Ja Ciebie chrzczę…
Lip10

Ja Ciebie chrzczę…

Ojca Tomasza Grabowskiego OP zawsze można spotkać w furcie dominikańskiej otoczonego wianuszkiem wiernych. Uśmiechnięty, pomocny i wyrozumiały. Kiedy trzeba potrafi jednak być stanowczy i twardo bronić swoich racji. Wystarczy posłuchać jego kazań, w których mocne słowa prawdy otwierają oczy nawet tym przekonanym o swojej nieomylności. źródło: www.liturgia.dominikanie.pl Opiekuje się świeżo nawróconymi. Od lat przygotowuje katechumenów do sakramentu chrztu. Pomógł już odnaleźć drogę wielu zagubionym duszyczkom, czego sama jestem świadkiem, uczęszczając na dominikański kurs przygotowujący do sakramentu bierzmowania. Patrzenie na młodych, ale dojrzałych ludzi, którzy decydują się na zmianę jest niezwykle budujące. Kogo innego mogłabym zapytać o nawróconych, jak nie ojca Tomka? „Szczęśliwy, kto nie chodził za radą bezbożnych, ale w prawie Pańskim ma upodobanie i będzie jak drzewo zasadzone u strumieni wód, które wydaje owoc, kiedy jest jego czas i którego liść nie usycha.” (Psalm 1) Sara: Interesuje mnie sprawa ludzi przystępujących do chrztu już w dorosłym życiu. Czy dużo osób decyduje się na chrzest w takim wieku?  Czy da się oszacować liczbę nawróceń? Ojciec Tomek: Pewnie się da i pewnie jacyś ludzie to robią, ale ja tego nie mierzę 🙂 W Krakowie każdego roku kilkanaście dorosłych osób przygotowuje się do chrztu, niektórzy u sióstr Jadwiżanek przy parafii św. Marka, inni u nas.   Sara: Wiem, że na spotkaniach przygotowujących do sakramentów obowiązuje tajemnica i każda opowieść jest zamknięta szczelnie w sercach i głowach obecnych. Proszę mi jednak powiedzieć, czy każde nawrócenie musi być mocne i spektakularne? Ojciec Tomek: Nie, zupełnie nie o to chodzi. Musi być rzeczywiste i trwałe. Rzeczywiste oznacza, że moje życie prywatne, zawodowe, w rodzinie, wreszcie moje życie wewnętrzne ulega zmianie, jest zawrócone do Boga. Trwałe – czyli mimo trudności i zmian moja wiara nie jest chwiejna, a decyzja niezmienna. Sara: Co kieruje nawróconymi? Dlaczego już w dorosłym życiu decydują się na chrzest? Ojciec Tomek: To są bardzo indywidualne rozstrzygnięcia. Części osób czegoś po prostu brakuje. Szukają… Czasem nakierowani w tę stronę przez rodzinę i przyjaciół. Modlą się i w Bogu odnajdują spełnienie i zaspokojenie swoich potrzeb. A później szukają pogłębienia i przypieczętowania swojej decyzji. Niektórzy po prostu chcą się dopasować społecznie. W Polsce mamy większość katolików. Nie chcą czuć się wykluczeni. Inni jeszcze decydują się przyjąć chrzest, ze względu na ślub z katolikiem. Nam natomiast nie zależy na „wytwarzaniu” społecznych katolików. Takich, którzy są tylko kulturowymi katolikami. Chodzi nam o to, żeby człowiek, który decyduje się na chrzest, w trakcie kursu przeszedł prawdziwą przemianę. Świadomie przyjął Chrystusa jako swojego Pana. Są jeszcze osoby, dla których chrzest jest przypieczętowaniem nawrócenia, które już przeszli. To ludzie nawróceni często w sposób cudowny, nieprzewidywalny i ewidentnie generowany przez Boga. Pochwyceni i  nawróceni z innych kultur, innych religii. U...

Read More

Bóg nie umarł

God is not dead (2014) to protestancki film w reżyserii Harolda Cronka opowiadający o Bogu, trudach i zwycięstwach wiary, a w szerszym kontekście po prostu o życiu. Produkcja zarobiła krocie, zbierając przy okazji sporo pochlebnych, ale też niepochlebnych recenzji. Dla jednych to tylko chrześcijańska propagandówka, dla innych niezwykłe wyznanie wiary. Wybrałam się na film wspólnie z rodzinką w niedzielne popołudnie. Przed seansem poczytałam to i owo w internecie: prześmiewcze komentarze internautów, kilka kiepskich recenzji i kilka całkiem niezłych. Nastawiłam się więc na walkę. W trakcie seansu zastanawiałam się, jak odeprzeć ewentualne ataki. Wyobrażałam sobie kłótnię z jakimś zacietrzewionym ateistą. Co mu powiem, żeby nie wyjść na nawiedzonego katola. W rezultacie film przeleciał, a ja niewiele z niego wiedziałam. Postanowiłam obejrzeć go więc raz jeszcze. Wprawdzie już nie na dużym ekranie, a w komputerze. Ale może to i dobrze, bo byłam o wiele bardziej skupiona. Odkryłam, że niepotrzebnie próbowałam wejść w czyjeś buty, na siłę myśleć jak ateista, szukać potknięć reżysera i wymyślać dla nich linię obrony.   Ten film przemówił do mnie dopiero, kiedy przebiłam się przez ścianę własnych uprzedzeń. Choć jest amerykański aż do bólu. Od początku do końca przesiąknięty dziecięcym entuzjazmem i ufnością. Porusza tę sferę ludzkiej wrażliwości, która chowa się w sercu, a nie w głowie. Film rozpoczyna się sielankowym widokiem pierwszoroczniaków podążających przez kampus na swoje pierwsze zajęcia. A wśród nich – Josh Weatman (młodziutki Shane Harper). W ramach zaliczenia przedmiotu ze sztuk wyzwolonych, chłopak, jak zresztą wielu innych studentów, wybiera zajęcia z filozofii u osławionego profesora Radissona (Kevin Sorbo, telewizyjny Herkules w całkiem innej odsłonie). Profesor twierdzi, że Boga nie ma i żąda takiej samej deklaracji od każdego ze swoich uczniów. Postanawia zawrzeć z nimi umowę. Studenci mają w symboliczny sposób uśmiercić Boga na kartce papieru. 79 osób bez mrugnięcia okiem, zapisuje nietzscheańskie – „God is dead” (Bóg umarł). Bez zastanowienia i refleksji. Dostaną zaliczenie i to się przede wszystkim liczy. Sprzeciwia się tylko Josh. Czuje, że coś jest nie w porządku. Jest chrześcijaninem i nie godzi się na metody profesora Radissona. Jego dziewczyna uważa, że buntując się niszczy sobie przyszłość. Ale Josh w Boga wierzy i nie zamierza Go zabijać! Przed ławą przysięgłych złożoną ze studentów ma udowodnić, że Bóg żyje. Młody, niedoświadczony chłopak, na początku swojej naukowej kariery ma niczym Ojcowie Kościoła stanąć naprzeciw starego, inteligentnego ateisty. Profesor Radisson to bestia szalenie zdolna i nieustępliwa. I tak Bóg ląduje na ławie oskarżonych. Rozpoczyna się burzliwa dysputa, która ze zwykłych „za i przeciw” przerodzi się w prawdziwe stracie światopoglądów. Będzie krzyk, płacz, ale też śmiech i radość. Josh pragnie, żeby młodzi ludzie ujrzeli dwie strony medalu. Chce im dać szansę na podjęcie samodzielnej decyzji. Chce ich zmusić...

Read More
Smaczny film
Wrz23

Smaczny film

Często życie układa się tak, że w imię „większego” dobra rezygnujemy z siebie i swoich marzeń. Pozwalamy by codzienność i rutyna układały nam plan dnia. Pozwalamy aby inni wchodzili nam na głowę, dyktowali warunki. Gdzieś w tym wszystkim gubimy siebie i swoje pasje. Dokładnie taka sytuacja spotkała Carla Caspera, znakomitego szefa kuchni, który od 10 lat pracuje w dobrej i znanej restauracji w Los Angeles, pod okiem właściciela, który w ogóle  nie rozumie jego kuchni.  Jego małżeństwo z kubańską pięknością rozpadło się już dawno, nie ma czasu dla swojego młodego syna, a przede wszystkim nie ma już pomysłu na siebie. Co musi się stać, żeby Carl Casper wyrwał się z letargu? Jon Favreau, reżyser dwóch pierwszych części Iron Mana, tym razem raczy nas przepysznym daniem w postaci uroczej i pokrzepiającej serce komedii. W filmie jego pomysłu, również gra główną rolę. Cała obsada wydaję się nam być względnie znana. Sofia Vergara (Maczeta zabija czy sitcom Współczesna rodzina) wciela się w rolę wiecznie zabieganej byłej żony – Inez. Martin grany przez Johna Leguizamo (Tybalt z Romea i Julii) to wierny przyjaciel zarówno w życiu, jak i w kuchni. Dustin Hoffman natomiast okazuje się być zacietrzewiałym i zamkniętym na nowości właścicielem prestiżowej restauracji – panem Riva. Molly, piękna Scarllett Johanson, jest jego przyjaciółką i menadżerką. Carl Casper od 10 lat klepie to samo nudne menu dla starych ciotek i babć. Jajka z kawiorem na przystawkę czy lava cake na deser. Oklepane menu zdecydowanie nie przypada do gustu znanemu krytykowi Michealowi Ramseyowi (Oliver Platt), który śledzi Carla Caspera od początku jego kariery. Niegdyś wielki eksperymentator i nowator w kuchni dziś gotuje bez animuszu. Ramsey nie szczędzi słów dezaprobaty. Na szczęście dla naszego szefa, Casperowi zajmie jednak chwile zanim zrozumie, jak wartościowy był dla niego taki plaszczak w twarz. Powoli wszystko zaczyna się sypać, w wyniku kłótni traci prace. Pozbawiony zarobków i godności zaszywa się w domu, gdzie poznaje (niekoniecznie zamierzenie) uroki internetowych portali społecznościowych. Wyprowadzony przez Ramseya z równowagi, przez pomyłkę wysyła mu ostrą odpowiedź na Twitterze. Publicznie. Doprowadzony do jeszcze większej skrajności traci panowanie nad sobą przed setką klientów w restauracji. Carl Casper poznaje uroki Internetu w drastyczny sposób, stając się gwiazdą numer jeden na YouTubie i pośmiewiskiem całej Ameryki. Tego już za wiele. Postanawia wyjechać ze swoją rodziną do słonecznego Miami jako „niańka” dla swojego syna. Cała sytuacja okazuje się być misternie zaplanowana przez jego żonę, która od zawsze wiedziała, że Carl musi sam być sobie szefem. Doprowadza więc do spotkania ze swoim kolejnym, wyjątkowo irytującym byłym mężem Marvinem (Robert Downey Jr. – filmowy Iron Man), który pożycza Carlowi pieniądze i starą, zdezelowaną ciężarówkę. Od tego momentu wszystko musi pójść jak...

