Taka robota, jaka wiara – rozważania liturgii słowa XXVII Niedziela Zwykła
Paź03

Taka robota, jaka wiara – rozważania liturgii słowa XXVII Niedziela Zwykła

Apostołowie prosili Pana o wiarę. A wiara jest łaską. Niby nic dziwnego, że o nią proszą. Jednak mówi Jezus: „gdybyście mieli…”. Wychodzi więc, że nie mają. Przynajmniej nie tyle, ile by chcieli. A chcieliby, to by się parę spraw załatwiło, życie poukładało, świat na lepsze zmieniło. No a bez tego, to Panie, bida – narzekamy jak prorok Habakuk. Bóg nie jest „dobrym kumplem”. Jezus nazywał swoich uczniów przyjaciółmi. Ale podkreślał jednocześnie, że jest ich Mistrzem i Nauczycielem. W ewangelicznych dialogach rzuca się w oczy to, że Jezus często do spotkanych ludzi zwraca się bardzo troskliwie, np. „synu”, czy „dziecko”. Jednak do Jezusa nikt, poza Dobrym Łotrem, nie mówi po imieniu, zawsze tytułując Go np.: „rabbi”, „nauczycielu” czy „panie”. Św. Augustyn powiedział o Jezusie: „Ty możesz mnie nazwać przyjacielem, ja wiem, że jestem Twym sługą”. Apostołowie zdaje się o tym zapomnieli. Dlatego Jezus na ich prośbę o wiarę odpowiada pouczeniem o roli sługi. Bo proszą nie z pobożności, nie z pragnienia głębszego poznania, nie z miłości, a z wygody. Żeby moja wiara za mnie wszystko zrobiła. Że skoro uwierzyłem to teraz Pan Bóg będzie wszystkie przeciwności na mojej drodze zamieniał w kwiatki. Bzdura i ułuda. Poszedłem za Jezusem. Stałem się Jego sługą. Więc mu służę – i to nie jest nic nadzwyczajnego. Taka jest moja rola. Nikt nie bije braw motorniczemu, gdy tramwaj zajeżdża na przystanek. Nikt też nie będzie bił braw chrześcijaninowi, gdy ten będzie żył zgodnie z nauką Chrystusa. Taka...

Read More
Dziecko nie musi być zdrowe
Wrz22

Dziecko nie musi być zdrowe

Znajoma jest w ciąży. Wszyscy gratulują. Dopytują szczęśliwą mamę o szczegóły: płeć, imię, kolor pokoju. A oprócz gratulacji, cięgle się przewija przewrotne życzenie: „byleby tylko dziecko było zdrowe…” A co jeśli nie? Co jeśli dziecko urodzi się chore? Zdaniem niektórych lepiej, żeby się nie urodziło, niżby miało całe (pewnie i tak krótkie) życie się męczyć. A więc aborcja. Sęk w tym, że można być zdrowym i pięknym, mieć nienajgorszego iPhona i przytulne mieszkanie, a mimo to skoczyć któregoś pięknego dnia pod pociąg. Tylko w Polsce rocznie ponad 2 tysiące ludzi popełnia samobójstwo. Różne historie, różne scenariusze, powód zasadniczo ten sam. „Nie mam po co żyć” – a właściwie „nie mam dla kogo”. Samotność. Dziecko nie musi być zdrowe. Dziecko nie musi leżeć na hajsie. Życie nie polega na byciu pięknym, zdrowym i bogatym. W życiu chodzi o to, żeby być szczęśliwym. Po prostu. Można być chorym i szczęśliwym jednocześnie. Można nie mieć kończyn i zdobyć Biegun Północny (Jasiek Mela). Można mieć zespół Downa i robić w chatce na Kaszubach takie sery, o jakich się francuskim serowarom nie śniło (Wspólnota Burego Misia). Można być chorym na raka i mieć koło siebie kochających ludzi. Dlatego to, że dziecko urodzi się chore, nie jest powodem do aborcji. Jeżeli perspektywa urodzenia niepełnosprawnego jest dla kogoś argumentem za zabiciem nienarodzonego dziecka, znaczy to tylko o braku dojrzałości do rodzicielstwa. Bo co, jak zdrowe i piękne dziecko, którego zdjęciami na facebooku zachwycali się wszyscy znajomi, któregoś pięknego dnia spadnie z drzewa i uszkodzi sobie kręgosłup, albo coś innego. Je też zabijesz, żeby się nie męczyło? Zainspirowane Czarnym...

