Biskupi listy piszą…

Co jakiś czas, po Ewangelii, ksiądz powinien wyjść na ambonę lub w inne przeznaczone ku temu miejsce i wygłosić kazanie. Bardzo często zaczyna się ono od słów: „List Konferencji Episkopatu Polski…” Czy to jest dozwolone? Okazuje się, że nie.


Homilia – rzecz święta

Jak wygląda Msza święta każdy szanujący się katolik wie: po czytaniach powinna nastąpić homilia, czyli objaśnienie danego fragmentu Pisma. Ksiądz powinien wyjaśnić wiernym, jak Ewangelia, która usłyszeli ma się do ich życia. Odpowiednio przygotowana homilia zdziała większe cuda niż dziesięć katechez szkolnych. Dlaczego więc powszechną praktyką jest czytanie w tym czasie listów biskupów?

Przyczyn jest kilka. Jedna z nich to lenistwo niektórych księży, którzy wolą odczytać gotowy tekst niż napisać własny i go wygłosić. Innymi słowy, biskupi wyręczają wikarego w jego obowiązkach wobec parafian. Druga to powszechna praktyka wymuszania praktyki zastępowania homilii listem pasterskim przez proboszczów, dziekanów a nawet Kurię. Po prostu przełożeni chcą dotrzeć do ludzi. Oczywiście, można dokonać odczytu po Mszy lub przed nią, albo przy ogłoszeniach duszpasterskich. Ale wtedy ryzykujemy, że połowa ludzi zdąży wyjść z Kościoła spiesząc się na niedzielny obiad albo zakupy albo umyślnie przyjdzie później.

Czasem wydaje się, że list pasterski może w pewien sposób zastąpić homilię, jest to złamanie kilku przepisów liturgicznych – na przykład punktu 52. soborowej Konstytucji o Liturgii „Sacrosanctum Concilium”. Homilia powinna odnosić się do czytanej Ewangelii a nie tego, co w danym okresie niepokoi biskupów czy tego, na co chcieliby oni zwrócić uwagę. Ponadto mamy do czynienia ze swoistym wybiciem z rytmu, wypadem daleko poza tematykę danych wersetów. Po homilii następuje wyznanie wiary, które powinno być odpowiedzią na usłyszane słowo Boże. Jak się to ma do przygotowań do Światowych Dni Młodzieży czy niepokojących zachowań władzy?

Czasem się zdarzy list pasterski z okazji danej uroczystości, powiązany z dobraną specjalnie na ten dzień Ewangelią, ale to nie zmienia sytuacji. Nadal lepszym byłoby nawet średnie kazanie niż dobry list pasterski. Dlaczego?

Magistrowie piszą do laika

Biskupi zbierający się na Konferencjach Episkopatu posługują się specyficznym językiem, wynikającym po części z ich teologicznego wykształcenia, a po części z próby dotarcia do wszystkich. Rzadko który list wychodzi stylem poza ramy urzędowego dokumentu. Choć niejeden biskup potrafi wygłosić piorunujące kazanie, to jednak środki stosowane w homilii nie mogą mieć miejsca w piśmie oficjalnym. Brakuje też bliskości z czytelnikami. Przyjrzyjmy się samej archidiecezji katowickiej, w której skład wchodzą i wielkie ośrodki, jak i niewielkie wsie. Jak napisać list, który dotrze i do magistra farmacji z Chorzowa jak i do rolnika spod granicy polsko-czeskiej? Lepiej już jest z listami biskupimi, choć i te niekiedy potrafią uderzyć nieprzyjemnie drętwotą i oderwaniem od życia.

Ten siermiężny, toporny styl wpływa, że w czasie odczytu listu szybciej serca biją tylko tym, którzy liczyli na kazanie. Czasem wręcz zalewa potworna niechęć do księdza, który monotonnie i beznamiętnie odczytuje kolejne przemyślenia przegłosowane prawno-teologiczne. Reszta Kościoła zgromadzonego w kościele przysypia lub stara się przeczekać. Być może pomogłaby na to zmiana sposobu tworzenia takich epistoł. Paradoksem jest, że to właśnie na biskupach spoczywa obowiązek dbania o jakość kazań i homilii wygłaszanych przez diecezjalnych księży. Dlaczego więc właśnie ci biskupi uniemożliwiają to poprzez tworzenie listów, które powinny trafić do wszystkich, ale nie trafią do nikogo z powodu formy, treści i metody przekazu?

Co z tym fantem robić?

Wiele osób wskazuje na potrzebę zreformowania metod kontaktu biskupów z wiernymi. Musi się znaleźć lepszy sposób na dotarcie do ludzi, którzy w kościele zjawiają się na półtorej godziny, potem zaś nie biorą do ręki mediów katolickich. A i raczej wątpliwe, czy ktokolwiek z nich mając do wyboru trzy krwiste felietony i czytanie długiego, monotonnego przesłania zechce wybrać to drugie. Podobnie ma się rzecz z radiem i telewizją. Nie wiem też ile parafii stać na rozdawanie wydrukowanych ulotek z listem oraz ile z takich broszur wylądowałoby w najbliższym śmietniku.

Sprawa listów pasterskich wymaga odwagi nie tylko od biskupów, którzy je tworzą (by zmienili styl), ale też od prostych księży i wiernych, by pewne zmiany na sobie wzajemnie wymuszać. Księża muszą czasem postawić się zwierzchnikom, ale też sami wziąć się do roboty i przygotowywać dobre kazania.  Słuchacze zaś powinni wymagać, wymagać i jeszcze raz wymagać, by chociaż kapłan próbował list przetłumaczyć z biskupiego na nasze zamiast bezmyślnie go odczytać.

Niezależnie od obranej metody, przed nami długa droga. Ale być może doczekamy się kiedyś Listu pasterskiego na temat tego, że nie należy czytać listów pasterskich w ramach homilii. Ot, mieliby wierni ubaw w czasie odczytywania.

Author: Rafał Growiec

Podziel się artykułem na

1 Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *