Krasnoludzkie maniery, czyli jak być miłym
Gru09

Krasnoludzkie maniery, czyli jak być miłym

Kto by pomyślał, żeby dżentelmeńskich manier – czy po prostu bycia miłym dla innych – uczyć się od Krasnoludów… A jednak. Pamiętacie początek Hobbita (nie istotne, czy książki, czy filmu)? Warto zwrócić uwagę na to, jak nowo poznani Krasnoludowie* się przedstawiają panu Bagginsowi. Otóż, każdy po imieniu dodaje grzecznościowe: „At your service” – „Do usług”. Ta krasnoludzka grzeczność jest o tyle ciekawa, że to właśnie oni sami potrzebowali skorzystać z usług młodego jeszcze Bibla. I choć ten ostatni najmniejszej ochoty nie miał do świadczenia Krasnoludom jakichkolwiek usług – a już włamywaczowskich w szczególności – nawet podjęcie u siebie niespodziewanych przybyszów było mu całkiem nie w smak. Mimo to czuje się w powinności gości ugościć. Tak oto Tolkien wlał w swoich bohaterów nieco dżentelmeńskiego sznytu, czyniąc je bliższymi ówczesnemu odbiorcy. Dżentelmen i w Polsce był swego czasu okazem stosunkowo często występującym. Współcześnie jednak – z różnych przyczyn – dla nas samych archetypem Polaka stał się nosacz Janusz, jak mantrę powtarzający: „płacę–wymagam” na przemian z „mnie się należy”. Plemię kombinatorów, wiecznie szukające okazji, by swoje ugrać cudzym kosztem. Wychodząc poza stylistykę internetowych memów, dojść można do wniosku, że wyłazi z nas mentalność homo sovieticus (po więcej na ten temat odsyłam do Nieszczęsnego daru wolności Tischnera). Pewnym ratunkiem tutaj może być zmiana nastawienia do „ludziów” obok. Konkretnym narzędziem są czyny, gdyż zawsze to co robie będzie się przekładało na to, jak myślę i co czuję – stąd nierzadko warto robić pewne rzeczy „wbrew” sobie i swoim przyzwyczajeniom. Dlatego dzisiejsza propozycja, by (na początek)  bliskiej  osobie okazać troskę przez miły gest. Jaki? A sami zapytajcie, koniecznie dodając: „At your service”! –– * W przypadku uniwersum Tolkiena Krasnoludowie, nie zaś krasnoludy, podobnie jak Elfowie, nie elfy, gdyż obie rasy jako ludy cywilizowane, traktowane są tak, jak nasze narody. I fleksji to dotyczy...

Read More
Gdy banał jest najlepszą opcją
Gru07

Gdy banał jest najlepszą opcją

Co to za wyzwanie na dziś – iść na mszę? W zasadzie każdy z nas choć raz w tygodniu (a statystycznie dużo częściej, choć średnią zawyżają duchowni) jest na Mszy. Co więc trudnego może być w czynności, którą wykonuję z taką regularnością? Odpowiem tak: w ramach postanowienia adwentowego wymyśliłem sobie być codziennie na Mszy. Plan wziął w łeb po dwóch dniach. I tak jest niestety zawsze. A to wyskoczy pilny telefon, co zajmie dwie godziny, to z kolei deficyty zdrowia unieruchomią w łóżku, albo po prostu pamięć postanowi spłatać figla i wyprzeć ze świadomości fakt, że trwa Adwent. Jednocześnie, „pożytki” (bo „korzyści” jakoś tak średnio mi pasują w tym kontekście) z uczestnictwa w Eucharystii są tak ogromne, a przy tym oczywiste, że przekonywanie samego siebie, żeby jednak ruszyć cztery litery do najbliższego kościoła zakrawa trochę o banał. O banał zakrawają niekiedy też życzenia, składane z opłatkiem w ręku. Ot, akurat z ciotką Janką miałem przez ostatni rok taki jakby niezbyt intensywny kontakt. Nie do końca wiadomo, czy zmieniła pracę, czy tylko lodówkę. Ciężko więc życzenia spersonalizować, żeby się nie wysypać z brakiem wiedzy na temat członków rodziny. Nawet w takiej sytuacji banalne: „zdrowia, szczęścia, pomyślności” to dalej lepsza opcja, niż brak życzeń. Czy tylko mi się wydaje, że z uczestnictwem w Mszy jest...

Read More
Nieprzereklamowany prezent
Gru06

Nieprzereklamowany prezent

Wspomnienie św. Mikołaja można potraktować głębiej, niż sąd przed-ostateczny nad najbliższymi pociechami, względnie jako okazję do kurtuazyjnej wymiany darów ze znajomymi. Można np. dać w prezencie… siebie. Kogo podalibyście, zapytani o patronów od dzieł miłosierdzia? Brat Albert, Matka Teresa, o. Pio, Biedaczyna z Asyżu? W zasadzie tak. Ciężko o kanonizację, jeśli się nie praktykowało miłosierdzia względem bliźnich ciał i dusz. Kto jednak w roli takiego patrona obstawiłby św. Mikołaja? Ja na pewno. Trochę mam bunt wobec powszechnie panującej teologii Biskupa Mirry. I nie chodzi mi już nawet o robienie z niego przerośniętego krasnala. Nawet w Kościele zamiast wzoru miłosierdzia stał się do bólu i infantylnym straszakiem (sic!) na dzieci. “Jak będziesz grzeczny, to przyniesie ci prezent, jak nie, to rózgę”. Niby jest to obraz Boga, który za dobre wynagradza, a za złe karze, no ale przecież z “karą” spotykamy się dopiero na sądzie. Zresztą, akurat w przypadku dzieci ma to średnie zastosowanie. Bo co to znaczy, że dziecko było niegrzeczne? Nie słuchało rodziców, katechety,  czy pani w szkole? Możemy gdybać, pisać różne scenariusze. Niestety “grzeczność” za często oznacza rezygnację ze szczęścia kosztem spokoju.   Na marginesie, jaka to jest straszna niekonsekwencja, gdy w okolicach 6 grudnia dziecko z każdej strony: od ciotki, wujka, babci, pani w szkole, katechety, a i jeszcze od rodziców dostaje upominki z zastrzeżeniem: św. Mikołaj prosił, żeby Ci to przekazać. A nie mógł tego zrobić poprzez jedną osobę? Może nie róbmy z dzieci idiotów. Może więc wspomnienie dowolne św. Mikołaja potraktować głębiej, niż sąd przed-ostateczny nad najbliższymi pociechami, względnie jako okazję do kurtuazyjnej wymiany darów ze znajomymi. Jezus zachęca w jednej z nauk, by na ucztę zapraszać tych, którzy nie mogą odwdzięczyć się tym samym. Może więc warto sprezentować komuś, kto nie może się odwdzięczyć a bardzo potrzebuje swoją obecność. Koniec końców, to przecież Ty jesteś najwspanialszym...

Read More
Adwent liturgicznie
Gru01

Adwent liturgicznie

Adwent to zdecydowanie najbardziej dziwny okres liturgiczny. Niby wielki post, ale taki radosny. Niby jeszcze nie Boże Narodzenie, ale kolędy słyszymy na każdym kroku. Z jednej strony dzieci z lampionikami i losowanie aniołków, z drugiej poważne rekolekcje i wezwania do głębokiej spowiedzi. Wyjaśnijmy więc co nieco. Jak czytamy w „Ogólnych normach toku liturgicznego i kalendarza”, adwent to czas pobożnego i radosnego oczekiwania. Oczekiwania na co? Adwent pochodzi od łacińskiego słowa advenio, co znaczy „przychodzę”. Nie ma wątpliwości, że chodzi o przyjście Jezusa. Są wątpliwości, o które przyjście chodzi. Adwent ma podwójny charakter. Oprócz przygotowania do przeżycia uroczystości Narodzenia Pańskiego, ma również przypomnieć i przygotować nas na paruzję – powtórne przyjście Chrystusa na końcu czasów. Taki jest cel adwentu. Natomiast jego najbardziej charakterystycznymi elementami są specjalne msze – roraty – oraz lampiony i wieniec adwentowy. Roraty, czyli lampiony, losowania i kolędy?! „Świat” nie rozumie istoty adwentu, bo i niby dlaczego miałby rozumieć? Dlatego od początku grudnia w centrach handlowych słyszymy „christmasowe” przeboje, a na półkach specjalne produkty na święta. Problem w tym, że coraz mniej chrześcijan, łącznie z duszpasterzami, rozumie ten okres liturgiczny. Niezrozumienie adwentu widać w jego spłyceniu. W wielu kościołach koncentracja pada wyłącznie na przygotowanie do przeżycia Bożego Narodzenia. Do tego przygotowanie to najczęściej ogranicza się do dzieci, które przychodzą na wieczorne roraty z lampionikami, do ustawionego pod ołtarzem żłóbka wkładają papierowe serduszka z wypisanymi dobrymi uczynkami, żeby „Jezuskowi” było ciepło, gdy się już urodzi. A pod koniec mszy losowanie: figurek, Maryjek i tym podobnego sacrokiczu. Dalszym przejawem spłycenia adwentu są między innymi koncerty kolęd organizowane w tym okresie również przez wspólnoty kościelne. Również spotkania opłatkowe w parafiach, wspólnotach czy klasach, organizowane przed 24 grudnia, pokazują, że wcześniejsze niecałe cztery tygodnie zostały zmarnowane. Przejść w tryb czuwania Przez większą część adwentu nie usłyszymy w czytaniach czy tekstach mszalnych ani słowa o Jezusku leżącym w żłóbku, lichej stajence czy opiekuńczej Maryi. Za to w pierwszy dzień każdego roku liturgicznego – w I niedzielę Adwentu – Kościół przypomina słowa Jezusa: „Czuwajcie, bo nie wiecie, kiedy Pan domu przyjdzie”. Taka perspektywa powinna nam ustawić nie tylko te kilka tygodni do najbliższych ferii, ale cały rok. Nawet całe życie. Oprócz fioletowego koloru szat, adwent jest podobny do Wielkiego Postu również dlatego, że w czasie niedzielnych Mszy Świętych nie śpiewa się hymnu „Chwała na wysokości Bogu”. Trochę to dziwne, biorąc pod uwagę „radosny” charakter adwentu. Brak wspomnianego hymnu można wiązać z tym, że adwent przez wieki w Kościele był okresem pokutnym. Adwent koncentruje naszą uwagę na kilku biblijnych postaciach. Przede wszystkim na Izajaszu, z którego proroctw zaczerpnięta jest większość adwentowych czytań. Wizje szczęścia, wystawnych uczt, powszechnego pokoju i bezpieczeństwa, jakie nastaną „na końcu...

Read More
Jest nadzieja
Mar12

Jest nadzieja

Jezus wziął z sobą Piotra, Jakuba i brata jego Jana i zaprowadził ich na górę wysoką, osobno. Tam przemienił się wobec nich: twarz Jego zajaśniała jak słońce, odzienie zaś stało się białe jak światło. A oto im się ukazali Mojżesz i Eliasz, którzy rozmawiali z Nim. Wtedy Piotr rzekł do Jezusa: Panie, dobrze, że tu jesteśmy; jeśli chcesz, postawię tu trzy namioty: jeden dla Ciebie, jeden dla Mojżesza i jeden dla Eliasza. Gdy on jeszcze mówił, oto obłok świetlany osłonił ich, a z obłoku odezwał się głos: To jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie, Jego słuchajcie! Uczniowie, słysząc to, upadli na twarz i bardzo się zlękli. A Jezus zbliżył się do nich, dotknął ich i rzekł: Wstańcie, nie lękajcie się! Gdy podnieśli oczy, nikogo nie widzieli, tylko samego Jezusa. A gdy schodzili z góry, Jezus przykazał im mówiąc: Nie opowiadajcie nikomu o tym widzeniu, aż Syn Człowieczy zmartwychwstanie. (Mt 17,1-9) Gdy faraon uwolnił lud, nie wiódł go Bóg drogą prowadzącą do ziemi filistyńskiej, chociaż była najkrótsza. Powiedział bowiem Bóg: "Żeby lud na widok czekających go walk nie żałował i nie wrócił do Egiptu. (Wj 13, 17 – fragm. I czyt. z Godziny Czytań II Niedzieli Wielkiego Postu) Bóg nie prowadzi prosto do celu. Zanim Chrystus wyjdzie na Golgotę, wpierw udał się na Górę Przemienienia. Wziął ze sobą Apostołów, aby w „ich sercach nie zapanowało zgorszenie krzyża i by uniżenie dobrowolnie przyjętej męki nie zakłóciło wiary tych, którym została objawiona wspaniałość ukrytej godności” (św. Leon Wielki). Można powiedzieć, że oba wyprowadzenia się nie udały. Mimo, że Izraelici zostali cudownie uratowani z ręki Egipcjan, przeszli przez Morze Czerwone, jedli manną i przepiórki, widzieli wodę wyprowadzoną ze skały, a w drodze stale im towarzyszył słup ognia lub obłok, jako znaki obecności Jahwe, cały czas wątpili i szemrali. Z wyprowadzonych z Egiptu do Kanaanu weszło tylko dwóch ludzi: Jozue, syn Nuna i Kaleb, syn Jefunnego. Z kolei z trójki apostołów, którzy widzieli przemienionego Jezusa, pod krzyż dotarł tylko jeden. Piotr wystraszył się służącej, o Jakubie ewangelia nawet nie wspomina, a był przecież nazywany bratem Pańskim. Bóg próbuje przygotować człowieka na trudne doświadczenia, objawiając mu przyszłą chwałę. Pozornie niewiele z tego wynika. Jednak patrząc głębiej, przecież nawet ci spośród Izraelitów, którzy umarli na pustyni, umarli jako ludzie wolni. A choć Piotr i Jakub nie stanęli pod krzyżem, przecież ostatecznie okazali się świadkami godnymi krzyża Chrystusowego. Także i dla mnie w obecnych trudnościach – jest...

Read More
Cel: urządzić uroczystość
Mar05

Cel: urządzić uroczystość

Duch wyprowadził Jezusa na pustynię, aby był kuszony przez diabła. A gdy przepościł czterdzieści dni i czterdzieści nocy, odczuł w końcu głód. Wtedy przystąpił kusiciel i rzekł do Niego: »Jeśli jesteś Synem Bożym, powiedz, żeby te kamienie stały się chlebem«. Lecz on mu odparł: »Napisane jest: Nie samym chlebem żyje człowiek, lecz każdym słowem, które pochodzi z ust Bożych«. Wtedy wziął Go diabeł do Miasta Świętego, postawił na narożniku świątyni i rzekł Mu: »Jeśli jesteś Synem Bożym, rzuć się w dół, jest przecież napisane: Aniołom swoim rozkaże o tobie, a na rękach nosić cię będą byś przypadkiem nie uraził swej nogi o kamień«. Odrzekł mu Jezus: »Ale jest napisane także: Nie będziesz wystawiał na próbę Pana, Boga swego«. Jeszcze raz wziął Go diabeł na bardzo wysoką górę, pokazał Mu wszystkie królestwa świata oraz ich przepych i rzekł do Niego: »Dam Ci to wszystko, jeśli upadniesz i oddasz mi pokłon«. Na to odrzekł mu Jezus: »Idź precz, szatanie! Jest bowiem napisane: Panu, Bogu swemu, będziesz oddawał pokłon i Jemu samemu służyć będziesz«. Wtedy opuścił Go diabeł, a oto aniołowie przystąpili i usługiwali Mu. (Mt 4,1-11) Jezus wychodzi na pustynię na 40 dni. Na pustynię wyszli też Izraelici – na 40 lat. Wiemy, że ostatecznie mieli dojść do Kanaanu. Wtedy dla nich nie było to takie oczywiste. Mojżesz umotywował tę decyzję faraonowi nakazem Boga, który powiedział: „Wypuść mój lud, aby urządził na pustyni uroczystość ku mojej czci” (Wj 5,2). No i się zrobił “kwas”. Faraon się zdenerwował, kazał Izraelitom pracować więcej i dużo ciężej. A Izraelici zdenerwowali się na Mojżesza, który namieszał w ich i tak za ciężkim żywocie. Zanim wyszli, musieli się jeszcze sporo nacierpieć. Nie mówiąc już o tym, ile piasku wiatr zdołał przerzucić po Saharze, nim do owej Krainy Obiecanej w ogóle doszli. Celem 40 dni Wielkiego Postu również jest urządzenie uroczystości ku czci Boga. Nie praca nad samodyscypliną, nie wspieranie ubogich, nie naprawa swojego życia duchowego. To wszystko dokonuje się niejako przy okazji. Droga do wolności wiedzie przez przystanek, gdzie trzeba oddać Bogu cześć i chwałę. Oddać, bo najpewniej ją ukradłem, albo – w ciut lepszym wariancie – ktoś mi wmówił, że to mi się należy. Jezus pokazuje, jak tę drogę przejść. Pokazuje, bo wie – sam jest całkowicie...

Read More
O niebo lepsze małżeństwo
Sty19

O niebo lepsze małżeństwo

Małżeństwo jest tym z sakramentów, który chyba najbardziej angażuje świeckich w przebieg obrzędu. Jest to przecież jedyny, którego nie mogą udzielać duchowni. Kapłan je tylko błogosławi. Z jego zawarciem związane są różne lokalne zwyczaje. W ostatnich latach folklor zastępuje jednak popkultura – „Wielka miłość”, czy „Alleluja” Cohena śpiewane w trakcie uroczystości przez celebransów są najjaskrawszymi przykładami zjawiska. Wynika to z niezrozumienia, czy wręcz nieznajomości tego, co proponuje Kościół. A Ten proponuje rzeczy o niebo lepsze. Zanim się zacznie Instytucja małżeństwa funkcjonuje chyba w każdej kulturze. Kościół uczy, jednakże to Bóg ustanowił związek mężczyzny i kobiety – i jest to związek tak mocny, że nie zniweczył go ani grzech pierworodny, ani potop. Dlatego też tę instytucję podniósł do rangi sakramentu – widzialnego znaku Swej łaski. A do przyjęcia każdego sakramentu należy się przygotować. Również aby owocnie zawrzeć małżeństwo katolickie, nieodzowne jest zapoznanie się z teologią tego sakramentu. Przygotowanie to ma mieć różne formy. To przede wszystkim odpowiednia katecheza dzieci, młodzieży i dorosłych, ze szczególnym naciskiem położonym na wykorzystanie środków społecznego przekazu – tak, o tym wprost mówi wWprowadzenie teologiczno-pastoralne Obrzędów Małżeństwa (księgi liturgicznej, według której sprawowany jest obrzęd).  Wszystko po to, by zanim ktokolwiek pomyśli w ogóle o tym, by coś komuś przysiąc przed ołtarzem, wcześniej wiedzieć, jakie znaczenie ma małżeństwo i co się z tym wiąże. Następny etap przygotowania obejmuje okres narzeczeństwa, który ma przysposobić ją i jego do wspólnego a świętego podążania nową drogą życia. Również sama liturgia małżeństwa jest takim przygotowaniem – i tych, którzy w trakcie niej zawierają związek małżeński, ale też dla tych, dla których jest to dopiero opcja na przyszłość. Przygotowanie do małżeństwa nie kończy się w chwili udzielenia tego sakramentu. Z nowo zawartego związku wyjdą bowiem kolejni kandydaci do małżeństwa. Dlatego Kościół obejmuje troską całość życia rodzinnego i małżeńskiego, jako pomoc małżonkom w wypełnianiu ich obowiązków. Gdy ona i on poczują w końcu wolę Bożą ku sobie i udadzą się do duszpasterza, ten ma zadanie przypomnieć im katolicką naukę o małżeństwie, a także wprowadzić ich w znaczenie obrzędu. Jeśli bowiem nie będą wiedzieli, czemu ksiądz zwiąże im ręce stułą, to trudno mówić o świadomie przyjętym sakramencie. Równie ważne jest, aby upewnić się, że nie ma żadnych przeszkód co do zawarcia takiego związku. Jeżeli jednak narzeczeni wyraźnie i formalnie oświadczają, że mają inną wizję małżeństwa niż Kościół, kapłan nie może dopuścić ich do obrzędu, gdyż to sami narzeczeni w takiej sytuacji stanowią przeszkodę do zawarcia związku. Rytuał sugeruje, aby ten sam kapłan zajął się przygotowaniem narzeczonych, wygłosił homilię w trakcie sprawowania liturgii, przyjął zgodę małżonków oraz odprawił mszę świętą. Za zgodą biskupa lub proboszcza można upoważnić do błogosławieństwa małżeństw diakona, a w nadzwyczajnych sytuacjach,...