Read More
Zaprzysiężeni
Sie27

Zaprzysiężeni

Prawnicy, lekarze, policjanci, politycy składają przysięgi. Nie wszyscy jednak uważają, że należy ich dotrzymać. W Nowym Jorku jest jednak pewna rodzina, dla której przysięga znaczy więcej niż ich własne życie. W końcu składali ją przed Bogiem. Pod ich opiekuńczymi skrzydłami, obywatele Wielkiego Jabłka mogą spać spokojnie. Moje uwielbienie dla seriali jest chyba już znane wszystkim. Te kryminalne zajmują dosyć dużo miejsca w moim sercu. Zagadki detektywistyczne wciągają mnie jak mało co. Zazwyczaj jednak bohaterami kryminalnych historii (przynajmniej współcześnie) są wyklęci detektywi, samotni mściciele, a wszystkie ich poczynania, na pograniczu moralności, osadzone są w realiach mrocznego, przesiąkniętego złem miasta. Większość scenarzystów uznała chyba, że zwykłe życie przeciętnego obywatela chronionego przez przeciętnego policjanta nie jest dobrym materiałem na film. A jednak mylili się. „Zaprzysiężeni” to serial opowiadający historię rodziny irlandzkich emigrantów, którzy z dziada pradziada parają się fachem stróżów prawa. Dla nich to specjalne powołanie, które wielu utożsamia z wrodzonym, detektywistycznym instynktem. Reaganowie to głęboko wierząca, hołdująca tradycji rodzina.. W każdą niedzielę spotykają się na wspólnym obiedzie, omawiając bieżące sprawy, modląc się, czasami sprzeczając, ale przez większość czasu po prostu się kochając. Głową rodziny jest komisarz nowojorskiej policji – Frank Reagan, grany przez Toma Selleck'a. Wszystkiego nauczył się od swojego ojca, wcześniejszego komisarza – Henry'ego. Z genialnym poczuciem humoru i dystansem do siebie i świata Henry pełni rolę komentatora serialowych wydarzeń. Choć zdarza mu się również dać ponieść emocjom. Nie do końca rozumie pewne decyzje swoich potomnych. Senior rodu twierdzi, że za jego czasów łatwiej było łapać bandytów, bo przynajmniej było wiadomo, kim są i gdzie ich miejsce. Teraz własny przyjaciel może wbić ci nóż w plecy. Frank ma trzech synów i córkę. Danny, Daniel Reagan, jest detektywem pierwszego stopnia znanym ze swojej skuteczności w łapaniu bandziorów. Czasami jednak ociera się o granicę. Służył w Iraku, widział śmierć i cierpienie po obu stronach i za wszelką cenę chce niszczyć wszechobecne zło. Jego dość agresywne metody przesłuchań nie zawsze są akceptowane. Jednak i jego przełożeni, i partnerka wiedzą, że Danny to dobry człowiek. Ma cudowną żonę (która kocha go takiego, jakim jest) i dwoje rezolutnych dzieciaków. Kiedy poznajemy naszych bohaterów, dowiadujemy się, że średni brat – Joe – zginął podczas służby, co tragicznie odbiło się na rodzinie. Najmłodszy, Jamie, mimo że ukończył prawo na Harvardzie, wybrał mundur. W dziwnych okolicznościach dowiaduje się, że śmierć jego starszego brata mogła nie mieć nic wspólnego z policyjną akcją, w której brał udział. Wpada na ślad Niebieskich Templariuszy, stowarzyszenia, o którym opowiadał mu dziadek. Początkowo istniało po to, żeby zwalczać korupcję na komisariatach, jednak czy istnieje dzisiaj i czym właściwie jest, nie wie nikt. Albo nie chce powiedzieć. Erin, córka Franka, wybrała zupełnie inną drogę kariery....

Read More
Pętla
Sie27

Pętla

„Sierżant wziął do ręki dowód Kuby; przeczytał go rubryka po rubryce, potem zapytał: – Imię? Kuba milczał przez chwilę. Ciężkim wzrokiem patrzył na portrety dostojników wiszące na ścianie. Potem roześmiał się i rzekł: – Pijak. – Aha – powiedział sierżant. Obrzucił Kubę krótkim spojrzeniem i zapytał ostro: – Nazwisko? – Pijak. – Zawód? Też pijak? – Też. – Ładnie – rzekł sierżant; w jego oczach pojawiło się zainteresowanie. – Przykro mi, ale w dowodzie nazywa się pan Kowalski. – Nieprawda – powiedział Kuba. – Nieprawda… Nazywałem się Kowalski. To było dawno i niczego nie dowodzi. W tym kraju są tysiące Kowalskich. Może czasem nazywają się Kwiatkowscy, może Piotrowscy, może jeszcze inaczej… To nieważne…” W roku 1956 Marek Hłasko, nasz polski prozaik należący do tzw. Pokolenia Współczesności, pisze krótką nowelę „Pętla”, opisującą jeden dzień z życia pijaka. Wcześniej, przez cenzurę, nie można było drukować nieprogramowych opowiadań. Chwilowa odwilż dała Polskim artystom jednak szansę na działanie. Hłasko wiedział, czym dla Polaków w PRL-u była wódka. Jak łatwo uciec od zgubnych, niesystemowych myśli prosto do kielicha. Artyści pod rządami komunistów wiedli kiepski żywot. Mogli albo głosić propagandowe hasła, klepać wciąż i wciąż tą samą historię o ciężko pracujących, acz szczęśliwych robotnikach albo klepać biedę. Bez mieszkania, pracy, środków do życia. Samotnie. Może dlatego Hłasko z tak uderzająca prostotą opowiada czytelnikowi historię Kuby. Młodego mężczyzny, który niegdyś coś znaczył, dziś jest już tylko atrapą człowieka. Cieniem zjadanym przez nałóg, kimś, kto zniszczył wszystko na swojej drodze i doprowadził siebie i swoją ukochaną do granicy. Kubę poznajemy w wielkim dniu. Zdecydował, że kończy z wódką. Po południu pójdzie z Krystyną do lekarza i pod wpływem magicznego proszku, tabletek Antabus przestanie pić. Krystyna stawia mu ultimatum. Jeśli znowu mu się nie uda, koniec z nimi. Już tyle razy uciekała i wracała. A jednak nadal trwa przy Kubie. Do przyjścia ukochanej ma jednak dziesięć godzin, bardzo długie dziesięć godzin. I od początku wygląda to kiepsko. Kuba musi w drastyczny sposób stawić czoła przeszłości. Alkoholik często jest wrażliwy jak małe dziecko, nie może znieść niepowodzeń. Przy akompaniamencie dzwoniącego telefonu rozpoczyna się wielka próba. Każda rozmowa telefoniczna jest jak żyletki siekające mózg Kuby na kawałki. Wiadomość o jego postanowieniu wytrwania w trzeźwości po kolei obiega wszystkich znajomych. Jego rozmówcy prawdopodobnie są mu życzliwi. Jednak wspominają pijackie wyczyny Kuby, nie wierząc do końca w jego poprawę. Podobną sytuację przeżywa poeta Broniewski z „Pięknych Dwudziestoletnich”, innej prozy Marka Hłaski. „Pewnego dnia Broniewski przestał pić i zaczął pisać nowe wiersze, i nawet dobrze mu to szło. Po jakiejś godzinie ktoś do niego zadzwonił i zapytał, co u niego słychać, Broniewski powiedział, że zabrał się do roboty i że ma nadzieję miesiąc...

Read More
The Wolf Among Us
Sie13

The Wolf Among Us

Zadawaliście sobie kiedyś pytanie, jak wyglądałoby życie baśniowych postaci, bez złudzeń, upięknień w naszym często brutalnym i nieprzyjemnym świecie? Czy wilk z Czerwonego Kaptura i Trzech Świnek to ta sama osoba? Albo, co byłoby gdyby wszystkie piękne, disneyowskie księżniczki musiały same zarobić na chleb? Jeśli tak, to polecam grę komputerową Wolf Among Us wydawnictwa Telltale Games. Nie jestem typem gracza. Ba, ledwo radze sobie z obsługą komputera, co mogą potwierdzić moi współlokatorzy. Zręczności nie posiadam żadnej, zdarzało mi się wprawdzie grywać w strzelanki ze znajomymi, jednak zazwyczaj moja postać wykonywała taniec paralityka strzelając na oślep, a czasem nawet do własnej drużyny. Przygodówki jednak zawsze mnie intrygowały. Powiedziałam, więc kiedyś, ahoj, przygodo! I włączyłam The Walking Dead. Dwie noce pod rząd, nie patrząc na zegarek, nie wiem nawet czy jedząc zajmowałam się klikaniem w klawisze komputera. Co sprawiło, że mola książkowego tak wciągnęła jakaś gra? The Walking Dead okazało się być strzałem w dziesiątkę dla początkującego gracza, chociaż myślę, że zapaleńcy też się nią zachwycili. Wyróżnia ją epizodyczność wątków. Gra zbudowana jest na zasadzie serialu. Nie ma tu również zbyt dużo rozwalania głów truposzy. Za to trzeba myśleć. Każda decyzja, jaką podejmiesz, każda droga, jaką obierzesz ma znaczenie dla późniejszej fabuły. Gra dostosowuje się do gracza. Piszę o tym, dlatego, że w 2013 roku firma Tellltale Games, która dzięki The Walking Dead odświeżyła gatunek przygodówki wydała grę na podstawie komiksu Fables stworzonego przez scenarzystę Billa Willinghama, wydawanego w Vertigo, czyli oddziale DC Comics nastawionym na dojrzałego czytelnika – The Wolf Among Us. Wytwórnia znana jest z produkcji takich gier jak Wallace and Grommit, Back to the Future czy Jurrasic Park, jednak to historia malutkiej dziewczynki i jej starszego przyjaciela walczących o przetrwanie w świecie zombie przypomniała wszystkim o tym, że nie tylko zręcznościówki dają taką frajdę. Interaktywna, filmowa opowieść potrafi przenieść nas w zupełnie inny świat, jakbyśmy wchodzili w środek akcji, dobrego sensacyjnego filmu czy książki. Albo jak w przypadku Wolf Among Us, komiksu. Jak bardzo zły jest Wilk? Nasz główny bohater, postać, w którą się wcielamy jest szeryfem Baśniogrodu (Fabletown). Wielki, Zły Wilk tutaj znany jest, jako Bigby. Miejscem życia jego, Pięknej i Bestii, Małej Syrenki, Śnieżki, Ichaboda Crane, Sinobrodego i wielu innych bajkowych postaci jest nowojorski Bronx. W niczym nieprzypominający świata z dziecięcych marzeń. Baśniowe stwory zmuszone są do życia pomiędzy zwykłymi ludźmi. Używają urody maskującej, aby nie wzbudzić w nowojorczykach podejrzeń. Kto sprzeciwia się tym zaleceniom ląduje na Farmie gdzie nie trzeba nosić kamuflażu, ale dla naszych postaci to miejsce z koszmarów. Kiedy tam dotrą, będą żyli jak zwierzęta i zostaną pozbawieni woli. Początkowo szeryf Bigby nie ma wiele do roboty. Wyłapuje małych przestępców, często używa siły,...

Read More
Grand Budapest Hotel
Cze30

Grand Budapest Hotel

Perypetie gości i obsługi hotelowej to bardzo wdzięczny temat na film. Kto z nas nie zatrzymał się kiedyś w jakimś hotelu i nie spotkała go dziwna przygoda, nie obsługiwał go lunatyk czy goście z pokoju obok mieli wygląd płatnych morderców? W jednym miejscu spotykają się ludzie różnych racji i stanów, z innym bagażem doświadczeń, inną przyczyną swojej obecności. Kiedy zaczyna się konfrontacja, nie może być nudno. Detektyw Herkules Poirot czy nawet Sherlock Holmes skupiali swoich podejrzanych w jednym pomieszczeniu, żeby poznać ich najgłębsze tajemnice. Pod koniec lat 70, na ekranach brytyjskich telewizorów pojawił się nakręcony przez Johna Cleese’a z „Cyrku Monty Pythona”, sławny „Hotel Zacisze” (chyba jeden z najlepszych seriali komediowych, jakie miały okazję ujrzeć światło dzienne). Podmiejski hotelik prowadzi małżeństwo niezbyt radzące sobie z sytuacją. W „Zaciszu” pojawiają się coraz to nowi goście, z którymi spotkania trafnie i zabawnie, jak zwykle w przypadku Monty Pythona, opisują widzowi kondycję ludzką. W niektórych postaciach zdecydowanie możemy się przejrzeć jak w lustrze. W polskim kinie również spotykamy się z tym tematem. Wojciech Jerzy Has, reżyser przesiąknięty pesymizmem i obsesją przemijania, w 1973 roku kręci film na podstawie prozy Bruno Schulza – „Sanatorium pod Klepsydrą”. Główny bohater Józef powraca do miejsca swojego dzieciństwa, zmienionego i wykręconego przez jego zdradliwą pamięć w poszukiwaniu swojej tożsamości. Jednak doktor Godart, właściciel sanatorium, zafunduje mu istną przejażdżkę pomiędzy przestrzenią i czasem, majakiem, a realnością. A postaci, które Józef spotka, nie będą już tymi, które znał. W Tarantinowskich „4 pokojach” z ‘95 roku boy hotelowy Ted (w tej roli perfekcyjny Tim Roth) jednej sylwestrowej nocy musi poradzić sobie z przypadkami wariacko wykraczającymi poza jego kompetencje. Mentor pozostawia go z paroma radami, które nic a nic nie mają do rzeczywistości, która spotka Teda. Czarownice potrzebują pewnej jego części do warzenia eliksiru, myląc pokoje trafia na brutalną kłótnię kochanków, a także musi rozwiązać bardzo niebezpieczny zakład na pijackiej posiadówce u pewnego reżysera. Seria przypadków i pomyłek może wprawić widza w niezłe zdumienie. W „Million Dollar Hotel” znowu spotykamy śmietankę dziwaków i odszczepieńców, których spokojne życie w oddalonym od świata azylu burzy śledztwo w sprawie śmierci syna milionera. Tutaj też na granicy jawy i snu widzimy hotelowych gości i pracowników próbujących skonfrontować się z nowym porządkiem. A jeśli nadal myślicie, że życie boya hotelowego to nudy na pudy, noszenie bagaży i wożenie gości windą za dolara – jedyne wyjście to „GRAND BUDAPEST HOTEL”. Reżyser Wes Anderson wkracza tutaj na wyższy poziom hotelarstwa. W nieistniejącym mieście Żubrówka, blisko Alp, na wysokiej skale, gdzie można dojechać tylko górską kolejką stoi Grand Budapest Hotel. Legendę o jego świetności zna każdy mieszkaniec tego miasta i nie tylko. Przed wojną zjeżdżali do niego goście z...

Read More
Rorschach czarno na białym
Cze12

Rorschach czarno na białym

Dziennik Rorschach’a, 12 października, 1985: Znalazłem dziś przejechanego psa, rzygać się chcę. To miasto się mnie boi. Znam jego prawdziwe oblicze. Ulice to spływające krwią rynsztoki, kiedy ich odpływy się zatkają, wszystkie szumowiny utoną: cały brud ich rozpusty i zbrodni sięgnie im do pasa; każda dziwka i polityk krzyknie ratuj; a ja szepnę : NIE. Świat stoi na skraju przepaści, i spogląda w piekielną otchłań. Wszyscy liberałowie, intelektualiści, i wygadani cwaniacy nagle nie wiedzą co powiedzieć. Poniżej rozciąga się to straszne miasto. Jak rzeźnia pełna krzyczących, upośledzonych dzieci. Wszędzie unosi się odór cudzołóstwa i nieczystego sumienia.   Choć mogłoby się tak wydawać – nie są to słowa socjopaty. To słowa człowieka zmęczonego niekończącą się krucjatą. Rorschach w niczym nie przypomina sztandarowych, cukierkowych bohaterów. Nie jest mężczyzną ze stali jak Superman, nie ma nieskończonych zasobów finansowych jak Batman, nie ma drużyny jak X-meni. Jest sam w walce o prawdę, i tylko on stoi na posterunku żeby zadbać o szarego człowieka. Jednoznacznie traktując grzech nie widzi żadnego usprawiedliwienia dla zbrodni. Moralność nie ma odcieni szarości. W dzieciństwie często wybieraliśmy sobie bohaterów. Moim był Punisher. Uzbrojony mściciel, który za nic miał sobie prawo i normy. To było zanim poznałam Rorschach’a (i kiedy byłam jeszcze małą anarchistką). Jego umiłowanie do prawdy, absolutyzm w kwestiach moralności, wierność ideałom, ale i brak jakichkolwiek nadprzyrodzonych mocy oraz wygląd rodem z filmów noir urzekł mnie bezpowrotnie. Nie jest to jednak postać nieskalana. Rorschach ma krew na rękach. Choć jest to krew przelana za niewinnych i uciśnionych. To najbardziej ludzki superbohater. KORZENIE Postać Rorchach’a pierwszy raz pojawia się w noweli „Watchmen – Strażnicy” wydanej przez DC Comics. Wymyślony został przez weterana komiksu Alana Moore’a (scenarzysta) i Dave Gibbonsa (rysownik). Jednak jego pierwowzór stanowią dwie postaci stworzone przez Steve’a Ditko – Question i Mr. A. Ditko kręując swoich bohaterów był zafascynowany filozofią obiektywizmu Ayn Rand. Ta słynna żydówka sprzeciwiała się wszelkiej formie totalitaryzmu, myśl przewodnią czerpiąc z tradycji arystotelesowskiej i amerykańskiego kapitalizmu. Question i Mr. A stają się więc piewcami prawicowej ideologii. Alan Moore mimo całkowicie odmiennych poglądów był zafascynowany autorem i jego postaciami. Jak sam Moore mówi, to Ditko możemy zawdzięczać kręgosłup moralny Rorschach’a. Prawdziwe imię – Walter Kovacs – nasz bohater również odziedziczył na cześć swojego praojca , którego niebywale fascynowała litera K. Wpływ tych wcześniejszych komisków nie mógł pozostać nie zauważony, a sam Steve’a Ditko określił Rorschach’a -„zupełnie niczym Mr. A, tylko ten jest szalony”. Jego szaleństwo jest opisywane w „Watchmen” wielokrotnie. Jak mówi Alan Moore tak wyglądałby archetypiczny Batman w prawdziwym świecie. Dychtomia w sercu Rorschacha jest dla czytelnika oczywista. Gardzi ludzkością, nie może patrzeć na jej upadek, a jednak każdy jego czyn wypełnia troska...

