ksiądz, który ujawni na konferencji prasowej, że jest w związku ze swoim partnerem/partnerką, nie przyzna się do błędu i złamania zasad, ale nazwie się rewolucjonistą, symbolem odwagi, wiatrem odnowy dla Kościoła. Świata nie zmienisz – mówiła babcia – ale dwa razy pomyśl, zanim coś...

Read More
W objęciach mediów
Lut28

W objęciach mediów

Współczesne media mają to do siebie, że liczy się w nich news. Gorący temat, który pobudzi wyobraźnię odbiorcy musi być naprawdę bardzo interesujący, by przyciągnąć widza/słuchacza/czytelnika. Walka między redakcjami jest prawdziwą wojną – taką na śmierć i życie. Trudno ocenić, kto ma w niej większą władzę – media, które mogą kreować rzeczywistość czy odbiorca, który może w każdej chwili zmienić stację, przełączyć kanał lub przestać kupować konkretny tytuł gazety. Utrata  konsumenta to największa porażka, jaka może spotkać redakcję. Lawinowa utrata konsumenta to już krawędź przepaści oznaczającej medialny niebyt, a w konsekwencji – bankructwo firmy. Właśnie dlatego media robią wszystko, by spełnić podstawowy cel ich działania: przyciągnąć, utrzymać, a potem wpływać na swojego odbiorcę. W tym celu wyszukują interesujące tematy pobudzające dyskusje, mnożące kontrowersje, które nie ucichną po kilku chwilach. Mniej więcej taki jest powód przyjęcia we wszystkich stacjach bardzo podobnego scenariusza przebiegu dziennika telewizyjnego. Najpierw – wiadomo! – telegraficzny skrót wszystkich wiadomości, potem najważniejsza informacja dnia, dalej ze trzy, cztery informacje o tym, co się wydarzyło w Polsce i na świecie. Następnie jeszcze tylko tragedia ludzka lub niesprawiedliwość państwa i na koniec – mój zdecydowany faworyt – „news z ZOO w Australii o narodzinach pingwinka-albinosa”. Albo coś w tym stylu – koniecznie musi być to temat lekki, najczęściej dotyczy zwierząt, ale nigdy nie ma bezpośrednio związku z naszym „tu i teraz” i teoretycznie nikogo nie powinien interesować. Jaki jest więc fenomen ostatniego newsa w każdym dzienniku? Naprawdę, Drogi Czytelniku, nigdy Ci się nie zdarzyło się, że rodzice oglądający wiadomości wołali Cię (siedzącego w innym pokoju) słowami: „Chodź, zobaczysz, jaki w telewizji jest duży wieloryb/ładny niedźwiadek/śmieszny pingwin”? Przecież ostatni temat w wiadomościach wcale nie jest po to, by rozluźnić atmosferę po pełnym nerwów oglądaniu informacji! On ma przyciągnąć do telewizora dziecko, które oswaja się z tym, że rodzice oglądają dziennik. Latorośl przyzwyczaja się do tego, że oglądanie wiadomości to coś normalnego, może nawet obowiązkowego, skoro robi się to codziennie… Nie mówiąc już o  tym, że we współczesnym społeczeństwie przybywa nam wtórnych analfabetów – ludzi, którzy potrafią czytać i pisać, ale zrozumienie i interpretacje rozkładu jazdy autobusów jest dla nich trudnością nie do przeskoczenia. Natłok informacji, liczb, statystyk i sformułowań z zakresu prawniczej nowomowy jest tak ogromny, że trudno im wyciągnąć wnioski z tego, co przed chwilą zobaczyli. Ba, ciężko nawet powtórzyć to, co zostało powiedziane. To właśnie dla nich jest ostatni news w wydaniu wiadomości – żeby mieli o czym opowiedzieć znajomym, żeby nazajutrz w pracy mogli odkryć, że inni też TO widzieli. Dzięki temu zyskują świadomość, że oglądanie telewizji ich rozwija i pozytywnie wpływa na relacje z ludźmi. „No, więc skoro telewizja jest tak dobra, to dziś wieczorem też...

Read More
Lepiej mieć, niż nie mieć?
Lut24

Lepiej mieć, niż nie mieć?

Każdy z nas zna osobę, która jest źródłem powiedzeń, aforyzmów i mądrości życiowych. Jedne z nich są sensowne, drugie troszkę mniej. Jedne z nich uczą, inne bawią. Mądrości te nie zawsze mają cokolwiek wspólnego z rzeczywistością, ale zazwyczaj powtarza się je wtedy, gdy nie wiadomo, co powiedzieć. Tak jest z "lepiej mieć, niż nie mieć". Kiedy w szale ostatniej kumulacji Lotto siedzieliśmy ze znajomymi przed telewizorem, czekając na wyniki losowania, do gorączkowego oczekiwania dołączyła moja babcia. Wszyscy po kolei, ściskając w spoconej dłoni swój kupon, opowiadali o marzeniach i planach, które będą mogli zrealizować za pomocą pieniędzy z wygranej. Na szczęście nie musieliśmy być nadto kreatywni, gdyż od kilku dni wszystkie media wskazywały, na co będzie stać szczęśliwego zwycięzcę losowania. Mieć kilka mieszkań bądź też duży dom z basenem, świetny samochód, mały jacht lub zwyczajne odłożenie forsy na lokatę i życie z odsetek – oto najczęściej wysnuwane scenariusze. Kiedy tak opowiadaliśmy o swoim przyszłym życiu oligarchy, do żywej dyskusji włączyła się babcia, która powiedziała, że z takimi pieniędzmi to przecież same kłopoty. „Z rana, jak poszłam do kiosku po gazetę to i owszem, dałam się ponieść i kupiłam dwa zakłady, ale po południu wszystko przemyślałam i  wyrzuciłam kupon. No bo co ja bym zrobiła z taką forsą? Zgłupiałabym!”. Oczywiście początkowo nikt nie podzielił jej zdania, ale gdy już okazało się, że absolutnie żadna z naszych liczb nie pokrywa się z tymi z maszyny losującej, nawet się ucieszyliśmy. Co prawda babcia co najmniej od dwudziestu pięciu lat powtarza, że „lepiej mieć niż nie mieć” ale przecież „co za dużo to i świnia nie zje”. W jednej chwili staliśmy się szczęśliwsi, zażarta wojna między zwolennikami inwestycji w obligacje i zakupu nieruchomości poszła w niepamięć. Przestaliśmy zastanawiać się nad niuansami podatkowymi i prawnymi i mogliśmy powrócić do życia TU i TERAZ. Swoją drogą interesującą wizję przedstawiła jedna z naszych koleżanek, której tak bardzo przypadł do gustu pewien piłkarzy polskiej ekstraklasy, że sprawdziła na portalu transferowym jego cenę rynkową i chciała go sobie wykupić na własność z któregoś z klubów piłkarskich. Całe szczęście, że „za marzenia nie karzą”. Osobną grupę mądrości stanowią zaklęcia i czary, których używamy (raczej mniej niż bardziej świadomie) w przeróżnych sytuacjach życia codziennego. Oczywistym jest, że nie przechodzimy pod drabiną i unikamy czarnych kotów przechodzących przez drogę. Ale przecież nie każdy mężczyzna wie, że widząc siostrę zakonną, winien po trzykroć splunąć przez lewe ramię, żeby nie zostać starym kawalerem (o tym fakcie niżej podpisany dowiedział się chyba zbyt późno, a że dość często widuje idące ulicą siostry, to daleko mu do ożenku. No… Chyba że wszystko przez to, że kiedyś usiadł przy narożniku stołu – wtedy nawet nie ma...

