Tyle doskonałych dróg
Mar05

Tyle doskonałych dróg

Obiegowa opinia głosi, iż są trzy rzeczy, których nie wie papież: ile jest żeńskich zgromadzeń zakonnych, gdzie się podziało franciszkańskie ubóstwo oraz jezuickie posłuszeństwo papieżowi. Nie wiedzą tego również wierni świeccy, którzy dodatkowo zastanawiają się nad jeszcze jedną kwestią. Po co w Kościele są różne zakony? Różnorakich zgromadzeń, zakonów, rodzin zakonnych (itd., itp.) jest dziś multum. Rodzi się pytanie, po co taka różnorodność. Złośliwi klerycy na wykładach z historii Kościoła żartuję, że po 150 latach funkcjonowania danego zgromadzenia, jego charyzmat się „wypala” i albo przychodzi reformator (vel odnowiciel), albo zakon ulega kasacie. Jakkolwiek ironiczne to tłumaczenie, faktem jest że w ciągu wieków pojawiały się coraz to nowe wspólnoty, wnoszące do wspólnoty Kościoła jakieś zaniedbane przezeń aspekty. Sięgając do początków zjawiska można stwierdzić, iż swego rodzaju zakony stanowiły już wspólnoty pierwszych chrześcijan. Opisany w Dziejach Apostolskich ich przykład, jakkolwiek wyidealizowany, do dziś stanowi inspirację dla wszelkich ruchów, zgromadzeń i instytutów życia konsekrowanego. Opisane przez św. Łukasza elementy życia wspólnoty chrześcijańskiej – wierność nauce apostołów, wspólna modlitwa i Eucharystia, wspólnota dóbr, praktykowanie uczynków miłosierdzia, dzielenie życia ze sobą i uwielbienie Boga Z kolejnymi latami chrześcijan jest coraz więcej. Powoli zatraca się przymiot „inności”, oderwania od świata. A dla gorliwych wyznawców Chrystusa „inność” to cecha fundamentalna. Pierwotne znaczenie terminu „święty” to właśnie „inny”. A i w pismach Nowego Testamentu nie brak zaleceń, żeby wyróżniać się spośród tych, którzy żyją na świecie, aby być „innym”. Gdy więc bycie chrześcijaninem powoli staje się normą społeczną – od początku IV wieku nawet cesarze rzymscy są, z jednym wyjątkiem, chrześcijanami, a pod koniec tego stulecia jest to oficjalna religia państwowa – w szczególnie gorliwych wyznawcach rodzi się potrzeba „czegoś więcej”. Nie mogąc już liczyć na śmierć męczeńską (jakkolwiek to brzmi), która wcześniej stanowił oczywisty dowód ich wiary oraz był momentem narodzin dla nieba, ktoś w końcu wpada na pomysł, by zostać „białym męczennikiem”. Wychodzi na pustynię. Pierwszym pustelnikiem chrześcijańskim miał być Paweł z Teb. Miał być, ponieważ jest to postać legendarna, nie potwierdzona źródłowo. Dlatego za ojca ruchu monastycznego przyjmuje się św. Antoniego. Żył on w Egipcie na przełomie III i IV wieku. Po śmierci bogatych rodziców rozdał rodzinny majątek ubogim, a sam rozpoczął ascetyczne życie na pustyni. Mieszkał między innymi w starożytnym grobowcu i w opuszczonej twierdzy. Wszędzie jednak podążali za nim ludzie, pragnący naśladować jego styl życia. W końcu Antonii postanowił przyjąć uczniów, tworząc pierwszą wspólnotę anachoretów.   Anachoreci nie są mnichami w dzisiejszym rozumieniu. To pustelnicy, którzy z reguły żyją w odosobnieniu. Skupieni wokół św. Antoniego pustelnicy stanowili wspólnotę o tyle, że mieszkali w niedalekiej odległości i prowadzili podobne życie. Reguła utworzona przez ich mistrza zakładał życie w samotności. Jednak koncentracja chcących się...

