Wojownik, sługa, kochanek
Mar03

Wojownik, sługa, kochanek

Antyk wymyślił centaura, średniowiecze uczyniło go panem Europy. Bo istota rycerstwa, podobnie do mitycznej kreatury, sprowadzała się do ścisłego związku człowieka z koniem. Nie tylko na polu bitwy, lecz również w przestrzeni myśli. Rycerze pojawili się tak naprawdę dopiero w połowie średniowiecza. Za początek tej epoki przyjmuje się najczęściej upadek Cesarstwa Zachodniorzymskiego w 476 roku. Z rycerstwem mamy z kolei do czynienia dopiero od IX wieku. Średniowieczno-europejscy rycerze przeszli olbrzymią rewolucją, od grupy społeczno-zawodowej do odrębnej klasy społecznej – szlachty. Rycerz i przodkowie Po upadku cywilizacji rzymskiej na terenie dzisiejszej Francji zaczęły powstawać państwa barbarzyńskie. Najsilniejszą pozycję zdobyło germańskie plemię Franków. Wśród wszystkich barbarzyńskich plemion każdy wolny człowiek był wojownikiem, toteż armie barbarzyńskie były dość liczne i zaprawione w bojach. W momencie jednak, gdy plemiona takie zaczęły się osiedlać, a większość ludności zajęła rolnictwem, przeciętny Frank nie miał gdzie uczyć się walki. Związanie z ziemią, która wymagała systematycznej pracy, uniemożliwiało podejmowanie dłuższych wypraw. Państwa barbarzyńskie weszły w fazę kryzysu militarnego. W tej sytuacji nie sprawdzał się również pobór powszechny, jaki przez wieki z powodzeniem stosowali Rzymianie. Rolnik wcielony do karnych legionów szybko uczył się rzemiosła żołnierskiego. Barbarzyńskie armie były dużo mniej zdyscyplinowane i gorzej zorganizowane, toteż żółtodziobów najczęściej wyrzynano przy pierwszej bitwie. Podstawą siły zbrojnej – a więc w praktyce głównej podpory władzy poszczególnych monarchów – musieli się stać zawodowi żołnierze. Jeszcze w czasach przed-osiedleńczych wśród barbarzyńców istniał zwyczaj gromadzenia się wojowników wokół szczególnie utalentowanego wodza. Tworzyli oni jego drużynę, przyboczną gwardię. Dodawali mu prestiżu, a w zamian czerpali z jego zdobyczy. Nieco podobna instytucja zaistniała w chylącym się ku upadkowi Imperium Rzymskim, gdzie co możniejsi posiadacze zaczęli utrzymywać prywatne armie. Po upadku Cesarstwa nastąpił kryzys instytucjonalnej władzy. Biedna część społeczeństwa zaczęła szukać ochrony, bogatsza z kolei potrzebowała argumentu wzmacniającego ich pozycję. Z tego powodu zaczęto nawiązywać pomiędzy poszczególnymi osobami umowy o charakterze opiekuńczo-poddańczym. Wasal oddawał się na służbę seniorowi, w zamian otrzymywał opiekę, wikt i dach nad głową. Zobowiązywał się do wypełniania określonych przysług wobec swego seniora. Początkowo dotyczyło to wszystkich warstw społecznych, np. biedny kowal komendował (czyli poddawał się, składał hołd) jakiemuś możnemu. Odtąd pracował na jego rzecz w zamian za ciepły kąt i strawę. Jednak najbardziej pożądani jako wasale byli zawodowi, ciężkozbrojni wojownicy. Rycerz i broń W armiach barbarzyńskich walczono czym popadnie. Jednak od wieków najbardziej prestiżowym orężem była włócznia i miecz. Nawet wśród wikingów, którzy w powszechnej wyobraźni pojawiają się z potężnymi toporami w ręku, bardziej ceniono właśnie oręż wcześniej wymieniony. Nie ma rycerza bez miecza. Ta bardzo uniwersalna broń, spotykana była u większości rozwiniętych cywilizacji. Pierwsze, wykonane z brązu miecze były długie i służyły tylko do pchnięć. Opanowanie obróbki żelaza pozwoliło skonstruować broń służącą...

Read More
Polska przedmurzem chrześcijańskiej Europy
Mar02

Polska przedmurzem chrześcijańskiej Europy

Prawdziwy rycerz powinien między innymi bronić słabszych oraz cywilizacji chrześcijańskiej. W Polsce te dwie kwestie przyjęły specyficzną formę, dzięki której nasze państwo nazywano w dawnych wiekach Antemurale christianitatis – Przedmurze chrześcijaństwa. O takim rozwoju wypadków zdecydowało przede wszystkim położenie geopolityczne Polski. Przez długie lata była ona najbardziej wysuniętym na wschód bastionem katolicyzmu w Europie. Dalej znajdowali się tylko prawosławni Rusini oraz poganie – Prusowie, Jaćwingowie, Litwini oraz Tatarzy. Już w korespondencji Władysława Łokietka i Kazimierza Wielkiego z papiestwem znajdujemy odniesienia do Polski jako państwa, które pierwsze jest narażone na ataki schizmatyków i pogan, i jak tarcza czy mur musi bronić resztę europejskiej wspólnoty chrześcijańskiej. Na przełomie XIV i XV wieku na kilka dekad zaprzestano używania tego rodzaju terminów – Polska i ochrzczona już Litwa walczyła wówczas z Zakonem Krzyżackim, który w zachodniej Europie lansował się jako jedyny obrońca chrześcijaństwa, przy okazji oczerniając swoich przeciwników. Upadek Konstantynopola w 1453 roku i ugruntowanie się pozycji sułtańskiej Turcji w Europie na trwałe przywróciło państwom Jagiellonów status obrońców chrześcijańskiej Europy. Za przedmurze wiary uważano również Koronę Świętego Stefana – Węgry. Na wojnie z sułtanem w 1444 roku zginął król Polski i Węgier Władysław, od miejsca śmieci zwany Warneńczykiem. W oczach ówczesnej Europy był on ideałem rycerza, walczącego w obronie wiary katolickiej i tradycji europejskiej z barbarzyńskimi poganami ze wschodu. Gdy Węgry padły pod naporem potężnych Turków w początku szesnastego wieku, na placu boju pozostały de facto tylko Polska wraz z Litwą, za niedługo złączone w Rzeczpospolitą, oraz państwo joannitów, Wenecja i państwa habsburskie z Austrią na czele. Humaniści, na przykład Włosi Filippo Buonacorsi, znawy Kallimachem lub Niccolo Machiavielli, Niemiec Sebastian Brandt czy sławny w całej Europie Erazm z Rotterdamu widzieli właśnie w Polsce mur, mający osłonić wspólnotę chrześcijańskich państw Starego Kontynentu  przed zagrożeniem pogaństwa i barbarzyństwa ze wschodu. Co ciekawe, taką rolę przypisywali państwu Jagiellonów nawet protestanci, na czele z Filipem Melanchtonem, jednym z najbliższych współpracowników Lutra. Jak widać, nie tylko katolicka Europa obawiała się potęgi Turcji… Wysoka Porta, jak często zwano państwo tureckie, była od XV do końca XVIII wieku prawdziwym postrachem Europy. Co prawda katolicy płakali nad losem zdobytego Konstantynopola, jednak los słabego w końcu średniowiecza Cesarstwa Wschodniorzymskiego, które odrzuciło wiarę katolicką, pozostawał dla niej obojętny. Państwa katolickie zaczęły się naprawdę niepokoić w drugiej połowie XV stulecia, kiedy Turcy oparli swoje granice na Dunaju i zaczęli zagrażać Węgrom. Było to wówczas państwo wielkie i potężne, rozciągające się od wybrzeża adriatyckich po Karpaty na terenie dzisiejszej Rumunii, oraz od Słowacji po wspomniany Dunaj i ziemie serbskie. Wielkie wrażenie w Europie oraz swoistą psychozę strachu wywołała klęska wojsk węgierskich pod Mochaczem w 1526 roku, gdzie zginął także król tego państwa, Ludwik Jagiellończyk. Zadawano...

Read More
Rycerze prosto z książki
Mar02

Rycerze prosto z książki

Wpływ, jaki wywarło rycerstwo na historię Europy, sprawił, że motyw rycerza stał się wdzięcznym tematem dla wszelkiej maści bardów, poetów i pisarzy. Rycerstwo jako warstwa społeczna zajmująca się głównie wojaczką znana jest w każdej cywilizacji. Władcy chcieli mieć przy sobie solidną armię, a przynajmniej dowódców zaprawionych w bojach i na tyle zaufanych, by nie obawiać się zdrady z ich strony. Oznaczało to, że elitą wojska winni być ludzie, którzy otrzymali jakąś łaskę od pana, na przykład ziemię, a wysoka pozycja społeczna pozwalała im zajmować się tylko i wyłącznie służbą i doskonaleniem swoich umiejętności. Choć nieraz przedstawia się młodego św. Marcina z Tours jako rycerza, to jednak był on zwykłym legionistą na żołdzie. Tak więc rycerstwo nie jest pomysłem rzymskim, a raczej barbarzyńskim. To władcy frankijscy wytworzyli system feudalny w jego podstawowych zarysach: chłop zajmujący się rolą, nad nim szlachcic-wojownik, nad nimi królowie, a nad tymi ewentualnie cesarz. Wciąż jednak byli to wojownicy dzicy, nieokrzesani, na wpół barbarzyńscy. Kościół starał się cywilizować tych prostaków, choćby nadając ich zajęciu jakiś wyższy cel niż tylko obronę stanu posiadania króla czy zdobycie łupów. Okazją ku temu były najazdy islamskie na ziemie Franków, z jakimi walczyli m.in. Karol Młot czy Karol Wielki. Zamiast zwykłego szlachcica z mieczem (choć zapewne częściej z toporem czy włócznią) i koniem mamy teraz obrońcę wiary przed poganami. Dołóżmy do tego kształtującą się kulturę dworską, która też wymaga wyższych standardów moralnych i co otrzymujemy? NARODZINY ETOSU Otrzymujemy Rolanda, krewnego Karola Wielkiego – rycerza walecznego, dumnego szlachcica, tłukącego Durendalem Saracenów (bo w Boga wierzy), wiernego przyjaciela i wasala. Według historyków nazywał się on pierwotnie Hrolandus i poległ w wąwozie Roncevaux z rąk baskijskich górali, a resztę dośpiewali wędrowni grajkowie, do treści wmieszał się też Kościół (miejsce śmierci Hrolandusa leży na szlaku pielgrzymkowym do Santiago de Compostella). „Pieśń o Rolandzie” jest obciążona swoją przynależnością gatunkową – to pieśń o bohaterskich czynach, więc muszą być wspaniali bohaterowie i muszą być czyny atrakcyjne dla odbiorcy, czyli krwawe. Tak więc oprócz wojsk francuskich, z których każdy wódz jest wspaniały i waleczny, mamy też czarne charaktery. Oprócz podłego zdrajcy Ganelona mamy Saracenów – ludzi raczej podłych, wrogów cesarza i papieża, ale też wspaniałych i walecznych wojowników, wszak tacy rycerze jak Roland nie mogą ginąć z rąk byle chłystka z zardzewiałą dzidą. Opisy walk zostawiają mieszane wrażenie. Okraszone wspaniałymi przemowami, pełne detali na temat tego, który par albo biskup przerąbał wroga na dwoje razem z koniem, każdą śmierć chrześcijanina „ozdabiają” płaczem towarzyszy, żegnających przyjaciela i towarzysza broni, czy natychmiastowym aktem zemsty. Z innych romantycznych przesłodzeń mamy Odę, narzeczoną Rolanda, która umiera, dowiedziawszy się o jego śmierci (co tylko dowodzi wpływu kultury dworskiej na „Pieśń…”). WYSADZAJĄC MIT Z...

Read More
O co chodzi z Walentynkami?
Lut13

O co chodzi z Walentynkami?

14 lutego obchodzimy Walentynki – święto zakochanych. Wystawy sklepowe mienią się czerwienią i różem, a mnóstwo produktów zaczyna przybierać formę serca – ozdobne kartki, czekoladki, lizaki, ciasta, poduszki itd. Czy Walentynki to zwykłe komercyjne święto, które ma nakłonić nas do opróżnienia portfeli? Czy może jego tradycja sięga głębiej? Historia Tradycja Walentynek sięga aż do starożytnego Rzymu, bowiem tam 15 lutego obchodzono Luperkalia – święto na cześć boga płodności Faunusa Lupercusa. Dzień przed Luperkaliami, czyli 14 lutego, odbywała się loteria – kobiety zapisywały swoje imiona na kartkach, które następnie losowali mężczyźni. Tak dobrane pary wspólnie obchodziły święto, a nawet tworzyły długotrwałe związki. Święty Walenty Walenty był duchownym, żyjącym w III wieku w Cesarstwie Rzymskim. Wtenczas panował tam Klaudiusz II Gocki, który z powodu braków w wojsku zakazał młodym mężczyznom wstępowania w związki małżeńskie. Uważał, że brak rodziny i zobowiązań skłoni ich do wstąpienia do wojska. Walenty potajemnie udzielał ślubów młodym parom, za co został wtrącony do więzienia. Nawiązał w nim relację z niewidomą córką strażnika, która – według legendy – dzięki miłości Walentego odzyskała wzrok. Cesarz, dowiedziawszy się o uczuciu kochanków, skazał kapłana na śmierć. Egzekucja odbyła się 14 lutego 269 roku. Walenty jest znany także jako biskup Terni, który jako pierwszy udzielił ślubu poganinowi i chrześcijance. Zginął w 273 roku z powodu nawracania pogan. Z braku dokładniejszych źródeł uważa się, że jest to ta sama postać. Walenty żyjący w V wieku znany jest zaś jako patron chorych na epilepsję. Obecnie jednak św. Walenty jest uznawany za patrona ludzi zakochanych. Święto Zaręczyn Każdego roku, w niedzielę wypadającą przed 14 lutego, w bazylice im. św. Walentego w Terni, celebrowane jest Święto Zaręczyn. Narzeczeni zarówno z kraju jak i ze świata, odwiedzają grób patrona zakochanych i przyrzekają sobie miłość i wierność. A co w Polsce? Niektóre miasta Polski potwierdzają posiadanie relikwii św. Walentego, w tym np. Chełmno, Kraków, czy Lublin. W wielu z nich organizowane są modlitwy na cześć patrona zakochanych, parady, marsze. Święto obchodzimy wręczając swoim partnerom walentynkowe kartki z wierszykami, słodycze, kwiaty, pluszaki, czy inne, bardziej osobiste...

Read More
Zagłada czyli Całopalenie?
Lut12

Zagłada czyli Całopalenie?

Nie ma zdarzeń w historii XX w. bardziej wstrząsających od zagłady Żydów. Nawet użycie przez wojsko stworzonej przez naukowców broni jądrowej nie budzi takiej grozy, jak postanowienie biologicznego zniszczenia całego narodu przez drugi naród. Mimo wieków uprzedzeń, sporów i nienawiści, Żydzi nigdy nie stanęli przed  perspektywą wymordowania wszystkich potomków Abrahama. Wielcy wrogowie Izraela chcieli przede wszystkim zniszczyć jego wiarę w Boga Jedynego, wciągnąć chętnych do swojego systemu państwowo-religijnego, niechętnych zaś wygnać czy w ostateczności wymordować. Zagrożenie wynikające z nienawiści gojów zawsze było obecne w mentalności judaizmu. Po dziś dzień w Święto Trąbek Żydzi świętują  udaremnienie spisku Hamana opisanego w Księdze Estery. OWOCE OŚWIECENIA Żydzi zawsze „byli w nienawiści” u ludow ościennych ze względu na dziwaczną wiarę i zwyczaj odgradzania się od innych ludów szeregiem przepisów Prawa. Rozpowiadano różne brednie na ich temat. Tacyt twierdził, że Hebrajczyków wygnano z Egiptu z powodu choroby skóry. Jednak represje z czasów wojen żydowskich opisanych przez Józefa Flawiusza nie przewidywały wymordowania narodu jako grupy biologicznej. Zniszczono najpierw Świątynię, potem Jeruzalem i zabroniono Żydom wstępu do niej. Nic więcej. W zależności od sympatii i opinii o randze urzędu zakazywano powoływania członków Narodu Wybranego na urzędy kurialne (w zależności od tego, czy urząd ten był obciążeniem finansowym dla urzędnika, czy też potencjalnym źródłem zysku).  Nawet ciemne średniowiecze nie przyniosło tyle prześladowań, co rozkwit nauk humanistycznych w wiekach nowożytnych. Piotr Czcigodny, opat z Canterbury chciał Żydów ochrzcić, albo wymordować. Luter w swym totalitaryzmie wysuwał podobne plany po poznaniu żydowskiej antyewangelii (pisałem o niej w recenzji dwutomowego dzieła prof. Iluka „Żydowska politeja i Kościół w Imperium Rzymskim u schyłku antyku". Co się więc zmieniło? Zmieniło się spojrzenie człowieka na państwo i na niego samego. Od czasów Oświecenia przestano myśleć o żydach (wiernych przestarzałej religii, zabójcach Chrystusa), a postawiono akcent na Żydów (naród nie mający swojej ziemi, ale jednak wpływowy pod względem finansowym”). Odrodzenie idei państwa narodowego, a więc jednolitego pod względem nie tylko ideowego, ale i biologicznego pogłębiło przepaść między Żydami i nieŻydami. Zaczęto pytać, jakim prawem trzymają oni handel, fabryki, a nawet tworzą żydomasonerię wpływającą potajemnie na rządy? Dlaczego Polak nie pracuje na zysk Polaka (a tym samym narodu polskiego), ale na zysk żydowski – związany z żydowskim interesem? W Polsce to, czego doświadczali np. Niemcy było tym mocniejsze, że nie było państwa polskiego, a różne nurty oskarżały Żydów o nienawiść do chrześcijan, Polaków w szczególności. I nie pomagał tu chrzest, wciąż zachowywana była podejrzliwość oparta na swoistej parodii antropologii, jaką znał i poważał wiek dziewiętnasty. Chór „przechrztów” z „Nie-boskiej komedii” nie wziął się znikąd! Jednocześnie do rangi niemalże boskiej urosło państwo. Skoro nie Kościół, to kto ma sprawować rządy dusz? Czyż nie wybrani przez króla/lud urzędnicy?...