Read More
Pokolenie
Cze12

Pokolenie

Co wpływa na to, że ludzie stają się tym kim są? Co kształtuje zbiorową pamięć i świadomość pokoleń? Czy możliwym jest żeby kino mogło ukonstytuować w głowach ludzi wartości, a czasem i antywartości? Czy myśl jednych może przerodzić się w myśl całego pokolenia? Te pytania pojawiły się w mojej głowie całkiem niedawno, kiedy musiałam zagłębić się w krótki acz znaczący okres w historii kina polskiego przez filmoznawców nazywany Polską Szkołą Filmową. Okres jej działalności przypada na lata 50 ubiegłego wieku. Kiedy do władzy dochodził Gomułka Polska odetchnęła z ulgą. Nadeszła chwilowa odwilż. Cenzura oczywiście działała nadal, jednak dano artystom mały przesmyk na tworzenie sztuki mniej ograniczonej. Polacy przyzwyczajeni byli do oglądania patetycznych, propagandowych filmów o ludziach pracy, robotnikach w fabrykach wygłaszających sztandarowe slogany. Dla filmowców komuna była ciężkim okresem, żeby móc tworzyć zabierali się za kręcenie socrealistycznych gniotów, a ci, którzy otwarcie się sprzeciwiali skazani byli na nędzę. Wszystkim towarzyszyła niewypowiedziana gorycz i pustka jaką pozostawiła za sobą wojna. Poprzez medium kina postanowiono ją wyrazić. “Twórcami terminu polskiej szkoły filmowej byli A. Jackiewicz i A. Bohdziewicz, którzy w połowie lat 50. – komentując na łamach prasy odchodzenie polskich filmowców od socrealizmu – podsuwali im wzory włoskiego kina neorealistycznego. Nurt, który wyłonił się ostatecznie na fali przemian politycznych Października i przez pięciolecie 1956-61 zdominował kino w naszym kraju, miał jednak polską specyfikę. Jego twórcami stali się młodzi, urodzeni w latach 20. artyści, których przeżyciem pokoleniowym była wojna i powojenna przemiana ustrojowa.” – pisał o szkole filmowej Tadeusz Lubelski, znany historyk filmu. Nasi artyści ograniczeni byli oczywiście cenzurą i nie istniała możliwość na pokazanie całej prawdy historycznej. A jednak należy pamiętać, że w głowie człowieka pewne rzeczy pozostają na zawsze. “Pamięć zbiorowa kształtuje się na trzech poziomach, jakby w trzech warstwach. Na pierwszym poziomie działają historycy, którzy docierają do faktów, odkrywają zależności między nimi, zadają pytania o prawidłowości nimi rządzące. Odpowiedzi na pytania o te zależności i prawidłowości nigdy nie są definitywne, toteż interpretacje faktów mogą być różne, tak jak rozmaite są narracje proponowane przez historyków. Same fakty, daty, sprawców – można jednak ustalić niezbicie. Trzeci poziom, najniższy, to zbiorowa świadomość, suma świadomości indywidualnych. W kimś dane wydarzenie czy postać historyczna wywołuje pewną porcję emocji czy skojarzeń, ktoś inny ma w związku z nimi skojarzenia fałszywe, komuś wreszcie – nie kojarzą się one z niczym. Generalnie owa zbiorowa świadomość podlega wyobrażeniom zmitologizowanym.” – czytamy w innym eseju Lubelskiego. Niestety (nie wiem czy przypadkowo czy z zamysłem) wyobrażenia te poddano demitologizacji. Film „Pokolenie” (niosący odczuwalną ideologię komunistyczną) nakręcony przez Andrzeja Wajdę w 1955 roku otwiera 10-letni okres działalności tzw. Polskiej Szkoły Filmowej. Zjawisko to okazało się być fenomenem na skalę światową. W małym, komunistycznym kraju, gdzieś na środku...

Read More
X-men: Przeszłość, która nadejdzie – czyli jak odwrócić kota ogonem
Cze12

X-men: Przeszłość, która nadejdzie – czyli jak odwrócić kota ogonem

Futurystyczne, mroczne miasto nie budzi zaufania. Oznakowani, zniewoleni ludzie idą ulicą w jakimś określonym kierunku. Na myśl przychodzą mi od razu komory gazowe. Po chwili okaże się to słusznym skojarzeniem. Ciała ludzkie leżą w masowych grobach, rowach i kanałach. Widzimy postać, która cicho przemyka szukając czegoś wśród sterty trupów. Kamera ujawnia charakterystyczny znak X. To mutanci. Aluzje do systemów totalitarnych, segregacji rasowej czy okrutnych eksperymentów na mutantach nie pierwszy raz pojawiają się w sadze X-men. Magneto swój pociąg do władzy absolutnej, chęć zdominowania, a nawet unicestwienia ludzkości „zawdzięcza” hitlerowskim zbrodniom. Szkielet z adamantium Wolverina jest efektem eksperymentów. Mutanci pojawiają się zawsze tam gdzie tworzy się historia. Od początku tej sadze towarzyszyły ważne wydarzenia polityczne, a komiksy dawały odzwierciedlenie poglądów danego autora. W latach 60 był to np. ruch równouprawnienia murzynów. Grupa Profesora X to dobrzy mutanci, natomiast istoty skupiające się wokół Magneto to ci z totalitarnymi zapędami. Typowa amerykańska bajka. Jednak jeśli skupić by się całkowicie na tym jaką myśl niesie za sobą każda seria komiksów, autorstwa tak różnych osób można w łatwy sposób wpaść w nadinterpretację. X-men to przede wszystkim saga o superbohaterach, którzy kiedy nie walczą z siłami zła pragnącymi zniszczyć mutanci ród, i oczywiście z Magneto, tym najbardziej szalonym z mutantów, prowadzą szkołę dla „utalentowanej” młodzieży. Tym razem na ekranie widzimy garstkę uciekinierów, uczniów Profesora X ukrywających się w chińskiej świątyni, walczących z Sentinelami, strażnikami-robotami skonstruowanymi tak aby rozpoznawać gen X, przejmować moc mutantów i dostosowywać się do nich w walce. Wydają się być nie do pokonania. W głowach widzów rodzi się pytanie, czy tak ma wyglądać koniec ery mutantów? Otóż nie moi drodzy, bo cała zabawa polega na tym żeby, odwrócić kota ogonem. A w X-men: Przeszłość, która nadejdzie zabawa jest podwójna. Odwracanie biegu wydarzeń odbywa się tutaj na dwóch płaszczyznach. Po X-men: Ostatni Bastion – filmie znienawidzonym przez wszystkich fanów, gdzie scenarzysta postanowił spartolić każdy dialog, odebrać charakter wszystkiemu co dzieje się na ekranie, a przede wszystkim uśmiercić najważniejszych bohaterów – należało historię odwrócić. Wytwórnia pieniądze zarabiać musi. Fabuła komiksu o tym samym tytule wydała się zapewne reżyserowi idealna do tego zabiegu. Przyczyna? Powrót do przeszłości. Tragiczne wydarzenia zmuszają mutantów do zmienienia biegu historii i użycia nietuzinkowego wehikułu czasu. W wersji komiksowej Kitty Pryde może przenosić swój umysł w przeszłość, w filmie to Wolverine, jako jedyny może przeżyć taką podróż dzięki swojej nadprzyrodzonej zdolności do regeneracji. Co dziwne na polecenie Charlesa Xaviera i Magneto. Ten pierwszy  jeszcze ostatnio był martwy. Niech jednak ta dziwna reinkarnacja was nie przeraża, bo Profesor uśmiercany był w komiksach już wielokrotnie. Zamordowany i sklonowany, zainfekowany wirusem, sparaliżowany, pozbawiony mocy, a jednak zawsze znajdowano sposób aby umieścić go z powrotem...

Read More