Read More
Wojownik, sługa, kochanek
Mar03

Wojownik, sługa, kochanek

Antyk wymyślił centaura, średniowiecze uczyniło go panem Europy. Bo istota rycerstwa, podobnie do mitycznej kreatury, sprowadzała się do ścisłego związku człowieka z koniem. Nie tylko na polu bitwy, lecz również w przestrzeni myśli. Rycerze pojawili się tak naprawdę dopiero w połowie średniowiecza. Za początek tej epoki przyjmuje się najczęściej upadek Cesarstwa Zachodniorzymskiego w 476 roku. Z rycerstwem mamy z kolei do czynienia dopiero od IX wieku. Średniowieczno-europejscy rycerze przeszli olbrzymią rewolucją, od grupy społeczno-zawodowej do odrębnej klasy społecznej – szlachty. Rycerz i przodkowie Po upadku cywilizacji rzymskiej na terenie dzisiejszej Francji zaczęły powstawać państwa barbarzyńskie. Najsilniejszą pozycję zdobyło germańskie plemię Franków. Wśród wszystkich barbarzyńskich plemion każdy wolny człowiek był wojownikiem, toteż armie barbarzyńskie były dość liczne i zaprawione w bojach. W momencie jednak, gdy plemiona takie zaczęły się osiedlać, a większość ludności zajęła rolnictwem, przeciętny Frank nie miał gdzie uczyć się walki. Związanie z ziemią, która wymagała systematycznej pracy, uniemożliwiało podejmowanie dłuższych wypraw. Państwa barbarzyńskie weszły w fazę kryzysu militarnego. W tej sytuacji nie sprawdzał się również pobór powszechny, jaki przez wieki z powodzeniem stosowali Rzymianie. Rolnik wcielony do karnych legionów szybko uczył się rzemiosła żołnierskiego. Barbarzyńskie armie były dużo mniej zdyscyplinowane i gorzej zorganizowane, toteż żółtodziobów najczęściej wyrzynano przy pierwszej bitwie. Podstawą siły zbrojnej – a więc w praktyce głównej podpory władzy poszczególnych monarchów – musieli się stać zawodowi żołnierze. Jeszcze w czasach przed-osiedleńczych wśród barbarzyńców istniał zwyczaj gromadzenia się wojowników wokół szczególnie utalentowanego wodza. Tworzyli oni jego drużynę, przyboczną gwardię. Dodawali mu prestiżu, a w zamian czerpali z jego zdobyczy. Nieco podobna instytucja zaistniała w chylącym się ku upadkowi Imperium Rzymskim, gdzie co możniejsi posiadacze zaczęli utrzymywać prywatne armie. Po upadku Cesarstwa nastąpił kryzys instytucjonalnej władzy. Biedna część społeczeństwa zaczęła szukać ochrony, bogatsza z kolei potrzebowała argumentu wzmacniającego ich pozycję. Z tego powodu zaczęto nawiązywać pomiędzy poszczególnymi osobami umowy o charakterze opiekuńczo-poddańczym. Wasal oddawał się na służbę seniorowi, w zamian otrzymywał opiekę, wikt i dach nad głową. Zobowiązywał się do wypełniania określonych przysług wobec swego seniora. Początkowo dotyczyło to wszystkich warstw społecznych, np. biedny kowal komendował (czyli poddawał się, składał hołd) jakiemuś możnemu. Odtąd pracował na jego rzecz w zamian za ciepły kąt i strawę. Jednak najbardziej pożądani jako wasale byli zawodowi, ciężkozbrojni wojownicy. Rycerz i broń W armiach barbarzyńskich walczono czym popadnie. Jednak od wieków najbardziej prestiżowym orężem była włócznia i miecz. Nawet wśród wikingów, którzy w powszechnej wyobraźni pojawiają się z potężnymi toporami w ręku, bardziej ceniono właśnie oręż wcześniej wymieniony. Nie ma rycerza bez miecza. Ta bardzo uniwersalna broń, spotykana była u większości rozwiniętych cywilizacji. Pierwsze, wykonane z brązu miecze były długie i służyły tylko do pchnięć. Opanowanie obróbki żelaza pozwoliło skonstruować broń służącą...

