Kicz Bożego Narodzenia
Gru25

Kicz Bożego Narodzenia

Wszelkie okresy kościelne, takie jak adwent, czy Boże Narodzenie to okresy liturgiczne. Pozornie, oczywistość o której dziwnie wspominać. Ale praktyka pokazuje co innego. Bo skoro to okresy liturgiczne, to właśnie liturgia powinna ustawiać wszystko, czym wtedy Kościół żyje. Sacrum powinno przemieniać – uświęcać – profanum, naszą codzienność. Sami widzimy, że w drugą stronę mogłyby to przynieść nienajlepsze rezultaty. Truizmem byłoby również stwierdzenie o narastającej komercjalizacji świąt. Jest to tak oczywiste, że niezauważany, gdy „magia tych dni” przekracza kolejne granice. Około świąteczny kicz szturmuje rokrocznie drzwi świątyń i serc. Mamy z tym co prawda do czynienia przy każdej, zawierającej marketingowy potencjał, okazji (np. Nowy Rok, Walentynki, dzień kobiet itp.), w przypadku jednak Bożego Narodzenia następuje istne nałożenie kiczo-gennych czynników: komercjalizacji, nie bardzo już rozumianych tradycji ludowych, mityczne wyobrażenie sielskości świąt z okresu dzieciństwa. Kicz jest dla liturgii rakiem. Nowotworem. Kicz bowiem niesie ze sobą niską jakość artystyczną. Estetycznie może się wydawać poprawny, na swój sposób nawet uroczy (jak bajki dla małych dzieci – na marginesie, cóż za krzywdę wyrządzamy umysłom kolejnych pokoleń, od wczesnych lat faszerując je estetycznym badziewiem?), z definicji wręcz większości się podoba i w tym właśnie polega jego zagrożenie. Kicz to społeczne przyzwolenie na przyjemność płynącą z cichego porozumienia, uczestnictwa w umiarkowanym i uspokajającym "złym guście", ale przede wszystkim jest to "sztuka szczęścia" – "raj dla mało wymagających". To obraz zagubienia, rozpadu wartości, braku czegoś, za czym się tęskni, i akceptacji namiastki (Abraham Moles). Dosadniej niebezpieczeństwo kiczu wyraził Hermann Broch: „istotą kiczu jest mylenie kategorii etycznej z estetyczną, kicz chce działać pięknie, a nie dobrze – zależy mu na pięknym efekcie", "kicz nie jest złą sztuką, lecz sztuką nie jest i tworzy własny system odniesień", "kicz powstaje na skutek rezygnacji z prawdy na rzecz piękna". I o ile w sferze sztuki, czy – szerzej ujmując – kultury, można jakoś zasadność funkcjonowania kiczu dowieść, o tyle w przypadku liturgii powoduje to rozminięcie się z istotą.    ZROZUMIEĆ LITURGIĘ Liturgia zrodziła się z wcielenia, z przyjęcia ludzkiego ciała przez odwieczny Logos. W ten sposób ograniczonej przez cielesność ludzkości Bóg przekazał w sposób najpełniejszy prawdę o sobie jako Bogu oraz o swojej relacji do człowieka. I choć to ofiara krzyżowa Chrystusa jest tym momentem historii zbawienia, który uobecnia się w trakcie każdej liturgii, szczególnie eucharystycznej, to jednak początek tego przenikania bierze się właśnie z tajemnicy wcielenia. Stąd tak wysoka ranga Uroczystości Bożego Narodzenia w kalendarzu liturgicznym. Rzeczywistość nadprzyrodzoną wyraża liturgia poprzez znaki, nieraz bardzo subtelne, jak np. wrzucenie kawałka konsekrowanej hostii do kielicha w trakcie śpiewu Baranku Boży. Kościół uczy, że znaki te są skuteczne, to znaczy sprawiają to, co oznaczają. Nie chodzi tu jednak o jakiś automatyzm, rodzaj magii,...

Read More
Naród Polski nie istnieje
Lis11

Naród Polski nie istnieje

Naród Polski nie istnieje. Już nie i jeszcze nie. W tym właśnie tkwi główne źródło problemów, które trapią dzisiejszą Polskę. Narodem zdecydowanie nie jesteśmy. Teza obrazoburcza – wręcz heretycka, niemniej trzeba się nad nią pochylić. I nie jest to teza moja. O tym, że między współczesnymi Polakami, a ich przodkami sprzed II Wojny Światowej (czy sprzed rozbiorów) została zaburzona ciągłość kulturowa, pisali już Rafał Ziemkiewicz (Polactwo) i Andrzej Leder (Prześniona rewolucja). Jeden to prawicowiec, niemalże skrajny, drugi związany jest z lewicową Krytyką Polityczną. Obaj doszli do bardzo podobnych wniosków. Znaczy – coś musi być na rzeczy. Jeśli więc nie ma narodu, to skąd się wzięli polscy narodowcy? I kim w takim razie są ludzie, którzy na każde święto państwowe wywieszają flagę, biorą udział w oficjalnych uroczystościach państwowych, rokrocznie zjeżdżają się do Warszawy na 11 listopada, starają się dzieciom przekazać miłość do ojczyzny, ojczystej historii, kultury i języka? I czemuż wreszcie – jeśli ten naród nie istnieje – w ciągu ostatnich lat tyle wysiłków włożono w walkę z tym narodem? Nie jest oczywiście tak, że albo mamy naród, albo grupę zupełnie obcych, niezwiązanych ze sobą ludzi. Sytuacja nie jest zerojedynkowa. Naród jest pewną formą organizacji społeczeństwa. Niektórzy twierdzą, że szczytową. Inni, że pierwotną, podobnie jak rodzina, z czym jednak wybitnie ciężko się zgodzić. W każdym razie można stwierdzić, kiedy np. grupa plemion germański i celtyckich stała się Francuzami. Trwało to kilkaset lat, po drodze z Germanów wyodrębnili się Frankowie, z Celtów Galowie, kotłowali się przez dobrych kilka wieków na terenie współczesnej Francji, w międzyczasie do zabawy dołączyli Rzymianie, dorzucając swoje trzy grosze, a później także uczniowie pewnego cieśli z odległej Judei. I tak, po upadku już Cesarstwa Rzymskiego powstawały kolejne królestwa Frankońskie, aż w końcu – gdzieś około XIV-XV wieku – poczucie odrębności było tak wielkie, że poddani francuskiego króla zauważyli, że oto są Francuzami i to jest ich podstawowa tożsamość. Nie wyznawanie chrześcijaństwa w wersji Kościoła Rzymskiego, nie przynależność do pannarodowej wspólnoty rycerzy chrześcijańskich, nie dzielone z Niemcami dziedzictwo germańskie, ale właśnie to, że są Francuzami. Proces ten najwcześniej zaszedł we Francji, choć o narodach we współczesnym rozumieniu mówi się na dobrą sprawę dopiero od XIX wieku. Mówi się o przebudzeniu narodowym. Belgowie, Węgrzy, Serbowie, Słoweńcy, Bułgarzy, Irlandczycy – to tylko niektóre z narodów, które w tym okresie podejmują starania o niepodległość. Niektóre od podstaw tworzyć musiały własny język, bohaterów, symbolikę, desperacko poszukując w annałach historii czegoś, co można by uznać za zręby ich państwowości, funkcjonującej już we wczesnym średniowieczu! Inni na przykład zdecydowali się wyrzucić z języka wszelkie naleciałości z innych języków. Dlaczego czeski brzmi dla Polaków nieco śmiesznie, archaicznie? Kraj ten od XVI wieku był pod kulturową...

Read More
Święto Żywych
Paź31

Święto Żywych

Wspominanie 1 listopada zmarłych, to – z katolickiego punktu widzenia – grube nieporozumienie, ocierające się wręcz o herezję. Paradoksalnie, dopiero Halloween pomogło nam zrozumieć, o co chodzi w Uroczystości Wszystkich Świętych. Co niedzielę wyznajemy wiarę w „świętych obcowanie”. A pod czas każdej mszy pogrzebowej, kapłan (w trakcie prefacji) dziękuje Bogu za to, że „życie Twoich wiernych, Panie, zmienia się, ale się nie kończy”. Wniosek – święci żyją. W inny sposób, dla nas niedostrzegalny i niezrozumiały, a jednocześnie – z katolickiego punktu widzenia – pełniejszy. Są zjednoczeni z Bogiem (albo będą, jeśli mówimy o duszach w czyśćcu), na tym przecież polega świętość. A skoro są zjednoczeni z „Dawcą Życia”, jak można uważać ich za zmarłych? Duszpasterski "zerg rush" Dlaczego więc powszechnie mówi się o Uroczystości Wszystkich Świętych jako o święcie zmarłych? Powodów jest kilka. Podstawowy to dramatycznie niski poziom wiedzy i świadomości religijnej. Niby liturgia ma swoją treść, dobór czytań mszalnych jasno przedstawia charakter uroczystości, a bazując na nich kaznodzieja powinien rozwiać wszelkie wątpliwości, dlaczego się tu dzisiaj zebraliśmy. Jednak teoria sobie, praktyka sobie. Za „nieboszczki komuny” władze usilnie pracowały nad tym, aby z uroczystości ku czci świętych zrobić święto zmarłych. Na ile pomogła romantyczna tradycja odnosząca się do słowiańskich „Dziadów” – ciężko stwierdzić. Na marginesie, chrześcijanom oburzonym na Halloween pragnę przypomnieć, iż Dziady są obrzędem jak najbardziej pogańskim, mimo, że w mickiewiczowskim dramacie powierzchownie schrystianizowanym. Komunistom udało się społeczną świadomość przeorać na tyle, iż 1 listopada jest dniem wolnym. A że Polacy naród w tradycję zapatrzony, więc skrzętnie korzystając z wolnego począł przodków groby nawiedzać, przy okazji popijając z żywymi, tradycja obiat, jak widać, wiecznie żywa. Duszpasterze zaś, jako że powszechnie przyjętym nad Wisłą modelem duszpasterskim jest „zerg rush” (duszpasterstwo masowe, czyli kupą mości panowie), jakoś z komunistyczną wersją święta wcale nie walczyli. Cóż z tego, że modlitwa za zmarłych ma miejsce dopiero dnia następnego, przecież 2 listopada już nie ma takich tłumów, więc i procesje między grobami i msze na cmentarzach i nastrojowe wieczornice urządzamy wtedy, gdy tłumy są. Kto za kogo powinien się modlić A przecież 1 listopada nie wolno (sic!) odprawiać mszy za zmarłych! Natomiast w dzień zaduszny, będący dopełnieniem poprzedniego, Kościół intensyfikuje modlitwę za tych, którzy święci jeszcze nie są, tzn. już zmarli, a jeszcze nie są w niebie. Tego dnia każdy kapłan może odprawić aż trzy Msze Święte (jedna w intencji własnej, druga za zmarłych, trzecia w intencjach papieskich). Druga taka „okazja” nadarza się w Boże Narodzenie. Poza tym wolno mu odprawić tylko jedną dziennie. Oczywiście duszpasterze się tłumaczą niebywałą szansą duszpasterską, jaką pierwszo listopadowe tłumy na cmentarzach stwarzają. Tyle że jeśli modlimy się „za zmarłych”, to domyślnie zakładamy, że ów zmarły to jeszcze...

Read More
Sprawiedliwość wbrew nadziei – XXXI Niedziela Zwykła
Paź30

Sprawiedliwość wbrew nadziei – XXXI Niedziela Zwykła

Całe dotychczasowe życie walczył o prestiż i uznanie, i wszystko to przekreśla dla jednej chwili – nawet nie spotkania – spojrzenia na Jezusa. Jezus wszedł do Jerycha i przechodził przez miasto. A był tam pewien człowiek, imieniem Zacheusz, zwierzchnik celników i bardzo bogaty. Chciał on koniecznie zobaczyć Jezusa, kto to jest, ale nie mógł z powodu tłumu, gdyż był niskiego wzrostu. Pobiegł więc naprzód i wspiął się na sykomorę, aby móc Go ujrzeć, tamtędy bowiem miał przechodzić. Gdy Jezus przyszedł na to miejsce, spojrzał w górę i rzekł do niego: Zacheuszu, zejdź prędko, albowiem dziś muszę się zatrzymać w twoim domu. Zeszedł więc z pośpiechem i przyjął Go rozradowany. A wszyscy, widząc to, szemrali: Do grzesznika poszedł w gościnę. Lecz Zacheusz stanął i rzekł do Pana: Panie, oto połowę mego majątku daję ubogim, a jeśli kogo w czym skrzywdziłem, zwracam poczwórnie. Na to Jezus rzekł do niego: Dziś zbawienie stało się udziałem tego domu, gdyż i on jest synem Abrahama. Albowiem Syn Człowieczy przyszedł szukać i zbawić to, co zginęło. Łk 19,1-10; XXXI Niedziela Zwykła, Rok C Między grzechem a niebem Jerycho to miasto graniczne. Dla Izraelitów 40 lat błąkających się po pustyni, Jerycho jest pierwszym przystankiem w Kanaanie. Pierwszym miastem, które obejmują z Bożej obietnicy. Przez Jerycho więc wchodzi się do Ziemi Obiecanej. W przypowieści o miłosiernym samarytaninie bohater, pobity człowiek, odbywał podróż w przeciwną stronę, z Jerozolimy do Jerycha. Ewangelia podaje, że schodził. Ojcowie Kościoła interpretują: zgrzeszył. Jezus więc wchodzi w sytuację graniczną, w doświadczenie grzechu, aby wprowadzić zabłąkanych do Królestwa Bożego. Ironiczna tożsamość Imię Zacheusza tłumaczy się jako czysty. Określenie jego zawodu – architelōnēs – wymyślił św. Łukasz. Telōnēs – celnik, było znane. Łukasz dodaje przedrostek od słowa archē, oznaczającego władzę. Ten sam przedrostek z kapłana robi arcykapłana, z biskupa arcybiskupa. Z celnika arcycelnika. A więc zdrajcę i oszusta do kwadratu. Celnicy byli powoływani na okres 12 miesięcy. Mieli z góry zapłacić podatek za cały rok Rzymowi, a potem co miesiąc ściągać należność od współrodaków. Układ niezbyt uczciwy i niezbyt jasny. Sprzyja kombinowaniu, oszustwom i wszelakim malwersacjom. Skoro bogaty Zacheusz był zwierzchnikiem celników, jego majątek musiał się zrodzić z nieczystegoprocederu. Imię okazuje się gorzką ironią. Mnożąc kasę i pogardę Tenże arcyłotr i zdrajca nosi jednak w sobie pragnienie Boga. Chce zobaczyć Jezusa. Poznać go. Dlaczego? Czyżby słyszał o Jego wyrozumiałości dla celników? Może nawet wiedział, że jednego imieniem Lewi, powołał do grona swoich najbliższych uczniów prosto z komory celnej. Raczej nie była to zwykła ciekawość. Zwykłej ciekawości nie zaspokaja się takim kosztem. Był niski. Niektórzy sugerują, że miał z tego powodu kompleksy. Dalej snują, że z tego powodu był desperacko gotów coś osiągnąć. Coś znaczyć. Nie...

Read More

Nie taki faryzeusz straszny, jak go pobielą – XXX Niedziela Zwykła

Może faryzeusz miał po prostu dobry dzień i chciał się tym z Bogiem podzielić? Podziękować. To chyba dobrze? Jednak z jakiegoś powodu Bogu nie spodobała się jego modlitwa. Jezus powiedział do niektórych, co ufali sobie, że są sprawiedliwi, a innymi gardzili, tę przypowieść: Dwóch ludzi przyszło do świątyni, żeby się modlić, jeden faryzeusz a drugi celnik. Faryzeusz stanął i tak w duszy się modlił: Boże, dziękuję Ci, że nie jestem jak inni ludzie, zdziercy, oszuści, cudzołożnicy, albo jak i ten celnik. Zachowuję post dwa razy w tygodniu, daję dziesięcinę ze wszystkiego, co nabywam. Natomiast celnik stał z daleka i nie śmiał nawet oczu wznieść ku niebu, lecz bił się w piersi i mówił: Boże, miej litość dla mnie, grzesznika. Powiadam wam: Ten odszedł do domu usprawiedliwiony, nie tamten. Każdy bowiem, kto się wywyższa, będzie poniżony, a kto się uniża, będzie wywyższony. (Łk 18,9-14) Ewangelia z XXX Niedzieli Zwykłej, Rok C Obraz faryzeuszy w ewangeliach maluje się dosyć wyraziście. Ludzie puści, niemiłosierni, zaślepieni fanatycy religijni, przekonani o własnej doskonałości, pyszałkowaci i przemądrzali hipokryci. W tym kluczu patrzymy na faryzeusza z dzisiejszej ewangelii i wyciągamy bardzo proste wnioski. Nie można się na modlitwie przechwalać, tylko pokutować, pokutować, pokutować. Nie każdy faryzeusz w Biblii jest zły, ale i nie każdy celnik jest dobry. Choć oczywiście Jezus częściej udziela reprymendy tym pierwszym, w myśl słów: „komu wiele dano, od tego wiele wymagać się będzie”. Choć i tak u Mateusza celnik jest synonimem poganina (Mt 18,17; por. Mt 21,21). Napomnienia kierowane przez Jana Chrzciciela do celników świadczą, że przekręty i oszustwa nie były wśród nich rzadkością. Jednocześnie znamy z imienia dwóch spośród grona faryzeuszy, Nikodema i Józefa z Arymatei, którzy przeczą stereotypowemu obrazowi. Mamy również uczonego w Piśmie, którego Jezus chwali za rozumne odpowiedzi.   Mamy w końcu jednego z dzisiejszych bohaterów, który może miał po prostu dobry dzień i chciał się tym z Bogiem podzielić? Podziękować. To chyba dobrze? Jednak z jakiegoś powodu Bogu nie spodobała się jego modlitwa. To pewnie z powodu pogardzania celnikiem – można zripostować. Jednak w tradycji hebrajskiej jest pewna modlitwa, w której bibliści doszukują się źródeł modlitwy faryzeusza. Widzimy więc, że jest to pewien zwrot stosowany w praktyce modlitewnej. „Dziękuję Ci, Panie, że dałeś mi miejsce między tymi, którzy zasiadają w domu Twej nauki, a nie wśród tych, którzy siedzą na rogach ulic. Wcześnie rano otwieram moje serce na słowa Twego Prawa, podczas gdy oni otwierają swe serca na sprawy próżne… Ja czynię pokutę i otrzymuję zapłatę, podczas gdy oni nie otrzymują żadnej  zapłaty” (Ber 28b) W tej ewangelii nie chodzi o potępienie jakiejś konkretnej grupy. Jezus powiedział „do niektórych”. Faryzeusz miał obowiązek modlitwy dwa razy w ciągu dnia, rano i po południu. Słowa...

Read More

Postawa modlitwy, czyli zwycięzca się poddaje – XXIX Niedziela Zwykła

Ojcowie pustyni, idąc na modlitwę, mówili: „idziemy walczyć”. Ale w gruncie rzeczy to niebezpieczna postawa.  Jezus odpowiedział swoim uczniom przypowieść o tym, że zawsze powinni modlić się i nie ustawać: W pewnym mieście żył sędzia, który Boga się nie bał i nie liczył się z ludźmi. W tym samym mieście żyła wdowa, która przychodziła do niego z prośbą: Obroń mnie przed moim przeciwnikiem. Przez pewien czas nie chciał; lecz potem rzekł do siebie: Chociaż Boga się nie boję ani z ludźmi się nie liczę, to jednak, ponieważ naprzykrza mi się ta wdowa, wezmę ją w obronę, żeby nie przychodziła bez końca i nie zadręczała mnie. I Pan dodał: Słuchajcie, co ten niesprawiedliwy sędzia mówi. A Bóg, czyż nie weźmie w obronę swoich wybranych, którzy dniem i nocą wołają do Niego, i czy będzie zwlekał w ich sprawie? Powiadam wam, że prędko weźmie ich w obronę. Czy jednak Syn Człowieczy znajdzie wiarę na ziemi, gdy przyjdzie? Łk 18, 1-8, XIX Niedziela Zwykła, Rok C             Podniesione ręce mają ciekawą symbolikę. Otóż z badań antropologów wynika, że niezależnie od kultury danego ludu podniesione ręce oznaczają zasadniczo to samo. Może to być postawa zwycięzcy, albo poddającego się. Ten sam gest jest obecny w chrześcijaństwie. Kapłan podczas modlitw mszalnych wznosi ręce. Coraz częściej czynią tak uczestnicy spotkań modlitewnych. Poddają się, czy zwyciężają? A może i jedno i drugie?             Ojcowie pustyni, idąc na modlitwę, mówili: „idziemy walczyć”. Jest to zmaganie, trud, który trzeba dźwigać. Jest to walka z samym sobą, własnymi ograniczeniami, słabością, roztargnieniem. Nawet bez konkretnych doświadczeń duchowych, wartością wytrwałej modlitwy jest opanowanie własnych pokus – ot choćby takiej, żeby położyć się spać kwadrans wcześniej, zamiast skończyć odmawiać różaniec.             Ale w gruncie rzeczy to niebezpieczna postawa. W pewnym momencie zaczyna w głowie kiełkować myśl: „Wszystko wymodlę”. Myśl ta wyrasta i nieświadomie przybiera formę: „wszystko wyczaruję”.             Jeśli modlitwa chrześcijańska ma mieć jakikolwiek sens, to musi brać się z modlitwy Chrystusa. Z tego, że to Chrystus modli się w nas i poprzez nas. Tylko modlitwa Chrystusa może odnieść skutek. Człowiek jest bowiem oddzielony od Boga poprzez grzech. Pośrednictwo Chrystusa jest niezbędne, żeby tę relację odnowić. A bez tej relacji nie może być mowy o modlitwie.             Bo to Chrystus "najskuteczniej" wyciągnął ręce na krzyżu. Poddał się – Ojcu – a jednocześnie zwyciężył grzech i Szatana. Dlatego ilekroć klękam, czynię znak krzyża, muszę sobie uświadomić swoje położenie. Położenie ubogiej wdowy. Kogoś, kto nie ma żądnych praw, żadnych przywilejów, żadnych możliwości. Kto może tylko żebrać o pomoc możniejszych. A następnie przypomnieć sobie, że jest ktoś taki, kto weźmie mnie w obronę niezależnie od czających się niebezpieczeństw.             Modlitwa to w istocie...

