O słoniu, który nadepnął na ucho… igielne

Co ma wspólnego bogactwo ze śpiewem? Wśród wielu minusów, jakie zauważamy u naszych znajomych, jest coś, co boli za każdym razem, gdy gromadzimy się na większych lub mniejszych uroczystościach. Nieważne, czy akurat mamy podczas apelu zaintonować hymn narodowy, czy tylko proste sto lat na imieninach babci, zawsze powstaje w towarzystwie lekka konsternacja – kto zacznie?


Problem można uznać za niebyły, jeśli jest wśród nas wujek-wodzirej (to taki typ człowieka, który na każdej imprezie – przede wszystkim na weselu! – wyczekuje chwili, gdy wreszcie ucichnie muzyka i będzie można przejąć inicjatywę i zacząć tradycyjne biesiadne przyśpiewki). Co jednak, jeśli nie ma wujka-wodzireja? Śpiew półszeptem z zimnym potem na skroni, stres lub grobowa cisza. No, albo ten niemiłosierny fałsz, bo przecież „śpiewać każdy może”.

A przecież „inni to tak ładnie potrafią, a w cerkwi to nawet na głosy umieją”, a u nas ciągle tylko łamiące się w pół taktu nuty starszych pań. A już nie daj Boże, żeby ktoś w zgromadzonym towarzystwie potrafił naprawdę dobrze śpiewać – wtedy musi być solistą, bo przy takim Jankielu nikt nie śmie nawet ust otworzyć, bo przecież „ja to nie mam słuchu”.

Jak to się dzieje, że nie śpiewamy? Czy naprawdę odważnymi wokalistami możemy być jedynie po dwóch głębszych lub podczas „Pieśni o małym rycerzu” w katowickim Spodku? To przecież niemożliwe, żeby istniał aż tak ogromny słoń, który nadepnąłby na uszy całemu narodowi!

Może gdyby edukacja muzyczna była u nas „bardziej muzyczna” i w szkole zamiast historii opery uczylibyśmy się podstaw emisji głosu… Może gdyby „sztuka” w  szkołach była czymś więcej, niż rzeźbieniem z masy solnej…

W przeszłości człowiek dobrze wykształcony, aspirując do elit, musiał, oprócz znajomości klasycznych przedmiotów, być obytym muzycznie, przynajmniej uczęszczać do opery, a najlepiej grać (choć trochę!) na wybranym instrumencie. A dziś? Słyszymy tylko narzekania, że kultura u nas umiera… No, ale po co ma żyć, dla kogo, skoro już coraz mniej ludzi się na niej zna? Po co żyć? – co za głupie pytanie…

W samym środku wakacyjnej sielanki wydarzyła się rzecz, która zszokowała polską opinię publiczną: jak grom z jasnego nieba spadła na społeczeństwo informacja, że bogactwo jednak nie zapewnia człowiekowi nieśmiertelności! Jedni przejęli się tym faktem bardziej, inni mniej, ale absolutnie każdy, kto poruszał temat śmierci Jana Kulczyka, określał go jednym mianem: miliarder, najbogatszy Polak. Z ogromnym zainteresowaniem śledziłem przekazy medialne dotyczące odejścia z tego świata człowieka dysponującego ogromnym majątkiem, którego bogactwo wspominano przy każdej okazji, właśnie po to, by zobaczyć w nich… człowieka (sic!).

Bardzo dotknęło mnie to, że dosłownie wszystkie wiadomości dotyczące faktu zgonu słynnego przedsiębiorcy zaczynały się od zdefiniowania go jako człowieka majętnego, biznesmena, bogacza, miliardera… W dalszej kolejności pojawiały się jego dokonania, kolosalne liczby, nazwy przedsiębiorstw, bogactwo a newsy kończyły się obowiązkowo podaniem do wiadomości, że „akcje spółek Jana Kulczyka notują spadek na giełdzie”.

Przypomniałem sobie biblijną przypowieść o uchu igielnym i nasunęła mi się myśl o tym, że owym uchem uniemożliwiającym mi wejście do Królestwa jest czasem patrzenie jedynie na stan czyjegoś konta przy jednoczesnym niedostrzeganiu zwyczajnego, z krwi i kości, człowieka.

W przeszłości miałem bardzo klarowny podział na dobro i zło. Wydawało mi się, że wszystko, co biedne, jest dobre, a co bogate – złe. Niestety, prawdziwe życie nie jest tak jednoznaczne i prędko zweryfikowało moje poglądy. Dlatego też, pomijając wszelkie wątpliwości co do osobowości, przebiegu kariery, konotacji polityczno-biznesowych ś.p. Jana Kulczyka, ze smutkiem patrzę na świat i zastanawiam się, czy nie jest tak, że to my bywamy dla człowieka uchem igielnym; że często ograniczamy lub uniemożliwiamy mu budowanie prawdziwych relacji tylko przez to, że oceniamy go powierzchownie, na podstawie jego pozycji społecznej…

Nie wiem, czy był dobrym czy złym człowiekiem. Wiem jednak, że gdy umiera zwyczajny, „nie-bogaty” człowiek, nikt nie pisze w nekrologu, że „zmarł Jan Kowalski, emeryt dostający miesięcznie 2200 brutto…”. A przecież być bogatym to żaden grzech.  Grzechem jest widzieć u człowieka jedynie jego bogactwo. No i nie śpiewać – to dopiero wykroczenie!

„Gdzie słyszysz śpiew, tam wejdź, tam dobre serce mają. Źli ludzie, wierzaj mi, ci nigdy nie śpiewają” – J.G. Seume

Mam nadzieję, że mimo złego słonia, który depcze nam po uszach, każdy z nas przeciśnie się przez swoje ucho igielne!

Author: Marcin Kożuszek

Podziel się artykułem na

Trackbacks/Pingbacks

  1. Mieć czy nie mieć? Oto jest pytanie // Refleksje posiadaniu pieniędzy | Może coś Więcej - […] Zobacz również: O słoniu, który nadepnął na ucho… igielne […]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *