O co chodzi z Walentynkami?
Lut13

O co chodzi z Walentynkami?

14 lutego obchodzimy Walentynki – święto zakochanych. Wystawy sklepowe mienią się czerwienią i różem, a mnóstwo produktów zaczyna przybierać formę serca – ozdobne kartki, czekoladki, lizaki, ciasta, poduszki itd. Czy Walentynki to zwykłe komercyjne święto, które ma nakłonić nas do opróżnienia portfeli? Czy może jego tradycja sięga głębiej? Historia Tradycja Walentynek sięga aż do starożytnego Rzymu, bowiem tam 15 lutego obchodzono Luperkalia – święto na cześć boga płodności Faunusa Lupercusa. Dzień przed Luperkaliami, czyli 14 lutego, odbywała się loteria – kobiety zapisywały swoje imiona na kartkach, które następnie losowali mężczyźni. Tak dobrane pary wspólnie obchodziły święto, a nawet tworzyły długotrwałe związki. Święty Walenty Walenty był duchownym, żyjącym w III wieku w Cesarstwie Rzymskim. Wtenczas panował tam Klaudiusz II Gocki, który z powodu braków w wojsku zakazał młodym mężczyznom wstępowania w związki małżeńskie. Uważał, że brak rodziny i zobowiązań skłoni ich do wstąpienia do wojska. Walenty potajemnie udzielał ślubów młodym parom, za co został wtrącony do więzienia. Nawiązał w nim relację z niewidomą córką strażnika, która – według legendy – dzięki miłości Walentego odzyskała wzrok. Cesarz, dowiedziawszy się o uczuciu kochanków, skazał kapłana na śmierć. Egzekucja odbyła się 14 lutego 269 roku. Walenty jest znany także jako biskup Terni, który jako pierwszy udzielił ślubu poganinowi i chrześcijance. Zginął w 273 roku z powodu nawracania pogan. Z braku dokładniejszych źródeł uważa się, że jest to ta sama postać. Walenty żyjący w V wieku znany jest zaś jako patron chorych na epilepsję. Obecnie jednak św. Walenty jest uznawany za patrona ludzi zakochanych. Święto Zaręczyn Każdego roku, w niedzielę wypadającą przed 14 lutego, w bazylice im. św. Walentego w Terni, celebrowane jest Święto Zaręczyn. Narzeczeni zarówno z kraju jak i ze świata, odwiedzają grób patrona zakochanych i przyrzekają sobie miłość i wierność. A co w Polsce? Niektóre miasta Polski potwierdzają posiadanie relikwii św. Walentego, w tym np. Chełmno, Kraków, czy Lublin. W wielu z nich organizowane są modlitwy na cześć patrona zakochanych, parady, marsze. Święto obchodzimy wręczając swoim partnerom walentynkowe kartki z wierszykami, słodycze, kwiaty, pluszaki, czy inne, bardziej osobiste...

Read More
Zagłada czyli Całopalenie?
Lut12

Zagłada czyli Całopalenie?