Read More

Ile nas kosztowały ŚDM? – Wciąż nie wiadomo…

Sprawa jest o tyle dziwna, że przecież pielgrzymi musieli kupić specjalne pakiety obejmujące m. in. zakwaterowanie. Spora część pielgrzymów została zakwaterowana u krakowskich rodzin – a więc kuria nie poniosła żadnych kosztów w związku z przygotowaniem dla nich noclegów – pozostali nocowali w szkołach, za co archidiecezja krakowska zapłacić nie chce. Rodzi się więc pytanie, za co tak naprawdę płacili pielgrzymi? Temat finansowania ŚDM jest kłopotliwy. W okresie przygotowań wydarzenia wzbudzał wiele wątpliwości. Teraz, gdy impreza jest podsumowywana i rozliczana, wątpliwości wciąż się pojawiają, lecz niewielu chce o nich mówić, a większość woli chyba o nich nie słyszeć. Kłopot pojawił się już w sierpniu. ZAiKS  od organizatorów ŚDM domagał się opłat za publiczne odtwarzanie spektakli i utworów muzycznych, jakie były wykonywane w trakcie imprezy. Rzecznik ZAiKS-u, Anna Biernacka, twierdziła wówczas, że umowy ze stroną kościelną były podpisane jeszcze przed rozpoczęciem Dni Młodych. Z kolei pełnomocnik organizatorów, mec. Krzysztof Mazur stwierdził, że ZAiKS nie był w stanie przygotować odpowiednich umów licencyjnych. Sprawa trafiła do ministerstwa kultury i temat ucichł. Fakty W piątek TVN w wieczornym wydaniu „Faktów” wyemitował materiał poruszający problem opłat za noclegi w szkołach. W krakowskich szkołach w trakcie ŚDM-u nocowało kilkanaście tysięcy pielgrzymów. Umowa archidiecezji z miastem zakładała, że do 15 grudnia miasto zapłaci za eksploatację 180 budynków 1,2 mln złotych. Rzecznik prezydenta Krakowa, Monika Chylaszek, twierdzi, że do pokrycia tych kosztów jest zobowiązana archidiecezja. Kuria zapłacić obiecuje, ale niekoniecznie ze swojego budżetu. Art. 39 specustawy przygotowującej ŚDM przewiduje możliwość dofinansowania zwiększonych kosztów funkcjonowania placówek oświaty ze środków rządowych. Konkretnie chodzi o środki rezerwy oświatowej subwencji ogólnej. O środki te mogą ubiegać się poszczególne samorządy w celu np. przeprowadzenia remontów czy finansowania zajęć dla niepełnosprawnych uczniów. Ks. Piotr Studnicki z biura prasowego krakowskiej kurii mówi, że archidiecezja jest gotowa zapłacić za użytkowanie szkół w trakcie ŚDM, ale skoro ma prawną możliwość rekompensaty tych środków, to próbuje z tej możliwości skorzystać. Tłumaczy również, że Światowe Dni Młodzieży były „lekcją kultury”, samo wydarzenie miało również na celu edukację, stąd część środków może pochodzić z wydatków na oświatę. Opinie Nie zgadza się z tym jednak Sławomir Broniarz ze Związku Nauczycielstwa Polskiego. Twierdzi, że pieniędzy w rezerwie oświatowej jest za mało, aby przeznaczać je na inne cele. Sprawa jest o tyle dziwna, że przecież pielgrzymi wykupywali specjalne pakiety, które obejmowały również zakwaterowanie. Nie wszystkie co prawda, lecz np. pakiet A3 różnił się od A4 tym, że zapewniał także i nocleg, był jednak droższy o 300 zł. Spora część pielgrzymów została zakwaterowana u krakowskich rodzin – a więc kuria nie poniosła żadnych kosztów w związku z przygotowaniem noclegów – pozostali nocowali w szkołach, za co archidiecezja krakowska również zapłacić nie chce. Rodzi się więc pytanie, za co tak naprawdę...