Read More
Kicz Bożego Narodzenia
Gru25

Kicz Bożego Narodzenia

Wszelkie okresy kościelne, takie jak adwent, czy Boże Narodzenie to okresy liturgiczne. Pozornie, oczywistość o której dziwnie wspominać. Ale praktyka pokazuje co innego. Bo skoro to okresy liturgiczne, to właśnie liturgia powinna ustawiać wszystko, czym wtedy Kościół żyje. Sacrum powinno przemieniać – uświęcać – profanum, naszą codzienność. Sami widzimy, że w drugą stronę mogłyby to przynieść nienajlepsze rezultaty. Truizmem byłoby również stwierdzenie o narastającej komercjalizacji świąt. Jest to tak oczywiste, że niezauważany, gdy „magia tych dni” przekracza kolejne granice. Około świąteczny kicz szturmuje rokrocznie drzwi świątyń i serc. Mamy z tym co prawda do czynienia przy każdej, zawierającej marketingowy potencjał, okazji (np. Nowy Rok, Walentynki, dzień kobiet itp.), w przypadku jednak Bożego Narodzenia następuje istne nałożenie kiczo-gennych czynników: komercjalizacji, nie bardzo już rozumianych tradycji ludowych, mityczne wyobrażenie sielskości świąt z okresu dzieciństwa. Kicz jest dla liturgii rakiem. Nowotworem. Kicz bowiem niesie ze sobą niską jakość artystyczną. Estetycznie może się wydawać poprawny, na swój sposób nawet uroczy (jak bajki dla małych dzieci – na marginesie, cóż za krzywdę wyrządzamy umysłom kolejnych pokoleń, od wczesnych lat faszerując je estetycznym badziewiem?), z definicji wręcz większości się podoba i w tym właśnie polega jego zagrożenie. Kicz to społeczne przyzwolenie na przyjemność płynącą z cichego porozumienia, uczestnictwa w umiarkowanym i uspokajającym "złym guście", ale przede wszystkim jest to "sztuka szczęścia" – "raj dla mało wymagających". To obraz zagubienia, rozpadu wartości, braku czegoś, za czym się tęskni, i akceptacji namiastki (Abraham Moles). Dosadniej niebezpieczeństwo kiczu wyraził Hermann Broch: „istotą kiczu jest mylenie kategorii etycznej z estetyczną, kicz chce działać pięknie, a nie dobrze – zależy mu na pięknym efekcie", "kicz nie jest złą sztuką, lecz sztuką nie jest i tworzy własny system odniesień", "kicz powstaje na skutek rezygnacji z prawdy na rzecz piękna". I o ile w sferze sztuki, czy – szerzej ujmując – kultury, można jakoś zasadność funkcjonowania kiczu dowieść, o tyle w przypadku liturgii powoduje to rozminięcie się z istotą.    ZROZUMIEĆ LITURGIĘ Liturgia zrodziła się z wcielenia, z przyjęcia ludzkiego ciała przez odwieczny Logos. W ten sposób ograniczonej przez cielesność ludzkości Bóg przekazał w sposób najpełniejszy prawdę o sobie jako Bogu oraz o swojej relacji do człowieka. I choć to ofiara krzyżowa Chrystusa jest tym momentem historii zbawienia, który uobecnia się w trakcie każdej liturgii, szczególnie eucharystycznej, to jednak początek tego przenikania bierze się właśnie z tajemnicy wcielenia. Stąd tak wysoka ranga Uroczystości Bożego Narodzenia w kalendarzu liturgicznym. Rzeczywistość nadprzyrodzoną wyraża liturgia poprzez znaki, nieraz bardzo subtelne, jak np. wrzucenie kawałka konsekrowanej hostii do kielicha w trakcie śpiewu Baranku Boży. Kościół uczy, że znaki te są skuteczne, to znaczy sprawiają to, co oznaczają. Nie chodzi tu jednak o jakiś automatyzm, rodzaj magii,...

Read More

Naród Polski nie istnieje

Naród Polski nie istnieje. Już nie i jeszcze nie. W tym właśnie tkwi główne źródło problemów, które trapią dzisiejszą Polskę. Narodem zdecydowanie nie jesteśmy. Teza obrazoburcza – wręcz heretycka, niemniej trzeba się nad nią pochylić. I nie jest to teza moja. O tym, że między współczesnymi Polakami, a ich przodkami sprzed II Wojny Światowej (czy sprzed rozbiorów) została zaburzona ciągłość kulturowa, pisali już Rafał Ziemkiewicz (Polactwo) i Andrzej Leder (Prześniona rewolucja). Jeden to prawicowiec, niemalże skrajny, drugi związany jest z lewicową Krytyką Polityczną. Obaj doszli do bardzo podobnych wniosków. Znaczy – coś musi być na rzeczy. Jeśli więc nie ma narodu, to skąd się wzięli polscy narodowcy? I kim w takim razie są ludzie, którzy na każde święto państwowe wywieszają flagę, biorą udział w oficjalnych uroczystościach państwowych, rokrocznie zjeżdżają się do Warszawy na 11 listopada, starają się dzieciom przekazać miłość do ojczyzny, ojczystej historii, kultury i języka? I czemuż wreszcie – jeśli ten naród nie istnieje – w ciągu ostatnich lat tyle wysiłków włożono w walkę z tym narodem? Nie jest oczywiście tak, że albo mamy naród, albo grupę zupełnie obcych, niezwiązanych ze sobą ludzi. Sytuacja nie jest zerojedynkowa. Naród jest pewną formą organizacji społeczeństwa. Niektórzy twierdzą, że szczytową. Inni, że pierwotną, podobnie jak rodzina, z czym jednak wybitnie ciężko się zgodzić. W każdym razie można stwierdzić, kiedy np. grupa plemion germański i celtyckich stała się Francuzami. Trwało to kilkaset lat, po drodze z Germanów wyodrębnili się Frankowie, z Celtów Galowie, kotłowali się przez dobrych kilka wieków na terenie współczesnej Francji, w międzyczasie do zabawy dołączyli Rzymianie, dorzucając swoje trzy grosze, a później także uczniowie pewnego cieśli z odległej Judei. I tak, po upadku już Cesarstwa Rzymskiego powstawały kolejne królestwa Frankońskie, aż w końcu – gdzieś około XIV-XV wieku – poczucie odrębności było tak wielkie, że poddani francuskiego króla zauważyli, że oto są Francuzami i to jest ich podstawowa tożsamość. Nie wyznawanie chrześcijaństwa w wersji Kościoła Rzymskiego, nie przynależność do pannarodowej wspólnoty rycerzy chrześcijańskich, nie dzielone z Niemcami dziedzictwo germańskie, ale właśnie to, że są Francuzami. Proces ten najwcześniej zaszedł we Francji, choć o narodach we współczesnym rozumieniu mówi się na dobrą sprawę dopiero od XIX wieku. Mówi się o przebudzeniu narodowym. Belgowie, Węgrzy, Serbowie, Słoweńcy, Bułgarzy, Irlandczycy – to tylko niektóre z narodów, które w tym okresie podejmują starania o niepodległość. Niektóre od podstaw tworzyć musiały własny język, bohaterów, symbolikę, desperacko poszukując w annałach historii czegoś, co można by uznać za zręby ich państwowości, funkcjonującej już we wczesnym średniowieczu! Inni na przykład zdecydowali się wyrzucić z języka wszelkie naleciałości z innych języków. Dlaczego czeski brzmi dla Polaków nieco śmiesznie, archaicznie? Kraj ten od XVI wieku był pod kulturową...

