Gdy banał jest najlepszą opcją

Co to za wyzwanie na dziś – iść na mszę?


W zasadzie każdy z nas choć raz w tygodniu (a statystycznie dużo częściej, choć średnią zawyżają duchowni) jest na Mszy. Co więc trudnego może być w czynności, którą wykonuję z taką regularnością?

Odpowiem tak: w ramach postanowienia adwentowego wymyśliłem sobie być codziennie na Mszy. Plan wziął w łeb po dwóch dniach. I tak jest niestety zawsze. A to wyskoczy pilny telefon, co zajmie dwie godziny, to z kolei deficyty zdrowia unieruchomią w łóżku, albo po prostu pamięć postanowi spłatać figla i wyprzeć ze świadomości fakt, że trwa Adwent.

Jednocześnie, „pożytki” (bo „korzyści” jakoś tak średnio mi pasują w tym kontekście) z uczestnictwa w Eucharystii są tak ogromne, a przy tym oczywiste, że przekonywanie samego siebie, żeby jednak ruszyć cztery litery do najbliższego kościoła zakrawa trochę o banał.

O banał zakrawają niekiedy też życzenia, składane z opłatkiem w ręku. Ot, akurat z ciotką Janką miałem przez ostatni rok taki jakby niezbyt intensywny kontakt. Nie do końca wiadomo, czy zmieniła pracę, czy tylko lodówkę. Ciężko więc życzenia spersonalizować, żeby się nie wysypać z brakiem wiedzy na temat członków rodziny.

Nawet w takiej sytuacji banalne: „zdrowia, szczęścia, pomyślności” to dalej lepsza opcja, niż brak życzeń. Czy tylko mi się wydaje, że z uczestnictwem w Mszy jest podobnie?

Author: Wojciech Urban

Podziel się artykułem na

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *