Znamy AuTORytet studentów dziennikarstwa!
Lis14

Znamy AuTORytet studentów dziennikarstwa!

Mariusz Szczygieł został AuTORytetem studentów dziennikarstwa w Plebiscycie MediaTory – Studenckie Nagrody Dziennikarskie! Statuetkę odbierze podczas jubileuszowej 10. Gali Finałowej, która odbędzie się 3 grudnia w Auditorium Maximum Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie. – Kiedy zaczynają się jakieś dyskusje o mediach, o naszym zawodzie, o Polsce, najczęściej mam ochotę powiedzieć "nie wiem". Mnóstwo nazwisk, które słyszę rano w wiadomościach radiowych czy telewizyjnych nic mi nie mówi. Nie wiem, czy ustawa o stałej cenie na książki to dobry pomysł, czy nie. Nie mam jednoznacznego zdania na sytuację, w której "Gazeta Wyborcza" została pozbawiona ogłoszeń państwowych spółek. Nie przeczytałem żadnego tekstu Żiżka. I mam nadzieję, że studenci, którzy przyznali mi swoją nagrodę nie oczekują ode mnie zdania na te tematy. – mówi Mariusz Szczygieł, tegoroczny AuTORytet studentów. – Może od razu powiem, co umiem. Umiem słuchać ludzi, umiem pomóc im wyartykułować swoje myśli i przeżycia, umiem tak zbudować swój tekst, żeby przytrzymać czytelnika, umiem ciekawie mówić o polskich reportażach. To właściwie tyle. Bo przede wszystkim trzymam się zasady: nie przekraczam granicy, jeśli nie mam walizki – dodaje wyróżniony reportażysta.  W kategorii AuTORytet studenci doceniają tych dziennikarzy, od których mogą uczyć się rzetelności, profesjonalizmu i najwyższych standardów. Nagroda przyznawana jest za całokształt pracy dziennikarskiej oraz ma wymiar ponadczasowy. – Ta kategoria jest szczególna, również dlatego, że głosujący mogą sami podać nazwisko osoby, którą uważają za swój dziennikarski wzór lub skorzystać z listy pomocniczych propozycji – przyznaje Wioletta Klytta, prezes Stowarzyszenia MediaTory. To już druga statuetka w Plebiscycie MediaTory dla Mariusza Szczygła, który w 2013 r. zwyciężył w kategorii DetonaTOR za reportaż „Śliczny i posłuszny” opublikowany w „Dużym Formacie”. W tym roku reportażysta dołączył między innymi do Bogdana Rymanowskiego, Hanny Krall, Wojciecha Jagielskiego oraz Wojciecha Manna, którzy zostali wybrani AuTORytetami w latach ubiegłych. Zwycięzców w pozostałych kategoriach jubileuszowej edycji Plebiscytu MediaTory poznamy podczas Gali Finałowej, która odbędzie się 3 grudnia o godzinie 17:00 w Auditorium Maximum Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie. MediaTory to plebiscyt, w którym studenci dziennikarstwa każdego roku nagradzają wyróżniających się dziennikarzy i ludzi mediów. Wskazują tych, od których mogą uczyć się najwyższych standardów w dziennikarstwie. W jubileuszowej edycji do głosowania uprawnionych jest ponad 10 tysięcy studentów z 22 polskich uczelni, na których dziennikarstwo funkcjonuje jako odrębny kierunek.   Organizatorami 10. edycji Plebiscytu są: Stowarzyszenie MediaTory oraz Koło Naukowe Studentów Dziennikarstwa UJ. Współorganizatorem Plebiscytu jest Uniwersytet Jagielloński, a Sponsorem Głównym – Fundacja Seriatim. Medialną popularność MediaTorów monitoruje Instytut Monitorowania...

Read More
Kultura zaklęta w słowie
Paź19

Kultura zaklęta w słowie

Powiedzeń, przysłów i związków frazeologicznych używamy w Polsce bardzo chętnie, ale niestety czasem mamy problem z ich poprawną formą albo wprowadzamy je w nieodpowiednim kontekście. Przedstawiamy kilka wskazówek, jak uniknąć kardynalnych błędów. Żeby zabrzmieć elokwentnie i mądrze, warto wtrącić do swojej wypowiedzi powiedzenie, przysłowie czy ciekawy frazeologizm. Ważne jest jednak to, żeby nie używać ich przypadkowo, a przemyślanie. Wtrącenie niepoprawnego powiedzenia może zostać odebrane gorzej niż unikanie takich wyrażeń. Chociaż zdarza się i tak, że obie strony zakodowały sobie niepoprawną formę i błędu nie zauważą. Prowadząc zwyczajne rozmowy ze znajomymi, często spotykam się z takim zjawiskiem. Kiedyś bardziej zwracałam na to uwagę i czasem ich poprawiałam, jednak po jakimś czasie poddałam się i misja nawracania całego społeczeństwa upadła. Od czasu do czasu wtrącam jednak do swojego codziennego języka powiedzenie i zaskakuję ludzi nieznaną dla nich formą. Taka wojna jest zdecydowanie bardziej skuteczna… CO Z TYM OPOREM? Jeden z najczęstszych błędów, do których zdążyliśmy już przywyknąć i ich nie zauważamy, występuje w wyrażeniu: „iść po linii najmniejszego oporu”. W mowie potocznej często można spotkać się z wersją „iść po najmniejszej linii oporu”, co nie bardzo ma sens, a nieliczni idą nawet po „najlżejszej linii oporu”, co już zakrawa o językowy fenomen. Gdyby się nad tym zastanowić, to nie zależy nam na tym, żeby iść po najmniejszej linii, ale przede wszystkim na tym, żeby opór był jak najmniejszy! Czujemy też lekki opór przy podawaniu czegoś w wątpliwość. Tutaj wiele osób sugeruje się stwierdzeniami „poddać pod dyskusję” albo „poddać krytyce” i dodaje jedną zbędną literę „d” przy wątpliwościach. Jest to jednak bardzo poważny błąd! Warto wiedzieć, skąd się wzięło takie wyrażenie. Dawniej można było np. „podać się o podwyżkę” i bynajmniej nie chodzi tutaj o to, że aktualnie lepiej tego nie robić, chcąc zachować stanowisko pracy. Mamy w języku polskim takie słowo jak „podanie”, czyli składanie prośby o coś. Podać miało niegdyś dużo więcej znaczeń niż obecnie i stąd właśnie takiego a nie innego słowa powinniśmy używać w omawianym wyrażeniu. Ta sama forma przetrwała do dziś w stwierdzeniu „podać się do dymisji”, czyli „złożyć prośbę o rezygnację z pełnionej funkcji”. PROBLEMATYCZNE SPÓJNIKI Między Bogiem a prawdą – właśnie zaprezentowałam błąd. Konia z rzędem temu, kto zauważy, co jest nie tak. Wyrażenie to już tak mocno zakorzeniło się w naszej świadomości, że nie zauważamy w nim braku sensu. Przecież to Bóg jest prawdą, więc między Niego a prawdę nic już się nie może zakraść i nic Go od prawdy nie może dzielić. Tak na dobrą sprawę wyrażenie takie można by uznać za herezję, właśnie ze względu na postawienie Boga po przeciwnej stronie prawdy. Mówimy więc „Bogiem a prawdą”. Dawniej „a” w wielu przypadkach...

Read More
Śladem świętych krakowskich: szlak śladem kobiet
Paź17

Śladem świętych krakowskich: szlak śladem kobiet

Odkryjemy dziś więcej tajemnic Collegium Maius, zastanowimy się, czy królowa Jadwiga została pochowana sama i czy zapewniono jej należyty spokój. Wejdziemy też na Kopiec Kościuszki, a do pewnego celu poprowadzi nas rój pszczół. Pora na szlak śladem kobiet. Było już sporo o świętych mężach i ich ogromnej mądrości, najwyższa pora poświęcić czas szlakowi śladem świętych kobiet, które swoje życie związały z Krakowem. Historie i legendy z nimi związane są niezwykle ciekawe. KRÓLEWSKI ŚLAD O tym, kim była św. Jadwiga Królowa (a właściwie król), pisać raczej nie trzeba. Każdy z lekcji historii zna podstawowe fakty biograficzne tej postaci. Chciałabym bardziej skupić się na tym, gdzie można odnaleźć pamiątki związane z jej życiem. Jak ogólnie wiadomo, św. Jadwiga chętnie wspierała najuboższych poddanych. Jedna z najbardziej znanych legend opowiada o tym, jak królowa wspomogła jednego z budowniczych kościoła karmelitów. Kiedy poznała trudną sytuację jednego z nich, odpięła złotą sprzączkę od swojego buta i wręczyła mężczyźnie. Do tej pory można zobaczyć odciśniętą w kamieniu stopę królowej. Ślad ten widoczny jest na rogu Karmelickiej i Garbarskiej. Kolejnym przystankiem na tropie świętej jest oczywiście Collegium Maius. Warto zwrócić uwagę na berła, które umieszczone są w herbie uczelni. Jedno z nich należy do królowej Jadwigi, a drugie do Zygmunta Oleśnickiego. Królowa podarowała swoje insygnium władzy królewskiej Akademii Krakowskiej, w celu jej odnowienia. Od tego czasu krakowska uczelnia znana jest jako Uniwersytet Jagielloński. Berła można zobaczyć w muzeum, które mieści się aktualnie w najstarszym budynku uniwersyteckim. Królową można też zobaczyć co dwie godziny między 11.00 a 17.00 podczas prezentacji zegara na dziedzińcu (o tym zegarze pisałam przy innym spacerze). Przy ulicy Sławkowskiej warto zwrócić uwagę na niepozorny budynek z numerem 24. Aktualnie mieści się tutaj dom macierzysty Zgromadzenia Sióstr Świętej Jadwigi Królowej Służebnic Chrystusa Obecnego (Jadwiżanek Wawelskich). Zajmują się one przede wszystkim katechumenami oraz pomagają tym, którzy przeżywają kryzys wiary. U wylotu ul. Sławkowskiej, na Plantach znajduje się pomnik przedstawiający królewską parę. Trudno go nie zauważyć, ponieważ ustawiony jest na wzniesieniu. Wyobraża Jadwigę i Jagiełłę, co można wywnioskować z podpisu na postumencie „Na pamiątkę 500-letniej rocznicy unii Polski z Litwą”. Jednak jeśli przyjrzeć się bliżej postaciom, w ogóle nie przypominają one tych wielkich władców. Nie ma się co dziwić. Pomnik w rzeczywistości został wykonany z przeznaczeniem dla Ogrodów Watykańskich i miał przedstawiać pierwszych chrześcijańskich władców Polski, czyli Mieszka i Dobrawę. Jednak w Watykanie nie został doceniony i przekazano go do Muzeum Narodowego w Krakowie. Późniejszą decyzją przeniesiono go na Planty w rocznicę Unii w Krewie i odsłoniono jako Jagiełłę i Jadwigę. W kościele pw. Św. Krzyża nad prezbiterium wisi obraz przedstawiający św. Jadwigę. Problem polega jedynie na tym, że nie wiadomo którą. Ludzie na przestrzeni wieków nie...

Read More
Śladem świętych krakowskich: Felicis Saeculi Cracoviae, cz. 2
Wrz16

Śladem świętych krakowskich: Felicis Saeculi Cracoviae, cz. 2

Felicis Saeculi Cracoviae – to grupa sześciu świątobliwych mężów Krakowa żyjących w XV wieku. Dzisiaj odkrywamy, który z nich otworzył pierwszą w Krakowie katolicką bibliotekę. Dowiecie się też o pewnym muzeum, które kryje niezwykłe skarby, a o którym niewielu rodowitych krakowian słyszało… Jest taka legenda o koszyku jabłek, która dotyczy mężów świątobliwych z grupy Felicis Saeculi Cracoviae. Głosi ona, że Jan Kanty otrzymał koszyk wypełniony po brzegi jabłkami. Nie chcąc zatrzymywać podarku tylko dla siebie, przekazał go swojemu przyjacielowi – Szymonowi z Lipnicy. Szymon natomiast oddał go Izajaszowi, ten z kolei Stanisławowi Kazimierczykowi, następnie koszyk trafił do Świętosława, a później do Giedrojcia. Ostatni z nich oddał koszyk pełen jabłek Janowi. Co do dzisiejszego zwiedzania – znowu zaczniemy od Kazimierza. Następnie czeka nas krótka wycieczka w obrębie murów Starego Miasta. Czekają na nas dwa średniowieczne kościoły. IZAJASZ BONER Urodził się ok. 1400 roku przy ulicy Grodzkiej w Krakowie. Jego imię mogłoby wskazywać na pochodzenie żydowskie… nic bardziej mylnego. Najprawdopodobniej na chrzcie otrzymał imię Ambroży. Jednak należy podkreślić, że z Kazimierzem był związany, w szczególności z kościołem św. Katarzyny. W 1419 roku wstąpił do zakonu eremitów, którzy opiekowali się tym miejscem. Przyjął wtedy imię Izajasz pochodzące od biblijnego proroka. Po ukończonych studiach w Padwie i w Krakowie kierował katedrą teologiczną na UJ. Niedługo później w stolicy Polski miało miejsce trzęsienie ziemi, podczas którego ucierpiał również Kazimierz i kościół św. Katarzyny. Izajasz bardzo zaangażował się w renowację, a wyjątkowo bardzo zadbał o fresk Matki Bożej Pocieszenia. Odnowione dzieło można oglądać do dziś, a wiąże się z nim kolejna legenda. Izajasz Boner modlił się bowiem gorliwie słowami Monstra te esse Matrem (okaż, że jesteś Matką) i dzięki temu wyprosił wskrzeszenie dziecka. Grób Bonera znajduje się, oczywiście, w kościele św. Katarzyny na krakowskim Kazimierzu. Jest to mauzoleum umiejscowione na krużgankach w pobliżu kaplicy z freskiem MB Pocieszenia. Jest kolejnym świątobliwym mężem z grupy Felicis Saeculi Cracoviae. U ŚW. KATARZYNY Kościół św. Katarzyny to nie tylko Izajasz Boner, o którego beatyfikację wciąż zabiegają augustiańscy duchowni. Tutaj w sposób szczególny czci się św. Ritę – augustiańską zakonnicę z Cascii (Włochy), patronkę od spraw beznadziejnych. Warto też wspomnieć o tym, skąd ten kościół wziął się w Krakowie. Jest to jedna ze świątyń ekspiacyjnych ufundowanych przez króla Kazimierza Wielkiego. Chodzi o to, że największe grzechy można było odpokutować np. przez ufundowanie kościoła. Król zawinił tak bardzo, że takich kościołów po południowej Polsce rozsianych jest całkiem sporo i są to aktualnie obiekty wysokiej rangi (choćby katedra w Sandomierzu). Z tym związana jest postać ks. Marcina Baryczki, który zwracał (zapewne niejednokrotnie) swojemu królowi uwagę, jakoby źle się prowadził. Król, niezadowolony z takiego postępowania księdza, kazał go uwięzić, a później utopić....

Read More
Śladem świętych krakowskich: Felicis Saeculi Cracoviae
Wrz09

Śladem świętych krakowskich: Felicis Saeculi Cracoviae

Felicis Saeculi Cracoviae – to grupa sześciu świątobliwych mężów Krakowa żyjących w XV wieku. Czy wiecie, który z nich jest patronem studentów, a który został oskarżony o nadmierne używanie imienia Jezusa podczas kazań i co do tego wszystkiego ma kościół Bożego Ciała? Do napisania kolejnego odcinka zainspirował mnie obraz Łukasza Porębskiego pt. Felix saeculum Cracoviae. Świątobliwych mężczyzn było sześciu (choć na obrazie brakuje jednego): św. Stanisław Kazimierczyk, św. Szymon z Lipnicy, św. Jan Kanty, Izajasz Boner, Michał Giedrojć, Świętosław Milczący. Nie sposób przedstawić ich wszystkich na raz. Dzisiaj zapraszam więc na wycieczkę, którą zaczniemy na Starym Mieście, później przejdziemy przez Stradom, gdzie zatrzymamy się na chwilę, a wreszcie dojdziemy do kościoła Bożego Ciała. WIECZNY STUDENT Przypadek tego świętego jest co najmniej oryginalny. Równocześnie był studentem jak i profesorem w jednym z kolegiów Akademii Krakowskiej. O kim mowa? O św. Janie z Kęt, patronie m.in. profesorów i studentów, czy archidiecezji Krakowskiej. Po ukończeniu szkoły w Kętach, przeniósł się do Krakowa, gdzie studiował, a później wykładał. Na prośbę bożogrobców z Miechowa w 1421 roku objął kierownictwo w tamtejszej szkole przyklasztornej i nauczał kleryków. Wolny czas wypełniało mu przepisywanie ksiąg Ojców Kościoła czy Arystotelesa. Wśród jego zainteresowań znalazła się także muzyka, o czym świadczą zachowane zapisy nutowe pieśni liturgicznych. Po ośmiu latach wrócił do Krakowa i tutaj objął prowadzenie wykładów na wydziale filozofii, a równocześnie podjął studia na kierunku teologicznym. Był nie tylko wykładowcą, ale i dziekanem oraz rektorem Kolegium Większego. Nic więc dziwnego, że swoje studia teologiczne ukończył dopiero po 13 latach! Poza pracą uczelnianą bardzo angażował się w działalność duszpasterską, promował przyjmowanie Komunii Świętej i dużo czasu spędzał w konfesjonale. Ze swojej pensji wspierał także najuboższych studentów, a jedzenie, pozostałe z obfitego stołu profesorskiego, codziennie oddawał biednym. Jak łatwo się domyślić, zmarł w opinii świętości. Pochowano go pod amboną w kolegiacie św. Anny w Krakowie. Chociaż tu trzeba zaznaczyć, że chowanie księży przy ołtarzach nie było czymś nadzwyczajnym w tamtych czasach. Już w 1475 roku (czyli 2 lata po śmierci Jana Kantego) proboszcz kościoła św. Anny zaczął spisywać cuda dokonane za wstawiennictwem tego świętego. W ciągu 8 lat zarejestrował ich aż 92! IKONOGRAFIA Św. Jana z Kęt można rozpoznać po tym, że jest ubrany w togę profesorską. Najczęściej wokół niego stoją studenci bądź ubodzy, a do atrybutów należą: krzyż, scalony dzbanek czy obuwie przekazywane ubogiemu. Jak już wspomniałam, w Krakowie ze św. Janem Kantym wiąże się przede wszystkim kościół św. Anny, gdzie aktualnie w bocznej kaplicy znajduje się konfesja tego świętego wg koncepcji Baltazara Fontany. Warto bliżej się jej przyjrzeć. W centralnym punkcie jest trumna, którą podtrzymuje czterech mężczyzn, symbolizują oni cztery wydziały uczelniane: teologiczny, filozoficzny, prawny i medyczny. Natomiast...