Read More
Polacy nie lubią innych
Sty12

Polacy nie lubią innych

Gdy tylko zagłębimy się w naszą historię, nie dziwi, że Polacy czują niechęć do imigrantów. Od początku swojej historii musieliśmy walczyć z „innymi”, którzy otaczali nas prawie ze wszystkich stron. Pierwsze wojny Piastów? Z Niemcami, czyli tymi, którzy „nie mówią”, posługują się niezrozumiałym językiem, reprezentują inną kulturę, tradycje. Z Rusinami – niby również Słowianami, ale sojusznikami cesarza wschodniorzymskiego, ochrzczeni przez misjonarzy z Konstantynopola, dziś rzeklibyśmy – wyznającymi prawosławie. Z pogańskimi Pomorzanami, Prusami, Jaćwingami. Nawet Czechy zostały szybko zdominowane przez Niemców i rozpoczął się kilkusetletni proces ich germanizacji. Po drodze oczywiście kilka najazdów straszliwych Mongołów, ludzi wręcz z innego świata, i to pod każdym względem – wyglądu, obyczajów, języka, religii… Jedyną w miarę pokojową była relacja z Węgrami, co prawda odmiennymi kulturowo, jednak zamieszkującymi tereny z wielkimi, trudnymi do przebycia Karpatami, które same w sobie tworzyły poważne utrudnienie w potencjalnych wojnach. Inna sprawa, że mieliśmy tych samych przeciwników – Czechów, Niemców czy Rusinów, później Turków i Tatarów. A jak wiadomo, wspólny wróg potrafi zjednoczyć. Nawet Krzyżacy, a więc zakon katolicki, walczący z wrogami Polski i religii – pogańskimi Bałtami, stał się bardzo szybko przeciwnikiem naszych przodków. Polacy walczyli co prawda z Niemcami w czasach Mieszka, Chrobrego czy późniejszych Piastów, ale nasza niechęć do tego narodu to właśnie zasługa Zakonu Krzyżackiego. Znamienne, że Maria Konopnicka w „Rocie” pisała o „krzyżackiej zawierusze” zaraz obok zapewnienia, że „nie będzie Niemiec pluł nam w twarz”. Przeciwko nim sprzymierzyliśmy się nawet z pogańską Litwą, ale jej „inność” szybko zaczęła odchodzić w zapomnienie – elita państwa litewskiego bardzo szybko się spolonizowała. Krzyżaków co prawda pokonaliśmy, miał miejsce sławetny Hołd Pruski, jednak pokonany wielki mistrz Albrecht Hohenzollern zmienił jednak państwo zakonne, katolickie, podległe w pewien sposób papieżowi i cesarzowi, na świeckie, i do tego protestancki! A więc znów inność – do niemieckości doszła reformacja, zdrada wcześniejszych ideałów i suwerenów, wszak papież i cesarz byli oficjalnymi zwierzchnikami świata katolickiego. Kolejny raz okazało się, że Polacy mają obok siebie „innych”, obcych, i to jeszcze oportunistów. Pod koniec średniowiecza pojawiło się zagrożenie ze strony Tatarów i Turków, ludów azjatyckich, wyznających islam, niespotykanie wręcz agresywnych. Kopyta ich koni deptały kolejne ziemie, pod ciosami ich szabel padały kolejne państwa, ostatecznie zajęli prawie całe Bałkany, zdobywając Konstantynopol i ostatecznie niszcząc Cesarstwo Rzymskie, a także Serbię czy Węgry. Przez wiele lat uważano, że cała Europa jest zagrożona tą nową i niesłychanie agresywną wędrówką ludów. Najazdy nie oszczędziły i naszych ziem – czasem Tatarzy wpadali na ziemie Rzeczpospolitej kilka razy do roku. Wtedy właśnie ukuł się termin „przedmurza chrześcijaństwa”, którym mieli stać się Polacy i Litwini. Co prawda równie zagrożeni byli Niemcy, przede wszystkim cesarska Austria, ale kto w Polsce by to przyznał! Z kolei...

Read More
Czas wolny w czasach antycznych
Wrz13

Czas wolny w czasach antycznych

Choć dla niektórych to niewyobrażalne, dawno temu nie było internetu, nie było telewizji, a nawet nie było odtwarzaczy CD. Nie oznacza to jednak, że brakowało różnorakich rozrywek nie tylko dla ciała, ale i dla ducha. Jakich? Spójrzmy na to z perspektywy Antiochii. DLACZEGO ANTIOCHIA? Chodzi nam konkretnie o Antiochię Syryjską, zwaną też Antiochią nad Orontesem, Antiochią koło Dafne, a obecnie jest to Antakya w Turcji. Przede wszystkim, było to miasto bogate, gdzie dobrobyt skutkował licznymi okazjami do umilenia sobie czasu wolnego. Jako metropolia stanowiąca stolicę prowincji i często goszcząca cesarzy była wyposażona w liczne budynki przeznaczone do organizacji imprez kulturalnych i sportowych. Co więcej, miała własne igrzyska. Przede wszystkim patrzymy na Antiochię i jej rozrywki dzięki bogatej szkole mówców i pisarzy, których dzieła pozwalają nam zapoznać się nieco bliżej z tym, jak rozluźniali się nie tylko bogacze, ale także prości ludzie. Za najwybitniejszego z antiocheńskich oratorów uważany jest Jan Chryzostom, wybitny kaznodzieja i Ojciec Kościoła, znany z dość wyszukanych metod krytyki co mniej wyszukanych rozrywek. Ogromna spuścizna literacka Chryzostoma pozwala nam zapoznać się z tym, jak widział on teatr, wyścigi rydwanów, uczty czy muzykę co stanowiło rozrywki na czas wolny ówczesnych ludzi. Oczywiście, trudno wierzyć Janowi na słowo – był wszak kaznodzieją, a przemawiał pięknie i dosadnie, niekiedy wyolbrzymiając. Miał jednak swój cel, którym było zachęcenie chrześcijan, by spędzali czas wolny w sposób godny i pożyteczny, by nie byli zgorszeniem dla pogan. Co więcej, sposób ujęcia problemu rozrywki przez kapłana z IV wieku naszej ery pozwala nam wciąż aktualizować jego spostrzeżenia do naszych czasów! Myśleliście, że niemoralność, przemoc, kibolstwo i politykierstwo aktorów to wynalazek współczesności? Że dopiero od czasów MTV gwiazdy powodowały kompleksy mniej zgrabnych i gorzej ubranych fanek? Zobaczycie, że to bardzo błędny pogląd! KIBICE NIEMILE WIDZIANI Jak już było wspomniane, Antiochia organizowała własne igrzyska w pobliskiej miejscowości Dafne na czas wolny. Co więcej, w IV wieku były one ważniejsze niż ich odpowiednik w greckiej Olimpii. Problem stanowił pogański charakter święta, które starano się delikatnie uczynić tolerowalnym dla chrześcijan – na przykład nie dedykując ich Zeusowi, ale organizując je na cześć prac Herkulesa. Problem stanowiła też instytucja alutarchy, czyli przewodniczącego igrzysk – wszak jego obowiązki miały charakter kultyczny. Igrzyska nie miały też charakteru masowego. Gdy zarządca miasta, Prokulus chciał rozbudować plethrion tak, aby pomieścił większą widownię, zaprotestował przeciwko temu znany pogański mówca Libaniusz. Powód? Widownia przeszkadza uczestnikom i wpływa na sędziów. Kto chciał obejrzeć zawody powinien zachowywać się grzecznie, a sędziowie nie powinni się kierować tym, że fani jakiegoś dyskobola wykrzykują groźby karalne pod adresem arbitrów. Inną, bardziej powszechną rozrywką na czas wolny były wyścigi rydwanów. Antiocheński cyrk mógł pomieścić nawet osiemdziesiąt tysięcy widzów, którzy dopingowali swoje ulubione...

Read More

Ile waży wolność?

W Berlinie właśnie dobiegł końca największy zagraniczny festiwal polskiego kina ”filmPOLSKA”.  W ciągu kilkunastu dni zaprezentowano przegląd najlepszych produkcji z ostatniego roku, kilka obrazów z łódzkiej szkoły filmowej oraz starsze filmy w ramach retrospekcji. Do najważniejszych festiwalowych wydarzeń należała także projekcja nagrodzonego Srebrnym Niedźwiedziem dzieła Tomasza Wasilewskiego pt. „Zjednoczone stany miłości”. Polskie kino nie jest zbyt dobrze znane zagranicznym widzom z wielu powodów. Słaba promocja, brak zainteresowania, czy też hermetyczność i wymóg znajomości uwarunkowań kulturowych to tylko kilka z nich. Oczywiście można dorzucić do tego jeszcze parę teorii spiskowych i wyjaśnienie gotowe. Mimo to są miejsca, gdzie polska kinematografia z powodzeniem dociera, zyskując coraz większe grono sympatyków. Należy do nich z całą pewnością Berlin, gdzie od 11 lat odbywa się festiwal „filmPOLSKA”, prezentujący rokrocznie polski dorobek filmowy. Publiczność dopisuje nie tylko ze względu na  liczbę Polaków mieszkających w niemieckiej stolicy, ale również dzięki autentycznemu zainteresowaniu berlińczyków polską kulturą, a zwłaszcza kinem – ambitnym, oryginalnym i coraz częściej nagradzanym na międzynarodowych imprezach. Za bardzo dobry przykład może posłużyć film „Zjednoczone stany miłości” młodego polskiego reżysera Tomasza Wasilewskiego, nagrodzony w lutym Srebrnym Niedźwiedziem za scenariusz. Akcja filmu toczy się w małym mieście na początku 1990 roku. Przełomowe wydarzenia 1989 roku nadały wielkiej historii nowy bieg, a pomiędzy jej meandrami snują się życiorysy czterech kobiet, którym zmiana tyle samo dała, co zaszkodziła. Wszystkie je łączy przygnębiające szare blokowisko i klatka schodowa, gdzie co chwila przecinają się ich ścieżki. Nowy powiew wolności wydobywa z ukrycia wyparte niemal marzenia. Agata (Julia Kijowska) dusząc się w przeżywającym kryzys małżeństwie, zakochuje się młodym wikarym. Marzena (Marta Nieradkiewicz), borykająca się z osamotnieniem i tęsknotą za mężem pracującym w Niemczech Zachodnich,  ciągle ma nadzieję na karierę modelki. Mieszkająca obok nauczycielka Renata skrywa fascynację młodą, urodziwą sąsiadką, podczas gdy Iza, siostra Marzeny, wikła się w beznadziejny romans z ojcem swojej uczennicy. Każda z nich nosi w sobie jakieś wielkie pragnienie, którego jednak nie może lub nie ma odwagi spełnić. Wolność zawitała na osiedle jakby na pół gwizdka: w wypożyczalni kaset VHS jest co prawda więcej zachodnich filmów, jednak w głowach i domach bohaterów zmieniło się bardzo niewiele. Tomaszowi Wasilewskiemu udało się w pełni stworzyć film przenoszący widza w realia początku lat 90. Dzięki odpowiednim filtrom obraz jest jakby prześwietlony, niczym oryginalne nagrania z tamtych czasów. Małe nasycenie kolorów podkreśla szarość bloków z wielkiej płyty oraz szarość rzeczywistości, w jakiej przyszło żyć bohaterom. Kamera „biegnie” często razem z postacią, pokazuje świat z jej perspektywy, co daje efekt niebywałego spoufalenia z widzem. Reżyser, podobnie jak Krzysztof Kieślowski, kreśli bardzo intymne portrety swoich bohaterów. Jest z nimi przy niedzielnym obiedzie z kotletem, w ich sypialniach, a także wtedy, gdy oddają się swoim...

Read More
Konstytucja? Nie mamy powodów do dumy…
Maj03

Konstytucja? Nie mamy powodów do dumy…

Jeśli porównać sposób, w jaki uchwalono konstytucję 3 maja z obecną formą reformy państwa, wyjdzie na to, że świętujemy dziś jeden z największych przekrętów w historii polskiej państwowości. Obrady nad tekstem zaplanowane były na 5 maja. Zwolennicy reformy przyśpieszyli je jednak, aby osłabić opozycję – większość z posłów rozjechała się do domów na święta wielkanocne. Projekt konstytucji przedstawiono w nocy z 2 na 3 maja w Pałacu Radziwiłowskim. Następnie posłowie w tajemnicy przenieśli się do Zamku Królewskiego na obrady i głosowanie. Miejsce to „zabezpieczała” Gwardia Królewska i wojsko pod dowództwem księcia Józefa Poniatowskiego. Projekt zbulwersował opozycję. Poseł z Kalisza, Jan Suchorzewski, miał wyciągnąć na środek sali swego kilkuletniego syna, grożąc, iż zabije go, jeśli konstytucja zostanie uchwalona, aby dziecko nie dożyło niewoli, jaka miała spaść w konsekwencji na kraj (cóż, niewola faktycznie przyszła…) Co prawda w szlachetnym celu, ale jednak był to zamach stanu. Złamano dotychczasowe prawa – niepisane, które regulowało porządek obrad, np. kworum, (którego nie było podczas uchwalania trzeciomajowej konstytucji), jak również i pisane – artykuł o sukcesji tronu był sprzeczny z tzw. pacta conventa, czyli obietnicami składanymi przez każdego króla przed koronacją, ich złamanie odbierało władcy prawo do tronu. Jeśli więc świętujemy dziś rocznicę tego przekrętu, potocznie zwanego uchwaleniem Konstytucji 3 maja, to dobrze by było zmodyfikować optykę patrzenia na bieżącą politykę krajową. Nawiasem mówiąc, trochę nie rozumiem przeświadczenia o „świętości”, czy „nienaruszalności” konstytucji. Sami je pisaliśmy i sami (w większości) uchwalali – choć z marnym skutkiem. Marcowa z 1921, była pisana przeciwko Piłsudskiemu. Wszyscy wiedzieli, że w wyborach prezydenckich wygra Marszałek, więc sejm wywindował pozycję premiera. W efekcie Piłsudski nie miał ochoty bawić się w „strażnika żyrandola”, na prezydenta desygnował kogo innego, a sam usunął się na bok polityki, by za kilka lat (1926 roku), ponownie przejąć władzę w wyniku zamachu stanu (w trakcie którego zginęło prawie czterysta osób!) Z kolei obecnie obowiązując była pisana w podobnym kluczu, tyle że przeciwko Lechowi Wałęsie, który wówczas się pożarł z resztą opozycyjnej elity (tzw. „wojna na górze”). Dlatego uchwalona w 1992 roku „Mała Konstytucja”, regulująca uprawnienia najważniejszych organów władzy, pozbawiona jest logiki, co od jakiegoś czasu dobitnie udowadnia blog: logikczytakonstytucjerp. Dlaczego w ’97 nie naprawiono tego błędu? Cytując klasyka: „Nie wiem, ale się domyślam”. Także może zanim zaczniemy być dumni z własnej historii, może najpierw wyciągniemy z niej wnioski? Czyli np. napiszemy nową, porządną ustawę zasadniczą… Czego i sobie, i Państwu, w to święto...