Read More
8 spraw, którymi warto się zająć bardziej, niż pluszowym Jezusem
Gru14

8 spraw, którymi warto się zająć bardziej, niż pluszowym Jezusem

Jeśli pluszowy Jezus to profanacja, to może powinienem się wyspowiadać z tego, że w przedszkolu malując na religii kolorowanki z Panem Jezusem dość często wyjeżdżałem za linie. Czy nie mamy ważniejszych problemów? Podpowiem… Pewna firma wypuściła na polski rynek nowy produkt i jest nim pluszowy Jezus. W pierwszym odruchu żal patrzeć. Połączenie Osoby Zbawiciela z pluszem dość nieprzyjemnie gryzie oczy, serce i umysł. Ale jeśli o ten ostatni chodzi, zaraz się zreflektowałem, że ocenianie świata w oparciu o pierwsze odruchy, bez krytycznej analizy, trochę nie przystoi dorosłemu człowiekowi. Biorąc rzecz na chłodno – przecież nie ja jestem grupą docelową dla tej zabawki, a dzieci do lat – powiedzmy – kilku. Nie mnie to ma się podobać. Nie moją wiarę ma rozwijać, to rzeczywiście trochę nie ten poziom. Czego by pluszowemu Jezusowi nie zarzucić, wciąż jest to trzy poziomy wyżej od Smoka Niedzielaka. Można oczywiście się oburzać, że taka zabawka to profanacja. Że prać w pralce (podobno co jakiś czas trzeba to zafundować pluszakom, które mają kontakt z małymi dziećmi) to tak trochę nie wypada. Że dziecko przecież może gryźć i ślinić, a nawet rzucać Panem Jezusem po podłodze. Cóż, w takim razie może ja powinienem się wyspowiadać z tego, że w przedszkolu malując na religii kolorowanki z Panem Jezusem dość często wyjeżdżałem za linie. A zdarzało się i pomalować włosy na niebiesko. To dopiero profanacja. Jedyne, co mnie w całej (szumnie mówiąc) sprawie może niepokoić, to reakcje tzw. internautów, które pluszowy Jezus spowodował. Czy tak marginalnej sprawie rzeczywiście trzeba poświęcać tyle uwagi? Podpowiem: nie. Za to jest wiele spraw, w których moja uwaga i zaangażowanie przyda się bardziej. Przykładowo: 1. Święta. Trwa Adwent, co znaczy, że już niedługo Boże Narodzenie. To wymaga przygotowania przede wszystkim od strony duchowej. Przygotowanie samego siebie już jest sporym wyzwaniem, ale przecież chrześcijaństwo jest zaprzeczeniem egoizmu, nie mogę więc poprzestać na jedynie przygotowaniu samego siebie. Więc jak już się zmobilizujesz do pójścia na roraty czy rekolekcje adwentowe, może warto pomyśleć, żeby wziąć ze sobą kogoś jeszcze? 2. Księża. Pewne kontrowersje w ostatnich dniach wzbudziła osoba ks. Piotra Glasa i kilka komunikatów jemu poświęconych. Abstrahując od tej konkretnej sprawy, co pewien czas robi się zamieszanie wokół jakiegoś duchownego. Lemański, Międlar, Stryczek, Kramer, Boniecki, Pieronek proboszcz z Kasiny, czy wielu, wielu innych. Ksiądz też człowiek. Też może popełnić głupstwo, nieważne ile świętych olejów na niego wylać. Może więc warto się o księdza z najbliższej parafii zatroszczyć? To nie jest tak, że oni są pasterzami, a my tylko biernymi owieczkami. Oni również wymagają naszej troski. Jeśli nie znam wystarczająco danego księdza, to warto wykorzystać wizytę duszpasterską: „skoro już ksiądz wpadł, to może opowie, co u niego słychać. Może...

Read More
Krasnoludzkie maniery, czyli jak być miłym
Gru09

Krasnoludzkie maniery, czyli jak być miłym

Kto by pomyślał, żeby dżentelmeńskich manier – czy po prostu bycia miłym dla innych – uczyć się od Krasnoludów… A jednak. Pamiętacie początek Hobbita (nie istotne, czy książki, czy filmu)? Warto zwrócić uwagę na to, jak nowo poznani Krasnoludowie* się przedstawiają panu Bagginsowi. Otóż, każdy po imieniu dodaje grzecznościowe: „At your service” – „Do usług”. Ta krasnoludzka grzeczność jest o tyle ciekawa, że to właśnie oni sami potrzebowali skorzystać z usług młodego jeszcze Bibla. I choć ten ostatni najmniejszej ochoty nie miał do świadczenia Krasnoludom jakichkolwiek usług – a już włamywaczowskich w szczególności – nawet podjęcie u siebie niespodziewanych przybyszów było mu całkiem nie w smak. Mimo to czuje się w powinności gości ugościć. Tak oto Tolkien wlał w swoich bohaterów nieco dżentelmeńskiego sznytu, czyniąc je bliższymi ówczesnemu odbiorcy. Dżentelmen i w Polsce był swego czasu okazem stosunkowo często występującym. Współcześnie jednak – z różnych przyczyn – dla nas samych archetypem Polaka stał się nosacz Janusz, jak mantrę powtarzający: „płacę–wymagam” na przemian z „mnie się należy”. Plemię kombinatorów, wiecznie szukające okazji, by swoje ugrać cudzym kosztem. Wychodząc poza stylistykę internetowych memów, dojść można do wniosku, że wyłazi z nas mentalność homo sovieticus (po więcej na ten temat odsyłam do Nieszczęsnego daru wolności Tischnera). Pewnym ratunkiem tutaj może być zmiana nastawienia do „ludziów” obok. Konkretnym narzędziem są czyny, gdyż zawsze to co robie będzie się przekładało na to, jak myślę i co czuję – stąd nierzadko warto robić pewne rzeczy „wbrew” sobie i swoim przyzwyczajeniom. Dlatego dzisiejsza propozycja, by (na początek)  bliskiej  osobie okazać troskę przez miły gest. Jaki? A sami zapytajcie, koniecznie dodając: „At your service”! –– * W przypadku uniwersum Tolkiena Krasnoludowie, nie zaś krasnoludy, podobnie jak Elfowie, nie elfy, gdyż obie rasy jako ludy cywilizowane, traktowane są tak, jak nasze narody. I fleksji to dotyczy...

Read More
Gdy banał jest najlepszą opcją
Gru07

Gdy banał jest najlepszą opcją

Co to za wyzwanie na dziś – iść na mszę? W zasadzie każdy z nas choć raz w tygodniu (a statystycznie dużo częściej, choć średnią zawyżają duchowni) jest na Mszy. Co więc trudnego może być w czynności, którą wykonuję z taką regularnością? Odpowiem tak: w ramach postanowienia adwentowego wymyśliłem sobie być codziennie na Mszy. Plan wziął w łeb po dwóch dniach. I tak jest niestety zawsze. A to wyskoczy pilny telefon, co zajmie dwie godziny, to z kolei deficyty zdrowia unieruchomią w łóżku, albo po prostu pamięć postanowi spłatać figla i wyprzeć ze świadomości fakt, że trwa Adwent. Jednocześnie, „pożytki” (bo „korzyści” jakoś tak średnio mi pasują w tym kontekście) z uczestnictwa w Eucharystii są tak ogromne, a przy tym oczywiste, że przekonywanie samego siebie, żeby jednak ruszyć cztery litery do najbliższego kościoła zakrawa trochę o banał. O banał zakrawają niekiedy też życzenia, składane z opłatkiem w ręku. Ot, akurat z ciotką Janką miałem przez ostatni rok taki jakby niezbyt intensywny kontakt. Nie do końca wiadomo, czy zmieniła pracę, czy tylko lodówkę. Ciężko więc życzenia spersonalizować, żeby się nie wysypać z brakiem wiedzy na temat członków rodziny. Nawet w takiej sytuacji banalne: „zdrowia, szczęścia, pomyślności” to dalej lepsza opcja, niż brak życzeń. Czy tylko mi się wydaje, że z uczestnictwem w Mszy jest...