Read More
O słoniu, który nadepnął na ucho… igielne
Lut20

O słoniu, który nadepnął na ucho… igielne

Co ma wspólnego bogactwo ze śpiewem? Wśród wielu minusów, jakie zauważamy u naszych znajomych, jest coś, co boli za każdym razem, gdy gromadzimy się na większych lub mniejszych uroczystościach. Nieważne, czy akurat mamy podczas apelu zaintonować hymn narodowy, czy tylko proste sto lat na imieninach babci, zawsze powstaje w towarzystwie lekka konsternacja – kto zacznie? Problem można uznać za niebyły, jeśli jest wśród nas wujek-wodzirej (to taki typ człowieka, który na każdej imprezie – przede wszystkim na weselu! – wyczekuje chwili, gdy wreszcie ucichnie muzyka i będzie można przejąć inicjatywę i zacząć tradycyjne biesiadne przyśpiewki). Co jednak, jeśli nie ma wujka-wodzireja? Śpiew półszeptem z zimnym potem na skroni, stres lub grobowa cisza. No, albo ten niemiłosierny fałsz, bo przecież „śpiewać każdy może”. A przecież „inni to tak ładnie potrafią, a w cerkwi to nawet na głosy umieją”, a u nas ciągle tylko łamiące się w pół taktu nuty starszych pań. A już nie daj Boże, żeby ktoś w zgromadzonym towarzystwie potrafił naprawdę dobrze śpiewać – wtedy musi być solistą, bo przy takim Jankielu nikt nie śmie nawet ust otworzyć, bo przecież „ja to nie mam słuchu”. Jak to się dzieje, że nie śpiewamy? Czy naprawdę odważnymi wokalistami możemy być jedynie po dwóch głębszych lub podczas „Pieśni o małym rycerzu” w katowickim Spodku? To przecież niemożliwe, żeby istniał aż tak ogromny słoń, który nadepnąłby na uszy całemu narodowi! Może gdyby edukacja muzyczna była u nas „bardziej muzyczna” i w szkole zamiast historii opery uczylibyśmy się podstaw emisji głosu… Może gdyby „sztuka” w  szkołach była czymś więcej, niż rzeźbieniem z masy solnej… W przeszłości człowiek dobrze wykształcony, aspirując do elit, musiał, oprócz znajomości klasycznych przedmiotów, być obytym muzycznie, przynajmniej uczęszczać do opery, a najlepiej grać (choć trochę!) na wybranym instrumencie. A dziś? Słyszymy tylko narzekania, że kultura u nas umiera… No, ale po co ma żyć, dla kogo, skoro już coraz mniej ludzi się na niej zna? Po co żyć? – co za głupie pytanie… W samym środku wakacyjnej sielanki wydarzyła się rzecz, która zszokowała polską opinię publiczną: jak grom z jasnego nieba spadła na społeczeństwo informacja, że bogactwo jednak nie zapewnia człowiekowi nieśmiertelności! Jedni przejęli się tym faktem bardziej, inni mniej, ale absolutnie każdy, kto poruszał temat śmierci Jana Kulczyka, określał go jednym mianem: miliarder, najbogatszy Polak. Z ogromnym zainteresowaniem śledziłem przekazy medialne dotyczące odejścia z tego świata człowieka dysponującego ogromnym majątkiem, którego bogactwo wspominano przy każdej okazji, właśnie po to, by zobaczyć w nich… człowieka (sic!). Bardzo dotknęło mnie to, że dosłownie wszystkie wiadomości dotyczące faktu zgonu słynnego przedsiębiorcy zaczynały się od zdefiniowania go jako człowieka majętnego, biznesmena, bogacza, miliardera… W dalszej kolejności pojawiały się jego dokonania, kolosalne liczby, nazwy...

Read More
Vivat Academia?
Lut06

Vivat Academia?

Nie tak to sobie wyobrażałem! Studia miały być czasem znajdowania odpowiedzi, a nie stawiania kolejnych pytań! Jest dokładnie tak samo, jak było przed maturą. No… może nieznacznie przybyło nam lat. Jednak pytania, jakie zadaje sobie student ostatniego roku, zawsze są podobne. Gdzie szukać pracy? W którą stronę pójść? Co ja właściwie chciałbym robić, jak będę duży? Jestem studentem-lekkoduchem. Od zawsze okropnie zazdroszczę ludziom, którzy potrafią zaplanować swoją przyszłość. Nigdy nie zastanawiają się nad tym, co będzie jutro. Oni to wiedzą. Potrafią jasno określić swój cel, wyeliminować z codzienności wszelkie przeszkody i pewnie podążać tam, dokąd chcą dotrzeć. Naprawdę, chciałbym tak umieć. Niestety, naturalne przeszkody, jakimi są wrodzone roztrzepanie, przesadna spontaniczność i skłonność do lenistwa absolutnie zaprzeczają tej wymarzonej, poukładanej wizji świata. Teoretycznie mógłbym jeszcze z tym powalczyć, ale na piątym roku jest już za późno na rewolucje. Jestem studentem. A brać studencka ma w sobie coś takiego, że staje się dla ludzi najbardziej znienawidzoną grupę społeczną w mieście. Gdyby zapytać „dorosłych” o definicję studiowania, to odpowiedzieliby, że to: pięć lat nieustannych, wielodniowych imprez, więcej nieobecności niż obecności na zajęciach, ściąganie na egzaminach i weekendowe wędrówki po słoiki. No i robienie tłoku w autobusach. Nie umiem zaprzeczyć – przecież wiele w tym racji. Naukowcy na każdym kroku udowadniają nam, że bycie studentem z dnia na dzień jest coraz mniej prestiżowe. Że żacy coraz głupsi. I że dyplom absolwenta niewiele jest dziś wart, bo w naszych czasach łatwiej jest zostać magistrem, niż przed laty zdać maturę. Czasem nawet wierzymy w to, że naszym uczelniom na nas zależy! Owszem, niektóre (te najlepsze!) inwestują w swoich studentów, dają im ogromny wachlarz możliwości i przygotowują do dobrego startu w przyszłość. Jednak musimy zauważyć (chociaż tak bardzo nie chcemy tego widzieć!), że istnieje mnóstwo szkół wyższych, które bardziej niż studentami interesują się własnym przetrwaniem. Tworzą ofertę, która pozwoli im utrzymać płynność finansową i zatrudniać kolejnych wykładowców. W ten sposób powstała nowa gałąź przemysłu, „przemysł uczelniany”. Pożytek dla nauki? Jak to mówią na Śląsku: żodyn. Ale najbardziej to nas oszukali nasi rodzice! „Idź na studia, z wykształceniem będziesz miał w życiu łatwiej niż ja” albo „po studiach to zawsze łatwiej o dobrą pracę” – te zaklęcia słyszał chyba każdy abiturient. Kto w nie ślepo uwierzył, ten bardzo się zawiódł, gdy okazało się, że absolwent nie ma zagwarantowanego jakiegoś kierowniczego stanowiska! No i że trzy magiczne literki przed nazwiskiem nie powodują pomnożenia pensji przez trzy. Szokujące, lecz prawdziwe. Nie chcąc się narażać, nie będę wymieniał tu konkretnych kierunków studiów, ale musimy zdać sobie sprawę z tego, że w niektórych dziedzinach naukowych naprawdę nie chodzi o zdobycie zatrudnienia, lecz o inwestycję w siebie. Podobno większość studentów pod koniec...

Read More
Oni tam mają naprawdę cudowne krany!
Paź18

Oni tam mają naprawdę cudowne krany!

Lipiec… Ten miesiąc chyba nikomu nie kojarzy się źle. Miesiąc zwiastujący wakacyjne szaleństwa, tak niecierpliwie wyczekiwane w czerwcu. Miesiąc beztroski i kompletnego zapomnienia o codziennych obowiązkach. Przeciwnie do sierpnia, który ma jakby wpisane w nazwę niepokój powrotu do szkoły i smutek końca lata. Miliony rodaków wyjeżdżają, lub dopiero planują swoje eskapady. Bałtyk, Mazury, Tatry lub mniej w tym sezonie popularne Egipt i Tunezja to sprawdzone opcje na udany wypoczynek. Scenariusze wyjazdów to jedna z wielu naszych tradycji narodowych – wielkie zakupy w przeddzień urlopu, nerwy w czasie wieczornego pakowania, potem jeszcze tylko poranna kłótnia rodziców, by droga mogła przebiec jak zawsze w nerwowej ciszy po burzy… A potem pojednawcze gofry i dwa tygodnie szaleństwa w oparach wędzonego dorsza z frytkami. W lipcu zawsze wspominam mojego nieżyjącego już od dawna sąsiada, poczciwego pana Józefa. Był z zawodu hydraulikiem i o swojej profesji mógł opowiadać godzinami. Gdy ktokolwiek z sąsiadów miał problem z instalacją wodną, wiadomo było do kogo się zgłosić. Do niedawna sąsiedztwo w moim bloku było bardzo zgrane; wspólnie spędzane wieczory i wzajemne świętowanie imienin było tu chlebem powszednim. Stałym bywalcem sąsiedzkich posiadówek był i pan Józef. Koledzy uwielbiali słuchać jego opowieści o dalekich krajach, które miał okazje zobaczyć w swoim długim i barwnym życiu. To właśnie on nauczył mnie sztuki podróżowania i wzbudził w młodym chłopcu ciekawość świata, dzięki czemu wyjeżdżałem zawsze i wszędzie, gdy tylko nadarzała się ku temu okazja. Naszą ulubioną anegdotą, która bawiła tak samo (a może i bardziej) za każdym razem, była ta o podróży do Holandii. Trudno było namówić sąsiada do opowiadania po raz setny tej samej historii, ale gorące prośby pani Heli spod szóstki i jeden głębszy chłodnej substancji były w tej kwestii niezawodne. Pan Józef wstawał, szedł po album ze zdjęciami (tak, wycieczka odbyła się pod koniec XX wieku, kiedy jeszcze wywoływało się zdjęcia z urlopu!) i rozpoczynał narrację. Nasz ukochany Józef wykupił sobie i małżonce tygodniową objazdową wycieczkę po Królestwie Niderlandów. Po długiej podróży autokarowej na północ kraju rozpoczęła się część właściwa eskapady. Haga, Amsterdam, Utrecht, Eindhoven; wiatraki, budowle inżynieryjne Planu Delta… Program był ciekawy i dość napięty. Pan Józef dokładnie dokumentował podróż swoim poczciwym Zenitem, który zużył trzy klisze po 36 klatek. Gdy wrócił i opowiadał kolegom o tym, co najciekawszego zobaczył w Holandii, wyciągał album i ze słowami "oni tam mają naprawdę cudowne krany" pokazywał zdjęcia ponad stu kurków wody, które napotkał na swojej drodze (Holendrzy mają naprawdę zupełnie inne kurki niż my!). Oprócz zdjęć przywiózł z wakacji trzy fotografie swojej żony zrobione przy jakichś pięknych zabytkach oraz jedną fotkę małżeńską zrobioną na którymś z malowniczych amsterdamskich mostków. Historia pana Józefa nauczyła mnie, że nieważne dokąd się jedzie,...

Read More
Skąd przyszliśmy, dokąd zmierzamy?
Kwi28

Skąd przyszliśmy, dokąd zmierzamy?

Różnice między ludźmi sprawiają, że często mamy do siebie wzajemne pretensje o to, że ktoś jest taki, jaki jest, lub – o zgrozo! – nie jest taki, jak byśmy tego oczekiwali. Od kogo więc mamy oczekiwać zmian: od siebie czy od wszystkich dookoła? Gdy w piątek wieczorem byłem z narzeczoną w kinie, młody chłopak siedzący za mną położył stopy na oparciu mojego fotela i zaczął mną bujać. Bardzo chciałem myśleć, że to zwykły przypadek i ta farsa rodem z podstawówki zaraz się skończy. Niestety, mijały kolejne reklamy, a huśtaniu nie było końca. Jednak zamiast mężnie, acz grzecznie poprosić, żeby przestał, milczałem. A agresja we mnie rosła i rosła… Gdy już postanowiłem zainterweniować, zamiast uprzejmej prośby, wyszła mi z ust taka wiązanka nienawiści, że myśląc o niej dziś, nadal rumienię się ze wstydu. Złośliwi powiedzą, że była to kalka z klasycznego przykładu komunikacji między kobietą i mężczyzną: ja nic nie powiem, bo powinnaś się domyślić o co mi chodzi. Lubimy sobie ponarzekać na postęp, nowoczesność, no i na to, że ludzie już prawie się nie spotykają, bo wolą porozmawiać w cyberprzestrzeni. Mówią, że jak się wejdzie między wrony, to się małpuje ich zwyczaje… i coś w tym jest! Specyfika mojej pracy sprawia, że przez kilka godzin dziennie jestem skazany na ślęczenie w internecie. Widzieliście tam ostatnio jakąś ciekawą, grzeczną i rzeczową wymianę opinii? Jakieś merytoryczne argumenty? No, bo ja też nie. Zauważyłem za to, że nie umiem już normalnie dyskutować „w realu”. Moje rozmowy są coraz częściej jak modelowe komentarze internetowe – szybkie, celne, punktujące przeciwnika. Minimum słów, maksimum przekazu. Nie ma już miejsca na zwykłe, luźne pogadanki czy kurtuazyjne dialogi przy kawie. Nigdy nie diagnozowałem siebie  jako przypadku wymagającego zmian, ale ostatnio widywana sporadycznie koleżanka zwróciła mi uwagę, że w rozmowach z kolegami nie mówimy już sobie, że nam się coś podoba. Unosimy tylko kciuki, rzucamy hasło „lubię to!” i nie myślimy nawet, by jakkolwiek dosadniej wyrazić nasz zachwyt. Co za granda! Najgorsze jest to, że łatwiej mi napisać o tym na łamach „Może coś Więcej”, niż stanąć przed znajomymi i zaproponować jakieś mocne postanowienie poprawy. Od jutra się zmienię, obiecuję! Mówi się, że portale społecznościowe to miejsce, w którym każdy może się dowartościować. Im więcej lajków, tym większe ego. Specjaliści już alarmują, że spadek liczby zawieranych małżeństw i wzrost popularności modelu życia w singielstwie (podobno jest takie słowo!) spowodowany jest tym, że u przysłowiowych fejsbukowiczów lawinowo wzrasta samoocena. Z drugiej strony – trudno potem w świecie realnym odnaleźć drugą połówkę, która choć po części byłaby odzwierciedleniem tego, czego naoglądaliśmy się w sieci. Obawiam się, że gdyby Jan Pietrzak pisał słynny przebój dla Danuty Rinn dzisiaj, to refren mógłby...

Read More
Po co komu dziennikarze?
Lut22

Po co komu dziennikarze?

O współczesnym dziennikarstwie mówi się tylko na dwa sposoby: zachwycając się wolnością słowa lub płacząc nad niskim poziomem przekazów medialnych. Możemy się zastanawiać nad tym, jak to działa: czy to media ogłupiają odbiorców, czy raczej niski poziom intelektualny bezkrytycznej mass-publiczności powoduje, że dziennikarze już nawet nie muszą udawać, że starają się utrzymywać dobrą jakość przekazów. Możemy spierać się o to, którzy dziennikarze są rzetelni, a którzy nie oraz dzielić media na te bardziej i mniej zależne. Możemy również powielać jałowe spory o obiektywizm, walczyć o wolność i wysoki poziom mediów, ale… czy na dobrą sprawę współcześnie potrzebujemy jeszcze konwencjonalnych środków przekazu? Prawdziwi dziennikarze nigdy nie powiedzą tego wprost, bo któż plułby we własne gniazdo, ale wkroczyliśmy właśnie w erę, w której zatarł się wyraźny dotąd podział na celebrytów, środki masowego przekazu i publiczność. Dziś każdy z nas za pomocą mediów społecznościowych może zaistnieć w świadomości szerokiego grona odbiorców. Chcesz pokazać ludziom jak ćwiczysz? Wyjawić swe sekrety kulinarne? Przekazać autorski sposób wymiany dętki w rowerze? A może piszesz o związkach damsko-męskich? Tematyka jest drugorzędna. Właśnie dziś możesz spełnić proroctwo Andy’ego Warhola, który stwierdził, że w przyszłości każdy będzie sławny przez 15 minut. To jest twój czas! Domorośli komentatorzy życia publicznego, modelki-amatorki… Któż z nas nie ma w znajomych choć kilku takich osób? Szybko zdobywają popularność, zaskarbiają sobie przychylność odbiorców i robią karierę na portalach społecznościowych, tworząc coś w rodzaju minishow-biznesu. Czy w czasach, w których każdy ma w ręku narzędzia pozwalające dotrzeć do ludzi na całym świecie, jest jeszcze miejsce na osoby, które będą nam mówiły, jak mamy żyć i co powinniśmy myśleć? Przyczyn upadku prestiżu współczesnego dziennikarstwa doszukiwałbym się w tym, że obiektywizm w mediach kończy się na prognozie pogody. Wszystkie inne treści muszą zgadzać się z linią programową redakcji. Nie ma już prawdziwej polemiki na łamach prasy, bo wszystkie dyskusje opierają się na wielkich emocjach i za każdym razem prowadzą ostatecznie do argumentów ad personam. A sami dziennikarze? Znikają bezpowrotnie prawdziwi „artyści słowa”, rzetelni i odpowiedzialni za prezentowane treści. Ci, którzy tworzą z prawdziwym kunsztem i smakiem, nie zyskują uznania od odbiorcy spragnionego taniej sensacji. Współczesna publicystyka i programy typu talk-show ukierunkowane są już tylko na show, zamiast na rzeczową dyskusję. Nie liczy się to, co ma do powiedzenia gość audycji. Istotne jest tylko to, by nadąć ego prowadzącego i dać mu szansę na bycie gwiazdą. O ile w programach rozrywkowych ma to jeszcze jakiś sens, o tyle w politycznych stają się kanałem indoktrynacji mas. Czasem mam wrażenie, że dziennikarze w pewnym momencie swojej kariery biorą sobie do serca motto taty Rysia z „Czasu surferów”, który powiedział że życie to wielka impreza – rób wszystko, żeby nie być...

Read More