Read More
Shamballa – różaniec szatana? Diabeł tkwi w szczegółach, nie w dewocjonaliach
Wrz13

Shamballa – różaniec szatana? Diabeł tkwi w szczegółach, nie w dewocjonaliach

Będąc na wakacjach, zdarzyło mi się odwiedzić zakrystię w rodzinnej parafii. Akurat przede mszą wśród ministrantów trwał spór, gdyż jeden z nich miał mieć na ręce… „szatanistyczny różaniec”. Od pewnego czasu pewien świecki rekolekcjonista przekonuje o „nowym zagrożeniu duchowym”, które podobno robi w kraju furorę. Chodzi o różańce wykonane za pomocą tzw. sploty shamballa. Nazwa ma pochodzić z buddyzmu, gdzie oznacza mityczną krainę szczęścia. Zdaniem owego rekolekcjonisty, różańce wykonane za pomocą splotu shamballa, otwierają noszącego na działanie demonów. Nawet poświęcony „różaniec shamballa” ma stanowić zagrożenie duchowe. Głos Kościoła Sprawę skomentował na stronie radia profeto, egzorcysta diecezji radomskiej, ks. Sławomir Pusa. Stwierdził on, że „znaki kultury pogańskiej, czy nawet znaki uważane za demoniczne przeniesione w dzisiejszą popkulturę nie szkodzą automatycznie”. Podkreślił również, że największym zagrożeniem duchowym jest brak osobistej i głębokiej więzi z Bogiem, czyli życie w grzechu. Dlatego ktoś, kto regularnie się modli i przystępuje do sakramentów nie powinien się obawiać elementów pogańskich, które napotyka w dzisiejszym świecie, gdyż chroni go łaska Chrystusa. Zaznaczył również, że różaniec wykonany splotem shamballa poświęcony przez kapłana jest "pełnoprawnym różańcem". Błogosławienie muchomorów Wspomniany rekolekcjonista, którego nazwisko pozwolę sobie przemilczeć, nie ustaje jednak krucjacie przeciwko demonicznym różańcom. Na tekst ks. Pusy odpowiedział, iż „władza stąpania po wężach i skorpionach nie oznacza wieszania ich na szyi czy na rękach, lecz stąpania i deptania po nich w Imię Jezusa! Władza ta nie oznacza, że „mam siłę i moc i mogę korzystać ze wszystkiego co jest zatrute, bo przecież Bóg da nam władzę i wszystko możemy”. Ci którzy tak mówią – jak tak wierzą w swoją wielką moc błogosławieństwa, to niech pobłogosławią muchomora i niech go zjedzą…” Nic nowego Okazuje się jednak, że ów demonizowany splot shamballa nie ma za wiele wspólnego z buddyzmem. Tzw. splot shamballa to w rzeczywistości znany w Europie od przełomu XIV i XV wieku splot makramowy, określany  jako „słupek podwójny płaski”. Ze słowem shamballa został powiązany w 1994 roku przez francuskiego jubilera, który wykorzystał ideologię zaczerpniętą z wschodnich duchowości jako chwyt marketingowy. Zanim jednak pod koniec XX wieku zaczęto produkować biżuterię z wykorzystaniem owego splotu, już od kilku wieków pleciono w ten sposób różańce. Nie pierwszy raz Warto zaznaczyć, że nie jest to pierwsza tego typu akcja. W roku 2009 na youtube.com pojawił się film ostrzegający przed szatańsko-masońskimi różańcami. Chodziło o dewocjonalia wykonane z białego plastiku, na których autor dopatrywał się symboliki satanistycznej i masońskiej. Jednym z dowodów były również prywatne objawienia pewnej kobiety z Irlandii. Poza ostrzeżeniem przed różańcami, kobieta ta miała również atakować autorytet ówczesnego papieża, Benedykta...

