Przeciwko systemowi
Sty19

Przeciwko systemowi

Był 2007 rok. W Polsce nie działo się nic niezwykłego, no może poza faktem, że rządy najdziwniejszej koalicji XXI wieku chyliły się ku upadkowi, co doprowadziło do przyspieszonych wyborów. Natomiast świat ogarnęła panika, jednak nie z powodu przepychanek Kaczyńskiego, Giertycha i Leppera, a z powodu wielkiego kryzysu finansowego. Kryzys, kryzys, kryzys! – krzyczały do nas media ze wszystkich stron, a tak naprawdę większość z nas nawet nie zdawała sobie sprawy, z czym on się wiązał. Zresztą nic dziwnego, był problemem głównie Amerykanów, jednak biorąc pod uwagę, że cały zachodni świat jest od Amerykanów uzależniony, to wkradł się również do Europy. Nas stosunkowo oszczędził, dlatego słysząc zewsząd o kryzysie, nie mogliśmy tak naprawdę zrozumieć, czym on się przejawia. I o tym właśnie opowiada nominowany do Oscara film Adama McKay'a "Big Short". Zrealizowany w dość luźnej formule komediodramatu, przedstawia nam wydarzenia sprzed wybuchu kryzysu. Bohaterami jest grupa ludzi, wręcz wyrzutków ekonomicznych, którzy wcześniej niż wszyscy odkryli, że cały system się zapadnie, dzięki czemu udało im się zbić fortunę. Reżyser umiejętnie przeprowadza nas przez historie poszczególnych bohaterów, stawiając nam przejrzysty obraz, kim są ludzie, którym udało się wykiwać system. Mamy tu tak naprawdę trzy odrębne historie, które jednak w pewien sposób zostały połączone. Główną siłą tego filmu jest jego formuła – nie został zrobiony jak sztampowa produkcja pokroju Spielberga, skrojona pod Oscary. McKay bawi się z widzem. Tam, gdzie pada mnóstwo skomplikowanych wyrażeń ekonomicznych, przy których nasze mózgi zaczynają parować, nagle na ekranie pojawia się np. Margot Robbie w wannie tłumacząca nam “na ludzki”, o co tak naprawdę chodzi. Chociaż przypuszczam, że w tej konkretnej scenie większość mężczyzn i tak będzie mieć problem ze skupieniem się na tym, co akurat Robbie mówi. Aktorsko jest to najwyższy poziom hollywoodzki – najlepsi są Christian Bale i Steve Carell: ten pierwszy jako człowiek genialny, a jednocześnie będący typowym introwertykiem, który nie umie za bardzo odnaleźć się w świecie, a drugi grający znerwicowanego, kompletnie rozstrojonego faceta wściekłego na system, który przeżył wielką tragedię. Carell zresztą tą rolą ponownie udowadnia, że świetnie sprawdza się również w rolach dramatycznych. Przez lata uważany prawie wyłącznie za czołowego amerykańskiego komika pokazuje, że niesłusznie został zaszufladkowany. "Big short" to na pewno jeden z lepszych filmów minionego roku, nic dziwnego, że został doceniony przez Akademię pięcioma nominacjami. W miarę przystępny sposób przedstawia, na czym polegał cały krach na giełdzie w 2007 roku, do czego doprowadziła chciwość, rozrzutność i bezmyślność banków. A na czym ucierpieli oczywiście nie wysoko postawieni panowie w garniturach, tylko ci...

Read More
Świąteczny telekicz
Gru25

Świąteczny telekicz

Boże Narodzenie – jeden z najpiękniejszych okresów w roku, który spędzamy z najbliższymi śmiejąc się, ucztując, rozmawiając na wszystkie możliwe tematy. Jednak niestety w tym wszystkim towarzyszy nam często włączony telewizor, a chyba wielu z nas czuje, że telewizja w święta nie ma prawie nic do zaoferowania, więc standardowo odgrzewa kotlety. I tak w każde święta przeżywamy ponowne spotkanie z Kevinem, który co ciekawe, zawsze zostaje na święta sam w domu. A i zapomniałbym o drugiej części, kiedy dom zastąpił Nowy Jork. Polsat pod tym względem nigdy nie zawodzi, a Kevin na stałe wpisał się już w kanon tradycji, bez których Polacy nie wyobrażają sobie świąt Bożego Narodzenia. I w tym momencie nasuwa mi się tylko jedno pytanie: "Naprawdę?". Serio nie wyobrażamy sobie świąt bez włączonego telewizora, a w nim Kevina walczącego z najbardziej żenującymi włamywaczami, jakich widział świat? Wszystko rozumiem, sam lubię często wracać do pewnych filmów, oglądać po kilka razy. Zdaję sobie też sprawę, że jest to luźna produkcja z bardzo przyjemnym klimatem. Chris Columbus potrafił o to zadbać. Ale na Boga, w każde święta? I to tak, że jesteśmy gotowi robić pikiety pod siedzibą Polsatu, jeśliby przypadkiem Kevin nie pojawił się w ramówce? Coś mi tu mocno nie pasuje. Kevin to jednak nie wyjątek. Co prawda stał się symbolem filmów świątecznych, jednak nasze rodzime telewizje nie zawodzą i co roku karmią nas również paroma innymi produkcjami, żebyśmy przypadkiem nie zapomnieli jak się skończyły. W większości nie są to zbyt wymagające filmy – komedie romantyczne, filmy familijne, ogólnie takie, które wprowadzają luźny, świąteczny nastrój. Niby nic w tym złego, ale ileż razy można oglądać Sandrę Bullock, która kocha Petera Callaghera, gdy on śpi? Albo Jima Carreya, który przebrany za zielonego futrzaka o imieniu Grinch oświadcza, że świąt nie będzie? Chcę zaznaczyć, że nie uważam, że to wszystko są złe filmy. Po prostu od lat telewizje nie mają do zaoferowania nic nowego, więc wolą iść na łatwiznę i stawiać na stare, sprawdzone produkcje, bo przecież ludzie i tak to będą oglądać. Dlatego chyba najlepszym wyjściem byłoby, gdybyśmy wszyscy powyłączali telewizory na święta i po prostu cieszyli się wspólnym, rodzinnym towarzystwem. No chyba że są wśród Was amatorzy oglądania po raz dziesiąty "To właśnie miłość", "W krzywym zwierciadle: Witaj, Święty Mikołaju", "Złego Mikołaja" czy naszych rodzimych produkcji pokroju "Listy do M.". Choć akurat to ostatnie jest na tyle nowe, że jeszcze dziesięć razy nie zdążyliśmy tego obejrzeć. Nic straconego, TVN na pewno zadba o to, żebyśmy zarówno pierwszą, jak i drugą część "Listów", która niedawno wyszła w kinach, znali na wylot. Oczywiście w święta puszczane są również ambitniejsze produkcje, które nie mają na celu wywołania w nas salwy śmiechu....

Read More
Święto refleksji
Lis04

Święto refleksji

Początek listopada zmusza nas co roku do refleksji, do chwil zadumy, w których przychodzi nam niejednokrotnie rozmyślać o ulotności i przemijalności życia. Płonący znicz, kwiaty na grobie, łza w oku, wspomnienia, które wciąż w nas żyją. Temat śmierci jest nam bliższy niż w jakimkolwiek innym okresie roku. I dobrze. Dobrze, że mamy taki czas w roku. W dzisiejszych czasach, gdy ciągle gdzieś gonimy, niezbędny jest taki moment uspokojenia – chwila wytchnienia, ale i zadumy. I wypada ją w pełni wykorzystać, bo w końcu życie mamy jedno, a na załatwienie codziennych spraw czas zawsze znajdziemy. Takie święta jak Dzień Zaduszny uświadamiają lepiej niż cokolwiek innego, jak kruche jest ludzkie życie. Cmentarze wypełnione po brzegi, powiększają się z każdym rokiem. Ludzi na świecie jest coraz więcej, a martwych przez to przybywa równie dużo. I każdego z nas to czeka – nagrobek z nazwiskiem, krótką sentencją, datą urodzenia i śmierci. Tym bardziej więc powinniśmy czuć się w obowiązku jak najlepiej wykorzystać ten krótki czas, w którym jesteśmy na Ziemi. I gdy zapalasz znicz nad grobem członka rodziny, zastanów się czy wykorzystujesz swoje życie w pełni, czy wyciskasz z niego ile tylko potrafisz. Bo pamiętaj, Ty jeszcze masz szansę coś zmienić w swoim życiu, Twoi bliscy leżący w grobie już nie. Nie znamy dnia ani godziny, więc dajmy z siebie jak najwięcej, póki jeszcze...

Read More
Ostatnia podróż z Białym Wilkiem
Lip25

Ostatnia podróż z Białym Wilkiem

Wiedźmin 3: Dziki Gon – renomowane portale internetowe na całym świecie prześcigają się w zachwytach nad produkcją CD Projekt Red. Średnia ocen powyżej 9/10 – to mówi samo za siebie. I ja, jako wierny fan sagi Sapkowskiego, a także pierwszych dwóch gier z serii, nie wyobrażałem sobie, by nie wyruszyć w kolejną podróż z Geraltem i przekonać się na własnej skórze, czy zachwyty są uzasadnione. Zacznę prosto z mostu. Wiedźmin 3: Dziki Gon to najlepsza gra, w jaką kiedykolwiek miałem przyjemność grać. Arcydzieło pełną gębą, którego drobne błędy nie są w stanie w żaden sposób zdyskredytować. Odstęp czasowy od wydarzeń, którymi zakończyli się Zabójcy królów jest niemały, a Geralt stawia tym razem bardziej na osobistą walkę niż zbawianie świata. Ta modyfikacja w fabule bardzo mi się spodobała. W końcu nasz wiedźmin walczy przede wszystkim o tych, których kocha – Yennefer i, co najważniejsze, Ciri. Oczywiście gra daje nam możliwość wyboru kochanki, więc jeśli Yennefer nie przypadnie nam do gustu, to możemy nadal wdawać się w romans z Triss. Prawdą jest jednak, że serce tego oryginalnego Geralta, z sagi Sapkowskiego, zawsze należało do czarnowłosej czarodziejki. Romanse są jednak jedynie tłem, nie wychodzą na pierwszy plan. Praktycznie każde zadanie główne, które zostaje przed nami postawione, przypomina nam o głównym celu naszej podróży – uratowania Ciri przed Dzikim Gonem. Nie będę tłumaczył wszystkiego po kolei, jeśli kogoś bardziej interesuje kim jest Ciri, a czym Dziki Gon, to odsyłam przede wszystkim do książek Sapkowskiego. Bez wątpienia Dziki Gon fabularnie to gra stojąca na najwyższym poziomie. Twórcy nie zawiedli, a różnorodność wyzwań i możliwości poprowadzenia wątku głównego, jest naprawdę imponująca. Duży ukłon został zrobiony w kierunku graczy, którzy czytali sagę. Przytaczane są różne historie, a także pojawia się wiele postaci z książek, których zabrakło w dwóch pierwszych grach. I na pewno sprawi to dużą przyjemność każdemu fanowi twórczości Sapkowskiego. Osią rozgrywki jest oczywiście historia i fabuła, to na niej oparta jest w głównej mierze gra. Jednak i najlepszy scenariusz byłby niczym, gdyby nie wszystkie pozostałe elementy składające się na całość produkcji. Zacznę od oprawy graficznej, wokół której pojawiało się sporo zamieszania. Zarzucano producentom, że zmniejszyli wyraźnie jakość grafiki w stosunku do tego, co mogliśmy obserwować na pierwszych zdjęciach czy filmikach promocyjnych. Może i tak jest, jednak myślę, że ludziom trochę się w głowach poprzewracało, bo gra nadal wygląda imponująco, nawet na minimalnych wymaganiach sprzętowych, przy najsłabszych detalach. A tylko dzięki temu zabiegowi słabsze maszyny mogą sobie poradzić z udźwignięciem gry Dziki Gon. Optymalizacja może nie została wykonana aż tak dobrze, jak w przypadku GTA V, jednak nadal Wiedźmin 3: Dziki Gon jest produkcją, do której nie potrzebujemy kupować nowego i bardzo drogiego sprzętu. Oczywiście, o ile nie wymagamy...

Read More
Bo tutaj jest jak jest
Maj20

Bo tutaj jest jak jest

Zajmę się utworem, który ze wspólnego przedsięwzięcia Jana Borysewicza i Pawła Kukiza z 2002 roku został chyba najbardziej zapamiętany. Jedna z najlepszych gitar rockowych w kraju plus charyzmatyczny i wyrazisty piosenkarz? To nie mogło się nie udać. Może nie wystąpiły na ich wspólnej płycie jakieś spektakularne utwory, jednak kilka z nich zapadło w pamięć. "Jest taki dzień", "Jeśli tylko chcesz" czy właśnie "Bo tutaj jest, jak jest". Tytuł tego ostatniego jest taki cudownie banalny. Czasem nie trzeba wiele mówić, żeby wysłać w świat prosty przekaz. I to jest właśnie taka piosenka, taki mały wielki utwór. Pozornie nic wielkiego, nieprzesadzony, prosty tekst, a trafiający celnie w myślenie zwykłego człowieka. I chyba dlatego ten hit ma taką siłę. Kukiz potwierdził tym utworem, że ma sprawną rękę do pisania tekstów. Oczywiście napisał dużo lepszych, barwniejszych, ambitniejszych, jednak czasem siła tkwi w prostocie. Dwie krótkie zwrotki plus refren. Do tego tekst, którego nie trzeba tłumaczyć, a w którym jednak zawarte zostały istotne pytania, jak choćby "(…) dokąd zmierza świat? Kto wiarę naszą sprzedał?". Kukiz odpowiedzi de facto nie udziela, mówi tylko, że w tej rzeczywistości nie jest żyć łatwo i my wszyscy o tym wiemy. Resztę zostawia naszej wolnej interpretacji, własnemu zastanowieniu się nad tym problemem. I kto by pomyślał, że trzynaście lat później frustracja spowodowana otaczającą rzeczywistością doprowadzi Kukiza do miejsca, w którym jest teraz. "Wierzę w to, że przyjdzie czas, wierzę w to, że zmieni się, wierzę w to, że Ty i ja obudzimy nowy dzień".  Powiem szczerze, że dziwię się, że Kukiz tych słów nie wykorzystywał w swojej kampanii wyborczej, patrząc na głoszone przez niego hasła. Płynąca z tekstu piosenki wiara i nadzieja na odmianę, na przyjście lepszych czasów jest bardzo mocna. Choć chyba bardziej martwi, że gdybyśmy się cofnęli w czasy PRL-u, to te słowa byłyby aktualne tak samo jak dzisiaj, mimo że oczywiście tych dwóch stanów państwa polskiego nie ma co ze sobą porównywać. Mam to szczęście, że urodziłem się już po 1989 roku i nie zaznałem życia w komunie. Jednak powiem szczerze, że dzisiejsza Polska nie jest krajem moich marzeń i choć miałem się nie mieszać w politykę, to nietrudno zauważyć, że wiele z tego, co mówi dzisiaj Kukiz, ma sens. Narastające przez lata społeczne niezadowolenie z powodu nieudolności władzy, ciągłego podnoszenia podatków i szeregu innych reform, które uprzykrzają życie przeciętnego Polaka spowodowało, że to musiało się tak skończyć. Kukiz trafił na podatny grunt, w dobrym momencie i dlatego słowa, że “razem obudzimy nowy dzień” w końcu nabierają rzeczywistych kształtów. I choć nie wiemy do czego to wszystko doprowadzi, to trzeba przyznać szczerze, że robi się coraz ciekawiej, a obywatele w końcu dają upust swojemu niezadowoleniu. Tyle...

