Zagłada czyli Całopalenie?
Lut12

Zagłada czyli Całopalenie?

Nie ma zdarzeń w historii XX w. bardziej wstrząsających od zagłady Żydów. Nawet użycie przez wojsko stworzonej przez naukowców broni jądrowej nie budzi takiej grozy, jak postanowienie biologicznego zniszczenia całego narodu przez drugi naród. Mimo wieków uprzedzeń, sporów i nienawiści, Żydzi nigdy nie stanęli przed  perspektywą wymordowania wszystkich potomków Abrahama. Wielcy wrogowie Izraela chcieli przede wszystkim zniszczyć jego wiarę w Boga Jedynego, wciągnąć chętnych do swojego systemu państwowo-religijnego, niechętnych zaś wygnać czy w ostateczności wymordować. Zagrożenie wynikające z nienawiści gojów zawsze było obecne w mentalności judaizmu. Po dziś dzień w Święto Trąbek Żydzi świętują  udaremnienie spisku Hamana opisanego w Księdze Estery. OWOCE OŚWIECENIA Żydzi zawsze „byli w nienawiści” u ludow ościennych ze względu na dziwaczną wiarę i zwyczaj odgradzania się od innych ludów szeregiem przepisów Prawa. Rozpowiadano różne brednie na ich temat. Tacyt twierdził, że Hebrajczyków wygnano z Egiptu z powodu choroby skóry. Jednak represje z czasów wojen żydowskich opisanych przez Józefa Flawiusza nie przewidywały wymordowania narodu jako grupy biologicznej. Zniszczono najpierw Świątynię, potem Jeruzalem i zabroniono Żydom wstępu do niej. Nic więcej. W zależności od sympatii i opinii o randze urzędu zakazywano powoływania członków Narodu Wybranego na urzędy kurialne (w zależności od tego, czy urząd ten był obciążeniem finansowym dla urzędnika, czy też potencjalnym źródłem zysku).  Nawet ciemne średniowiecze nie przyniosło tyle prześladowań, co rozkwit nauk humanistycznych w wiekach nowożytnych. Piotr Czcigodny, opat z Canterbury chciał Żydów ochrzcić, albo wymordować. Luter w swym totalitaryzmie wysuwał podobne plany po poznaniu żydowskiej antyewangelii (pisałem o niej w recenzji dwutomowego dzieła prof. Iluka „Żydowska politeja i Kościół w Imperium Rzymskim u schyłku antyku". Co się więc zmieniło? Zmieniło się spojrzenie człowieka na państwo i na niego samego. Od czasów Oświecenia przestano myśleć o żydach (wiernych przestarzałej religii, zabójcach Chrystusa), a postawiono akcent na Żydów (naród nie mający swojej ziemi, ale jednak wpływowy pod względem finansowym”). Odrodzenie idei państwa narodowego, a więc jednolitego pod względem nie tylko ideowego, ale i biologicznego pogłębiło przepaść między Żydami i nieŻydami. Zaczęto pytać, jakim prawem trzymają oni handel, fabryki, a nawet tworzą żydomasonerię wpływającą potajemnie na rządy? Dlaczego Polak nie pracuje na zysk Polaka (a tym samym narodu polskiego), ale na zysk żydowski – związany z żydowskim interesem? W Polsce to, czego doświadczali np. Niemcy było tym mocniejsze, że nie było państwa polskiego, a różne nurty oskarżały Żydów o nienawiść do chrześcijan, Polaków w szczególności. I nie pomagał tu chrzest, wciąż zachowywana była podejrzliwość oparta na swoistej parodii antropologii, jaką znał i poważał wiek dziewiętnasty. Chór „przechrztów” z „Nie-boskiej komedii” nie wziął się znikąd! Jednocześnie do rangi niemalże boskiej urosło państwo. Skoro nie Kościół, to kto ma sprawować rządy dusz? Czyż nie wybrani przez króla/lud urzędnicy?...

Read More
Kard. Marx: „Nie można zabraniać błogosławienia związków homoseksualnych”
Lut07

Kard. Marx: „Nie można zabraniać błogosławienia związków homoseksualnych”

W rocznicę objęcia arcybiskupstwa w Monachium w odpowiedzi na pytanie dziennikarzy bawarskiego radia kard. Reinhard Marx stwierdził, że księża powinni błogosławić pary związki homoseksualne. Pytanie dotyczyło „suplementów witaminowych”, jakie podsuwają niektórzy katolicy na ożywienie Kościoła. Według tłumaczenia wywiadu zamieszczonego przez Catholic News Agency, Karin Wendlinger wymieniła tu także diakonat kobiet, czy zniesienie celibatu, zaznaczając, że Kościół nie wychodzi naprzeciw tym oczekiwaniom. Co powiedział? Kard. Marx powiedział, że nie wierzy, że to najważniejsza potrzeba Kościoła, jednak „musimy brać pod uwagę sytuację pojedynczej osoby, jego historię życia, jego biografie, trudności, jakie przechodzi,, nadzieje, które się pojawiają, związki, w których on – lub ona żyje. Musimy wziąć to bardziej na poważnie i mocniej towarzyszyć im w w ich okolicznościach życia. To jest prawda także w stosunku do spraw, które wspomniałeś, to odnosi się też do homoseksualistów. Musimy być po pastersku blisko tych, którzy są w potrzebie pastoralnej troski i także chcą jej. I ona musi zachęcać księży i pracowników duszpasterskich, by dawać ludziom w konkretnych sytuacjach poparcie. Zupełnie odrębną kwestią jest jak to ma się odbywać publicznie i liturgicznie. To są sprawy, na które musisz uważać i rozważać je w dobry sposób. KW: „Więc naprawdę możesz wyobrazić sobie sposób na błogosławienie związków homoseksualnych w Kościele”? KRM: „Tak, ale nie ma ogólnych rozwiązań. To nie byłoby dobre, tak sądzę. To kwestia pasterskiej troski o indywidualne przypadki, i ma zastosowanie tak samo na innych obszarach, których nie możemy regulować, gdzie nie ma zestawów zasad. To nie znaczy, że to się nie dzieje. Ale naprawdę muszę zostawić to duszpasterzowi na miejscu i danej osobie pod opieka duszpasterską. Tu możesz debatować nad sprawą, tak obecnie się nad nimi debatuje i stwierdzić: jak pracownik duszpasterstwa ma sobie z tym poradzić? Jednak naprawdę zdecydowanie zostawiłbym to szczególnemu, indywidualnemu przypadkowi, jaki się trafia a nie wymagał znów jakiegokolwiek zestawowi zasad – to są sprawy, które nie mogą być regulowane”. Nietypowy kardynał Kard. Marx jest specyficznym duchownym. Swoje nazwisko wykorzystał, by polemizować z marksizmem w książce „Kapitał. Mowa w obronie człowieka”, w której przestrzegał, że drapieżny kapitalizm może doprowadzić do odnowienia komunizmu. Jest stanowczym przeciwnikiem aborcji. W innych sprawach, jak pokazuje powyższa wypowiedź, jest praktycystą. Akceptacja związków homoseksualnych przez Kościół, mająca się wyrażać w ich błogosławieniu, a więc uznaniu za dobre jest sprzeczne z nauczaniem Katechizmu, przede wszystkim z wizja płciowości człowieka, czy małżeństwa. Ponadto, jak zauważa wielu komentatorów, mocno idzie w stronę subiektywizacji pojęcia grzechu: czy związek homoseksualny jest dobry, czy nie decyduje zespół „okoliczności łagodzących”: osobowość danej osoby, czy trudne przeżycia. Co więcej, te okoliczności zostają posunięte znacznie dalej: do czynników nobilitujących i umożliwiających błogosławienie. Wychodząc od złej praktyki zostawiania homoseksualistów samym sobie, kard. Marx dochodzi do uznania...

Read More
Rotacje w Gościu Niedzielnym, czyli sztuka domysłów
Sty25

Rotacje w Gościu Niedzielnym, czyli sztuka domysłów

Informacja o zmianie na stanowisku redaktora naczelnego „Gościa Niedzielnego” wyciekła najpierw do mediów we wtorek, 25 stycznia, wisiała jako niepotwierdzona, generując teorie w prasie katolickiej, liberalnej, zwykłej i brukowej,  aż wreszcie w środę, 26 stycznia stał się faktem, choć więcej w sprawie spraw do sprostowania niż ogłoszenia. Kto jest kim? Fakty są takie: wieloletni redaktor naczelny „Gościa Niedzielnego”, ks. Marek Gancarczyk został zwolniony z obowiązku pełnienia tej funkcji przez metropolitę katowickiego, abp. Wiktora Skworca. W ciągu piętnastu lat na tym stanowisku ks. Gancarczyk uczynił z GN liczący się na rynku tygodnik opinii, którego sprzedaż rosła nie tylko dlatego, że kolportowany był w kościołach.  Wcześniej podobna sztuka udała mu się z „Małym Gościem Niedzielnym”, który był na skraju bankructwa. Nowym naczelnym tygodnika został ks. dr. Adam Pawlaszczyk, prawnik, były kanclerz Kurii Metropolitalnej, zaangażowany w Katowicki Sąd Metropolitalny, uczestnik II Synodu Archidiecezji Katowickiej, według notatki na stronie „Gościa” „współpracował z Wydziałem Teologicznym Uniwersytetu Śląskiego i Wydziałem Duszpasterstwa Rodzin Kurii Metropolitalnej w Katowicach w ramach formacji duchownych i świeckich w zakresie kościelnego prawa małżeńskiego oraz teorii prawa kościelnego. Szczególnie zainteresowany literaturą i muzyką, autor poezji, tekstów pieśni religijnych, artykułów i felietonów, współpracował z TVP, Radiem Katowice, Radiem eM i «Gościem Niedzielnym»”.   Ks. Pawlaszczyk broni reform papieża Franciszka w procesach o stwierdzenie nieważności małżeństwa, wskazując że nie służą one ułatwieniu takiego „rozwodu kościelnego”, ale przyspieszeniu procesu przez zmniejszenie wymogów formalnych przy tych samych wymogach prawnych. Innymi słowy: proces może być krótki, ale może oznaczać szybsze potwierdzenie ważności małżeństwa. Jest to jedna z przyczyn, dla których nowy redaktor naczelny uważany jest za liberała. Nie wiemy, kiedy obaj redaktorzy naczelni, były już i obecny, dowiedzieli się o zmianach i w jakich nastrojach się one odbywały. Możliwe, że właśnie niezadowolenie redakcji ze zmiany przełożonego skutkowało wyciekiem informacji przed czasem, teraz jednak trudno, by pracownicy publicznie prali brudy. Wiemy jednak, ile fermentu wokół tej zmiany się wytworzyło. Zarzuty i insynuacje Swoistym spiritus movens całego zamieszania był Tomasz Terlikowski, naczelny Frondy, który tak w opublikowanym na stronie Małego Dziennika a okraszonym wielką pieczątką „ALERT” zapowiedział zmianę w redakcji GN: „Stało się to w sytuacji, gdy „GN” jest jedynym pismem, które wciąż rośnie w rankingach zdobywając wciąż nowych czytelników. Nie ma więc realnych powodów, by go zmienić. Jedynym może być chęć zarżnięcia pisma albo… radykalnej zmiany jego linii. Nie od dziś wiadomo, że arcybiskup Wiktor Skworc nie przepada za PiS-em, a choć „GN” nie był apologetyczny wobec władzy, to tak go właśnie w kurialnych kręgach czytano. Nie jest też tajemnicą, że z Watykanu płynął jasne sygnały, by zmienić projanopawłową linię w nauczaniu o małżeństwie, a „Gość Niedzielny” zawsze bronił w tej sprawie ortodoksji. Czy to właśnie te powody...

Read More
Internetowi Polecacze Książek
Sty12

Internetowi Polecacze Książek

Pradawny konflikt między nowymi mediami a starymi, dobrymi książkami nie jest wojną na śmierć i życie. Obie metody przekazywania sobie wiedzy za pomocą liter nawzajem się wspierają i uzupełniają. Być może odbywa się to nawet z większą korzyścią dla książek. Dawno, dawno temu najczęstszym sposobem zyskiwania popularności przez książkę było to, że się podobała czytelnikom i oni przekazywali swoją opinię znajomym. Najbardziej ekstrawaganckim rodzajem polecenia był list, a większość opinii odbywała się twarzą w twarz, czasem w gronie towarzyskim. Wtedy recenzentem był najczęściej ktoś znany, nie tylko z nazwiska czy przezwiska, ale także z codziennego życia. Swoistym poleceniem „kościelnym” był brak danej pozycji na Indeksie, a potem imprimatur („niech się drukuje”) i bardziej stonowane nihil obstat („nie ma przeszkód”). Potem nastały recenzje w prasie, telewizji. Tam autorytetami byli krytycy, z którymi można się było zgodzić, albo wyzwać ich od niespełnionych literatów, którzy teraz chcą pouczać innych. Nowi „polecacze” są znani głównie z tego, że są znani z mediów, rzadko kto może zweryfikować ich gust. Widzimy ich na tle wielkich bibliotek, ale czy możemy sprawdzić, które z tomów za nimi są najbardziej zczytane, a które jedynie odkurzane co tydzień? INTERNETOWE KLUBY CZYTELNICZE Ci mniej lub bardziej znani „polecacze” byli niezbędni każdemu, kto cokolwiek czytał. Raz – że szkoda czasu na ewidentną szmirę. Dwa – że budżet też nie zawsze pozwala na rozrzutność. Do tego dochodzą problemy rodziców: „Czy można tę książkę kupić dziecku pod choinkę? Czy nie padają tam wulgarne słowa? Czy nie przestawia przemocy?”. Podobnie z wyborem książki na prezent. Wszak bestseller nie zawsze oznacza książkę dobrą stylistycznie, a już na pewno nigdy nie oznacza pozycji, która zadowoli każdego. Wreszcie przyszedł Internet i wszystko wyrównał. Recenzje mogą przybierać różne formy. Pod nickiem może się kryć zarówno bibliofil, który książkę przeczytał od deski do deski dwa razy, jak i ktoś, kto ledwo liznął pierwszy rozdział i wydał wyrok na podstawie braku ilustracji. Anonimowy krytyk nie musi być wcale obiektywny, może być pracownikiem wydawnictwa, które wypuściło na rynek mało znany tytuł i teraz chce go wypromować. Co jak co, ale mało kto podejrzewa swoich znajomych zachęcających do lektury o znajdowanie się na liście płac przemysłu wydawniczego. A jak jest w sieci? XIĘGARNIA, GDZIE LUBIMYCZYTAC Kto szuka podpowiedzi, czy dana pozycja spełni jego oczekiwania, może liczyć na wsparcie ze strony kilku portali. Jak jednak ocenić ich przydatność dla czytelnika poszukującego porady? Niemal każdy z nich korzysta z możliwości, jakie daje Internet: pojawiają się nie tylko recenzje pisane, ale także filmiki o książkach, (których sporo możemy znaleźć zwłaszcza na xięgarni.pl), taka strona ma swój facebookowy czy twitterowy profil, organizuje wydarzenia, informuje o cudzych inicjatywach, a także publikuje informacje zaledwie orbitujące wokół tematów książkowych,...

Read More
Idź na adorację
Gru21

Idź na adorację

Nie można się doczekać na ukochaną osobę. To dość powszechny problem z czasoprzestrzenią, że godziny samotne zdają się wiekami, a te razem – sekundami. Niesamowite, że działa to także w życiu wiary. Oblubienica z pierwszego czytania słyszy już głos swojego umiłowanego, który gna na złamanie karku, by wreszcie zajrzeć przez kraty okien i ogłosić, że nadszedł czas spotkania. On sam też szuka Oblubienicy, zaprasza ją do wyjścia z kryjówki. Pamiętajmy, że Pieśń nad Pieśniami jest pieśnią weselną, chwilami erotykiem, gdzie słowo „Pan” pada tylko raz, a jednak i żydzi* i chrześcijanie uważają ją za natchnioną. Słusznie uznali, że ta relacja, która wiąże ludzi, którzy za niedługo zawrą związek małżeński, a już teraz są połączeni silnym wzajemnym pragnieniem oddaje relację Boga i Narodu Wybranego. Człowiek pragnie bliskości Boga i Bóg pragnie być przy człowieku. Ewangeliści przypisują Jezusowi imię zapowiedziane przez Izajasza: Immanuel, czyli „Bóg z nami”, a Jan mówi, że Słowo rozbiło swój namiot wśród nas. Mamy okazję dać wyraz temu pragnieniu za każdym razem, gdy przystępujemy do Komunii. Chrystus nie odszedł całkowicie, lecz daje nam się za każdym razem, gdy sprawowany jest sakrament Eucharystii. I to nie na chwilkę, ani nie symbolicznie. Prosty niekwaszony chleb staje się Ciałem Chrystusa i takim pozostaje. Gdy wystawiana jest monstrancja z niewielkim białym opłatkiem mamy okazję spojrzeć na Zbawiciela i choć na chwilę zapomnieć o tym, że na pełne spotkanie z Nim twarzą w twarz w wieczności będziemy musieli jeszcze poczekać. Adoracja osładza nam czas oczekiwania na niebo, sprowadzając je na ziemię. Stąd nasze wyzwanie na dziś. Przyjąć zaproszenie Oblubieńca i wyjść mu naprzeciw.   * W Jawne, w czasie ustalania kanonu żydowskiego, jedno ze stronnictw chciało usunąć Szir Haszszirim, Pieśń Pieśni, jednak rabbi Akiba orzekł, że cała wieczność nie jest tyle warta ile dzień, gdy Pieśń nad Pieśniami została dana Izraelowi, a ci, którzy używają jej do świeckich celów i umilają nią sobie czas w tawernach nie mają udziału w przyszłym...

Read More
Idź na spacer
Gru17

Idź na spacer

Kiedyś na uboczu, na pustkowiu pewien syn kapłana zaczął głosić chrzest nawrócenia i zapowiadać przyjście Mesjasza. Nie było to wcale daleko od Jerozolimy, jednak nie wszyscy wiedzieli, co się dzieje. Wielu nie miało powodu, by opuszczać miasto, inni w sprawach handlowych czy urzędowych wędrowali w innym kierunku. Udanie się do Jana wymagało czasu, który zawsze można było inaczej spożytkować. Bardzo często słabo znamy naszą okolicę. Praca, studia, zajęcia domowe i po prostu nie ma czasu, by sprawdzić, co jest jedną uliczkę dalej od utartych ścieżek z pracy do domu i z domu do osiedlowego sklepiku. Tymczasem świat żyje także poza zasięgiem naszego wzroku i bardzo często na uboczu zachodzą zmiany, które raz są drobne, innym razem ważne.  Może powstała nowa piekarnia, może wyremontowano wreszcie fontannę? Nieraz umyka nam to, gdyż zawsze idziemy z jakąś intencją. To drobne zmiany, ale niekiedy można trafić na zupełnie nową jakość, która pozwoli spojrzeć na świat inaczej. Warto wyjść z domu po nic, po prostu na spacer, w jakieś konkretne miejsce albo na chybił-trafił wybierając ścieżki, a nawet lekko się zgubić. Choć pogoda za oknem nie zawsze do tego zachęca warto spędzić trochę czasu poza domem, wśród nieznanego otoczenia właśnie po to, by po pierwsze zobaczyć coś nowego i być może poznać nowych ludzi, a po drugie – by się zachwycić światem. Czasem ciężko w to uwierzyć, gdy trasa naszego spaceru wypadnie przez zaniedbany zagajnik czy przez uboższą, zrujnowaną dzielnicę. Zawsze jednak napotka się choćby najmniejszy ślad...

Read More
Jeśli w Kościele jest fajnie, to jest źle
Mar30

Jeśli w Kościele jest fajnie, to jest źle

Przyszedłem w imieniu Ojca mego, a nie przyjęliście Mnie. Gdyby jednak przybył ktoś inny we własnym imieniu, to przyjęlibyście go. Jak możecie uwierzyć, skoro od siebie wzajemnie odbieracie chwałę, a nie szukacie chwały, która pochodzi od samego Boga? (J 5, 43-44). Ludzkie podejście nie pozwala nam poznać prawdziwie Boga. Tak było z Jezusem, gdy wszedł w świat judaizmu swoich czasów. Czytana Ewangelia jest odpowiedzią Jezusa na próby zabicia Go przez Żydów*, którym nie pasowała nauka Chrystusa, gdyż uważali (słusznie), że czyni się równym Bogu. Gdyby ktoś powiedział „jestem faryzeuszem”, „jestem saduceuszem” – wtedy przyjęliby jego naukę, bo pochodziłaby ona od ludzi. Ale skoro Jezus głosi coś nowego, to nawet jeśli dowodzi swojej wiarygodności cudami, przyjęty być nie może. Jaki był grzech Izraela pod Synajem? Czy chodziło tylko i wyłącznie o uczynienie sobie wizerunku Boga Niewidzialnego? Czy dlatego Lewici musieli przejść przez obóz i wybić trzy tysiące mężów (por. Wj 32, 28)? Nie, grzechem Izraela jest stworzenie sobie bożka, który – nie będąc JHWH – przejmuje jego imię, zasługi, a do tego jego kult jest dużo fajniejszy od kultu Tego tajemniczego Boga, z którym rozmawiał Mojżesz na górze. A to wszystko dzięki zgrabnemu połączeniu wiary przodków z wiarą Egiptu w potężnego byka Apisa. Pod Synajem było fajnie, a czciciele złotego cielca sami sobie dawali świadectwo. Było im dobrze, nowy Bóg nie miał wielkich wymagań, była impreza. A tu przychodzi Mojżesz i mówi, że nie ma być fajnie, tylko po bożemu. Wszystko inne to grzech. Często kościelne (liturgiczne i nie tylko) spotkania służą temu, by było nam fajnie. Ot, spotkać się w gronie, które albo potańczy przed Najświętszym Sakramentem, albo odmówi modlitwy według starego rytu i ponarzeka na posoborowie, albo będzie razem rzucać klątwy na Kościół zamknięty, albo będzie domagać się ekskomuniki lewactwa. Tak, żeby tylko wszyscy się ze wszystkimi zgadzali, żeby było (tak po ludzku) przyjemnie. Gdy pojawia się ktoś, kto chce wyrwać nas z tego towarzystwa wzajemnej adoracji, nie możemy uwierzyć, że jak jest tak fajnie, to może nie być po bożemu.   * Żydzi w Ewangelii wg św. Jana to ci, którzy odrzucili Chrystusa, a potem prześladowali młody Kościół.   Czytania liturgiczne na 31 marca 2017; Rok A, I – Spisek przeciw sprawiedliwemu   Zobacz również: Przemieniajcie się i wierzcie w Dobrą Nowinę! [Rafał Growiec]  "Grzech miał być tym, co już minęło. Dlatego ludzie nieraz chrzcili się w późnym wieku na łożu śmierci – gdyż czuli, że grzech po chrzcie byłby czymś straszliwym, bliskim naszej ekskomunice. A pokutować można było tylko raz. Niby był to radykalizm, jednak można zadać sobie pytanie, czy dziś Dobra Nowina o przebaczeniu grzechów nie jest...

Read More
Ja nie winien, Pan Bóg winny
Mar23

Ja nie winien, Pan Bóg winny

Od dnia, kiedy przodkowie wasi wyszli z ziemi egipskiej, do dnia dzisiejszego posyłałem do was wszystkie moje sługi, proroków, każdego dnia, bezustannie, lecz nie usłuchali Mnie ani nie nadstawiali uszu. Uczynili twardym swój kark, stali się gorsi niż ich przodkowie. Oznajmisz im wszystkie te słowa, ale cię nie usłuchają; będziesz wołał do nich, lecz nie dadzą ci odpowiedzi. (Jr 7, 23-28) Bóg robi wszystko, by Mu uwierzyć. Choć trudno to zrozumieć, bo przecież byłoby dużo łatwiej, gdyby każdy doznawał jasnego objawienia – tak, żeby nie było już miejsca na wątpliwość i wahanie. A jednak On się stara, niczego nie zaniedbuje podobnie jak w niczym nie zawinił, gdy buntowali się przeciwko Niemu Izraelici. Czego to oni nie zarzucali Bogu i Mojżeszowi, byleby tylko samym wyjść na nieskalanych! Słowa Jeremiasza to lament nad Jerozolimą – grzeszną, ale ufną w Bożą opiekę nad Świątynią. Wierzyli, że żaden najazd nie zmiecie ludu, który zanosi modły w najświętszym miejscu na ziemi. To była taka ich Jasna Góra czy Licheń. Ale opieka Boga to nie opieka militarna, ale głównie troska o prawość serc, o to, by ludzie byli zwróceni do Niego twarzą, tak jak się staje z przyjacielem. Stąd wszyscy ci posyłani prorocy, zamęczający lud napomnieniami, choć lepiej się słucha wieszczów sukcesu i bezpieczeństwa. I Jeremiasz dołączył do tego grona z niezbyt obiecującym zapewnieniem, że nie będzie wysłuchany. I Jezus był gotowy na to, że ludzie będą szukać wymówek, żeby za Nim nie iść. No i znaleźli… Niezbyt inteligentny to argument, ale czasem trudno coś sensownego na szybko wymyślić. Byleby tylko dowieść, że Jezus nie ma racji, że to sługa diabła… Więc to jedno zdanie Jezus zbija w dłuższej wypowiedzi obracając niezręczność atakującego na własną korzyść zwykłą logiką. Zatwardziałość serca (u Mateusza i Marka: sklerokardia) utrudnia nam dostrzeżenie prawdziwej działalności Boga, odrzucenie jej jako dzieła fałszywego i bezbożnego. Wtedy należy patrzeć na owoce, by sprawdzić, czy jak ten bezimienny oskarżyciel stajemy nie tylko na przekór Chrystusowi, ale też zdrowemu...

Read More
Kowbojki i kapelusze?
Mar22

Kowbojki i kapelusze?

Słuchając radia, możemy zauważyć brak w ich repertuarze kilku znanych powszechnie gatunków. Jednym z nich jest country. Co sprawia, że (przynajmniej zdaniem rozgłośni) Polacy nie chcą słuchać tej muzyki? Idea zła? W czasie jednego ze swoich występów Tomasz Szwed zwrócił się do widowni takimi słowami: „Ale tak poważnie, to ja mam żal do was. Tutaj walczył Bem, tam jego pomnik stoi. Walczył o wolność, o równouprawnienie, o demokrację. A wy słuchacie imperialistycznej muzyki! Ale skoro już tu jesteście, to wam zagramy”. Tych kilka zdań dobrze oddaje popularność country w naszej, do niedawna ludowej, Ojczyźnie. Fakt, że kowboje to lud pracujący miasteczek i wsi nie zmieniał faktu, że była to wieś amerykańska, przesiąknięta ideałami, których nie mogła tolerować władza wyrosła na nieco innych wartościach niż indywidualizm i praca, nie w czynie społecznym, ale na swoje własne, prywatne ranczo. Owszem, co jakiś czas do naszego kraju wlewało się troszkę kultury i muzyki zachodniej, ale nigdy country nie osiągnęło takiego sukcesu, byśmy doczekali się polskiego Hanka Williamsa tak, jak mieliśmy kilka zespołów uznawanych za polskich Beatlesów. Pojawiały się pewne próby tłumaczeń piosenek z angielskich oryginałów – na przykład Jacek Kaczmarski przetłumaczył balladę Don't take your guns to town na Zostaw w domu broń. Pojawiało się troszkę nutek na banjo, ale wciąż mało kto znany chciał się kojarzyć z country. Pierwszy polski zespół grający w takich klimatach, Country Family Michała „Lonstara” Łuszczyńskiego, to dopiero 1978 r. Nie oznaczało to, że „imperialistyczna muzyka” nie miała swoich gorących zwolenników. Spore zasługi ma tu Korneliusz Pacuda, a odwilż zwiastująca koniec komuny sprzyjała graniu niepoprawnych dźwięków. Rok 1979 to powstanie sławnego swego czasu zespołu z Katowic, Gangu Marcela, który obecnie skupia się jednak na muzyce w klimacie śląskich szlagrów. W latach 80. powstają Zayazd i Coach, country weszło w repertuar zespołu Babsztyl. Od roku 1986 grał też Piknik Country & Folk w Mrągowie. Lata 90. to okres, gdy nawet w telewizji publicznej znalazł się czas na country na antenie katowickiego (znowu te Katowice!) oddziału Telewizji Polskiej, a także na falach Programu Pierwszego Polskiego Radia. W tym czasie patronat medialny nad Piknikiem Country w Mrągowie objął Polsat. I się zaczęło. Promocja zła? Konkretnie zaczął się szał na disco polo. Country stało się mniej popularne, więc i Polsat nieco po macoszemu podchodził do relacji z Mrągowa. Nie było popytu, więc ograniczano podaż, a niektóre rozgłośnie wręcz chwaliły się, że nie grają country. Na mrągowskiej scenie zaczęły się pojawiać hity promowane przez tę stację. Maryla Rodowicz może i zaśpiewała jeden czy dwa kawałki w tym temacie, a wersja Ghost Riders in the Sky Acid Drinkers była świetna – ale co z tego, skoro to były tylko przyzwoitki uzasadniające dwa kolejne...

Read More
Pedagogia wprost z ekranu
Mar20

Pedagogia wprost z ekranu

Otoczeni codziennie przez rozmaite formy mediów – telewizję, prasę, internet, książki – czasami nawet nie zauważamy, jak zmieniają one naszą osobowość. Czy jednak można nazwać to wychowaniem? A jeśli tak – to kto jest wychowawcą? DROGA WYCHOWAWCY W starożytnej Grecji paidagogiem był niewolnik, a nazwę jego funkcji na polski trzeba by przetłumaczyć jako „dzieciowód”. Do jego obowiązków należało zawiedzenie dzieci pana do nauczycieli i odprowadzenie ich z powrotem. Te czasy już minęły, jednak jedna rzecz trwa. Pedagog wciąż ma na celu przeprowadzić wychowanka z punktu A do punktu B, choć dziś zamiast o zmianę położenia chodzi o zmianę osobowości. Współczesny pedagog nie tylko ma przekazać wiedzę, ale także ukształtować psychikę podopiecznego. Każdy, kto choć raz próbował uczyć w szkole widzi, że nauczyciel ma marne szanse w starciu z telewizją, internetem czy choćby darmowymi gazetami. Media, które powinny być pośrednikami, bardzo często kreują rzeczywistość zupełnie różną od prawdy. Dotyczy to zresztą nie tylko dzieci, ale i dorosłych. Wszyscy jesteśmy pod wpływem tego, co widzimy, słyszymy, czytamy, a niekiedy i wąchamy. Nie bez przyczyny wszystkie totalitaryzmy zaczynały od likwidacji wszelkich wolnych mediów i zapewnienia sobie monopolu na dostęp do masowego przekazu. Aby mówić o prawdziwym wychowaniu, musi być to być proces przebiegający według jakiegoś planu, do którego realizacji stosowana jest konkretna metoda i który jest na bieżąco oceniany i weryfikowany. Można mówić o wychowaniu pobocznym, gdy ktoś nieświadomie wpływa na innych – dlatego np. w ramach „wychowywania w trzeźwości” staramy się usuwać pijaczków z parku. Dziś jednak interesuje nas konkretny plan wychowawczy, widoczny w mediach. Zacznijmy od pytania: kto jest wychowawcą? Czy tylko ten, kto kontroluje przebieg zmian w świadomości odbiorców, czy także ten, kto nie jest do końca świadomy skutków swoich działań i tylko wykonuje polecenie naczelnego? Pytanie to jest istotne, gdyż pytamy także o moralną odpowiedzialność za to, co dzieje się z ludźmi pod wpływem kontaktu z mediami. Dziennikarz epatujący na co dzień surowymi sądami opartymi na lichych przesłankach zachęca do tego samego czytelników, nawet jeżeli zmusza go do tego linia wizerunkowa pisma. Największa jest jednak odpowiedzialność tych ludzi mediów, którzy przeświadczeni o swojej misji celowo działają tak, by przekonać widzów do swojej racji i starają się stworzyć pewien wzorzec zachowań. Czasem jednak prawdziwymi wychowawcami nie są naczelni, ale ich idole – czy to filozoficzni czy nauczyciele medialnego fachu. Na muzykę emitowaną w mediach mają wpływ nie tylko sami twórcy, ale też właściciele rozgłośni i telewizji, doradcy i partnerzy życiowi piosenkarzy, dominujące na spotkaniach towarzyskich poglądy, działacze na nich obecni… Nie bez znaczenia jest też grupa sponsorów, którzy płacą i wymagają. Jakimi metodami posługują się medialni wychowawcy? Można mówić o ideowym marketingu pozytywnym i negatywnym. Pozytywny polega na budowaniu...

Read More