Read More

Niecodzienność

„Wystarczy dobry człowiek, by pojawiła się nadzieja” Maciek wiedział, że ten dzień będzie do dupy. Argumentów było aż nadto. Po pierwsze, był poniedziałek. Samo to w sumie wystarczało. Nie żeby musiał gonić na uczelnię czy do roboty. Freelancer. Sam sobie sterem, żeglarzem, okrętem. Ale obowiązki i tak nie pozwalały wyspać się w spokoju. Zleceniodawca, któremu oddał projekt miesiąc temu wciąż zamiast przelewu wysyłał maile, że już-już. Z kolei następna rata za kupiony niedawno aparat MUSIAŁA być zapłacona ostatecznie 11 dnia każdego miesiąca. Nie było bata. W nieco analne poczucie wpędzał Maćka również fakt, iż w przeciągu ostatniego pół roku dostał praktycznie tylko jedno zlecenie, za które i tak, jak już wiemy, nie dostał pieniędzy. Blaski i cienie wolnego zawodu. Pod presją Magdy, którą od dwóch lat zwykł nazywać swoją dziewczyną, zdecydował znaleźć choć ćwierć etatu, co by nie żyć w trwodze od pierwszego do pierwszego. Dziś był dzień, kiedy miał świeżo wydrukowane CV zanieść do Powiatowego Urzędu Pracy.  Chuj w sumie wie po co. Ale tak się podobno robi. Korzystając z setki portali internetowych, z których każdy miał mu zapewnić pracę marzeń i satysfakcję finansową jeszcze tego samego dnia, w którym się zarejestrował, jak dotąd otrzymał kilkanaście propozycji. Ulotki, Call Center, inwentaryzacja magazynów w Belgii. Któż z nas o tym nie marzył? Maciek na pewno nie. Do tego zbliżała się rocznica ich związku. Chociaż Maciek nie potrafił sobie przypomnieć dokładnej daty, pewien był, że to gdzieś w tym tygodniu. Pewność brała się stąd, iż przedwczoraj wracając z lubą z kolejnego koncertu wschodnioindyjskiego rocka, który Magda uwielbiała do tego stopnia, że wystarczało i za Maćka, usłyszał w pewnym momencie: – Misiu, ale w tym roku pamiętasz? – zagadnęła piskliwym głosikiem wtulona w jego ramię Magda. – Aha – odrzekł leniwie Maciek, próbując zachować spokój na twarzy. We wnętrzu nie próbował. We wnętrzu rozpoczął się chaos podobny do tego, jaki zapanował w Pearl Harbor 7grudnia 1941 roku. Gorączkowo przeczesywał myślami kolejne zwoje mózgowe, próbując przypomnieć sobie, o co jej chodzi. – O czym ja, do kurwy nędzy, powinienem pamiętać?! – myślał. – Jakiś kolejny recital brudnych obdartusów? Urodziny jednej z koleżanek? – zastanawiał się. – To dobrze, cieszę się – powiedziała z nieukrywaną satysfakcją Magda. – po tym, jak w tamtym roku zapomniałeś, myślałam, że nie jestem dla Ciebie ważna… – Jest trop – pomyślał. – Zastanawiałam się  nawet, czy nasz związek ma sens. – kontynuowała – Wiesz, muszę Ci powiedzieć, że w ostatnim czasie też mi przychodziły takie myśli. Taki sztywny jesteś przy mnie, brak Ci tego luzu, którym mnie zauroczyłeś… Ale skoro nie zapomniałeś o naszej rocznicy… – Kurwa w dupę jeża, zapomniałem o naszej rocznicy… – powiedział w...

Read More
5 warunków dobrej modlitwy
Lip24

5 warunków dobrej modlitwy

Jaka ma być idealna modlitwa? Przede wszystkim wytrwała. Ale i taka – choć może zdziałać cuda – ma swoje ograniczenia. Podobnie jak Boże Miłosierdzie. Ciężko spojrzeć na targowanie się Abrahama z Bogiem inaczej, niż w kontekście roku Miłosierdzia. Mimo, że Ojciec Wiary odwołuje się do Bożej sprawiedliwości, poruszone tu zostaje Miłosierdzie. Ale to nie od Abrahama wychodzi impuls do ratowania mieszkańców Sodomy i Gomory. Sam Bóg prowokuje nobliwego patriarchę do negocjacji. W Sodomie przecież zatrzymał się Lot, bratanek Abrahama. Chociaż Bóg jest bardzo uległy ludzkim prośbom – jakby chciał dać więcej, a mógł tylko tyle, o ile poprosimy – Sodoma i Gomora ostatecznie zostają zniszczone. Dzisiejsze czytanie nie wspomina o tym, lecz nie znalazło się tam nawet 10 sprawiedliwych ludzi. Poniżej tej liczby nie dało się zejść. Aby mogło istnieć miasto żydowskie, musiało być tam przynajmniej 10 mężczyzn, którzy by się modlili. Dlatego Jezus uczy swoich uczniów modlitwy.  Po pierwsze wzywa do zbudowania relacji z Bogiem, do zażyłości, do uznania Go za Ojca i przyjaciela. Przyjacielem Boga był przecież Abraham, który „stał przed Panem”. Proszącego w modlitwie Jezus porównuje do przyjaciela Boga. A więc po pierwsze osobowa relacja, żebym próśb zanoszonych do Boga nie traktował jak magii. Po drugie, treść. Mamy modlić się tylko o rzeczy dobre. Nie do pomyślenia jest dla chrześcijanina, aby modlić się o krzywdę dla kogoś. Bóg wzywający do miłości nieprzyjaciół nie może być adresatem takich próśb. Aż trzykrotnie w dzisiejszej perykopie pojawia się chleb. Modlitwa nie może być oderwana od codzienności. Po trzecie, sprawiedliwość. Odpuść nam, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom. Modlitwa wymaga nie tylko od Boga, do którego jest kierowana, ale i od modlącego się. Jeżeli chcę „otworzyć się” na przebaczenie, muszę zrobić „przepływ” łasce. Inaczej się nie zmieści w moją duszę, zastanie, zarośnie i zaśmierdnie, jak woda w zarośniętym jeziorze. Podobnie z innymi prośbami. Modlisz się o Królestwo Boże? To i zrób coś w tym kierunku! Modlisz się o chleb codzienny? Poza modlitwą dołóż starań, aby ci tego chleba nie brakło! Po czwarte, wytrwałość. Taka granicząca wręcz z natręctwem. Papież Franciszek mówi, że Bóg nie męczy się wybaczaniem. Wysłuchiwanie modlitw również nie powinno być dla niego zbyt męczące. A jeśli jest zbyt męczące dla mnie, to może mi nie zależy? Może to znak, że nie potrzebuję tego, o co niby tak usilnie (choć krótko) się modliłem? Po piąte, zaskoczenie. Całą Ewangelię Jezus „tłucze” o chlebie, Królestwie, rybach i jajkach, by na koniec obiecać tylko Ducha Świętego. Ci, którzy proszą, dostaną tylko Ducha Świętego. Mało? Wystarczająco. To mocą tego Ducha Jezus rozmnożył chleb dla 5 tysięcy mężczyzn. Mocą tego Ducha uzdrawiał chorych i wypędzał złe duchy. W końcu mocą tego Ducha kawałek...

Read More
Gdy szanse znów dostane, czyli usłyszeć Boga
Lip17

Gdy szanse znów dostane, czyli usłyszeć Boga

Wbrew pozorom, to nie miłość jest pierwszym, czy największym wśród przykazań. Jeśli sięgnąć do wersji św. Marka, który w usta Jezusa wkłada dokładny cytat z Prawa Mojżeszowego, zanim padnie jakiekolwiek wezwanie do miłości, wpierw mówi: „Słuchaj…” (por. Mk 12, 29). Jest pokusa, żeby przełożyć akcent na miłość. Dokładniej, na moją miłość Boga i bliźniego. Bo to widać, tym mogę coś pokazać, coś udowodnić. Poza tym, czynię dobro, służę bliźnim, staje się wzorem wypełniania nauki Chrystusa. Tylko czy tego samego Chrystusa, który mówi: „Troszczysz się i niepokoisz o wiele, a potrzeba mało, albo tylko jednego”. Tym, czego potrzeba, to usłyszeć – i usłuchać – Boga. Od tego usłyszenia i usłuchania zaczyna się każda droga wiary. Bez Jego głosu – Słowa – nie ma miłosierdzia. Bez usłyszenia – i usłuchania – nie można, nie da się kochać Boga. Nawet jeśli ktoś się zapiera, że go miłuje, a jednocześnie nie słucha, ten jest po prostu kłamcą… Miłość Boga, a także wynikająca z niej miłość bliźniego to tylko odpowiedź na Boże wezwanie. Abraham dlatego przyjął i ugościł tajemniczych wędrowców pod dębami Mamre, że całe swe życie słuchał Głosu i wierzył Mu. Nie zmarnował szansy, gdy Bóg był blisko. W efekcie doczekał się upragnionego syna. Szansy nie zmarnowała również Maria, siostra Marty, gdy miała okazję spotkać i usłyszeć Głos – Wcielone Słowo Boga. Pomimo ryzyka, na jakie wystawiała się siadając u stóp Chrystusa – zamiast przy garach zabrała się do „męskich spraw” (co wśród Żydów może oznaczać także teologię). A czy ja nie zmarnuję tej szansy, gdy w trakcie Mszy, gdy czytane będzie Pismo Święte i sam Bóg będzie przemawiał do Swojego ludu (por. Sacrosanctum Consilium, 7) poprzez lektorów i kapłana proklamującego Dobrą Nowinę?   Liturgia słowa na szesnastą niedzielę...

Read More
Łap dzień, nie pokemony!
Lip13

Łap dzień, nie pokemony!

Pół świata oszalało, a drugie pół przeciera oczy ze zdumienia, jak łatwo Pokemon GO podbiła serca i umysły. Bez cienia przesady można stwierdzić, że gra z pokemonami w roli głównej, która niedawno ujrzała światło dzienne, zrewolucjonizowała rynek gier na urządzenia mobilne. Liczba użytkowników niedługo przebije (jeśli jeszcze to nie nastąpiło) liczbę użytkowników Tweetera. Wedle internetowych doniesień można odnieść wrażenie, że każdy ogródek, kościół czy komisariat jest okupowany przez tabun trenerów Pokemon. Jeżeli jednak ktoś jeszcze jakimś cudem nie słyszał o tej „rewolucji”, śpieszę z wyjaśnieniem: za pomocą aplikacji na smartfona mogę się wcielić w trenera pokemonów! Oferowało to oczywiście tysiąc innych produkcji, tym razem jednak gra jest osadzona w tzw. rzeczywistości rozszerzonej. Rzeczywistość rozszerzona powstaje poprzez nałożenie na rzeczywistość (tą zwykłą, realną) elementów wytworzonych w rzeczywistości wirtualnej. W praktyce polega to na tym, że biorę do rączki smartfona z zainstalowanym Pokémon GO i ruszam w teren. Aplikacja łącząc się z Google Maps wskazuje miejsca interakcji. Przede wszystkim lokalizacją pokemonów, które można złapać, lecz także „szpital dla pokemonów”, czy coś rodzaju arenę, na której można stoczyć pojedynek z innymi trenerami. Kojarzycie akcje w rodzaju „Wyloguj się do życia”, czy filmiki w stylu „Look up”? Każdy kojarzy, każdy lajkował. No i rzeczywiście, firmie The Pokemon Company, odpowiedzialnej za nowe pokemony udało się zapatrzonych w ekrany ludzi wyciągnąć w teren. Tyle że pod pretekstem jeszcze usilniejszego wpatrywania się w telefony. Chyba nie do tego zachęcał Sokół… Co tu nie gra Daleki jestem od tego, żeby każdego, kto się złapał na łapanie pokemonów, nazywać bezmózgim zombie – choć gracze w jakimś stopniu stają się cyborgami. Kilka dziwnych (a niekiedy także niebezpiecznych), jak lokalizacja (losowa, oczywiście) pokemona w kościele, na komisariacie, czy na terenie byłego obozy koncentracyjnego w Auschwitz to jeszcze nie powód, by pokemonów zakazywać – prawnie, lub jakkolwiek inaczej. Dla sporej ilości osób jest to po prostu fajny pomysł na trochę zabawy, a że zamiast siedzieć przed komputerem ganiają po mieście – tym lepiej dla ich sylwetki! Ale jednocześnie musimy mieć świadomość zagrożeń, nawet, jeżeli brzmią jak oburzenie zacofanego ignoranta. Gdy telewizja zaczęła upowszechniać się na amerykańskim rynku, nikt nie traktował poważnie pastorów, krzyczących, że to narzędzie diabła. Dziś sporo ludzi zmaga się z uzależnieniem telewizji, a i sami widzimy, jak wielu osobom robi wodę z mózgu. I nie chodzi tu tylko o sympatyków KOD-u. Zwykłe problemy, zwykłe zagrożenia W momencie, gdy organizacje pozarządowe alarmują o rosnącym uzależnieniu dzieci i młodzieży od telefonów i Internetu, rodzą się uzasadnione obawy jak gra od Nitendo na  nich wpłynie. Badania wskazują, że serwisy społecznościowe szkodzą nawiązywaniu realnych kontaktów. Pokemon GO „dzieje się” w rzeczywistości rozszerzonej. Stoimy tu więc przed niewiadomą. Mogą pojawić się problemy społeczne, których nie jesteśmy w...

Read More

Bóg bliźnim

Bóg tak ukochał człowieka, bo jest jego bliźnim. Jest blisko niego. Nawet jeżeli człowiek się oddala, ucieka, Bóg stara się być jak najbliżej. Nie jak w pogańskich wyobrażeniach, nie siedzi wysoko w niebie na chmurce. Gdy tylko człowiek się oddala, Bóg idzie za nim. A uzdrowionym mówi tylko: „Idź i czyń podobnie”. Trochę bez sensu ta odpowiedź. Skoro uczony w Prawie pyta, kim jest jego bliźnim. Czyli kogo ma kochać. Z trzech przechodniów, przedstawionych w przypowieści, tylko jeden został nazwany „bliźnim”. Tylko Samarytanin, który zlitował się nad pobitym człowiekiem. Ani kapłan, ani lewita nie okazali się być bliźnimi schodzącego w kierunku Jerycha. Uczony pytał o to, kogo ma kochać. Do kogo ma stosować przykazanie miłości bliźniego. Miłować Boga ­– to jest jasne, o co chodzi. Ale bliźni? Kto jest moim bliźnim? Wobec kogo mam obowiązek miłości? Cały paradoks – a jednocześnie geniusz – Jezusowej odpowiedzi polega na tym, że właściwie nie porusza tej kwestii. Cała przypowieść nie mówi w zasadzie o miłości człowieka do jego bliźnich – kimkolwiek by oni nie byli. Jezus mówi o miłości Boga, do człowieka. Przypomina pryncypia, również sobie. Jezus jest przede wszystkim Bogiem. Jako Bóg przyjął ludzką naturę, nie po to, żeby się dowartościować (bo to przecież upodlenie, kenoza), ani z potrzeby zamanifestowania odrębności od Ojca (bo cały czas przypomina, że są Jedno), ale po to, żeby upadłego człowieka przyprowadzić do Boga. Jezus jest ekspertem w miłości Boga do człowieka. A dobry ekspert mówi na temat, na którym się najlepiej zna. Trochę wypaczyliśmy sens przypowieści, której bohaterem jest miłosierny Samarytanin, robiąc z niego altruistyczny ideał. W roku miłosierdzia Kościół przypomniał tradycyjną, pochodzącą od Ojców Kościoła interpretację tej perykopy. Samarytanin to sam Bóg. W ewangelii św. Jana Jezus zostaje nazwany Samarytaninem. Umiłowany, wybrany Naród odrzuca swego Boga. Określa najgorszymi obelgami. Człowiek schodzący z Jerozolimy do Jerycha obrazuje ogólny obraz ludzkości, odchodzącej od tego, co święte. Kult Starego Przymierza, reprezentowany przez kapłana i lewitę nie jest w stanie pomóc potarganemu przez grzech człowiekowi. Tylko ten odrzucony Bóg, dogłębnie poruszony losem człowieka, jest w stanie go uleczyć. W tym celu zalewa jego rany oliwą i winem (co według różnych interpretacji oznacza sakramenty lub też Ducha Świętego) i zawozi do gospody – do Kościoła, gdzie wciąż, chociaż nie bezpośrednio, nie szczędzi środków na znalezionego po drodze biedaka. Bóg tak ukochał człowieka, bo jest jego bliźnim. Jest blisko niego. Nawet jeżeli człowiek się oddala, ucieka, Bóg stara się być jak najbliżej. Nie jak w pogańskich wyobrażeniach, nie siedzi wysoko w niebie na chmurce. Gdy tylko człowiek się oddala, Bóg idzie za nim. A uzdrowionym mówi tylko: „Idź i czyń podobnie”.   Liturgia Słowa na XV Niedzielę...

Read More
Kto tu jest najważniejszy, czyli o kierunku odprawianie mszy świętej
Lip07