Read More
And Oscar goes to… Leonardo DiCaprio
Lut29

And Oscar goes to… Leonardo DiCaprio

Gala specyficzna – po pierwsze dlatego, że mocno bojkotowana ze względu na brak nominacji dla twórców i aktorów czarnoskórych. A po drugie i najważniejsze, że Leonardo DiCaprio w końcu wygrał i tym samym zniszczył Internet. Przeglądając wiadomości w Internecie, buszując na Facebooku, można odnieść wrażenie, że naprawdę mało kogo obchodzą inne kategorie. Liczy się tylko Leonardo i jego upragniony Oscar. Koniec z milionami żartów i memów, po tej nocy w Internecie już nic nigdy nie będzie takie samo. Czy DiCaprio zasłużył? Przy tej konkurencji i patrząc na całokształt jego twórczości – na pewno. I nie ma co tego dłużej roztrząsać. W kategorii "Najlepszy film" zwyciężyło dość nieoczekiwanie "Spotlight". Osobiście bardziej obstawiałem "Big short", a za głównego faworyta po Złotych Globach uchodziła przecież "Zjawa". Dla tej ostatniej pozostały statuetki dla najlepszego reżysera – Iñárritu (druga z rzędu) i za zdjęcia dla Emmanuela Lubezkiego (trzecia z rzędu). "Spotlight" wygrało jeszcze za najlepszy scenariusz oryginalny, a "Big short" za najlepszy scenariusz adaptowany. Za główną rolę kobiecą została nagrodzona Brie Larson (kreacja w filmie "Pokój"), co było do przewidzenia już przed galą. Zaskoczyły natomiast nieco wybory przy dużo bardziej wyrównanych kategoriach aktorów drugoplanowych. Wśród mężczyzn tryumfował Mark Rylance za kreację rosyjskiego agenta w filmie "Most szpiegów" Spielberga – nie ulega wątpliwości, że bardzo dobra rola, jednak wobec świetnych kreacji Bale'a, Ruffalo, Hardy'ego czy przede wszystkim Stallone'a, wybór ten wydaje się nieco zaskakujący. Wśród kobiet zwyciężyła Alicia Vikander za rolę w "Dziewczynie z portretu" – mało kto na nią stawiał, a potrafiła pogodzić dużo bardziej znane i utytułowane konkurentki. Najlepszy film nieanglojęzyczny – "Syn Szawła". Ponownie wygrywa tu film dotykający tematyki Holocaustu. Najlepszy film animowany – "W głowie się nie mieści". Dowód na to, że Pixar nadal ma to coś i potrafi stworzyć animację, która bawi i uczy zarówno dzieci, jak i dorosłych. Jednak największym wygranym Oscarów okazał się "Mad Max: Na drodze gniewu". Może nie zgarnął tych najważniejszych statuetek, jednak uzbierało się ich aż sześć. A film George'a Millera to przecież nie była typowa oscarowa produkcja. Wręcz przeciwnie, to niesamowita jazda, napakowana akcją i cieszy to, że została doceniona. Wybory Amerykańskiej Akademii Filmowej jak zwykle są szeroko komentowane i tak pewnie jeszcze pozostanie przez jakiś czas. Czy były słuszne? Zapewne będzie mnóstwo głosów za i przeciw. Jedno jest pewne – mimo że Oscary od lat są szeroko krytykowane, to nadal elektryzują fanów dziesiątej muzy na całym...

Read More
Święta bez Kevina? Koszmar dzisiejszego świata
Gru21

Święta bez Kevina? Koszmar dzisiejszego świata

O tym, że historia małego chłopca, który zostaje sam w domu na święta, ponieważ rodzina zapomniała go ze sobą zabrać i który spuszcza do tego konkretny łomot włamywaczom, jest naiwna, nie trzeba przekonywać chyba nikogo. I każdy też wie, że wyszła z tego przezabawna komedia, którą przyjemnie ogląda się nie tylko za pierwszym razem. Wszystko więc byłoby w najlepszym porządku, gdyby nie fakt, że Kevin stał się symbolem świąt, których prawdziwy sens gdzieś się rozmywa w naszym świecie. Co roku to samo. Przygotowania do kolacji wigilijnej, buszowanie po sklepach i na allegro w poszukiwaniu pomysłów na prezenty dla najbliższych, ubieranie choinki, w końcu wspólna, rodzinna kolacja, otwieranie prezentów (główny punkt programu tych najmłodszych), no i Kevin. Nawet jak telewizor nie jest włączony, to wiemy, że ten Kevin tam jest, że Polsat każdego roku dba o to, byśmy nie zapomnieli o tym, że Kevin został sam w domu. Ewentualnie w Nowym Jorku, choć to w sumie bez różnicy, oba filmy operują tym samym schematem. I tu nie chodzi o to, że jestem przeciwnikiem filmów Chrisa Columbusa, bo to naprawdę przyjemne komedie. Problem jest tego rodzaju, że Kevin stał się pewnym nieciekawym zjawiskiem kulturowym. Bo teraz, gdy spyta się na ulicy przeciętnego Kowalskiego, z czym kojarzą mu się święta, to Kevina wymieni na pewno, z narodzinami Jezusa może być już gorzej. A przecież to właśnie są święta BOŻEGO Narodzenia! Czy ma to dla nas jeszcze jakiekolwiek znaczenie? Czy liczy się wszystko inne, cała ta otoczka, tylko nie prawdziwy sens tego czasu. Brakuje w tym wszystkim chwili zatrzymania się, chwili modlitwy, chwili poświęconej Bogu. W natłoku spraw, robieniu wszystkiego na ostatnią chwilę, we wszystkich przygotowaniach zapominamy, by choć na krótki moment się zatrzymać. Tragedia się nie stanie, karp przez to nie ucieknie, a będzie to choć mały symbol, że pamiętamy czym te święta powinny być. Radujmy się. Oczywiście, w końcu od tego ten okres jest. Dla wielu pewnie najpiękniejszy czas w roku. Jedzmy potrawy wigilijne, bo nie mamy ich na co dzień. Cieszmy się ze wspólnego spotkania z rodziną, z rozdanych i otrzymanych prezentów, z pierwszej gwiazdki i pięknie wystrojonej choinki. Poczujmy w sobie ducha tych świąt i przy tym wszystkim nie zapominajmy o Bogu. Naprawdę nie trzeba wiele. Wystarczy krótka modlitwa przed kolacją, przeczytanie fragmentu Pisma Świętego, wspólne śpiewanie kolęd, zwieńczone pójściem na pasterkę. To przecież są tak proste rzeczy, które tak niewiele kosztują, a pozwalają utrzymać prawdziwy sens świąt. Kolacja wigilijna powinna być czasem tylko dla rodziny. Dlatego zachęcam do wyłączenia telewizora, komputerów, a nawet telefonu. W ten jeden dzień w roku naprawdę świat nie przestanie istnieć tylko dlatego, że nie będziesz sprawdzać fejsa co 5 minut. Nic się nie...

Read More
Muzyczne Boże Narodzenie
Gru21

Muzyczne Boże Narodzenie

Przy okazji świąt nie można nie zahaczyć tematu piosenek bożonarodzeniowych, które swoją popularnością przebijają nawet zwykłe kolędy. Dlatego w tym numerze zamiast jednego konkretnego utworu, wybiorę kilka, tych najbardziej znanych, które nieodłącznie kojarzą nam się ze świętami. Nie będzie w tym zestawieniu ani jednej smutnej piosenki, w końcu to Boże Narodzenie, czas wielkiej radości. "Last Christmas" Oczywiście ta piosenka musiała się tu pojawić. Zespół Wham!, zanim jeszcze George Michael stał się wielką gwiazdą muzyki, nagrał hit, który stał się bez wątpienia jego wizytówką i bez którego nie można sobie wyobrazić obecnie świąt. Gdziekolwiek się nie pójdzie, przed tym utworem po prostu nie da się uciec. Każdy go zna i słysząc go czuje, że to już właśnie nastał ten czas. Ten klimat, ta muzyka i refren, który wszyscy znamy na pamięć. I choć mówi o niespełnionej miłości, to dla nas najważniejsze jest w nim słowo "Christmas". To nastraja ludzi pozytywnie, daje kopa i przypomina o tym niewątpliwie pięknym okresie w roku. "Last krismas aj gejw ju maj hart". Czy znajdzie się choć jedna osoba, która tej linijki nie potrafi zanucić? Szczerze w to wątpię. Nie, to po prostu musi i być i koniec, są święta, jest i "Last Christmas". "Do they know it's Christmas?" Bono, George Michael, Sting, Paul Young i wielu, wielu innych, to musiało się udać. Band Aid to projekt charytatywny z 1984 roku, który miał na celu pomóc Etiopczykom w walce z głodem. Pomysłodawcami byli Bob Geldof i Midge Ure. Udało im się zrzeszyć grono świetnych brytyjskich i irlandzki artystów w szczytnym celu. W wyniku ich współpracy powstał właśnie singiel "Do they know it's Christmas?". Jedna z tych piosenek, które wracają do nas co święta. I mimo że powstało już sporo nowszych wersji, a Band Aid się przez lata rozwijało, zmieniali się wykonawcy tego utworu, to najlepszy jest bez wątpienia oryginał. Ten utwór ma w sobie pozytywną energię i też właśnie taki był jego zamysł, by wyzwolić w ludziach chęć pomocy potrzebującym. Rok później podobną akcję przeprowadzili Amerykanie ze sztandarowym "We are the world". Piosenka co prawda nie ze świętami w tle, ale nagrana również w szczytnym celu i podejrzewam, że nawet bardziej rozpoznawana. "Merry Christmas Everyone" Tę piosenkę wykonywał Shakin' Stevens. Dla mnie to takie trochę świąteczne disco, choć z lat 80-tych. Wesoły, banalny utwór, z dzwoneczkami w tle, z teledyskiem świątecznym i prostym, czystym przesłaniem. Po prostu "wesołych świąt dla każdego". "Mistletoe and wine" Cliff Richard również ma swoją świąteczną piosenkę. Przypuszczam, że bardzo wielu z nas zna ten refren "Christmas time, mistletoe and wine". Znowu dzwoneczki w tle, przyjemna, wesoła melodia, wszystko to, czego potrzeba nam na święta. Kolejny utwór, którego warto posłuchać, jeśli...