Read More
Arcydzieło, którego nikt nie chciał
Mar10

Arcydzieło, którego nikt nie chciał

11 marca to bez wątpienia wielka data w historii muzyki. W tym właśnie dniu, w roku 1829 młodziutki Feliks Mendelssohn przedstawił berlińskiej publiczności fragmenty „Pasji według św. Mateusza” Jana Sebastiana Bacha, powstałej sto lat wcześniej. Dzięki temu wydarzeniu, kilka dekad po śmierci kantora lipskiego świat docenił wreszcie jego ogromny talent. W 1729 roku Bach był już w pełni rozwiniętym artystą i ustatkowanym człowiekiem. Od sześciu lat pełnił rolę kantora jednego z dwóch głównych kościołów Lipska, pod wezwaniem św. Tomasza. De facto odpowiadał za całokształt miejskiej muzyki, także kościelnej, oraz muzyczne kształcenie młodzieży. Co prawda była to posada dosyć prestiżowa i zapewniała stały zarobek, niestety twórca z trudem utrzymywał żonę oraz sporą gromadę dzieci (z dwóch małżeństw doczekał się ich łącznie dwadzieściorga). Do tego musiał znosić humory władz miejskich, które często nie dostrzegała jego talentu i przy byle okazji wskazywały mu miejsce w szeregu, wypominając brak wykształcenia uniwersyteckiego. Jan Sebastian znosił wszystko cierpliwie, cieszył się bowiem sporym poważaniem mieszkańców Lipska oraz względną swobodą twórczą. Wcześniej bowiem był nadwornym kompozytorem książąt niemieckich, którzy co prawda płacili bardzo dobrze, ale traktowali kompozytora jako jednego ze służących i wymagali, by tworzył przede wszystkim to, czego oni sobie życzą. Życie oficjalnego kompozytora jednego z większych i bogatszych miast Rzeszy nie było więc kolorowe, ale pozwalało na coś, co stanowiło największą radość Bacha – tworzenie muzyki na chwałę Bożą. Soli deo gloria – te słowa widnieją na części jego rękopisów. Jednym z nich jest właśnie pasja, napisana do słów Ewangelii według św. Mateusza. Pasja ta była nie była przez nikogo zamówiona. Bach, prywatnie głęboko wierzący luteranin ze skłonnością do mistycyzmu, skorzystał z faktu, iż w czasie Wielkiego Postu, poza świętem Zwiastowania oraz Wielkim Piątkiem istniał w zborach zakaz wykonywania muzyki religijnej, miał więc dosyć sporo czasu na przygotowanie premierowego wykonania. Dla swojego utworu wybrał formę oratorium pasyjnego, bardzo podobnego do opery – różnił je jedynie brak akcji scenicznej w tym pierwszym. Przedsięwzięcie było bardzo ambitne, uderzające bogactwem tak słów libretta, jak i form muzycznych. Do dziś historycy muzyki spierają się, czy w dniu premiery wystarczył jeden chór i jedna orkiestra, czy potrzeba było aż dwóch, by odpowiednio przedstawić zamysł twórcy. Z tekstu oraz muzyki tchnie zarazem prostota i głębia, ogromny patos oraz przejmujący dramatyzm, dzięki którym słuchacz może doskonale wczuć się w tragiczny nastrój wielkich wydarzeń, opisywanych przez św. Mateusza. Tekst podzielony jest na trzy części: Ostatnią Wieczerzę oraz poprzedzające ją wydarzenia, modlitwę w Ogrójcu, oraz pojmanie, mękę i śmierć Jezusa wraz ze złożeniem do grobu. W zachowanej do dziś partyturze „Pasji…” widzimy fragmenty tekstu, pisane na przemian atramentem czarnym i czerwonym. Czerwonym artysta kreślił słowa świętego z 26 i 27 rozdziału jego Ewangelii, zaś...

Read More