Read More
Taka robota, jaka wiara – rozważania liturgii słowa XXVII Niedziela Zwykła
Paź03

Taka robota, jaka wiara – rozważania liturgii słowa XXVII Niedziela Zwykła

Apostołowie prosili Pana o wiarę. A wiara jest łaską. Niby nic dziwnego, że o nią proszą. Jednak mówi Jezus: „gdybyście mieli…”. Wychodzi więc, że nie mają. Przynajmniej nie tyle, ile by chcieli. A chcieliby, to by się parę spraw załatwiło, życie poukładało, świat na lepsze zmieniło. No a bez tego, to Panie, bida – narzekamy jak prorok Habakuk. Bóg nie jest „dobrym kumplem”. Jezus nazywał swoich uczniów przyjaciółmi. Ale podkreślał jednocześnie, że jest ich Mistrzem i Nauczycielem. W ewangelicznych dialogach rzuca się w oczy to, że Jezus często do spotkanych ludzi zwraca się bardzo troskliwie, np. „synu”, czy „dziecko”. Jednak do Jezusa nikt, poza Dobrym Łotrem, nie mówi po imieniu, zawsze tytułując Go np.: „rabbi”, „nauczycielu” czy „panie”. Św. Augustyn powiedział o Jezusie: „Ty możesz mnie nazwać przyjacielem, ja wiem, że jestem Twym sługą”. Apostołowie zdaje się o tym zapomnieli. Dlatego Jezus na ich prośbę o wiarę odpowiada pouczeniem o roli sługi. Bo proszą nie z pobożności, nie z pragnienia głębszego poznania, nie z miłości, a z wygody. Żeby moja wiara za mnie wszystko zrobiła. Że skoro uwierzyłem to teraz Pan Bóg będzie wszystkie przeciwności na mojej drodze zamieniał w kwiatki. Bzdura i ułuda. Poszedłem za Jezusem. Stałem się Jego sługą. Więc mu służę – i to nie jest nic nadzwyczajnego. Taka jest moja rola. Nikt nie bije braw motorniczemu, gdy tramwaj zajeżdża na przystanek. Nikt też nie będzie bił braw chrześcijaninowi, gdy ten będzie żył zgodnie z nauką Chrystusa. Taka...

Read More
Dziecko nie musi być zdrowe
Wrz22

Dziecko nie musi być zdrowe

Znajoma jest w ciąży. Wszyscy gratulują. Dopytują szczęśliwą mamę o szczegóły: płeć, imię, kolor pokoju. A oprócz gratulacji, cięgle się przewija przewrotne życzenie: „byleby tylko dziecko było zdrowe…” A co jeśli nie? Co jeśli dziecko urodzi się chore? Zdaniem niektórych lepiej, żeby się nie urodziło, niżby miało całe (pewnie i tak krótkie) życie się męczyć. A więc aborcja. Sęk w tym, że można być zdrowym i pięknym, mieć nienajgorszego iPhona i przytulne mieszkanie, a mimo to skoczyć któregoś pięknego dnia pod pociąg. Tylko w Polsce rocznie ponad 2 tysiące ludzi popełnia samobójstwo. Różne historie, różne scenariusze, powód zasadniczo ten sam. „Nie mam po co żyć” – a właściwie „nie mam dla kogo”. Samotność. Dziecko nie musi być zdrowe. Dziecko nie musi leżeć na hajsie. Życie nie polega na byciu pięknym, zdrowym i bogatym. W życiu chodzi o to, żeby być szczęśliwym. Po prostu. Można być chorym i szczęśliwym jednocześnie. Można nie mieć kończyn i zdobyć Biegun Północny (Jasiek Mela). Można mieć zespół Downa i robić w chatce na Kaszubach takie sery, o jakich się francuskim serowarom nie śniło (Wspólnota Burego Misia). Można być chorym na raka i mieć koło siebie kochających ludzi. Dlatego to, że dziecko urodzi się chore, nie jest powodem do aborcji. Jeżeli perspektywa urodzenia niepełnosprawnego jest dla kogoś argumentem za zabiciem nienarodzonego dziecka, znaczy to tylko o braku dojrzałości do rodzicielstwa. Bo co, jak zdrowe i piękne dziecko, którego zdjęciami na facebooku zachwycali się wszyscy znajomi, któregoś pięknego dnia spadnie z drzewa i uszkodzi sobie kręgosłup, albo coś innego. Je też zabijesz, żeby się nie męczyło? Zainspirowane Czarnym...