Read More
Pozornie normalni
Gru02

Pozornie normalni

Wyobraźmy sobie małżeństwo. Do pewnego czasu parę idealną. Idylla jednak nie może trwać wiecznie. W końcu nadchodzą problemy, zakochani się od siebie oddalają. Oboje coraz bardziej męczą się w swoim towarzystwie. Mają wszystkiego dość. On znajduje sobie młodszą, ładniejszą. Ona czuje się poniżona i nie potrafi się już cieszyć własnym życiem. Aż pewnego razu znika, w bardzo dziwnych okolicznościach. Porwanie? Morderstwo? Co tak naprawdę wydarzyło się w domu państwa Dunne? "Zaginiona dziewczyna", ekranizacja powieści Gillian Flynn w reżyserii Davida Finchera, to jeden z najbardziej intrygujących filmów, jaki powstał w ostatnich latach. Fincher, jak to ma w zwyczaju, uwielbia robić sobie z widza jaja. Większość jego filmów opiera się na zaskoczeniu. To ich główna siła. Zakończenia są nieprzewidywalne, a często sam przebieg akcji jest pełen zwrotów, tak że aż trudno się połapać, o co w tym wszystkim chodzi. Aż w końcu orientujemy się, że reżyser przez cały czas nas "wkręcał", prowadził na manowce, po to tylko, by końcowe zaskoczenie było jak największe. I mimo że o tym wiedziałem, mimo że byłem na wszystko przygotowany, to i tak nie przewidziałem wszystkiego, co "Zaginiona dziewczyna" zaprezentowała. Trudno poważnie mówić o tym filmie, nie zdradzając istotnych fragmentów fabuły. W związku z tym, jeśli masz w planie obejrzeć "Zaginioną dziewczynę", to polecam Ci w tym momencie przerwać dalszą lekturę i wrócić do niej po obejrzeniu filmu. Najważniejszą postacią, której dotyczy cała intryga, jest oczywiście zaginiona Amy Dunne, grana przez znakomitą Rosamund Pike. Początkowo jej współczujemy, nie wiemy co się z nią stało, a powoli wszystkie poszlaki wydają się wskazywać na to, że została zamordowana przez własnego męża – Nicka (w tej roli Ben Affleck). Sam Nick nie jest kryształowym człowiekiem – ma romans, do tego zachowuje się często irracjonalnie, wydaje się wręcz dawać nam, widzom, i policji argumenty, byśmy to jego podejrzewali o zabójstwo. Podskórnie jednak czujemy, że coś tutaj nie gra, to byłoby za proste. I rzeczywiście, stosunkowo szybko przekonujemy się, jaka jest prawda. Amy uciekła, pozorując własną śmierć. I to w taki sposób, żeby wszelkie ślady wskazywały na ewidentną winę Nicka. W ten sposób rozpoczyna się druga część filmu. Biegnie teraz dwutorowo. Z jednej strony obserwujemy Nicka, który, znając już prawdę, próbuje dowieść swojej niewinności. A z drugiej widzimy dalsze losy Amy, która, w miarę upływu czasu, okazuje się zdolną do wszystkiego psychopatką. Nie będę zdradzał wszystkiego, ale wiem jedno – takiej kreacji, jaką zaprezentowała Pike, można się naprawdę przerazić. Kobiety również mają swoją ciemną stronę. I warto o tym pamiętać. Główną siłą filmu Finchera jest scenariusz i misternie utkana intryga. To kolejny przykład filmu, w którym sam scenariusz robi kawał niezłej roboty. Aktorzy w większości wywiązują się bardzo dobrze z postawionych...

