Dieta studenta czyli ”coś więcej” niż zupki chińskie i parówki
Maj05

Dieta studenta czyli ”coś więcej” niż zupki chińskie i parówki

Drogi Studencie, jeśli Twoja dieta to głównie przygotowywane na szybko zupki chińskie i parówki, o składzie mięsa wynoszącym poniżej 50 procent w tymże ratującym życie produkcie, gotowanym często w niekonwencjonalnych naczyniach służących do wprowadzenia wody w stan wrzenia (czajnik), to zapraszam Cię do mojego spojrzenia na kwestię żywienia. Studencie i Studentko chyba wszyscy słyszeliśmy przysłowie ”Jesteś tym co jesz”. Ile w tym prawdy? Według mnie całkiem sporo. Nie znaczy to oczywiście, że jedząc codziennie na obiad lub co gorsza śniadanie zupkę chińską Twój stan zdrowia się pogorszy, albo że nagle Twój kolor skóry zmieni odcień na bardziej żółty (w końcu to zupka ”chińska”, chociaż wbrew pozorom w większości nie produkowana w Chinach), ale po jakimś czasie na pewno ucierpi Twój żołądek i reszta układu trawiennego, nie mówiąc o innych narządach i ogólnym samopoczuciu. Zacznijmy od trzech podstawowych, złotych zasad. Jestem pewien, że każdy o nich słyszał i wydaje mi się, że brzmią całkiem prosto (chociaż wcale nie są łatwe w przestrzeganiu!). Pięć posiłków dziennie w regularnych odstępach, których w miarę możliwości bezwzględnie należy przestrzegać, około 3 godzinnych. Twoje jedzenie powinno być kolorowe i jeszcze do tego polane oliwą z oliwek (nie chodzi tu o zmieszanie w misce cukierków o różnych kolorach). Ogranicz fast foody, słodycze i alkohol, a jeśli możesz to całkowicie wyrzuć je z diety, no przynajmniej dwa pierwsze składniki, a z trzecim bardzo uważaj. Dlaczego pięć posiłków? Rozłożone w równych odstępach czasu nie pozwolą Ci być ani przez chwilę głodnym, nauczysz swoje ciało pewnego rytmu, jak już się do niego dostosujesz, to naprawdę poczujesz różnicę, a nawet zacznie Ci się to podobać. Przestaniesz podchodzić do jedzenia w sposób emocjonalny, bo jak jesteśmy głodni to mniej zwracamy uwagę na to co jemy i co jemy, a zaczniesz bardziej celebrować i smakować posiłek. Po co dużo kolorów w jedzeniu? Bo to zdrowe! I naprawdę potrafi dobrze smakować. Argumentu z śmieciowym jedzeniem chyba nie muszę tłumaczyć, a jeśli chodzi o alkohol to owszem wódka także ma kalorie (to jest najważniejsze dla studenta), a jak wypijesz 5 piw to w ogóle możesz odpuścić sobie obiad, ale nie o to chodzi. Poza tym jest wiele smacznych zamienników dla słodyczy i przekąsek, wszystko to jest kwestią dyscypliny, a może przy okazji odkryjesz nowe smaki, bo jak wiadomo preferencje kulinarne też potrafią się zmienić. Taka dieta będzie też wspaniałym zaproszeniem do popracowania nad swoim ciałem i kondycją , naprawdę można zdziałać cuda nie biorąc żadnych wspomagaczy. Może to być siłownia, bieganie albo ćwiczenia z ciężarem własnego ciała (najbardziej skuteczne). Ktoś może powiedzieć – No ale po co? A no po to, że ciało masz tylko jedno i jak będziesz o nie dbał to sprawdzi...

Read More
Genius loci
Maj05

Genius loci

Każdy z nas ma takie miejsce w którym czuje się dobrze. Miejsce które jest wyjątkowe i niepowtarzalne, wywołuje wspomnienia, sprawia, że zawsze chce się tam wracać, niezależnie od upływu czasu. Jest tam jakoś tak swojsko, że na samą myśl robi się cieplej na sercu. Ale jak to działa i dlaczego tak się dzieje? Co w zasadzie sprawia, że dana przestrzeń staje się niecodzienna w odbiorze? Na początek definicja, żeby było wiadomo o co chodzi. Genius loci, łac: duch opiekuńczy danego miejsca – duch władający albo opiekujący się jakimś miejscem. Według mitologii rzymskiej opiekuńcza siła, coś, co sprawia że przestrzeń jest jedyna w swoim rodzaju. Jest to zespół składników stwarzających specyficzny klimat i charakter danego miejsca. Mają na to wpływ zarówno rzeźba terenu, otoczenie, roślinność, jak i historia [www.wikipedia.pl, geniusloci-ak.pl]. Jestem prawie pewien, że tytułowy duch opiekuńczy zamieszkał w znanej chyba wszystkim dzielnicy Krakowa – Nowej Hucie. Wystarczy poszukać, a ja Drogi Czytelniku zamierzam ci to ułatwić i być może pomóc zmienić zdanie o tej części Krakowa, jeśli uwierzyłeś w obiegową opinie, że jedynym co może cię tu spotkać to przymusowy i niespodziewany trening boksu ulicznego. Na początek trochę historii i ciekawostek, zarówno prehistorycznych jak i historycznych. Czy wiesz, że? 25 – 20 tys. lat przed naszą erą gdzieś na terenie Walcowni Slabing łowcy uprawiający koczowniczy tryb życia upolowali mamuta, poćwiartowali go na miejscu, została jedynie czaszka i zgubione kamienne narzędzia. 5 – 4,5 tys. lat przed naszą erą zaczęli przybywać tu pierwsi osadnicy z południa prowadzący ograniczoną gospodarkę rolniczą w systemie leśno-odłogowym. 3,5 – 1,8 tys. lat przed naszą erą to początki wyspecjalizowanego rzemiosła i napływ społeczności pasterskich. 1,5 – 1,3 tys. lat przed naszą erą powstaje kurhan znany dzisiaj jako Kopiec Wandy. Ok 100 lat przed naszą erą osiedlają się tu Celtowie zwani przez Rzymian, Gallami. Między V a X wiekiem dzięki Cystersom rozwijają się drogi komunikacyjno handlowe. Na przełomie XV i VXII wieku  rozwijają się folwarki szlacheckie, a także zbudowana zostaje huta miedzi. 100 lat później rozwija się osadnictwo holenderskie. W XIX wieku zbudowano lotnisko wojskowe  (na pograniczu pól i łąk Rakowic i Czyżyn) – pierwsza w Europie linia pocztowa i pierwsze polskie lotnisko pasażerskie. Lata 50 do 90 ubiegłego wieku to przełom urbanistyczny podczas którego zbudowano kombinat metalurgiczny (pierwszy piec uruchomiono w lipcu 1954) i miasto Nowa Huta, które włączono do Krakowa jako nową dzielnicę (marzec 1951), zbudowano szpital i pierwsze nowohuckie liceum, a także Teatr Ludowy (1955). Pierwszy kościół ulokowany został w Bieńczycach (konsekrowany przez Kardynała Karola Wojtyłę w 1977). Na lata 80/90 przypada postmodernistyczna zabudowa w rejonie Placu Centralnego. Z historią wiąże się także architektura łącząca w sobie różne style, a mianowicie renesans, barok...

Read More
Muzyka sentymentalna – Mieczysław Fogg
Maj05

Muzyka sentymentalna – Mieczysław Fogg

Pozwól Drogi Czytelniku, że wprowadzę Cię w świat mojego nowego odkrycia muzycznego, w świat pełny miłości, sentymentalizmu, perfekcji i elegancji. Być może po przeczytaniu tego artykułu również staniesz się fanem Mietka. Na początek kilka słów o życiu artysty. Mieczysław Fogg (a w zasadzie Mieczysław Fogiel) – polski wokalista i baryton liryczny słynący z przebojów takich jak „Tango milonga” czy „Jesienne róże”. Urodzony w Warszawie (i tam też pochowany) 20 maja 1901 r., zmarł 89 lat później 3 września 1990 r. W unikalny sposób wykonywał swoje tanga, trafiał, i jak widać po mnie trafia nadal, do serc publiczności. Występował do 86. roku życia – jego kariera trwała 60 lat, co wydaje się osiągnięciem godnym podziwu, jeśli chodzi o polską piosenkę – i zagrał ok. 16 tysięcy koncertów. W roku 1928 miał miejsce jego pierwszy solowy publiczny występ na scenie warszawskiego teatru Qui Pro Quo. Grał na terenie 25 państw Europy, wielokrotnie także w USA (wystąpił w 31 stanach) i Kanadzie, Brazylii, Izraelu, Nowej Zelandii, Australii i na Cejlonie. Był pierwszym Polakiem, który wystąpił za granicą w telewizji. Podczas powstania warszawskiego śpiewał na 104 koncertach dla ludności cywilnej i uczestników powstania, a w trakcie całej swojej kariery nagrał ok. 2 tysięcy utworów. Jego matka prowadziła sklep, ojciec był maszynistą, wejście w dorosłe życie rozpoczął od służby w Wojsku Polskim i udziału w wojnie polsko-bolszewickiej, w czasie której został raniony na froncie. Na początku śpiewał w chórach kościelnych, potem rozpoczął się czas nauki, ale jednocześnie zaczął zarabiać śpiewaniem na ślubach i pogrzebach. Nie był to dla niego łatwy wybór, ponieważ jego umiejętności i pasja kłóciły się z mocnym postanowieniem ojca, że wychowa kolejnego kolejarza. Podczas okupacji niemieckiej mieszkał w Warszawie i zyskał tytuł barda powstania warszawskiego, śpiewając w schronach, szpitalach i na barykadach, a także w kawiarniach dostępnych dla polskiej publiczności. Za udział w powstaniu otrzymał cenne odznaczenie – Krzyż Walecznych. Po wojnie prowadził autorską kawiarnię Caffe Fogg oraz własną wytwórnię. W okresie międzywojennym jego twórczość powiązana była z Chórem Dana i solowymi występami dla wytwórni Odeon, Syrena Record, Syrena-Electro i Parlophone. Łączny nakład nagranych przez niego płyt wyniósł ok 25 milionów. W tym okresie wystąpił także w kilku filmach. W 1937 r. odbył się ogólnopolski plebiscyt słuchaczy Polskiego Radia na najbardziej lubianego, tudzież najpopularniejszego, piosenkarza, jak łatwo się domyślić wygrał Fogg. Zdobył ok. 50 tysięcy  głosów na 150 tysięcy oddanych. W marcu 1938 r. rozstał się z Chórem Dana. Mieczysław Fogg pochowany jest na Cmentarzu Bródnowskim, a 7 października 2010 r. odsłonięta została tablica upamiętniająca jego osobę na kamienicy przy ulicy Koszykowej 69. Dlaczego Drogi Czytelniku polecam Ci twórczość tego artysty? Już sama biografia powinna wzbudzić w Tobie podziw i chęć...

Read More
Strzelaniny, bójki i konne pościgi
Maj02

Strzelaniny, bójki i konne pościgi

Drogi Czytelniku, jeśli lubisz akcję, przygodę, zabawne dialogi i Dziki Zachód, to z pełną odpowiedzialnością polecam ci w tej recenzji jeden z lepszych według mnie reamke-ów filmowych ostatnich lat. Z całą pewnością zachwycisz się drobnymi szczegółami, które łącząc się w całość na ekranie, tworzą rewelacyjny western. W wstępie mowa o filmie z 2010 roku "Prawdziwe męstwo" (ang. "True Grit") wyreżyserowanym przez znanych wszystkim braci Coen. Jest to współczesna wersja na podstawie książki, oraz nawiązująca do westernu powstałego już w 1969 roku. Twórcy postanowili nie zmieniać fabuły co okazało się być doskonałą decyzją, wszak nie ma potrzeby ulepszać czegoś, co już na początku było dobre, bo efekt może być całkiem przeciwny. Połączenie klasyki i nowoczesności w najlepszym wydaniu. Joel i Ethan Coen stworzyli barwne i charakterystyczne postacie nie pozwalające widzowi ani przez chwilę się nudzić. Wszystko oparte zostały na prostych mechanizmach, bohaterowie są albo czarni albo biali, reprezentują sobą zło które odrzuca, lub dobro które budzi sympatię oglądającego i sprawia, że z radością przyjmujemy jego zwycięstwa. Zachowany został klasyczny klimat westernu, który daje widzowi czystą frajdę z oglądania, a realia i świat Dzikiego Zachodu został wykreowany w bardzo dokładny i realistyczny sposób, jak na braci Coen przystało. Wszystko to nie było łatwym zadaniem ze względu na małą popularność tego gatunku filmowego w dzisiejszych czasach. Poznajemy historię czternastoletniej Mattie Ross, która dokładnie wie czego chce i jest w swoich działaniach bardzo zdeterminowana. Oszukuje matkę i wyrusza samotnie dokonać zemsty. Trzeba przyznać, że doskonale wychodzi jej radzenie sobie w świecie, gdzie rządzą pieniądze i rewolwery. Oczywistym obowiązkiem jest dla niej pomścić ojca zabitego przez znanego zbója i zamierza dopiąć swego bez względu na wszystko, a pomaga jej w tym silny charakter i zdolności skutecznego przekonywania, o czym nie raz będziecie mieli okazje się przekonać podczas oglądania. Jest rozsądna, dlatego wie, że nie może zrobić tego sama, bo ledwo utrzymuje broń w rękach, dlatego postanawia znaleźć pomocnika. Pada na jednego z miejscowych szeryfów wprawnych w rozprawianiu się z niebezpiecznymi typami. Ten sławetny stróż prawa to Rooster Cogburn (Jeff Bridges), sławny nie tylko z celnego oka i skuteczności, ale także ze skłonności do nadużywania alkoholu, awanturnictwa i porywczości. Znany przez wszystkich w okolicy, a nie lubiany przez nikogo. Nie zabrakło również strażnika teksasu, „twardziela” wychowanego na szlaku, jedzącego podczas swoich wypraw łowieckich wyłącznie fasolę i pijącego wodę z kałuży. Jego rola została odtworzona w świetny sposób przez Matta Damona. A gdzie w tym wszystkim jakiekolwiek nawiązanie do tytułu? Wydaje się, że swoje  prawdziwe męstwo najbardziej chcą pokazać obydwaj towarzysze podróży naszej upartej Mattie. Na różne sposoby starają się pokazać przed nią, który z nich jest bardziej odpowiedzialnym, zaprawionym w boju i doświadczonym mężczyzną. Przysparza...

Read More
Zamieszkać na lotnisku
Maj02

Zamieszkać na lotnisku

Historia tak niesamowita, że na pierwszy rzut oka z całą pewnością stwierdzić można jej nieprawdziwość. Tak, to komedia romantyczna. Ale czy to powinno nam przeszkadzać i zmuszać od razu do krytyki? Wszak warto czasami obejrzeć coś, co sprawi, że odzyskamy wiarę w bliźnich i wartość danego słowa. Dzieło produkcji znanego wszystkim Stevena Spielberga (a jeśli ktoś nie zna, to powinien zacząć się wstydzić właśnie w tym momencie), odpowiedzialnego za wiele innych produkcji wartych polecania, takich jak: Lista Schindlera, Szeregowiec Ryan, czy mój ulubiony Park Jurajski, ale także za recenzowane już przeze mnie kiedyś kino drogi – Pojedynek na szosie. A w tej recenzji chodzi oczywiście o film Terminal, który swoją premierę miał w 2004 roku. Dlaczego ta historia wydaje się być niesamowita? Główny bohater to Viktor Navorski, który przyleciał do Nowego Jorku (konkretnie na Międzynarodowe Lotnisko im. Johna F. Kennediego) z Europy Wschodniej, a dokładnie z Krakozji. Warto zaznaczyć, że takie państwo nie istnieje, żeby komuś nie przyszło do głowy szukanie go na mapie, bo mogłoby się okazać, że spędziłby nad nią długie godziny a i tak nic by nie znalazł. Spotkałem się z teorią, że Spielberg wymyślił tę nazwę na podstawie naszego kochanego miasta Krakowa, które mu się spodobało. Czyli Krakozja to fikcyjne państwo w Europie Środkowo – Wchodniej. Viktor po przylocie dowiaduje się, że w jego ojczyźnie miał miejsce zamach stanu, przez co Amerykańskie władze nie chcą wpuścić go do miasta, nie uznając jego paszportu. Automatycznie miejscem jego pobytu staje się hala terminalu, bo nie chce on wracać do ojczyzny ze względu na pewną wiążącą obietnicę, którą złożył bliskiej osobie będącej na łożu śmierci. Niektórzy zapewne patrząc oglądając Terminal będą mieli wrażenie, że główny bohater w każdej chwili może uciec z przed kamery, bo wciela się w niego Tom Hanks znany z uwielbianego przez wszystkich Forresta Gumpa. Z resztą i w tej roli wcale nie mało się nabiega, tylko, że tym razem po tytułowym terminalu. Gdy Viktor dowiaduje się, że znalazł się w sytuacji bez wyjścia postanawia poczekać, aż do skutku, obietnica to obietnica, zaczyna organizować sobie życie w tym dużym budynku, no bo żyć jakoś trzeba, później okazuje się, że nawet prace znaleźć tam całkiem łatwo. Szybko trafia na zaciekłego wroga, który za wszelką cenę stara się wyrzucić go z terminalu, ale w dosyć sprytny sposób za każdym razem udaje mu się z tego wybrnąć. Pierwszym problemem okazuje być oczywiście brak pieniędzy i nieznajomość angielskiego ale jak będziemy mieli okazje zobaczyć Viktor bardzo szybko się uczy, aż można by z dumą pomyśleć, że faktycznie ma jakieś Polskie korzenie. Zaczyna się jego dosyć długa droga do osiągnięcia celu, po drodze spotyka wielu wspaniałych, choć niekiedy nieufnych i...