Read More
Nieprzereklamowany prezent
Gru06

Nieprzereklamowany prezent

Wspomnienie św. Mikołaja można potraktować głębiej, niż sąd przed-ostateczny nad najbliższymi pociechami, względnie jako okazję do kurtuazyjnej wymiany darów ze znajomymi. Można np. dać w prezencie… siebie. Kogo podalibyście, zapytani o patronów od dzieł miłosierdzia? Brat Albert, Matka Teresa, o. Pio, Biedaczyna z Asyżu? W zasadzie tak. Ciężko o kanonizację, jeśli się nie praktykowało miłosierdzia względem bliźnich ciał i dusz. Kto jednak w roli takiego patrona obstawiłby św. Mikołaja? Ja na pewno. Trochę mam bunt wobec powszechnie panującej teologii Biskupa Mirry. I nie chodzi mi już nawet o robienie z niego przerośniętego krasnala. Nawet w Kościele zamiast wzoru miłosierdzia stał się do bólu i infantylnym straszakiem (sic!) na dzieci. “Jak będziesz grzeczny, to przyniesie ci prezent, jak nie, to rózgę”. Niby jest to obraz Boga, który za dobre wynagradza, a za złe karze, no ale przecież z “karą” spotykamy się dopiero na sądzie. Zresztą, akurat w przypadku dzieci ma to średnie zastosowanie. Bo co to znaczy, że dziecko było niegrzeczne? Nie słuchało rodziców, katechety,  czy pani w szkole? Możemy gdybać, pisać różne scenariusze. Niestety “grzeczność” za często oznacza rezygnację ze szczęścia kosztem spokoju.   Na marginesie, jaka to jest straszna niekonsekwencja, gdy w okolicach 6 grudnia dziecko z każdej strony: od ciotki, wujka, babci, pani w szkole, katechety, a i jeszcze od rodziców dostaje upominki z zastrzeżeniem: św. Mikołaj prosił, żeby Ci to przekazać. A nie mógł tego zrobić poprzez jedną osobę? Może nie róbmy z dzieci idiotów. Może więc wspomnienie dowolne św. Mikołaja potraktować głębiej, niż sąd przed-ostateczny nad najbliższymi pociechami, względnie jako okazję do kurtuazyjnej wymiany darów ze znajomymi. Jezus zachęca w jednej z nauk, by na ucztę zapraszać tych, którzy nie mogą odwdzięczyć się tym samym. Może więc warto sprezentować komuś, kto nie może się odwdzięczyć a bardzo potrzebuje swoją obecność. Koniec końców, to przecież Ty jesteś najwspanialszym...