Read More
Święto Żywych
Paź31

Święto Żywych

Wspominanie 1 listopada zmarłych, to – z katolickiego punktu widzenia – grube nieporozumienie, ocierające się wręcz o herezję. Paradoksalnie, dopiero Halloween pomogło nam zrozumieć, o co chodzi w Uroczystości Wszystkich Świętych. Co niedzielę wyznajemy wiarę w „świętych obcowanie”. A pod czas każdej mszy pogrzebowej, kapłan (w trakcie prefacji) dziękuje Bogu za to, że „życie Twoich wiernych, Panie, zmienia się, ale się nie kończy”. Wniosek – święci żyją. W inny sposób, dla nas niedostrzegalny i niezrozumiały, a jednocześnie – z katolickiego punktu widzenia – pełniejszy. Są zjednoczeni z Bogiem (albo będą, jeśli mówimy o duszach w czyśćcu), na tym przecież polega świętość. A skoro są zjednoczeni z „Dawcą Życia”, jak można uważać ich za zmarłych? Duszpasterski "zerg rush" Dlaczego więc powszechnie mówi się o Uroczystości Wszystkich Świętych jako o święcie zmarłych? Powodów jest kilka. Podstawowy to dramatycznie niski poziom wiedzy i świadomości religijnej. Niby liturgia ma swoją treść, dobór czytań mszalnych jasno przedstawia charakter uroczystości, a bazując na nich kaznodzieja powinien rozwiać wszelkie wątpliwości, dlaczego się tu dzisiaj zebraliśmy. Jednak teoria sobie, praktyka sobie. Za „nieboszczki komuny” władze usilnie pracowały nad tym, aby z uroczystości ku czci świętych zrobić święto zmarłych. Na ile pomogła romantyczna tradycja odnosząca się do słowiańskich „Dziadów” – ciężko stwierdzić. Na marginesie, chrześcijanom oburzonym na Halloween pragnę przypomnieć, iż Dziady są obrzędem jak najbardziej pogańskim, mimo, że w mickiewiczowskim dramacie powierzchownie schrystianizowanym. Komunistom udało się społeczną świadomość przeorać na tyle, iż 1 listopada jest dniem wolnym. A że Polacy naród w tradycję zapatrzony, więc skrzętnie korzystając z wolnego począł przodków groby nawiedzać, przy okazji popijając z żywymi, tradycja obiat, jak widać, wiecznie żywa. Duszpasterze zaś, jako że powszechnie przyjętym nad Wisłą modelem duszpasterskim jest „zerg rush” (duszpasterstwo masowe, czyli kupą mości panowie), jakoś z komunistyczną wersją święta wcale nie walczyli. Cóż z tego, że modlitwa za zmarłych ma miejsce dopiero dnia następnego, przecież 2 listopada już nie ma takich tłumów, więc i procesje między grobami i msze na cmentarzach i nastrojowe wieczornice urządzamy wtedy, gdy tłumy są. Kto za kogo powinien się modlić A przecież 1 listopada nie wolno (sic!) odprawiać mszy za zmarłych! Natomiast w dzień zaduszny, będący dopełnieniem poprzedniego, Kościół intensyfikuje modlitwę za tych, którzy święci jeszcze nie są, tzn. już zmarli, a jeszcze nie są w niebie. Tego dnia każdy kapłan może odprawić aż trzy Msze Święte (jedna w intencji własnej, druga za zmarłych, trzecia w intencjach papieskich). Druga taka „okazja” nadarza się w Boże Narodzenie. Poza tym wolno mu odprawić tylko jedną dziennie. Oczywiście duszpasterze się tłumaczą niebywałą szansą duszpasterską, jaką pierwszo listopadowe tłumy na cmentarzach stwarzają. Tyle że jeśli modlimy się „za zmarłych”, to domyślnie zakładamy, że ów zmarły to jeszcze...

Read More