Kto tu jest najważniejszy, czyli o kierunku odprawianie mszy świętej

Kard. Sarah wezwał księży do odprawiania mszy ad orientem. Wzywał do tego również Benedykt XVI. Niewiele z tego wyszło. Póki co, w centrum liturgii widzimy raczej kapłana, a nie Boga. Prefekt Kongregacji ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów nie po raz pierwszy przypomniał, żeby Eucharystię odprawiać po Bożemu. Czyli żeby Bóg był w centrum, człowiek czasem przyklęknął, a w świątyniach znów zabrzmiał chorał. W zasadzie nic nowego. Ani soborowa Konstytucja o Liturgii Świętej, ani późniejsze dokumenty* nie dawały podstaw, żeby z mszy świętej robić coś na kształt spotkania towarzyskiego. A że problem nie jest wydumany, to można w bardzo prosty sposób udowodnić. Otóż, ile razy Pańswu, jub znajomym/rodzinie zdarzało się wybierać niedzielną mszę w zależności od tego, jaki ksiądz będzie odprawiał? A przecież każdy działa in personae Christi, czy odprawia ten, czy tamten, jest to zawsze ta sama ofiara krzyża.  Co mówi "Duch liturgii"? Apele o celebrowanie ad orientem wysyłał również Benedykt XVI. I sam dał przykład ­– od niego wzięło początek stawianie krucyfiksu na środku ołtarza. Argumentował ten pomysł, jeszcze jako kard. Ratzinger, w „Duchu liturgii”. Pierwsi chrześcijanie podczas liturgii stawali zwróceni na wschód, jako oczekujący Chrystusa – tego, który przychodzi jak Wschodzące Słońce. Tak też budowane – orientowane – były świątynie, aż do późnego średniowiecza. Gdy w kościołach zaczęto dostawiać coraz więcej ołtarzy bocznych, nie wszystkie mogły być tak ustawione, by celebrujący Eucharystię kapłan mógł być rzeczywiście zwrócony twarzą ku wschodowi. Symbolem zwrócenia się do Chrystusa stał się więc krucyfiks jako swego rodzaju „duchowy wschód”. Warto zauważyć, że praktyka wskrzeszona przez Benedykta jest kontynuowana przez obecnego papieża. Na marginesie, w kilku miejscach w kraju jednak odprawia się tzw. "nową mszę" tyłem do wiernych – choć nie jestem pewien, czy można to określić jako ad orientem. Chodzi o kaplice z cudownymi obrazami Matki Bożej, ot choćby na Jasnej Górze, czy w Kalwarii Pacławskiej. Z jakiego powodu? Doprawdy nie wiem. Nie brak miejsca na dostawienie "stoliczka". Może więc i duszpasterze i wierni czują, że jak w Kaplicy Cudownego Obrazu sprawujemy mszę wotywną ku czci Najświętszej Maryi Panny, to tak trochę głupio, żeby ten, który w naszym imieniu przewodniczy modłom, stał do niej plecami…           A co mówią księża? Niewielu jednak wzięło wzór ze stolicy apostolskiej. Pewnie inaczej by to wyglądało, gdyby papież zaproponował jakąś praktykę zrodzoną w środowiskach charyzmatycznych. Jakiś czas temu bp Edward Dajczak pozytywnie wspomniał o tzw. zaśnięciu w Duchu Świętym. Cały katolicki Internet nie mógł wyjść z podziwu, jak to pięknie i że teraz to wszyscy tak, to będzie super i w ogóle fajnie. A liturgia? Co tam, że źródło i szczyt życia chrześcijan… Nie wróżę, aby pomysł wprowadzenia celebracji ad orientem rzeczywiście się ziścił. Umiejscowienie wizerunku ukrzyżowanego...

Read More
Jest radość
Lip03

Jest radość

Pismo Święte często mówi o radości. O tym, że mamy się cieszyć i weselić. Dzisiaj Bóg tłumaczy, co jest powodem do radości dla chrześcijanina. Izraelowi, w momencie największej porażki i poczucia osamtonienia, tj. w okresie niewoli babilońskiej, Bóg obiecuje pocieszenie. Poprzez proroka Izajasza zapowiada, że dobre czasy są jeszcze przed Narodem Wybranym. Dziś już wiemy, kto tę obietnicę skierował. Jezus Chrystus. Przez swoją mękę, śmierć i zmartwychwstanie pojednał nas z Ojcem. Obdarzył pokojem. Wykupił z niewoli. Pocieszył. A po odejściu zostawił nam innego Pocieszyciela ­– Ducha Świętego. Rodzi to jednak pewne pokusy. Zamiast skupić się na relacji z Bogiem, możemy zafiksować sięna punkcie otrzymanych darów, np. charyzmatycznych. Szczególnie podatni na to są ci, którzy otrzymali szczególną misję do głoszenia, jak siedemdziesięciu dwóch z dzisiejszej ewangelii. W efekcie to, co miało nam pomóc w drodze do Boga, zaczyna przeszkadzać. Zatrzymujemy się i kontemplujemy znaki, zamiast podąża w kierunku przez nie wyznaczanym. Dlatego Jezus mówi – nie cieszcie się z tego, że duchy nieczyste są wam uległe, ale z tego, że wasze imiona zapisane są w niebie. Św. Paweł dodaje, że poza krzyżem naszego Pana, wszystko inne nic nie znaczy. Żyd mówi, że obrzezanie nic nie znaczy! A to o czymś świadczy… Jeżeli bowiem zatrzymamy się na znakach Bożego działania, nie dojedziemy do radości Bożej.   Liturgia słowa – czternasta niedziela...

Read More