Read More
Adwent liturgicznie
Gru01

Adwent liturgicznie

Adwent to zdecydowanie najbardziej dziwny okres liturgiczny. Niby wielki post, ale taki radosny. Niby jeszcze nie Boże Narodzenie, ale kolędy słyszymy na każdym kroku. Z jednej strony dzieci z lampionikami i losowanie aniołków, z drugiej poważne rekolekcje i wezwania do głębokiej spowiedzi. Wyjaśnijmy więc co nieco. Jak czytamy w „Ogólnych normach toku liturgicznego i kalendarza”, adwent to czas pobożnego i radosnego oczekiwania. Oczekiwania na co? Adwent pochodzi od łacińskiego słowa advenio, co znaczy „przychodzę”. Nie ma wątpliwości, że chodzi o przyjście Jezusa. Są wątpliwości, o które przyjście chodzi. Adwent ma podwójny charakter. Oprócz przygotowania do przeżycia uroczystości Narodzenia Pańskiego, ma również przypomnieć i przygotować nas na paruzję – powtórne przyjście Chrystusa na końcu czasów. Taki jest cel adwentu. Natomiast jego najbardziej charakterystycznymi elementami są specjalne msze – roraty – oraz lampiony i wieniec adwentowy. Roraty, czyli lampiony, losowania i kolędy?! „Świat” nie rozumie istoty adwentu, bo i niby dlaczego miałby rozumieć? Dlatego od początku grudnia w centrach handlowych słyszymy „christmasowe” przeboje, a na półkach specjalne produkty na święta. Problem w tym, że coraz mniej chrześcijan, łącznie z duszpasterzami, rozumie ten okres liturgiczny. Niezrozumienie adwentu widać w jego spłyceniu. W wielu kościołach koncentracja pada wyłącznie na przygotowanie do przeżycia Bożego Narodzenia. Do tego przygotowanie to najczęściej ogranicza się do dzieci, które przychodzą na wieczorne roraty z lampionikami, do ustawionego pod ołtarzem żłóbka wkładają papierowe serduszka z wypisanymi dobrymi uczynkami, żeby „Jezuskowi” było ciepło, gdy się już urodzi. A pod koniec mszy losowanie: figurek, Maryjek i tym podobnego sacrokiczu. Dalszym przejawem spłycenia adwentu są między innymi koncerty kolęd organizowane w tym okresie również przez wspólnoty kościelne. Również spotkania opłatkowe w parafiach, wspólnotach czy klasach, organizowane przed 24 grudnia, pokazują, że wcześniejsze niecałe cztery tygodnie zostały zmarnowane. Przejść w tryb czuwania Przez większą część adwentu nie usłyszymy w czytaniach czy tekstach mszalnych ani słowa o Jezusku leżącym w żłóbku, lichej stajence czy opiekuńczej Maryi. Za to w pierwszy dzień każdego roku liturgicznego – w I niedzielę Adwentu – Kościół przypomina słowa Jezusa: „Czuwajcie, bo nie wiecie, kiedy Pan domu przyjdzie”. Taka perspektywa powinna nam ustawić nie tylko te kilka tygodni do najbliższych ferii, ale cały rok. Nawet całe życie. Oprócz fioletowego koloru szat, adwent jest podobny do Wielkiego Postu również dlatego, że w czasie niedzielnych Mszy Świętych nie śpiewa się hymnu „Chwała na wysokości Bogu”. Trochę to dziwne, biorąc pod uwagę „radosny” charakter adwentu. Brak wspomnianego hymnu można wiązać z tym, że adwent przez wieki w Kościele był okresem pokutnym. Adwent koncentruje naszą uwagę na kilku biblijnych postaciach. Przede wszystkim na Izajaszu, z którego proroctw zaczerpnięta jest większość adwentowych czytań. Wizje szczęścia, wystawnych uczt, powszechnego pokoju i bezpieczeństwa, jakie nastaną „na końcu...

Read More
Jest nadzieja
Mar12

Jest nadzieja

Jezus wziął z sobą Piotra, Jakuba i brata jego Jana i zaprowadził ich na górę wysoką, osobno. Tam przemienił się wobec nich: twarz Jego zajaśniała jak słońce, odzienie zaś stało się białe jak światło. A oto im się ukazali Mojżesz i Eliasz, którzy rozmawiali z Nim. Wtedy Piotr rzekł do Jezusa: Panie, dobrze, że tu jesteśmy; jeśli chcesz, postawię tu trzy namioty: jeden dla Ciebie, jeden dla Mojżesza i jeden dla Eliasza. Gdy on jeszcze mówił, oto obłok świetlany osłonił ich, a z obłoku odezwał się głos: To jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie, Jego słuchajcie! Uczniowie, słysząc to, upadli na twarz i bardzo się zlękli. A Jezus zbliżył się do nich, dotknął ich i rzekł: Wstańcie, nie lękajcie się! Gdy podnieśli oczy, nikogo nie widzieli, tylko samego Jezusa. A gdy schodzili z góry, Jezus przykazał im mówiąc: Nie opowiadajcie nikomu o tym widzeniu, aż Syn Człowieczy zmartwychwstanie. (Mt 17,1-9) Gdy faraon uwolnił lud, nie wiódł go Bóg drogą prowadzącą do ziemi filistyńskiej, chociaż była najkrótsza. Powiedział bowiem Bóg: "Żeby lud na widok czekających go walk nie żałował i nie wrócił do Egiptu. (Wj 13, 17 – fragm. I czyt. z Godziny Czytań II Niedzieli Wielkiego Postu) Bóg nie prowadzi prosto do celu. Zanim Chrystus wyjdzie na Golgotę, wpierw udał się na Górę Przemienienia. Wziął ze sobą Apostołów, aby w „ich sercach nie zapanowało zgorszenie krzyża i by uniżenie dobrowolnie przyjętej męki nie zakłóciło wiary tych, którym została objawiona wspaniałość ukrytej godności” (św. Leon Wielki). Można powiedzieć, że oba wyprowadzenia się nie udały. Mimo, że Izraelici zostali cudownie uratowani z ręki Egipcjan, przeszli przez Morze Czerwone, jedli manną i przepiórki, widzieli wodę wyprowadzoną ze skały, a w drodze stale im towarzyszył słup ognia lub obłok, jako znaki obecności Jahwe, cały czas wątpili i szemrali. Z wyprowadzonych z Egiptu do Kanaanu weszło tylko dwóch ludzi: Jozue, syn Nuna i Kaleb, syn Jefunnego. Z kolei z trójki apostołów, którzy widzieli przemienionego Jezusa, pod krzyż dotarł tylko jeden. Piotr wystraszył się służącej, o Jakubie ewangelia nawet nie wspomina, a był przecież nazywany bratem Pańskim. Bóg próbuje przygotować człowieka na trudne doświadczenia, objawiając mu przyszłą chwałę. Pozornie niewiele z tego wynika. Jednak patrząc głębiej, przecież nawet ci spośród Izraelitów, którzy umarli na pustyni, umarli jako ludzie wolni. A choć Piotr i Jakub nie stanęli pod krzyżem, przecież ostatecznie okazali się świadkami godnymi krzyża Chrystusowego. Także i dla mnie w obecnych trudnościach – jest...