Read More
Lekarstwo dla frustrata
Kwi29

Lekarstwo dla frustrata

Miałeś zły dzień? Wszystko Cię denerwuje? Ciągle chodzisz sfrustrowany? A może po prostu pracujesz w korporacji? Wybierz się zatem do kina na „Króla życia” (2015)! Polskie kino naprawdę warte zobaczenia na dużym ekranie, co prawda wydasz kilkanaście złotych, ale istnieje duża szansa, że popłaczesz się ze śmiechu. Historia przedstawiona nam przez Jerzego Zielińskiego (reżyseria) oraz Fadiego Chakkoura (scenariusz) momentami potrafi doprowadzić widza do łez, mam tu na myśli łzy szczęścia wywoływane refleksjami głównego bohatera Edwarda (Robert Więckiewicz) – według mnie zagrał on naprawdę świetnie. Kim w zasadzie jest Edward? Mężczyzna sukcesu, niedawno przekroczył czterdziestkę, wykształcony, zdolny, biegle mówi kilkoma językami, ma żonę, dziecko, pracuje w dużej korporacji pożerającej ogromną część jego czasu, ot nic nadzwyczajnego w dzisiejszym świecie. Oprócz tego jest nałogowym frustratem, wszystko go denerwuje, jego relacje z żoną są oziębłe. Ich rozmowy opierają się w zasadzie na wzajemnym dogryzaniu sobie, o kontaktach z rodzicami też w zasadzie niewiele można powiedzieć. Życie ilu z nas może tak wyglądać (albo już takie właśnie jest), jeśli nie stanie się nic nadzwyczajnego? Czasami o zmianach może zadecydować przypadek, czasami nasza decyzja, w tej historii reżyser przedstawił nam tę pierwszą opcję. Wygląda na to, że aby nasze życie zmieniło się na lepsze wystarczy mocno uderzyć się w głowę. Dosłownie. Przyglądając się dalszym losom głównego bohatera, można z całą pewnością stwierdzić, że recepta na sukces została odnaleziona. Jest to dobra komedia (każdy na pewno ma własną definicję „dobrej komedii”, ale ja uważam, że ma być po prostu zabawnie i ciekawie, a ta produkcja wpisuje się w nią idealnie – jest wręcz kwintesencją tego gatunku) ukazująca rzeczywistość trochę w krzywym zwierciadle, ciężko dopatrzyć się tutaj głębszej ideologii i zaskakujących zwrotów akcji. Szczególnie przerysowani są koledzy i szef Edwarda. Film opowiada nam o zmianach i to o zmianach na lepsze, o nieprzewidywalności życia, o tym, że czasami żeby zacząć żyć, musimy zdobyć się na trochę odwagi, wyjść ze znanej nam strefy komfortu w nieznane. Opowiada o doświadczaniu życia, pomaganiu innym i czerpaniu z tego siły do dalszego działania, próbuje pokazać nam, że to wszystko jest możliwe. Jednocześnie niczego nam nie narzuca, jako oglądający jesteśmy po prostu obserwatorami. Głównym założeniem jest to, że widz po prostu ma się dobrze czuć i biada temu, kto będzie krytykował tę produkcję za powierzchowność, grubiańskie żarty i banał. Właśnie o to chodziło twórcom, o zwyczajność i wyzwolenie pozytywnych emocji. A przecież nie wszystko co zwyczajne od razu musi być nudne, ta historia może dotyczyć każdego z nas. Trzeba mieć dystans i zdawać sobie sprawę, na jakiego rodzaju kino się decydujemy, bo później pojawia się fala niezadowolenia i zniesmaczenia, a co gorsza – frustracji. Zupełnie niepotrzebnie, bo w takim przypadku to...

Read More
Siedem dusz
Kwi29

Siedem dusz

Ile jest w stanie poświęcić człowiek aby odkupić swoje winy? Jak bardzo jedna chwila potrafi zmienić nasze życie? Do jakich czynów jesteśmy w stanie się posunąć aby czynić dobro? Na te i inne ważne pytania przychodzi nam zastanowić się oglądając tą właśnie produkcję.  Historia Bena Thomasa przedstawiona przez Gabriela Muccino jest w dość przerysowany sposób, mocno oddziałuje na emocje widza, aczkolwiek można wyciągnąć z niej kilka wartościowych rzeczy i zadać sobie np. pytanie, co ja bym zrobił w sytuacji głównego bohatera i dlaczego nie postąpiłbym tak jak on? Ben w pewien sposób próbuje uciekać od wydarzeń które go spotkały, zmieniły jego życie o 180 stopni, układa szaleńczy plan w którym nie zważa na własne życie, byle tylko za wszelką cenę odpokutować coś, co stało się nie do końca z jego winy. Postanowił on zmienić lub uratować życie 7 osobom, po tym jak w wypadku samochodowym w którym brał udział zginęło 7 innych ludzi, a w tym najbliższa mu osoba. Robi to w można powiedzieć szlachetny lecz dosyć niespotykany sposób, a mianowicie pozbywa się swojego domu i kilku organów wewnętrznych. Ci którym chce podarować niezwykły dar – zmienić ich życie, nie są przypadkowymi osobami, Ben przez długi czas ich obserwuje i stara się stwierdzić, czy są oni dobrymi ludźmi nawet wtedy, gdy nie wiedzą, że ktoś ich obserwuje. Czasami jest przy tym na prawdę okrutny, uwziął się szczególnie na biednego niewidomego. Dlaczego sposób Bena może wydawać się szlachetny? Poświęca się on dla innych w sposób dosłownie całkowity, oddaje wszystko co ma wyzbywając się przywiązania do rzeczy materialnych. Należy przyznać, że gdyby nie on, to faktycznie kilku wspaniałych ludzi umarłoby lub cierpiało. I to w zasadzie byłoby na tyle. Dlaczego to co robi jest zwyczajnie głupie? Reżyser jak już wcześniej wspominałem chyba za bardzo skupił się na aspekcie emocjonalnym. No bo kto z nas w realnym życiu postanowiłby zrobić tak jak główny bohater? Zakrawa to o chorobę psychiczną i brakiem instynktu samozachowawczego. Raczej egoistycznym jest podejście "za wszelką cenę", o ile prostsze jest zrobienie tego co Will Smith w głównej roli niż stawienie czoła życiu takim jakim jest, próba odkupienia, przez pomoc więcej niż 7 osobom, no bo dlaczego tylko 7, skoro mógł np. 77? Kino dosyć przewidywalne, nie ma tu wybuchów ani zwrotów akcji, nasz bohater jest zdeterminowany w tym co robi, uparcie dąży do celu, mimo, że po drodze trafia na kobietę, która jak się wydaje na chwile zachwiała jego motywacją, Ben angażuje się trochę bardziej niż zamierzał, co zapewne sprawiło mu o większy bólu przy tym co zrobił na końcu filmu. Trudno jest stworzyć dobry dramat filmowy, żeby nie stał sie on emocjonalnym kiczem, z czym w tym przypadku niestety mamy...

Read More

Po ile jeden cud?

Drogi czytelniku tym razem znów mam ci do zaoferowania tą część polskiej kinematografii, która warta jest uwagi. Produkcja zaskakująca i jakże aktualna, ponieważ w pewien sposób nawiązuje do obecnej sytuacji politycznej w Europie, ale także pokazuje nam historię zwykłych ludzi zmagających się z własnymi słabościami. Mowa o filmie Handlarz cudów z 2009 roku w reżyserii Jarosława Szody i Bolesława Pawica. W główną rolę wciela się utalentowany i wszechstronny Borys Szyc. Gatunek? Oczywiście dramat i to psychologiczny, w końcu w tym według mnie obecnie jesteśmy najlepsi w ostatnich latach.  Zapewne niewiele osób o nim słyszało, a jeszcze mniej oglądało, dlatego postanowiłem o nim napisać. Zaskakujące jak słabo był reklamowany, przyznaję, że sam również trafiłem na niego zupełnie przypadkiem. Tych którzy poczuli się już na początku zniechęceni faktem, że jest to dramat uspokajam, film nie należy do ciężkich dramatów na których chce się tylko płakać. Handlarz cudów wielokrotnie zaskakuje również sporą dawką humoru, która skutecznie rozładowuje atmosferę pozwalając widzowi odetchnąć. Stefan (Borys Szyc) jest alkoholikiem po trzydziestce, stara się walczyć z nałogiem, lecz nie bardzo mu to wychodzi. W zasadzie na niczym mu nie zależy, oczywiście do pewnego momentu. Zajmuje się odwiedzaniem szpitali i domów pomocy społecznej gdzie wygłasza wykłady na temat swojej wewnętrznej przemiany, poznania Boga i tego jak pomogło mu to walczyć z nałogiem. Przy okazji zbiera pieniądze na pielgrzymkę do sanktuarium w Lourdes. Wielu ludzi przekonuje swoimi wystąpieniami, a nawet otrzymuje od nich specjalne intencje w których ma się pomodlić gdy już uda mu się tam dotrzeć. W jego życiu niespodziewanie pojawia się dwójka dzieci potrzebujących pomocy, a on nie potrafi być obojętny. Ta dwójka małych bohaterów to czeczeńskie rodzeństwo, które za wszelką cenę chce dostać się do Francji, gdzie mieszka ich ojciec, a Stefan może im w tym pomóc właśnie dzięki pielgrzymce na którą planuje się wybrać żeby otrzymać specjalną łaskę która pomoże mu w końcu przestać pić. W pewnym sensie jest to kino drogi, ponieważ właśnie podczas wspólnej podróży dochodzi do wielu istotnych wydarzeń i przemian bohaterów, Sam Stefan podróżując z  Uriką i Hasimem zauważa, że nie on jedyny na tym świecie boryka się z problemami na które nie do końca ma wpływ i które nie łatwo wbrew pozorom rozwiązać bezboleśnie. Między bohaterami nawiązuje silna więź, Stefan opiekuje się tymi całkowicie obcymi dla niego dziećmi i sam poniekąd przejmuje rolę ojca. Oczywiście nie dzieje się tak od razu, kiedy główny bohater odkrywa pasażerów na gapę w swoim samochodzie, to od razu chce się ich pozbyć, próbuje krzyczeć, przekonywać lecz nie na wiele się to zdaje, bo dzieci upatrzyły sobie właśnie jego, mają go mimo wszystko za dobrego człowieka, pomimo, że i one będą miały nie jedną...

Read More
Dopóki oddychasz nie trać nadziei!
Kwi28

Dopóki oddychasz nie trać nadziei!

Niesamowita opowieść o kimś z kogo każdy, kto kiedykolwiek zwątpił we własne siły powinien wziąć przykład. Bo najważniejsze, to cały czas próbować i nigdy się nie poddawać, bez względu na okoliczności. A w tym wszystkim zawarta jest historia odkrywania wiary i obecności Boga w życiu absolutnie każdego człowieka. Co ja właściwie mam na myśli? Gorąco chciałbym polecić wszystkim czytelnikom Może Coś Więcej książkę pióra (a w zasadzie nosa!) Pani Marzeny Hansch-Rindflajasz pt. „Wspomnienia nosem pisane”.  Na pierwszy rzut oka niepozorna mała książeczka, jednak pomimo zaledwie 81 stron przypuszczam, że jest to jedyna książka jaką trzymałem w swoich rękach, która kosztowała autora tak wiele wysiłku. A dlaczego? Jak sugeruje nam tytuł cała została napisana tą częścią ciała, której zwykle nie używamy do obsługi klawiatury. Jest to autobiografia pozwalająca nam poznać autorkę wraz z jej przemyśleniami i doskonałym świadectwem odkrywania działania Pana Boga. Drogi Czytelniku, jeśli wydaje Ci się, że spotkałeś się z przeszkodą nie do pokonania, czymś co całkowicie cię przytłoczyło i sprawiło, że poczułeś się bezsilny, to po zapoznaniu się tą historią już zawsze inaczej będziesz patrzyć na trudności które będą cię spotykać. Dowiesz się, jak ważny jest upór i nadzieja, a także dlaczego nie należy oceniać ludzi po pozorach, a jedynie patrząc na ich serce, bo tylko patrząc na serce można poznać prawdę o drugim człowieku. Być może w tym momencie zastanawiasz się gdzie w tym wszystkim wyjątkowość poza pisaniem nosem? No bo przecież do takich uniwersalnych prawd może dojść każdy, a nawet uznać je za banalne. Należy w tym miejscu nadmienić, że Pani Marzena jest osobą niepełnosprawną i w swojej niepełnosprawności znajduję siłę na nieustanną walkę, siłę, której brakuje wielu ludziom nie mającym tego typu problemów. Myślę, że także wiele osób niepełnosprawnych może nauczyć się od Pani Marzeny tego co tak naprawdę najważniejsze, czyli posiadania marzeń, a co jeszcze ważniejsze spełniania ich w piękny sposób z ogromnym uporem, pomocą i wdzięcznością dla pomagających ludzi. Jeśli natomiast masz trudności z podejmowaniem trudnych decyzji i odnajdywaniu się w nowej sytuacji, to z pewnością trafisz na niejedną wskazówkę jak robić to z odwagą, spokojem i pewnością siebie. A gdzie w tym wszystkim Bóg? Przemyślenia autorki pozwalają spojrzeć w inny sposób na relacje międzyludzkie, szczególnie z tymi osobami na których najbardziej nam zależy, bo najczęściej niestety bywa tak, że to właśnie te osoby zadają nam najgłębsze rany. I właśnie tutaj najbardziej potrzebna jest obecność Boga, jego miłosierdzia i to jak zmienia nas wewnętrznie pozwalając patrzeć na ludzkie wnętrze i prawdziwą motywację, a nie tą powierzchowną. Jednak, jak zapewne wie każdy z nas to wcale nie jest takie proste. Z tej opowieści możecie poznać tylko jedną z miliardów dróg, która prowadzi do przemiany...

Read More
Radio Wolna Europa
Kwi06

Radio Wolna Europa

Głos nadziei dla ogromnej rzeszy słuchaczy w czasach komunizmu, gdy żelazna kurtyna przesłaniała Polsce widok na resztę świata. Ważny element historii dla Polaków i mieszkańców wielu innych krajów znajdujących się po II wojnie światowej pod wpływem Moskwy. Drogi czytelniku, jeśli nie słyszałeś nigdy wcześniej o tej rozgłośni, zapraszam cię do uzupełnienia tej wiedzy. Radio Wolna Europa powstało w 1949 roku w Nowym Jorku, a swoją siedzibę miało w Monachium, finansowane było przez CIA i nadawało do krajów tzw. „demokracji ludowej”. Przedmiotem badań wielu historyków jest wpływ rozgłośni na historyczne procesy które doprowadziły do odzyskania wolności w 1989 roku. Audycje nadawane przez RWE były zagłuszane przez służby bezpieczeństwa komunistycznych państw, co doprowadziło np. do zamieszek w Bydgoszczy 1956 roku, gdzie protestujący zniszczyli radiostację zagłuszającą. Nigdy jednak nie udawało się zagłuszyć wszystkich audycji, bowiem koszty zagłuszania były 3 razy wyższe niż koszty nadawania audycji. Służby bezpieczeństwa walczyły z rozgłośnią również w sposób bezpośredni. Przeprowadzano zamachy bombowe i mordowano pracowników, na początku ścigano także za słuchanie radia, uznawane było to za przestępstwo, którego popełnienie polega karze więzienia. W 1981 roku budynek rozgłośni został zniszczony w ataku terrorystycznym. W latach 1952-1994 istniała polska sekcja Radia Wolna Europa. Dyrektorami Rozgłośni Polskiej RWE w Monachium byli: Jan Nowak-Jeziorański (współzałożyciel i prezes honorowy), Zygmunt Michałowski, Zdzisław Najder, Marek Łatyński i Piotr Mroczyk. Półgodzinne, a następnie godzinne polskie programy nagrywane były w studio w Nowym Jorku, wysyłane pocztą lotniczą do Niemiec i nadawane z anteny pod Frankfurtem (1950-1952). Lata 90. były trudnym okresem dla rozgłośni ze względu na problemy finansowe, rozważano nawet ich likwidację. Od marca 2009 roku Radio Wolna Europa mieści się w Pradze i nadaje w 25 językach. Dlaczego chcę, drogi Czytelniku, abyś również i dla ciebie RWE nie było obcym terminem? Ponieważ jest to już zapomniany, a ważny element, który bez wątpienia przyczynił się do odzyskania przez Polskę wolności. Z historią Rozgłośni Polskiej Radia Wolna Europa można się zapoznać także poprzez spektakl „Tu Wolna Europa” Janusza Marchwińskiego (aktor i dziennikarz pracujący w Rozgłośni Polskiej RWE) w Teatrze Nowym (ul. Gazowa 21 w Krakowie). Porusza on wiele ciekawych wątków i opowiada o bardzo nietuzinkowych pracownikach i współpracownikach Jana Nowaka-Jeziorańskiego. Spektakl ma formę monologu z elementami piosenki i bardzo szczegółowo opowiada o wybranych postaciach oraz szczegółowo, ale konkretnie przeprowadza nas przez świat wydarzeń powojennej Polski i...

Read More