Read More
My jesteśmy tutaj w przewadze
Gru02

My jesteśmy tutaj w przewadze

Jak ja mam dość muzycznych hejterów, ludzi którzy w Internecie czują się tak mocni, że są gotowi obsmarować artystów najgorszym gównem. Ok, zgadza się, że nie każdemu musi się wszystko podobać. Fakt, nie ma piosenkarza, zespołu, któremu udałby się każdy utwór, każda płyta. Jasne, mamy wolność słowa i każdemu wolno krytykować. Ale do licha, niech to będzie chociaż konstruktywna krytyka, a nie czysty bełkot. Tego samego zdania był chyba Grabaż, gdy napisał piosenkę "I can't get no gratisfaction". Dla tych, co nie wiedzą – Krzystof "Grabaż" Grabowski to lider takich zespołów jak Pidżama Porno czy Strachy na Lachy, jedna z ważniejszych i barwniejszych postaci polskiej sceny muzycznej ostatnich 25 lat. Wracając jednak do utworu, który chciałem dzisiaj poruszyć – jest on bardzo prosto skonstruowany. Używa broni hejterów, bezczelnie ich wyśmiewa, prosto w twarz, wcale się z tym nie kryjąc. Mówiąc wprost, Grabaż ma gdzieś co i kto sobie o nim pomyśli, więc wywala wszystko na zewnątrz. Efekt? Fani jeszcze bardziej go kochają. Co świadczy chyba o tym, że nie tylko Grabaż jest już zmęczony modą na hejt. Nie wiem jak zareagowali w pierwszej wersji Muniek Staszczyk, Kazik, Maleńczuk, Kukiz, "ten co śpiewa w Happysadzie" i wielu innych, którymi posłużył się Grabaż w tekście piosenki. Mnie się to jednak podoba. Konwencja piosenki, której zwrotki złożone są z typowych, bezsensownych tekstów hejterów kierowanych pod adresem konkretnych polskich artystów, wydaje się być bardzo trafna. Nie ma anonimowości, a to pokazuje, że środowisko muzyczne artystów grających głównie rocka czy muzykę alternatywną, jest ze sobą w niezłej komitywie. Panowie muszą się ze sobą dobrze znać i wypili ze sobą pewnie niejedną flaszkę. I taki utwór to pokazuje. Słowa refrenu: "My jesteśmy tutaj w przewadze, zawsze gramy u siebie, my trzymamy tu władzę (…)" punktuje bezkarność tych wszystkich, których jedynym celem życiowym jest obrzucanie gnojem i wieczne, cebulanckie narzekanie. Lubię, kiedy artyści nie boją się w swoich utworach w żaden sposób mówić wprost to, co myślą. Tak powinno być. Ironia, użyta w "I can't get no gratisfaction" jest chyba zrozumiana przez każdego. Już sam tytuł, stanowiący grę słów z jednym z największych przebojów zespołu Rolling Stones, mówi nam otwarcie o czym będzie traktować cała piosenka. Na hejterów nie ma lekarstwa, będą zawsze, choćbyśmy stawali na rzęsach, by wyplenić tę zarazę Internetu. Jedyne co nam zostaje, to posłuchać takiego Roguca, który w "Los cebula i krokodyle łzy" śpiewa tak: "I po co czytasz komentarze sfrustrowanych miernot, niech się durnie trują jadem, odpuść sobie złego". Chyba faktycznie tyle nam zostaje. Być ponad to, ewentualnie posłuchać sobie czasem takiej piosenki jak "I can't get no gratisfaction" czy Cezikowego "Co to za pedał". To jest chyba najlepszą bronią w...

Read More