Read More
Cel: urządzić uroczystość
Mar05

Cel: urządzić uroczystość

Duch wyprowadził Jezusa na pustynię, aby był kuszony przez diabła. A gdy przepościł czterdzieści dni i czterdzieści nocy, odczuł w końcu głód. Wtedy przystąpił kusiciel i rzekł do Niego: »Jeśli jesteś Synem Bożym, powiedz, żeby te kamienie stały się chlebem«. Lecz on mu odparł: »Napisane jest: Nie samym chlebem żyje człowiek, lecz każdym słowem, które pochodzi z ust Bożych«. Wtedy wziął Go diabeł do Miasta Świętego, postawił na narożniku świątyni i rzekł Mu: »Jeśli jesteś Synem Bożym, rzuć się w dół, jest przecież napisane: Aniołom swoim rozkaże o tobie, a na rękach nosić cię będą byś przypadkiem nie uraził swej nogi o kamień«. Odrzekł mu Jezus: »Ale jest napisane także: Nie będziesz wystawiał na próbę Pana, Boga swego«. Jeszcze raz wziął Go diabeł na bardzo wysoką górę, pokazał Mu wszystkie królestwa świata oraz ich przepych i rzekł do Niego: »Dam Ci to wszystko, jeśli upadniesz i oddasz mi pokłon«. Na to odrzekł mu Jezus: »Idź precz, szatanie! Jest bowiem napisane: Panu, Bogu swemu, będziesz oddawał pokłon i Jemu samemu służyć będziesz«. Wtedy opuścił Go diabeł, a oto aniołowie przystąpili i usługiwali Mu. (Mt 4,1-11) Jezus wychodzi na pustynię na 40 dni. Na pustynię wyszli też Izraelici – na 40 lat. Wiemy, że ostatecznie mieli dojść do Kanaanu. Wtedy dla nich nie było to takie oczywiste. Mojżesz umotywował tę decyzję faraonowi nakazem Boga, który powiedział: „Wypuść mój lud, aby urządził na pustyni uroczystość ku mojej czci” (Wj 5,2). No i się zrobił “kwas”. Faraon się zdenerwował, kazał Izraelitom pracować więcej i dużo ciężej. A Izraelici zdenerwowali się na Mojżesza, który namieszał w ich i tak za ciężkim żywocie. Zanim wyszli, musieli się jeszcze sporo nacierpieć. Nie mówiąc już o tym, ile piasku wiatr zdołał przerzucić po Saharze, nim do owej Krainy Obiecanej w ogóle doszli. Celem 40 dni Wielkiego Postu również jest urządzenie uroczystości ku czci Boga. Nie praca nad samodyscypliną, nie wspieranie ubogich, nie naprawa swojego życia duchowego. To wszystko dokonuje się niejako przy okazji. Droga do wolności wiedzie przez przystanek, gdzie trzeba oddać Bogu cześć i chwałę. Oddać, bo najpewniej ją ukradłem, albo – w ciut lepszym wariancie – ktoś mi wmówił, że to mi się należy. Jezus pokazuje, jak tę drogę przejść. Pokazuje, bo wie – sam jest całkowicie...

Read More
O niebo lepsze małżeństwo
Sty19

O niebo lepsze małżeństwo

Małżeństwo jest tym z sakramentów, który chyba najbardziej angażuje świeckich w przebieg obrzędu i w to jak wygląda liturgia. Jest to przecież jedyny, którego nie mogą udzielać duchowni. Kapłan je tylko błogosławi. Z jego zawarciem związane są różne lokalne zwyczaje. W ostatnich latach folklor zastępuje jednak popkultura – „Wielka miłość”, czy „Alleluja” Cohena śpiewane w trakcie uroczystości przez celebransów są najjaskrawszymi przykładami zjawiska. Wynika to z niezrozumienia, czy wręcz nieznajomości tego, co proponuje Kościół. A Ten proponuje rzeczy o niebo lepsze. Zanim się zacznie Instytucja małżeństwa funkcjonuje chyba w każdej kulturze. Kościół uczy, jednakże to Bóg ustanowił związek mężczyzny i kobiety – i jest to związek tak mocny, że nie zniweczył go ani grzech pierworodny, ani potop. Dlatego też tę instytucję podniósł do rangi sakramentu – widzialnego znaku Swej łaski. A do przyjęcia każdego sakramentu należy się przygotować. Również aby owocnie zawrzeć małżeństwo katolickie, nieodzowne jest zapoznanie się z teologią tego sakramentu. Przygotowanie to ma mieć różne formy. To przede wszystkim odpowiednia katecheza dzieci, młodzieży i dorosłych, ze szczególnym naciskiem położonym na wykorzystanie środków społecznego przekazu – tak, o tym wprost mówi wWprowadzenie teologiczno-pastoralne Obrzędów Małżeństwa (księgi liturgicznej, według której sprawowany jest obrzęd).  Wszystko po to, by zanim ktokolwiek pomyśli w ogóle o tym, by coś komuś przysiąc przed ołtarzem, wcześniej wiedzieć, jakie znaczenie ma małżeństwo i co się z tym wiąże. Następny etap przygotowania obejmuje okres narzeczeństwa, który ma przysposobić ją i jego do wspólnego a świętego podążania nową drogą życia. Również sama liturgia małżeństwa jest takim przygotowaniem – i tych, którzy w trakcie niej zawierają związek małżeński, ale też dla tych, dla których jest to dopiero opcja na przyszłość. Przygotowanie do małżeństwa nie kończy się w chwili udzielenia tego sakramentu. Z nowo zawartego związku wyjdą bowiem kolejni kandydaci do małżeństwa. Dlatego Kościół obejmuje troską całość życia rodzinnego i małżeńskiego, jako pomoc małżonkom w wypełnianiu ich obowiązków. Gdy ona i on poczują w końcu wolę Bożą ku sobie i udadzą się do duszpasterza, ten ma zadanie przypomnieć im katolicką naukę o małżeństwie, a także wprowadzić ich w znaczenie obrzędu. Jeśli bowiem nie będą wiedzieli, czemu ksiądz zwiąże im ręce stułą, to trudno mówić o świadomie przyjętym sakramencie. Równie ważne jest, aby upewnić się, że nie ma żadnych przeszkód co do zawarcia takiego związku. Jeżeli jednak narzeczeni wyraźnie i formalnie oświadczają, że mają inną wizję małżeństwa niż Kościół, kapłan nie może dopuścić ich do obrzędu, gdyż to sami narzeczeni w takiej sytuacji stanowią przeszkodę do zawarcia związku. Rytuał sugeruje, aby ten sam kapłan zajął się przygotowaniem narzeczonych, wygłosił homilię w trakcie sprawowania liturgii, przyjął zgodę małżonków oraz odprawił mszę świętą. Za zgodą biskupa lub proboszcza można upoważnić do błogosławieństwa...

Read More