Dwie drogi
Mar02

Dwie drogi

Jezus powiedział do swoich uczniów: «Syn Człowieczy musi wiele wycierpieć: będzie odrzucony przez starszyznę, arcykapłanów i uczonych w Piśmie; zostanie zabity, a trzeciego dnia zmartwychwstanie». Potem mówił do wszystkich: «Jeśli ktoś chce iść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech co dnia bierze krzyż swój i niech Mnie naśladuje. Bo kto chce zachować swoje życie, straci je, a kto straci swe życie z mego powodu, ten je zachowa. Bo cóż za korzyść dla człowieka, jeśli cały świat zyska, a siebie zatraci lub szkodę poniesie Bóg kładzie przed człowiekiem dwie drogi. Swoją, która gwarantuje życie i drogę odstępstwa, bożków, prowadzącą do porażki, zagłady. I Pan nakazuje iść drogą życia. Nie zachęca, nie przekonuje, ale nakazuje. Izraelici dokonali wyboru – poszli ścieżką wskazana przez Mojżesza, zawarli przymierze. Logiczny wybór. Bóg mówi: „jeśli nie usłuchasz – zginiecie”. Nie „jeśli nie usłuchasz, zginiesz”. ZGINIECIE. Grzech jednego człowieka nie jest jego prywatną sprawą, gdyż krzywdzi drugiego, do tego stanowi składnik sumy wyrażanej w usprawiedliwieniu „bo wszyscy tak robią”. Nikt nie chce umierać. Nikt nie chce cierpieć. A jednak istnienie tych dwóch rzeczywistości w naszym życiu jest niezaprzeczalne. Skąd się ono jednak bierze, skoro światem rządzi dobry Bóg? Księga Powtórzonego Prawa przedstawia nam to, co nazywane jest „teologią odpłaty”. Mówiła ona, że wszystko, co spotyka Izrael jest skutkiem niewierności przymierzu zawartemu na Synaju i Horebie. Bogobojnym błogosławi Bóg, bez tego człowiek marnieje jak drzewo bez wody – o czym mówi Psalmista. Drzewo nie może wybrać, jak daleko od rzeki się je zasadzi. Ale człowiek może już wybrać, jak blisko Boga będzie. Cierpienie jest skutkiem grzechu. Nie jest to jednak prosta kara, wyrok boży na grzesznika jak zwykło się sądzić, ale logiczny skutek wolnej woli. Bóg jest dawcą życia. Kto Go odrzuca, wybiera śmierć i cierpienie, gdyż to, co robi nie może mieć dobrych skutków. Jezus nagle wychodzi z zupełnie inną narracją. Na początek swojej drogi na Golgotę też nakazuje swoim uczniom wybór. O ile Księga Powtórzonego Prawa mówi, że wybór Boga, to wybór życia, Chrystus wskazuje, że ci co chcą za nim iść wybierają śmierć, cierpienie, upodlenie. Odwraca motywację. Izraelici na pustyni szli za Bogiem, gdyż pragnęli życia i nie mieli większego wyboru. Chrześcijanie godzą się na śmierć, bo chcą iść za Bogiem. Jezus przyjął cierpienie choć sam był bez winy. Jakiejkolwiek. Był On ostatnią osobą, która winna cierpieć według teologii odpłaty. Ale jednak to On wziął swój krzyż, by cierpieć za każdego. Dał wzór do naśladowania dla każdego, kto zechce iść tą samą...

Read More
Ręka Boga, łzy gracza
Lut24

Ręka Boga, łzy gracza

Gdyby chcieć znaleźć grę, która byłaby ilustracją hasła „błędy w tworzeniu cRPG-ów”, zapewne znalazłoby się kilku poważnych kandydatów. Legend. Hand of God byłoby na pewno mistrzem roku w kategorii fantasy. Targony i demony Fabuła Legend. Hand of God należy do jednych z najbardziej sztampowych, jakich można się doszukać w ostatnich pięćdziesięciu latach. W pewnym królestwie żyją ludzie, krasnoludy i elfy, które jakiś czas temu stoczyły wielką wojnę z demonami z innego wymiaru. Wielki bohater ludzi, Targon, zamknął portal, a na jego straży stanął Zakon Świętego Płomienia. Główny bohater gry nazywa się Targon, ale nie jest wielkim bohaterem nawet dla ludzi. Rozgrywkę zaczynamy z klasycznymi dziurawymi portkami i najprostszym mieczem. Towarzyszy nam Luna, świetlisty elf, robiący za towarzyszkę i kursor. W polskiej wersji przemawia głosem Joasi Jabłczyńskiej. Za jego to czasów opactwo zostaje zniszczone, a demony zalewają znowu kraj. Za namową swojego mistrza Tiberiusa (rzecz jasna: ciężko rannego) wyrusza na poszukiwania tajemniczego i bardzo potężnego artefaktu zwanego Ręką Boga/Ręką Bogów (w zależności od humorów tłumacza, po angielsku Legend. Hand of God, czyli liczba pojedyncza). Tylko za jego pomocą można zamknąć portal i ocalić świat. W tym celu przyjdzie mu przemierzyć cały kraj, walczyć z wielką masą potworów, złoczyńców i dzikich bestii, napotkać potężnych upadłych magów, poznać i uratować eflicką księżniczkę… I tak dalej, i tak dalej… Aż wreszcie zamknie portal… i wyląduje w punkcie startu ze zdobytym wcześniej doświadczeniem i sprzętem, ale z tym samym zestawem zadań, postaci drugoplanowych i bestii i na wyższym poziomie trudności. Postać można rozwijać do setnego poziomu, grę na najłatwiejszym poziomie kończy się około trzydziestego, więc można podejrzewać, że wszystkiego miało być trzy razy więcej. Nie ma sensu przechodzić tej samej fabuły drugi raz, biorąc pod uwagę jej ciężką liniowość i praktyczny brak questów pobocznych. Cała gra Legend. Hand of God sprawia wrażenie, jakby miała być znacznie obszerniejsza, jednak brak czasu czy funduszów spowodował, że prace nad projektem trzeba było na szybko przerwać, zostawiając kilka spraw rozgrzebanych, a kilka rozwiązując łopatologicznie. Wciąż można napotkać zadania zawieszone w powietrzu, na przykład zaginięcie męża kobiety z Turintu. Kilka rozmów też byłoby świetnym materiałem na „kłesta”, ale zostają bez konsekwencji. Znowu te żuki Rozgrywki Legend. Hand of God nie urozmaicają przeciwnicy. Chciałoby się, aby było widać więcej różnorodności w modelach. Tymczasem momentami wieje nudą. Idziemy przez pustynię i mamy żuki. Dwa rodzaje – zwykłe i plujące trucizną. Oraz żmije – trzy rodzaje, wszystkie to te same modele, ale inaczej zabarwione. I żywiołaki. Niby sporo, ale w kanionach widzimy skorpiony, z którymi nijak nie będziemy walczyć, a które świetnie zastąpiłyby zielone, jadowite chrząszcze. Podobnie się ma sprawa z bossami – poza nielicznymi wyjątkami to tylko większe i otoczone poświatą modele zwykłych przeciwników....

Read More
Duńska Partia Ludowa: Muzułmanie mają świętować narodziny Chrystusa
Lut20

Duńska Partia Ludowa: Muzułmanie mają świętować narodziny Chrystusa

Chodzenie do kościoła, może sprawić, że ci ludzie znajdą się na właściwej ścieżce – tak tłumaczy pomysł Martin Henriksen, ekspert Dansk Folkeparti do spraw imigracji. Pomysł zakłada, że imigranci powinni obchodzić tradycyjne święta, takie jak Boże Narodzenie i Wielkanoc, by zintegrować się z duńskim społeczeństwem i jego kulturą. – Aby ją zrozumieć, trzeba zrozumieć chrześcijaństwo i jego znaczenie dla Duńczyków. Imigrant musi uczestniczyć w tej części naszego życia, by doświadczyć tego, co łączy Duńczyków – wyjaśniał Henriksen, wywołując ostre reakcje centrum i lewicy. DWIE WIZJE Plany Henriksena i antyimigranckiej partii opierają się na założeniu, że imigranci, zmuszeni w ten czy inny sposób do uczestnictwa we mszy, nasiąkną kulturą duńską, lepiej ją zrozumieją i w ten sposób staną się bardziej „duńscy”. Muzułmanie powinni odwiedzać chrześcijańskie świątynie w ramach celebracji najważniejszych uroczystości. Ma to pozwolić uniknąć powstania subkultury zupełnie sprzecznej z wartościami, jakie wyznają Duńczycy. Na reakcje polityków proimigranckich i po prostu sceptycznych nie trzeba było długo czekać. Główny problem dostrzegają oni w łączeniu „duńskości” z religią. Taki zarzut postawili Laura Lindahl z Sojuszu Liberalnego i socjaldemokrata Dan Jorgensen, który dodał, że elementem „duńskości” jest raczej niemieszanie się w poglądy innych. Dania, choć posiadająca własny protestancki Kościół narodowy od XVI w., obecnie należy do najbardziej zsekularyzowanych społeczeństw Zachodu, jednak w parlamencie stałe miejsce od lat 90. ma Duńska Partia Ludowa, postulująca zaostrzenie przepisów imigracyjnych, polepszenie warunków życiowych starszych i niepełnosprawnych oraz zaostrzenie kar za przestępstwa seksualne i przemoc wobec zwierząt. NALEWAĆ Z PUSTEGO Rozwiązanie proponowane przez Henriksen balansuje na granicy absurdu i herezji. Rację ma duńska lewica, że w obecnej sytuacji trwałe wiązanie duńskich wartości z chrześcijaństwem mija się z celem. Przy procencie uczęszczających na niedzielne nabożeństwa na poziomie 5%, w społeczeństwie, gdzie tylko 18% badanych w 2010 r. uznało Jezusa za Zbawiciela, a 25% za Syna Bożego, naprawdę trudno zrozumieć aspiracje DF do utożsamiania Kościoła z Danią. Oznaczałoby to uznanie, że trzy piąte obywateli są oderwane od narodowej tożsamości. Jakby nie dość było problemów z czysto świeckim rozumieniem Bożego Narodzenia i Wielkiejnocy jako czasów prezentów i rodzinnych spotkań, teraz może to jeszcze być czas podbijania indeksów i testu z wiedzy o narodowych świętych. Jeśli pomysł zostanie wprowadzony w życie, oprócz ateistów uczęszczających na śluby i pogrzeby frekwencję będą sztucznie zawyżać imigranci nie chcący utracić profitów.  Ponadto pachnie to zupełną kompromitacją chrześcijaństwa, które tyle mówiąc o wolnej woli, potrzebuje ustawy, by zagonić ludzi do kościoła, zamiast ich tam skutecznie zaprosić i dowieść wyższości nauki Jezusa nad Koranem. Zamiast zastanowić się, dlaczego Kościół Danii ledwo zipie, konserwatyści chcą zrzucić mu na głowę nowy ciężar i nowe wyzwanie. Jak wspólnota, do której wypada należeć, ale niekoniecznie już trzeba wierzyć w jej przesłanie ma...

Read More
Pierwsza pascha Jezusa
Lut02

Pierwsza pascha Jezusa

Dlaczego miało miejsce ofiarowanie Jezusa? Na pamiątkę dziesiątej plagi egipskiej. Gdyby Jezus po jakimś czasie spytałby się, dlaczego zostałby ofiarowany, św. Józef zgodnie z Torą odrzekłby, że to Pan powiedział: „Poświęćcie Mi wszystko pierworodne. U synów Izraela do Mnie należeć będą pierwociny łona matczynego – zarówno człowiek, jak i zwierzę” (Wj 13, 2), a potem „Pan ręką mocną wywiódł nas z Egiptu, z domu niewoli. Gdy faraon wzbraniał się nas uwolnić, Pan wybił wszystko, co pierworodne w ziemi egipskiej, zarówno pierworodne z ludzi, jak i z bydła, dlatego ofiaruję dla Pana męskie pierwociny łona matki i wykupuję pierworodnego mego syna” (Wj 13, 14-15). To „przejście”, po hebrajsku „pesach”, to uwolnienie się, ale też ocalenie od kary i śmierci za sprawą krwi baranka paschalnego. Najpierw Anioła Śmierci przeszedł obok domów Izraelitów nie czyniąc im krzywdy, potem oni sami przeszli przez Morze Czerwone. Wspomnienie nocy paschalnej, gdy w obliczu wielkiej rzezi pierworodnych ludzi i zwierząt w całym Egipcie faraon zezwolił Izraelitom na wyjście z niewoli jest dość trudnym dla katechetów wątkiem. Jednak dla wiary żydowskiej wszystkich czasów jest punktem kluczowym. Z niej, zgodnie z Ewangelią, zaczerpnęło chrześcijaństwo. Egipt to kraj grzechu, śmierci, gdzie wierni Bogu cierpią i są poniżani, a także skazani za zagładę. O ile dokonane w ósmym dniu życia obrzezanie i ofiarowanie można przypisać do przymierza Boga z Abrahamem, o tyle teraz symbolicznie uczestniczył w kolejnym etapie wędrówki Narodu Wybranego – ocaleniu dzięki mocy Boga. To była pierwsza Pascha Jezusa jako człowieka. Przeżył ich jeszcze mniej więcej trzydzieści, a ostatnia stała się dopełnieniem całego Starego Przymierza. Na Golgocie ofiarował się w pełni i stał się Barankiem, który dał ludziom wolność od już nie od kajdan faraona, a niewoli grzechu. Tak na marginesie: czy Jezus został wykupiony? Niektórzy twierdzą, że nie, gdyż za pierworodnego należało ofiarować pięć szekli srebra, zaś parę synogarlic i dwa młode gołębie, co było ofiarą ubogich (Lb 12, 8) składano jako przebłaganie dla matki, jako ofiarę oczyszczającą po porodzie. Łukasz w wersecie 2, 24 jednak wstawia między wątki wykupu i synogarlic słowo „kai” – „również”, „i”. Przybyli więc złożyć dwie ofiary – za Jezusa i...

Read More
Hity pod choinkę
Gru25

Hity pod choinkę

  Świąteczna atmosfera, zapach igliwia, przystrojona choinka… I koniecznie jakiś ładny podkład muzyczny. Co proponowali nam muzycy rodzimi i zza Oceanu, by umilić nam Boże Narodzenie (a przy okazji trochę zarobić)? Choć większość ludzi jest wzrokowcami, tak naprawdę równie ważny jest dla nas dźwięk. Stąd w galeriach handlowych zawsze z głośników nadawany jest odpowiedni repertuar, a sklepy muzyczne wręcz zasypują nas składankami kolęd i „piosenek świątecznych”. Nawet przyrządzając tradycyjne wigilijne potrawy chcemy jakoś zapełnić ciszę. Jaki jest więc przepis na bożonarodzeniowy hit? Aby rozważyć ten problem, należy wybrać kilka tzw. evergreenów, czyli świątecznych hitów, które przetrwały w społecznej świadomości pośród dziesiątek innych. Przy okazji należy wykluczyć tutaj utwory stricte religijne, czyli kolędy, gdyż te powinny być śpiewane dopiero gdzieś tak od pasterki. Poza tym nie ma sensu porównywać melodii i słów uświęconych wieloletnią praktyką z czymś, co dopiero walczy o swoje miejsce w sercach słuchaczy. Ale jeśli tekst był nowy, to jak najbardziej taki utwór w zestawieniu się znalazł. Szkoda tylko, że wybór był tu w sumie niewielki – jakoś tak dziwnie śpiewanie o Chrystusie w Boże Narodzenie popularności nie nabija. STARE, ALE JARE No, dobra, dla niektórych czytelników: „bardzo stare”. Zaczynamy w XVII wieku, gdy pewien Ślązak, imieniem Melchior Franck wykonywał piosenkę o choince. W 1819 r. Joachim August Zarnack napisał tekst porównujący wiecznie zielone drzewko z niewierną i zmienną kochanką. Najpowszechniej znaną wersję stworzył Ernst Anschutz w 1824 r i to on dopisał dwa wersy, które pozwalają skojarzyć tę zimową piosnkę ze świętami Bożego Narodzenia. Mimo to, na lekcjach niemieckiego bardzo często „O, Tannenbaum” jest uznawana za kolędę niemiecką. Podobną historię ma przesławny „Jingle bells” nagrany w 1897 jako „One horse open sleigh” przez Jamesa Pierponta. Niby zwykła zimowa piosenka o kuligu, ale kojarzona ze świętami. Z innych „oldies” mamy klasyczny hit mikołajkowo-bożonarodzeniowy „Santa Claus is coming to town”. Czyli nic innego, jak tekst skierowany do dzieci, że mają być grzeczne, bo Święty mikołaj już zmierza do miasta, ma listę, dzięki której wie, kto był grzeczny, a kto nie, do tego nie da się go przyłapać przy podkładaniu prezentów. Zresztą nawet gdyby się to udało, to staruszek nie ma czasu, bo ma masę prezentów do rozwiezienia. Innym przykładem piosenki wykorzystującej klimat świąteczny jest „Christmass Alphabet” Dickie-ego Valentine'a. Nie jest to nic innego jak potraktowanie słowa christmas jako skrótu. Angliści zapewne powiedzieliby, że pierwszy człon wywodzi się od Chrystusa, a drugi od mszy, ale szołbiznes wie swoje. I tak CHRIST to cukierki, szczęście rodzinne, renifery, lodowisko, skarpety nad kominkiem i zabawki, a MAS to jemioła, anioły robiące świąteczną listę i Mikołaj. Piosenka może w sumie mało znana, ale postanowiłem ja tu umieścić ze względu na to, ze stanowi...

Read More
Święto Szczęśliwych
Paź31

Święto Szczęśliwych

Choć najbliższe dni będziemy spędzać raczej w minorowej atmosferze, wspominając ludzi, których już z nami nie ma i do szczęścia będziemy mieli daleko, to jednak Kościół dba o poprawę nastrojów. A dzieje się tak głównie za sprawą siedmiu błogosławieństw, jakie wygłosił swoim uczniom Jezus podczas Kazania na Górze. Tak, jak Bóg na górze Synaj przekazał Prawo (Wj 19, 20), tak Jezus wstępuje na górę, by przedstawić swój program wypełnienia Tory. I tak, jak w Starym Testamencie zaczyna od przedstawienia, co uczynił dla Izraela, tak teraz zaczyna od zapowiedzi, co uczyni tym, którzy za Nim pójdą. Greckie słowo „makarioi” tłumaczone zwykle jako „błogosławieni” w pierwszym swoim znaczeniu oznacza „szczęśliwi”. Tak więc tym wszystkim, którzy dziś doświadczają ucisku, którzy cierpią i rezygnują z pewnych szanowanych w świecie dóbr (sławy, bogactwa) Chrystus obiecuje inne szczęście, większe, doskonalsze. Szerzej tę wizję rozwija św. Jan Ewangelista, którego 1. List usłyszymy w drugim czytaniu, a Objawienie w pierwszym. To wizja szczęścia z Bogiem, który też doświadczył cierpienia. To Jego krew pozwala wielkiemu tłumowi ze wszystkich ludów i języków oczyścić się i godnie chwalić Boga. To wtedy, gdy nic nie będzie stało do drodze do pełnego poznania Pana, stać się w pełni dzieckiem Bożym i upodobnić do Ojca. Wtedy człowiek będzie w pełni tym, jakiego stworzył go Bóg – na swoje podobieństwo, ze wszystkimi talentami, umiejętnościami i cechami. Niebo to miejsce, gdzie Presley śpiewa, Kaczmarski akompaniuje, a da Vinci wymyśla dla nich coraz to nowe...

Read More
Co jeśli nie islam? Opcja narodowa
Paź18

Co jeśli nie islam? Opcja narodowa

Serie zamachów terrorystycznych wymuszają pytanie o przyszłość Europy. Czy da się utrzymać ją w obecnym kształcie jej kultury i instytucji? Czy można wskazać jakąś drogę inną niż islamizacja Starego Kontynentu? TO SE NE DA… Jakiekolwiek nie będziemy analizować scenariusze, musimy ze smutkiem przyznać, że Europa długo nie pociągnie, jeśli nic się nie zmieni. Dawno już przestała być źródłem dla swojej własnej kultury, a coraz więcej i chętniej czerpie zza Oceanu czy nawet Dalekiego Wschodu. Trwająca od dwustu lat seria kampanii na rzecz nadania nowej tożsamości Staremu Kontynentowi  jedynie osłabiła jego tożsamość, usuwając kręgosłup chrześcijańskich wartości i zastępując je niezwykle plastycznymi wartościami „humanistycznymi”. Hasła wolności, równości i braterstwa okazały się jednak zbyt słabe, zbyt elastyczne, zbyt łatwe do nagięcia, by mogły zastąpić stary etos. W efekcie Europa stała się bardzo podatna na zubożenie moralne, a serwowane przez kolejne fale równouprawnienia idee okazują się tylko pogłębiać pustkę i poczucie niepewności. Odrzucenie religii w ujęciu konserwatywnym, starającym się zachować i pielęgnować tradycyjne dla Europy wartości skutkuje, że także chrześcijaństwo zostaje niejako zarażone tym nihilizmem. W tej perspektywie islam stanowi najbardziej atrakcyjną opcję dla tych, którzy w swej chrystianofobii nie chcą widzieć chrześcijańskiej przyszłości Europy. Za kilka lat, według tezy ks. prof. Jana Górskiego, gdy muzułmanie będą stanowili większość, ci, którzy odrzucili chrześcijaństwo zostaną za rączkę zaprowadzeni do meczetu. I będą zadowoleni. Natura zawsze dąży do zapełnienia pustki. Tam, gdzie nisza pokarmowa nie jest wykorzystywana przez żaden gatunek, w końcu pojawi się nowa forma życia, która zajmie się niewykorzystanym potencjałem. W tym sensie islam jest najbardziej naturalną religią świata. Powstał tam, gdzie bardzo łatwo było o indyferentyzm – w wielokulturowym mieście, gdzie stykały się wielkie i małe religie, gdy chrześcijaństwo było zmęczone wzajemnymi sporami. Kolejne fale skutecznych inwazji nieprzypadkowo miały miejsce wtedy, gdy wyznawcy Chrystusa albo byli pogrążeni we wewnątrzreligijnych konfliktach, albo gdy cywilizacja zachodnia była słaba i podzielona. I odwrotnie – największe sukcesy Europy w wojnach krzyżowych wynikały z jedności, a gdy zaczynało się rozgrywanie wzajemne między sobą, krzyżowcy na prośbę Wenecjan zaatakowali Konstantynopol, ułatwiając tym samym dzieło Turkom. Zjednoczenia Europy nie zapewnią nowe przywileje dla zwierząt i homoseksualistów, dozwolenie na mordowanie dzieci nienarodzonych i starców. To budzi raczej opór i groźbę wewnętrznych konfliktów. Tak więc – co jeśli nie islam? Prawdopodobnie nie da się sformułować żadnej sensownej alternatywy bez odniesienia do chrześcijańskich wartości, tożsamości budowanej przez ponad dwa tysiące lat, od kiedy Paweł z Tarsu miał wizję Macedończyka proszącego go o pomoc (Dz 16,9). Jakie więc cechy potencjalnych wizji Europy przyszłości nas będą interesować? Przede wszystkim, (a) stosunek do chrześcijaństwa – to jak dana idea może wprowadzić w życie naukę Chrystusa i jak będzie to korelowało z jej własną doktryną. A...

Read More
Lisickiego śledztwo w sprawie Jezusa
Paź17

Lisickiego śledztwo w sprawie Jezusa

Czy osoba bez wykształcenia teologicznego może prowadzić rozważania na temat sprawców śmierci sprzed dwóch tysięcy lat? Paweł Lisicki podjął się tego zadania z zaskakująco ciekawym skutkiem. PRZEMEMŁANE ŚLEDZTWO Zdawałoby się, że kwestia winy za śmierć Jezusa Chrystusa, przebieg Jego procesu i historyczne uwarunkowania tych wydarzeń zostały przez ostatnie dwa tysiące lat przeanalizowane bardzo dokładnie przez znacznie lepszych znawców tematu niż prawnik i publicysta, dotąd zajmujący się chrześcijaństwem raczej w formie eseju o nacechowaniu bardziej społecznym niż teologicznym. Ewangeliczne opisy procesu i Pasji były brane na ruszt przez Ojców Kościoła, wybitnych egzegetów wszystkich czasów, świeckich, duchownych i zapalonych antyklerykałów. Śmierć Jezusa nie powinna mieć przed nami tajemnic. Lisiickiego do napisania książki skłonił pewien nurt egzegetyczny, obecny po II Wojnie Światowej, gdy część chrześcijan, ale przede wszystkim ludzi wrogo do chrześcijaństwa nastawionych swoją wrogość podpierała swoją niechęć do Żydów oskarżeniem o „Bogobójstwo”, o śmierć Jezusa. Jakby dla rekompensaty, część biblistów zaczęła tak interpretować Nowy Testament, by oczyścić Żydów całkowicie z winy za tę zbrodnię. Ewangelie nie są w tym ujęciu relacją z wydarzeń mających miejsce ok. 30 r. n.e., ale ich teologiczną interpretacją, która wynikała przede wszystkim z konfliktu pierwotnej gminy chrześcijańskiej z judaizmem. Dochodzi więc do prób oczyszczenia biografii Jezusa z przypisywanych przez XX-wiecznych badaczy tendencji, podyktowanych XX-wieczną tendencją do wybielania Żydów. Lisicki jest świadom tego, jak wielu badaczy zajmowało się poszukiwaniami zabójców Chrystusa i analizowało śmierć Jezusa, ale jest to dla niego punkt wyjścia. Sama książka w znaczniej mierze przybiera schemat odparcia błędnych teorii, formułowanych przez jednych, skonfrontowania ich z naszą wiedzą na temat realiów Judei I w. n.e., oraz stanowiskami nieco bardziej ostrożnych egzegetów.  Niestety, zdecydował się przy tym na amerykański system cytowania (tzn. za pierwszym razem autor+tytuł+strona, a potem tylko autor+strona), co wymusza wertowanie książki, by sprawdzić, jak nazywała się cytowana już książka Gizy Vermeza. Zdarza mu się też nie podać odnośnika do cytatu z Biblii, jak gdyby zakładał, że jest dzieło dobrze znane czytelnikom. „Kto zabił Jezusa?” jest dziełem raczej popularnonaukowym, stąd autor mógł sobie pozwolić na pewne bardziej swobodne sformułowania. Nie wypada z roli w miarę obiektywnego obserwatora i śledczego, nie atakuje ostro zwolenników teorii niezgodnych z jego założeniami, ale można wyczuć sympatię do jednych znawców tematu i antypatię dla drugich. Opinia na temat wiarygodności czy poziomu logicznego opracowań  zawsze podparta jest jednak rzeczowymi argumentami. Gdy nie potrafi ustalić, jak było naprawdę (czyli przy co drugim problemie), Lisicki nie waha się powiedzieć, że trudno dojść do prawdy. Stara się też podchodzić do Jezusa jak do historycznej postaci, nie tłumacząc niczego na siłę Bożą mocą czy wszechwiedzą. KONTEKST W praktyce praca Lisickiego polega przede wszystkim na wyłapywaniu naciągnięć w rozumowaniu, zestawiania ze sobą różnych poglądów i...

Read More
Znak zbawienia
Wrz14

Znak zbawienia

Bóg zaplanował krzyż od samego początku jako znak zbawienia sprawiedliwych. Nie wierzycie? Posłuchajcie choćby Ezechiela, któremu Bóg wskazuje sposób na ocalenie sprawiedliwych w obliczu klęski grzesznego Izraela. „Przejdź przez środek miasta, przez środek Jerozolimy i nakreśl ten znak TAW na czołach mężów, którzy wzdychają i biadają nad wszystkimi obrzydliwościami w niej popełnianymi” (Ez 9,4). Dosłownie Ezechiel pisze: „uczyń znak”, z tym, że hebrajskie słowo „taw” może oznaczać i „znak, symbol”, ale też ostatnią literę alfabetu hebrajskiego. Żydzi twardo twierdzą, że chodzi po prostu o bliżej nieznany znak. Dlaczego? Gdyż alfabet hebrajski ulegał wielu zmianom. Dziś taw wygląda tak: ת. A jak wyglądał w czasach Ezechiela? Badania inskrypcji i manuskryptów z epoki jasno wskazują, że taw zapisywano od początku jako dwie skrzyżowane kreski. I tak było aż do czasów wygnania babilońskiego, gdy pismo się nieco zarameizowało. Ocaleniem dla sprawiedliwych jerozolimczyków był krzyż i tylko przez niego jest możliwe zbawienie! Bóg Ojciec od dawna zaplanował, jaką śmiercią umrze Jego Syn, by ocalić ludzkość. Krzyż jest sercem Bożego planu zbawienia, ołtarzem, na którym dokonała się jedyna doskonała Ofiara, gdzie żertwą nie było już zwierzę, ale sam Syn Boży, który został posłany, by ocalić świat. Dzisiejsza Ewangelia mówi o tym, że celem Jezusa nie jest posłanie grzesznych do piekła, ale ich nawrócenie i ofiarowanie im życia wiecznego, ich zbawienie. Odwieczny plan, zapowiedziany już na początku ludzkiej tułaczki (Rdz 3,15), realizowany konsekwentnie i twardo, krok po kroku, przy oporze tych, którym na jego wypełnieniu powinno najbardziej zależeć swój szczyt osiągnął na Golgocie, w porze, gdy w Świątyni Jerozolimskiej zabijano baranki paschalne, dokonało się zbawienie i usprawiedliwienie ludzkości. Krzyż, ołtarz i tabernakulum powinny być zespołem, które tworzy serce każdego kościoła, gdyż są znakami tego, jak Chrystus umarł, jaki charakter miała Jego Męka oraz faktu, że wciąż jest On z nami tak, jak obiecał – „po wszystkie dni, aż do skończenia świata”. Święto Podwyższenia Krzyża, choć odnosi się do odkrycia św. Heleny, powinno nam pomóc odkrywać sens i wartość Krzyża coraz szerzej i głębiej, gdyż to on jest znakiem przez który przychodzi...

Read More
Czas wolny w czasach antycznych
Wrz13

Czas wolny w czasach antycznych

Choć dla niektórych to niewyobrażalne, dawno temu nie było internetu, nie było telewizji, a nawet nie było odtwarzaczy CD. Nie oznacza to jednak, że brakowało różnorakich rozrywek nie tylko dla ciała, ale i dla ducha. Jakich? Spójrzmy na to z perspektywy Antiochii. DLACZEGO ANTIOCHIA? Chodzi nam konkretnie o Antiochię Syryjską, zwaną też Antiochią nad Orontesem, Antiochią koło Dafne, a obecnie jest to Antakya w Turcji. Przede wszystkim, było to miasto bogate, gdzie dobrobyt skutkował licznymi okazjami do umilenia sobie czasu wolnego. Jako metropolia stanowiąca stolicę prowincji i często goszcząca cesarzy była wyposażona w liczne budynki przeznaczone do organizacji imprez kulturalnych i sportowych. Co więcej, miała własne igrzyska. Przede wszystkim patrzymy na Antiochię i jej rozrywki dzięki bogatej szkole mówców i pisarzy, których dzieła pozwalają nam zapoznać się nieco bliżej z tym, jak rozluźniali się nie tylko bogacze, ale także prości ludzie. Za najwybitniejszego z antiocheńskich oratorów uważany jest Jan Chryzostom, wybitny kaznodzieja i Ojciec Kościoła, znany z dość wyszukanych metod krytyki co mniej wyszukanych rozrywek. Ogromna spuścizna literacka Chryzostoma pozwala nam zapoznać się z tym, jak widział on teatr, wyścigi rydwanów, uczty czy muzykę co stanowiło rozrywki na czas wolny ówczesnych ludzi. Oczywiście, trudno wierzyć Janowi na słowo – był wszak kaznodzieją, a przemawiał pięknie i dosadnie, niekiedy wyolbrzymiając. Miał jednak swój cel, którym było zachęcenie chrześcijan, by spędzali czas wolny w sposób godny i pożyteczny, by nie byli zgorszeniem dla pogan. Co więcej, sposób ujęcia problemu rozrywki przez kapłana z IV wieku naszej ery pozwala nam wciąż aktualizować jego spostrzeżenia do naszych czasów! Myśleliście, że niemoralność, przemoc, kibolstwo i politykierstwo aktorów to wynalazek współczesności? Że dopiero od czasów MTV gwiazdy powodowały kompleksy mniej zgrabnych i gorzej ubranych fanek? Zobaczycie, że to bardzo błędny pogląd! KIBICE NIEMILE WIDZIANI Jak już było wspomniane, Antiochia organizowała własne igrzyska w pobliskiej miejscowości Dafne na czas wolny. Co więcej, w IV wieku były one ważniejsze niż ich odpowiednik w greckiej Olimpii. Problem stanowił pogański charakter święta, które starano się delikatnie uczynić tolerowalnym dla chrześcijan – na przykład nie dedykując ich Zeusowi, ale organizując je na cześć prac Herkulesa. Problem stanowiła też instytucja alutarchy, czyli przewodniczącego igrzysk – wszak jego obowiązki miały charakter kultyczny. Igrzyska nie miały też charakteru masowego. Gdy zarządca miasta, Prokulus chciał rozbudować plethrion tak, aby pomieścił większą widownię, zaprotestował przeciwko temu znany pogański mówca Libaniusz. Powód? Widownia przeszkadza uczestnikom i wpływa na sędziów. Kto chciał obejrzeć zawody powinien zachowywać się grzecznie, a sędziowie nie powinni się kierować tym, że fani jakiegoś dyskobola wykrzykują groźby karalne pod adresem arbitrów. Inną, bardziej powszechną rozrywką na czas wolny były wyścigi rydwanów. Antiocheński cyrk mógł pomieścić nawet osiemdziesiąt tysięcy widzów, którzy dopingowali swoje ulubione...

Read More