Read More

Polska, halucynacja, taka sytuacja

Wielu recenzentów ma problem z najnowszą książką Szczerka. Jedni zarzucają jej wtórność. Odwołują się do Gombrowicza, Wyspiańskiego, a nawet jeszcze dalej, bo do Mickiewicza, Słowackiego. Drudzy zachwalają i piszą, że czegoś takiego jeszcze nie było, że to odważna i ciekawa książka, przede wszystkim o ważnych dla Polaków sprawach. Szczerek zajął pozycję pośrodku zdaje się oportunizmem i wycofaniem z krytyki. Być może. Ja wolę stanąć w ogóle gdzieś z boku, bo mam z tą książką problem. O ile w trakcie czytania przekonywałem się, że Szczerek popełnił znakomitą powieść, o tyle po przerzuceniu ostatniej strony, uświadomiłem sobie, że to mnie właściwie ni ziębi, ni parzy. Właściwie trudno określić dlaczego, przecież to znakomita powieść. Napisana jest językiem, który pochłania się w ilościach przekraczających jakiekolwiek normy. Wartka, dynamiczna, pełna zwrotów akcji fabuła, jak w pierwszorzędnym thrillerze. Do tego zaskakujące motywy, bohaterowie wyczarowani w sposób nadzwyczajny, ale przede wszystkim te przemyślenia dotyczące Polski, polskości i Polaków. Przemyślenia o kulturze i mentalności, nierzadko zestawionej z europejskim kontekstem. Wszystko składa się w ciekawą lekturę, którą warto polecić każdemu, chociażby na otrzeźwienie. Tylko że jak spojrzę szerzej i wezmę pod uwagę swoje uwagi, pojawiające się w trakcie lektury oraz zaraz po niej, to mam wątpliwości, czy ogólna ocena może być tak przychylna. Bo czy fakt traktowania o polskich mitach, stereotypach, przywarach, ironizowanie i odpowiednie ich obrabianie jest wystarczający, by nazwać książkę genialną? Albo czy fakt, że Szczerek rozlicza się z kategoriami polskości i „polactwa” – a robi to na swój sposób arcyciekawie – pozwala na określenie Siódemki przełomową publikacją? Nie wiem, naprawdę. Z jednej strony jest to ogólne rozprawianie się z Polską, odważne i pełne dystansu. Z drugiej jednak ubrane w kostium pijackiego lub narkotycznego zwidu, mogący być równie dobrze nabieraniem samego siebie. Czy to wszystko jest naprawdę? Czy ta polbrukowa Polska, z nachalną szyldozą i pseduozachodnim parciem ku rozwojowi to jawa, czy halucynacja? Czy Polska typowych Marcinów, Januszów i innych to rzeczywistość, czy koszmary Pawła, który porusza się w powieści jak w transie? Zacznijmy jednak od początku. Treść przedstawia się prosto. Paweł Żmejewicz, dziennikarz, główny bohater Siódemki wyrusza z Krakowa do Warszawy, gdzie ma zdążyć na bardzo ważne spotkanie. Jedzie więc drogą krajową numer siedem, a więc tytułową siódemką, „szós polskich królową”. Jedzie drogą, która jest „kręgosłupem państwa”, ważniejszą jeszcze bardziej niż Wisła. Polska, kraj znad Wisły staje się więc krajem znad Siódemki, zbudowanym wokół tej szosy, jak wokół swoistego axis mundi. I wokół tego właśnie Szczerek konstruuje powieść. Siódemka nie jest jednak typową opowieścią drogi czy podróży. Paweł przemierza co prawda kraj, przebywa w paru miejscach i przemieszcza się z punktu do punktu, ale tu nie samo podróżowanie jest najważniejsze. Istotne jest to, co dzieje się...

Read More
Okno na świat przez ks. Twardowskiego poetykę
Cze13

Okno na świat przez ks. Twardowskiego poetykę

O wierze można napisać wszystko i zrobić to w niezwykle różnorodny sposób. Dla jednych będą to rozprawy naukowe, dla innych wiersze. Ks. Twardowski nieustannie urzeka swoim prostym stylem, pisząc o sprawach trudnych. Twardowski rodził się 1 czerwca, w dzień dziecka, a poezja, którą tworzył przeznaczona jest głównie dla najmłodszych odbiorców. O poezji Twardowskiego napisano już chyba wszystko. Jego twórczością zajmują się dzieci w podstawówce, maturzyści i naukowcy. Dostałam w prezencie na 15-ste urodziny książeczkę Dwa osiołki Twardowskiego i czasem do niej wracam. Zbiór wierszyków i krótkich opowiadań jest przeznaczony raczej dla dzieci niż dla dorosłych, ale… Wiersz otwierający ten tomik jest zatytułowany Dzieciństwo wiary. Moja święta wiaro z klasy 3b z coraz dalej i bliżej (…) kiedy święty Antoni ostrzyżony i zawsze z grzywką odnajdywał zagubione klucze a Matka Boska była lepsza bo przedwojenna kiedy nie miała pretensji do nikogo nawet zmokła kawka (…) kiedy martwiłem się żeby Pan Jezus nie zachorował bo by się komunia nie udała kiedy rysowałem diabła bez rogów – bo samiczka proszę ciebie moja wiaro malutka powiedz swojej starszej siostrze – wierze dorosłej żeby nie tłumaczyła – dopiero wtedy można naprawdę uwierzyć kiedy to się wszystko zawali Prosta twórczość Twardowskiego nie jest naiwna. Wręcz przeciwnie – będąca zgodną z nauką św. Franciszka, pozwala na zachwyt nad tym, co nam bliskie. Tylko czy w odniesieniu do spraw wielkich jesteśmy gotowi rozmawiać z taką prostotą? Chyba jest to trudne, ale nie niemożliwe. Wiara dorosłego człowieka powinna być nie tylko rytuałem, ale też głęboką refleksją nad sensem, nad Bogiem, nad prawdziwym życiem chrześcijanina. Jednak czy prawdziwy chrześcijanin nie powinien być prosty? Może właśnie w takim zwyczajnym zachwycie nad światem, nad drugim człowiekiem, nad relacjami, w prostym uśmiechu, kryje się Bóg. Wydaje mi się, że z wiarą jest podobnie. Im bardziej próbujemy ją zrozumieć, tym bardziej ona nam się wymyka. I właśnie ta wiara z 3b może uczyć, że nie wszystko musi być do końca zrozumiałe i wyjaśnione. Przecież gdyby człowiek wszystko wiedział na pewno, byłby pozbawiony wiary. Dwa osiołki to tomik poetycki, w którym Twardowski prowadzi czytelników przez rok liturgiczny, od Bożego Narodzenia przez Nowy Rok, Wielkanoc, okres komunijny, wakacyjny i powrót do szkoły. Opowiada też o rodzinie i o świętych. Ostatni wiersz Modlitwa to najprostsze westchnienie i zachwyt nad światem. Jako dodatek – na wesoło kilka anegdotek z życia kościelnego z udziałem dzieci. Myślę, że ks. Twardowski pisał naprawdę dla każdego i o każdym, bo przecież kto z nas, niezależnie od wieku, nie ma w sobie odrobiny dziecka? Kto nie tęskni za pięknym, prostym, bezproblemowym światem, pełnym barw? Warto więc sięgnąć po tę książkę i przypomnieć sobie, że wokół nas jest mnóstwo cudowności.   Autor: BEATA...

Read More
Śladem świętych krakowskich: Sandomierz
Cze13

Śladem świętych krakowskich: Sandomierz

Jeśli moim celem jest kroczenie śladem krakowskich świętych i błogosławionych, nie mogę się ograniczać jedynie do murów mojego miasta. Więc tym razem będzie bardzo wyjątkowo, bo nie dość, że odcinek „wyjazdowy” – z bazą wypadową w Sandomierzu, to jeszcze szlakiem błogosławionych – świętych lokalnych. Zatrzymamy się w kościele św. Jakuba, zastanowimy się, co wspólnego miał bł. Wincenty Kadłubek z Sandomierzem i dlaczego biskup został uznany za patrona miasta. Będzie też coś o błogosławionym współczesnym, którego czci Sandomierz. BŁOGOSŁAWIONY KRONIKARZ Wincenty Kadłubek urodził się w Karwowie, czyli we wsi w pobliżu Opatowa. Kto zna Sandomierz, ten wie, że te dwa miasta dzieli niewielka odległość. Do Krakowa przyszły biskup przyjechał dopiero w celu pobierania nauk w szkole katedralnej. Prawdopodobnie dzięki wsparciu finansowemu ze strony Kazimierza Sprawiedliwego wyjechał na zagraniczne studia, a po powrocie do kraju i otrzymaniu święceń, udał się do Sandomierza. Pełnił tutaj funkcję prepozyta przez blisko 22 lata, a także zasiadał w sandomierskiej kapitule. Ponadto Kadłubek założył w mieście szkołę parafialną. Mówi się też, że to w tym mieście powstała większa część Kroniki Polskiej. W 1207 roku w Krakowie wybrano go na biskupa. Po raz pierwszy według nowych zasad – na mocy prawa kanonicznego. Dzięki temu wyborowi mógł on wziąć udział w synodach i soborze Laterańskim IV. Szczególnie upodobał sobie jednak zakon cystersów i w czasach, gdy urzędował w Sandomierzu, przekazał na rzecz tego właśnie zakonu kilka wsi: dla opactwa w Sulejowie dwie, dla Pokrzywnicy (dzisiejszej Koprzywnicy) jedną, a opactwu w Brodnicy (Jędrzejowie) dał przywilej pobierania dziesięciny z trzech. Po kilku latach posługi jako biskup zrezygnował ze swojej funkcji za zgodą papieża Honoriusza III i przeniósł się do ówczesnej Brodnicy (czyli dzisiejszego Jędrzejowa) do zakonu cystersów. W tym miejscu spędził ostatnie pięć lat życia. W 1633 roku, gdy otworzono grób kronikarza, okazało się, że jego szczątki są prawie nienaruszone. To przyczyniło się do rozprzestrzenienia się kultu i starań o uczynienie go błogosławionym. Obecnie szczątki w posrebrzanej trumience są wystawione na ołtarzu jednej z kaplic w Jędrzejowie. MIEJSCA, PAMIĄTKI, SKARBY Trzeba obeznać się z tem co nie znane, niż wyśmiewać się z rzeczy niewiadomych. Słowo jest chyba najcenniejszym ze skarbów pozostawionych przez Kadłubka. Mimo że Kronika zawiera więcej legend i „faktów nieautentycznych” – faktów zmienionych czy zinterpretowanych przez pisarza w celu wysnucia nauk moralnych, to jednak czegoś uczy, daje wskazówki, jak postępować uczciwie i jakim należy być człowiekiem. Wśród tych zmienionych danych można też znaleźć nieco prawdy historycznej. Gdyby ktoś się zastanawiał, w którym muzeum przechowuje się oryginalny rękopis kroniki kadłubkowej od razu uprzedzam – nigdzie. Można za to znaleźć 29 odpisów tego wielkiego dzieła w bibliotekach, m.in. w Krakowie, Warszawie czy Wiedniu. W krakowskiej Katedrze można też zobaczyć relikwiarz...

Read More
Śladem świętych krakowskich: św. Jacek i św. Józef
Maj20

Śladem świętych krakowskich: św. Jacek i św. Józef

Pisząc o Krakowie i najważniejszych świętych dla tego miasta, nie można nie wspomnieć o św. Jacku i św. Józefie. Pierwszy tutaj żył, mieszkał, pracował, drugi jest znany dzięki licznym cudom, które dokonały się za jego wstawiennictwem. Jednak nie tylko dla Krakowa ci dwaj święci są niezwykle ważni. Zapraszam na wycieczkę po stolicy Małopolski oraz do Sandomierza i Kalisza! DOMINIKANIE Dla polskich Dominikanów jedną z najważniejszych postaci jest święty Jacek, wywodzący się ze śląskiej linii Odrowążów. Jego wujem był Iwo Odrowąż – krakowski biskup, a wśród krewnych wymienić można także bł. Czesława (którego szczególną czcią otacza się we Wrocławiu) i bł. Bronisławę. Św. Jacek, zanim jeszcze wstąpił do zakonu kaznodziejskiego, pracował w Krakowie jako kanonik katedralny. Święcenia zakonne przyjął w Rzymie w 1221 roku. Już dwa lata później wrócił do Krakowa, gdzie pomagał w zakładaniu pierwszego w Polsce konwentu dominikanów. IKONOGRAFIA W ikonografii przedstawia się św. Jacka jako człowieka w średnim wieku, ubranego w habit dominikański i czarną kapę. Najczęściej w jednej ręce trzyma monstrancję, a w drugiej Matkę Bożą, czasem jest też przedstawiany w pozie adorującej Matkę Bożą. Odgrywała Ona w życiu św. Jacka szczególną rolę. Wiąże się z tym legenda, zgodnie z którą w czasie najazdu Tatarów na Kijów św. Jacek zmuszony był do ucieczki. Postanowił zabrać ze sobą monstrancję z Najświętszym Sakramentem, ale nawet nie zdążył wybiec z kościoła, kiedy usłyszał głos: „Jacku, zabierasz Syna, a zostawiasz Matkę?”. W kościele pozostała bowiem duża figura Matki Bożej. Jacek przestraszony spytał: „Jakże mogę Cię zabrać, skoro figura taka ciężka?”, jednak wrócił do kościoła i kiedy chciał podnieść rzeźbę, okazała się niezwykle lekka. Do dziś u krakowskich dominikanów można podziwiać tzw. Matkę Bożą Jackową – figurę z kamienia. KSIĘGA CUDÓW Tuż po śmierci św. Jacka (w latach 1257-1290), przy jego grobie wystawiono księgę cudów, w której zapisano w sumie 35 cudownych sytuacji, które wydarzyły się za jego wstawiennictwem i miały posłużyć w procesie kanonizacyjnym. Już za życia św. Jacek znany był z cudownej pomocy: leczył, wskrzeszał (w razie potrzeb również krowy!), a nawet chodził po wodzie. Św. Jacek był w sumie prostym człowiekiem: kiedy spotkał kogoś przypadkiem, lub ktoś do niego przyszedł z prośbą o pomoc, on po prostu się modlił i uzdrawiał. Według legendy karmił również biednych po najazdach tatarskich własnoręcznie lepionymi pierogami. Na pamiątkę tego wydarzenia podczas Festiwalu Pierogów w Krakowie można zdobyć nagrodę główną w kształcie figury św. Jacka z pierogami. Postać św. Jacka wiąże się też z Sandomierzem i kościołem św. Jakuba. Zgodnie z legendą święty posadził wokół świątyni lipy, ale… korzeniami do góry. Stało się tak dlatego, że teren należący dziś do dominikanów był własnością skąpca i niedowiarka o imieniu Konrad. Po długich i trudnych...

Read More
„Za górami, za lasami, za czterema Burger Kingami”
Maj20

„Za górami, za lasami, za czterema Burger Kingami”

Płyta dla dzieci, dużych i mniejszych, stworzona przez dzieci – dorosłe, które sięgają do świata dzieciństwa, by opowiedzieć o rzeczywistości w sposób prosty, mimo że tematy nie są łatwe ani przyjemne. I jak zaklasyfikować tę płytę? Nie da się, więc nawet wysiłek jest bez sensu. To po prostu dobra płyta. Mimo że artyści piszą na swojej stronie internetowej, że album był inspirowany Brzechwą, to jednak bardziej słychać tu dosadność i bezpardonowość Tuwima, tego dla dzieci też, owszem, ale dorosłych i inteligentnych. I nawet jeśli Hubert „Spięty” Dobaczewski przekonuje, że Lao Che tworzy teraz płyty swobodne, bez ściśle określonego konceptu, to i tak trzeba przyznać, że utwory mają swój klucz, zatem albumy ostatnich lat są jak najbardziej konceptualne. Pod tym względem nigdy nie było inaczej, nawet przy realizacji takiej produkcji jak „Soundtrack”. I że „Dzieciom” to „najbardziej spontanicznie i żywiołowo stworzona płyta w dotychczasowym dorobku grupy”? To znaczy, że Lao Che potrafi zrobić coś spontanicznie, do tego bardzo, bardzo dobrze, nawet jeśli nagrywają utwory w godzinę i na „setkę”. Po prostu chapeau bas! Lao Che z właściwymi dla siebie humorem i przenikliwością patrzy na problemy współczesnego świata, na rozterki człowieka żyjącego tu i teraz, tu, czyli na ziemi, w świecie rzeczywistym, bo w „piekle jakoś tak se”, a „do nieba, dziękuję, nie trzeba”. Zatem pośrodku, u mamy, bo gdzież indziej jest tak dobrze? Nawet wojna staje się wojenką, niesforną dziewczynką, w obliczu której kłamstwo jest dozwolone, choć niezbyt przyzwoite. Spięty udowadnia po raz kolejny, że świetny z niego tekściarz i aforysta, a opowiadanie bajek (w pozytywnym tego słowa znaczeniu) nie stanowi dla niego problemu, co pokazał już znaczenie wcześniej. Fani jego piosenek powinni znać „Antyszanty” (nagrane sześć lat temu!). I nie dziwi, że początkowo materiał, który znalazł się na albumie „Dzieciom”, był zalążkiem drugiej solowej płyty Spiętego. Jak ktoś potrzebuje komentarzy do tego, co ostatnio stało się i dzieje w świecie, koniecznie niech odsłucha „Bajkę o Misiu”, oba tomy, obowiązkowo. Jednak na całej płycie Spięty diagnozuje współczesny świat z niezwykłą spostrzegawczością, dostrzega w nim wiele tego, co dobre i pozytywne oraz złe i negatywne. Wojny, kryzysy, egzystencjalny upadek, zwątpienie, moralne rozleniwienie i rozwiązłość, zagrożenia czyhające na człowieka niemal każdego dnia. Artysta dostrzega jednak, że można być dobrym i przyzwoitym, choć to cnoty, które dziś trudno spotkać. Spięty nie jest utopistą, racjonalnie patrzy na świat. Patrzy i widzi, wie, że nie ma miejsca na szczęście i dobroć, a mimo to, tu, pośrodku, jest najlepiej. Przedstawia więc Lebnizowski najlepszy z możliwych światów, porusza też związaną z tym filozofem sprawę teodycei. Zresztą, filozoficzne wypady Spiętego nie są wcale przypadkowe. Nie mam, niestety, kompetencji, aby tropić takie ślady, choć łatwo można zauważyć, nie tylko...

Read More