Read More
Shamballa – różaniec szatana? Diabeł tkwi w szczegółach, nie w dewocjonaliach
Wrz13

Shamballa – różaniec szatana? Diabeł tkwi w szczegółach, nie w dewocjonaliach

Będąc na wakacjach, zdarzyło mi się odwiedzić zakrystię w rodzinnej parafii. Akurat przede mszą wśród ministrantów trwał spór, gdyż jeden z nich miał mieć na ręce… „szatanistyczny różaniec”. Od pewnego czasu pewien świecki rekolekcjonista przekonuje o „nowym zagrożeniu duchowym”, które podobno robi w kraju furorę. Chodzi o różańce wykonane za pomocą tzw. sploty shamballa. Nazwa ma pochodzić z buddyzmu, gdzie oznacza mityczną krainę szczęścia. Zdaniem owego rekolekcjonisty, różańce wykonane za pomocą splotu shamballa, otwierają noszącego na działanie demonów. Nawet poświęcony „różaniec shamballa” ma stanowić zagrożenie duchowe. Głos Kościoła Sprawę skomentował na stronie radia profeto, egzorcysta diecezji radomskiej, ks. Sławomir Pusa. Stwierdził on, że „znaki kultury pogańskiej, czy nawet znaki uważane za demoniczne przeniesione w dzisiejszą popkulturę nie szkodzą automatycznie”. Podkreślił również, że największym zagrożeniem duchowym jest brak osobistej i głębokiej więzi z Bogiem, czyli życie w grzechu. Dlatego ktoś, kto regularnie się modli i przystępuje do sakramentów nie powinien się obawiać elementów pogańskich, które napotyka w dzisiejszym świecie, gdyż chroni go łaska Chrystusa. Zaznaczył również, że różaniec wykonany splotem shamballa poświęcony przez kapłana jest "pełnoprawnym różańcem". Błogosławienie muchomorów Wspomniany rekolekcjonista, którego nazwisko pozwolę sobie przemilczeć, nie ustaje jednak krucjacie przeciwko demonicznym różańcom. Na tekst ks. Pusy odpowiedział, iż „władza stąpania po wężach i skorpionach nie oznacza wieszania ich na szyi czy na rękach, lecz stąpania i deptania po nich w Imię Jezusa! Władza ta nie oznacza, że „mam siłę i moc i mogę korzystać ze wszystkiego co jest zatrute, bo przecież Bóg da nam władzę i wszystko możemy”. Ci którzy tak mówią – jak tak wierzą w swoją wielką moc błogosławieństwa, to niech pobłogosławią muchomora i niech go zjedzą…” Nic nowego Okazuje się jednak, że ów demonizowany splot shamballa nie ma za wiele wspólnego z buddyzmem. Tzw. splot shamballa to w rzeczywistości znany w Europie od przełomu XIV i XV wieku splot makramowy, określany  jako „słupek podwójny płaski”. Ze słowem shamballa został powiązany w 1994 roku przez francuskiego jubilera, który wykorzystał ideologię zaczerpniętą z wschodnich duchowości jako chwyt marketingowy. Zanim jednak pod koniec XX wieku zaczęto produkować biżuterię z wykorzystaniem owego splotu, już od kilku wieków pleciono w ten sposób różańce. Nie pierwszy raz Warto zaznaczyć, że nie jest to pierwsza tego typu akcja. W roku 2009 na youtube.com pojawił się film ostrzegający przed szatańsko-masońskimi różańcami. Chodziło o dewocjonalia wykonane z białego plastiku, na których autor dopatrywał się symboliki satanistycznej i masońskiej. Jednym z dowodów były również prywatne objawienia pewnej kobiety z Irlandii. Poza ostrzeżeniem przed różańcami, kobieta ta miała również atakować autorytet ówczesnego papieża, Benedykta...

Read More