Nie ma zdarzeń w historii XX w. bardziej wstrząsających od zagłady Żydów. Nawet użycie przez wojsko stworzonej przez naukowców broni jądrowej nie budzi takiej grozy, jak postanowienie biologicznego zniszczenia całego narodu przez drugi naród. Mimo wieków uprzedzeń, sporów i nienawiści, Żydzi nigdy nie stanęli przed  perspektywą wymordowania wszystkich potomków Abrahama. Wielcy wrogowie Izraela chcieli przede wszystkim zniszczyć jego wiarę w Boga Jedynego, wciągnąć chętnych do swojego systemu państwowo-religijnego, niechętnych zaś wygnać czy w ostateczności wymordować. Zagrożenie wynikające z nienawiści gojów zawsze było obecne w mentalności judaizmu. Po dziś dzień w Święto Trąbek Żydzi świętują  udaremnienie spisku Hamana opisanego w Księdze Estery. OWOCE OŚWIECENIA Żydzi zawsze „byli w nienawiści” u ludow ościennych ze względu na dziwaczną wiarę i zwyczaj odgradzania się od innych ludów szeregiem przepisów Prawa. Rozpowiadano różne brednie na ich temat. Tacyt twierdził, że Hebrajczyków wygnano z Egiptu z powodu choroby skóry. Jednak represje z czasów wojen żydowskich opisanych przez Józefa Flawiusza nie przewidywały wymordowania narodu jako grupy biologicznej. Zniszczono najpierw Świątynię, potem Jeruzalem i zabroniono Żydom wstępu do niej. Nic więcej. W zależności od sympatii i opinii o randze urzędu zakazywano powoływania członków Narodu Wybranego na urzędy kurialne (w zależności od tego, czy urząd ten był obciążeniem finansowym dla urzędnika, czy też potencjalnym źródłem zysku).  Nawet ciemne średniowiecze nie przyniosło tyle prześladowań, co rozkwit nauk humanistycznych w wiekach nowożytnych. Piotr Czcigodny, opat z Canterbury chciał Żydów ochrzcić, albo wymordować. Luter w swym totalitaryzmie wysuwał podobne plany po poznaniu żydowskiej antyewangelii (pisałem o niej w recenzji dwutomowego dzieła prof. Iluka „Żydowska politeja i Kościół w Imperium Rzymskim u schyłku antyku". Co się więc zmieniło? Zmieniło się spojrzenie człowieka na państwo i na niego samego. Od czasów Oświecenia przestano myśleć o żydach (wiernych przestarzałej religii, zabójcach Chrystusa), a postawiono akcent na Żydów (naród nie mający swojej ziemi, ale jednak wpływowy pod względem finansowym”). Odrodzenie idei państwa narodowego, a więc jednolitego pod względem nie tylko ideowego, ale i biologicznego pogłębiło przepaść między Żydami i nieŻydami. Zaczęto pytać, jakim prawem trzymają oni handel, fabryki, a nawet tworzą żydomasonerię wpływającą potajemnie na rządy? Dlaczego Polak nie pracuje na zysk Polaka (a tym samym narodu polskiego), ale na zysk żydowski – związany z żydowskim interesem? W Polsce to, czego doświadczali np. Niemcy było tym mocniejsze, że nie było państwa polskiego, a różne nurty oskarżały Żydów o nienawiść do chrześcijan, Polaków w szczególności. I nie pomagał tu chrzest, wciąż zachowywana była podejrzliwość oparta na swoistej parodii antropologii, jaką znał i poważał wiek dziewiętnasty. Chór „przechrztów” z „Nie-boskiej komedii” nie wziął się znikąd! Jednocześnie do rangi niemalże boskiej urosło państwo. Skoro nie Kościół, to kto ma sprawować rządy dusz? Czyż nie wybrani przez króla/lud urzędnicy?...

Read More
Polacy nie lubią innych
Sty12

Polacy nie lubią innych

Gdy tylko zagłębimy się w naszą historię, nie dziwi, że Polacy czują niechęć do imigrantów. Od początku swojej historii musieliśmy walczyć z „innymi”, którzy otaczali nas prawie ze wszystkich stron. Pierwsze wojny Piastów? Z Niemcami, czyli tymi, którzy „nie mówią”, posługują się niezrozumiałym językiem, reprezentują inną kulturę, tradycje. Z Rusinami – niby również Słowianami, ale sojusznikami cesarza wschodniorzymskiego, ochrzczeni przez misjonarzy z Konstantynopola, dziś rzeklibyśmy – wyznającymi prawosławie. Z pogańskimi Pomorzanami, Prusami, Jaćwingami. Nawet Czechy zostały szybko zdominowane przez Niemców i rozpoczął się kilkusetletni proces ich germanizacji. Po drodze oczywiście kilka najazdów straszliwych Mongołów, ludzi wręcz z innego świata, i to pod każdym względem – wyglądu, obyczajów, języka, religii… Jedyną w miarę pokojową była relacja z Węgrami, co prawda odmiennymi kulturowo, jednak zamieszkującymi tereny z wielkimi, trudnymi do przebycia Karpatami, które same w sobie tworzyły poważne utrudnienie w potencjalnych wojnach. Inna sprawa, że mieliśmy tych samych przeciwników – Czechów, Niemców czy Rusinów, później Turków i Tatarów. A jak wiadomo, wspólny wróg potrafi zjednoczyć. Nawet Krzyżacy, a więc zakon katolicki, walczący z wrogami Polski i religii – pogańskimi Bałtami, stał się bardzo szybko przeciwnikiem naszych przodków. Polacy walczyli co prawda z Niemcami w czasach Mieszka, Chrobrego czy późniejszych Piastów, ale nasza niechęć do tego narodu to właśnie zasługa Zakonu Krzyżackiego. Znamienne, że Maria Konopnicka w „Rocie” pisała o „krzyżackiej zawierusze” zaraz obok zapewnienia, że „nie będzie Niemiec pluł nam w twarz”. Przeciwko nim sprzymierzyliśmy się nawet z pogańską Litwą, ale jej „inność” szybko zaczęła odchodzić w zapomnienie – elita państwa litewskiego bardzo szybko się spolonizowała. Krzyżaków co prawda pokonaliśmy, miał miejsce sławetny Hołd Pruski, jednak pokonany wielki mistrz Albrecht Hohenzollern zmienił jednak państwo zakonne, katolickie, podległe w pewien sposób papieżowi i cesarzowi, na świeckie, i do tego protestancki! A więc znów inność – do niemieckości doszła reformacja, zdrada wcześniejszych ideałów i suwerenów, wszak papież i cesarz byli oficjalnymi zwierzchnikami świata katolickiego. Kolejny raz okazało się, że Polacy mają obok siebie „innych”, obcych, i to jeszcze oportunistów. Pod koniec średniowiecza pojawiło się zagrożenie ze strony Tatarów i Turków, ludów azjatyckich, wyznających islam, niespotykanie wręcz agresywnych. Kopyta ich koni deptały kolejne ziemie, pod ciosami ich szabel padały kolejne państwa, ostatecznie zajęli prawie całe Bałkany, zdobywając Konstantynopol i ostatecznie niszcząc Cesarstwo Rzymskie, a także Serbię czy Węgry. Przez wiele lat uważano, że cała Europa jest zagrożona tą nową i niesłychanie agresywną wędrówką ludów. Najazdy nie oszczędziły i naszych ziem – czasem Tatarzy wpadali na ziemie Rzeczpospolitej kilka razy do roku. Wtedy właśnie ukuł się termin „przedmurza chrześcijaństwa”, którym mieli stać się Polacy i Litwini. Co prawda równie zagrożeni byli Niemcy, przede wszystkim cesarska Austria, ale kto w Polsce by to przyznał! Z kolei...

Read More
Czas wolny w czasach antycznych
Wrz13

Czas wolny w czasach antycznych

Choć dla niektórych to niewyobrażalne, dawno temu nie było internetu, nie było telewizji, a nawet nie było odtwarzaczy CD. Nie oznacza to jednak, że brakowało różnorakich rozrywek nie tylko dla ciała, ale i dla ducha. Jakich? Spójrzmy na to z perspektywy Antiochii. DLACZEGO ANTIOCHIA? Chodzi nam konkretnie o Antiochię Syryjską, zwaną też Antiochią nad Orontesem, Antiochią koło Dafne, a obecnie jest to Antakya w Turcji. Przede wszystkim, było to miasto bogate, gdzie dobrobyt skutkował licznymi okazjami do umilenia sobie czasu wolnego. Jako metropolia stanowiąca stolicę prowincji i często goszcząca cesarzy była wyposażona w liczne budynki przeznaczone do organizacji imprez kulturalnych i sportowych. Co więcej, miała własne igrzyska. Przede wszystkim patrzymy na Antiochię i jej rozrywki dzięki bogatej szkole mówców i pisarzy, których dzieła pozwalają nam zapoznać się nieco bliżej z tym, jak rozluźniali się nie tylko bogacze, ale także prości ludzie. Za najwybitniejszego z antiocheńskich oratorów uważany jest Jan Chryzostom, wybitny kaznodzieja i Ojciec Kościoła, znany z dość wyszukanych metod krytyki co mniej wyszukanych rozrywek. Ogromna spuścizna literacka Chryzostoma pozwala nam zapoznać się z tym, jak widział on teatr, wyścigi rydwanów, uczty czy muzykę co stanowiło rozrywki na czas wolny ówczesnych ludzi. Oczywiście, trudno wierzyć Janowi na słowo – był wszak kaznodzieją, a przemawiał pięknie i dosadnie, niekiedy wyolbrzymiając. Miał jednak swój cel, którym było zachęcenie chrześcijan, by spędzali czas wolny w sposób godny i pożyteczny, by nie byli zgorszeniem dla pogan. Co więcej, sposób ujęcia problemu rozrywki przez kapłana z IV wieku naszej ery pozwala nam wciąż aktualizować jego spostrzeżenia do naszych czasów! Myśleliście, że niemoralność, przemoc, kibolstwo i politykierstwo aktorów to wynalazek współczesności? Że dopiero od czasów MTV gwiazdy powodowały kompleksy mniej zgrabnych i gorzej ubranych fanek? Zobaczycie, że to bardzo błędny pogląd! KIBICE NIEMILE WIDZIANI Jak już było wspomniane, Antiochia organizowała własne igrzyska w pobliskiej miejscowości Dafne na czas wolny. Co więcej, w IV wieku były one ważniejsze niż ich odpowiednik w greckiej Olimpii. Problem stanowił pogański charakter święta, które starano się delikatnie uczynić tolerowalnym dla chrześcijan – na przykład nie dedykując ich Zeusowi, ale organizując je na cześć prac Herkulesa. Problem stanowiła też instytucja alutarchy, czyli przewodniczącego igrzysk – wszak jego obowiązki miały charakter kultyczny. Igrzyska nie miały też charakteru masowego. Gdy zarządca miasta, Prokulus chciał rozbudować plethrion tak, aby pomieścił większą widownię, zaprotestował przeciwko temu znany pogański mówca Libaniusz. Powód? Widownia przeszkadza uczestnikom i wpływa na sędziów. Kto chciał obejrzeć zawody powinien zachowywać się grzecznie, a sędziowie nie powinni się kierować tym, że fani jakiegoś dyskobola wykrzykują groźby karalne pod adresem arbitrów. Inną, bardziej powszechną rozrywką na czas wolny były wyścigi rydwanów. Antiocheński cyrk mógł pomieścić nawet osiemdziesiąt tysięcy widzów, którzy dopingowali swoje ulubione...

Read More

Ile waży wolność?

W Berlinie właśnie dobiegł końca największy zagraniczny festiwal polskiego kina ”filmPOLSKA”.  W ciągu kilkunastu dni zaprezentowano przegląd najlepszych produkcji z ostatniego roku, kilka obrazów z łódzkiej szkoły filmowej oraz starsze filmy w ramach retrospekcji. Do najważniejszych festiwalowych wydarzeń należała także projekcja nagrodzonego Srebrnym Niedźwiedziem dzieła Tomasza Wasilewskiego pt. „Zjednoczone stany miłości”. Polskie kino nie jest zbyt dobrze znane zagranicznym widzom z wielu powodów. Słaba promocja, brak zainteresowania, czy też hermetyczność i wymóg znajomości uwarunkowań kulturowych to tylko kilka z nich. Oczywiście można dorzucić do tego jeszcze parę teorii spiskowych i wyjaśnienie gotowe. Mimo to są miejsca, gdzie polska kinematografia z powodzeniem dociera, zyskując coraz większe grono sympatyków. Należy do nich z całą pewnością Berlin, gdzie od 11 lat odbywa się festiwal „filmPOLSKA”, prezentujący rokrocznie polski dorobek filmowy. Publiczność dopisuje nie tylko ze względu na  liczbę Polaków mieszkających w niemieckiej stolicy, ale również dzięki autentycznemu zainteresowaniu berlińczyków polską kulturą, a zwłaszcza kinem – ambitnym, oryginalnym i coraz częściej nagradzanym na międzynarodowych imprezach. Za bardzo dobry przykład może posłużyć film „Zjednoczone stany miłości” młodego polskiego reżysera Tomasza Wasilewskiego, nagrodzony w lutym Srebrnym Niedźwiedziem za scenariusz. Akcja filmu toczy się w małym mieście na początku 1990 roku. Przełomowe wydarzenia 1989 roku nadały wielkiej historii nowy bieg, a pomiędzy jej meandrami snują się życiorysy czterech kobiet, którym zmiana tyle samo dała, co zaszkodziła. Wszystkie je łączy przygnębiające szare blokowisko i klatka schodowa, gdzie co chwila przecinają się ich ścieżki. Nowy powiew wolności wydobywa z ukrycia wyparte niemal marzenia. Agata (Julia Kijowska) dusząc się w przeżywającym kryzys małżeństwie, zakochuje się młodym wikarym. Marzena (Marta Nieradkiewicz), borykająca się z osamotnieniem i tęsknotą za mężem pracującym w Niemczech Zachodnich,  ciągle ma nadzieję na karierę modelki. Mieszkająca obok nauczycielka Renata skrywa fascynację młodą, urodziwą sąsiadką, podczas gdy Iza, siostra Marzeny, wikła się w beznadziejny romans z ojcem swojej uczennicy. Każda z nich nosi w sobie jakieś wielkie pragnienie, którego jednak nie może lub nie ma odwagi spełnić. Wolność zawitała na osiedle jakby na pół gwizdka: w wypożyczalni kaset VHS jest co prawda więcej zachodnich filmów, jednak w głowach i domach bohaterów zmieniło się bardzo niewiele. Tomaszowi Wasilewskiemu udało się w pełni stworzyć film przenoszący widza w realia początku lat 90. Dzięki odpowiednim filtrom obraz jest jakby prześwietlony, niczym oryginalne nagrania z tamtych czasów. Małe nasycenie kolorów podkreśla szarość bloków z wielkiej płyty oraz szarość rzeczywistości, w jakiej przyszło żyć bohaterom. Kamera „biegnie” często razem z postacią, pokazuje świat z jej perspektywy, co daje efekt niebywałego spoufalenia z widzem. Reżyser, podobnie jak Krzysztof Kieślowski, kreśli bardzo intymne portrety swoich bohaterów. Jest z nimi przy niedzielnym obiedzie z kotletem, w ich sypialniach, a także wtedy, gdy oddają się swoim...

Read More
Konstytucja? Nie mamy powodów do dumy…
Maj03

Konstytucja? Nie mamy powodów do dumy…

Jeśli porównać sposób, w jaki uchwalono konstytucję 3 maja z obecną formą reformy państwa, wyjdzie na to, że świętujemy dziś jeden z największych przekrętów w historii polskiej państwowości. Obrady nad tekstem zaplanowane były na 5 maja. Zwolennicy reformy przyśpieszyli je jednak, aby osłabić opozycję – większość z posłów rozjechała się do domów na święta wielkanocne. Projekt konstytucji przedstawiono w nocy z 2 na 3 maja w Pałacu Radziwiłowskim. Następnie posłowie w tajemnicy przenieśli się do Zamku Królewskiego na obrady i głosowanie. Miejsce to „zabezpieczała” Gwardia Królewska i wojsko pod dowództwem księcia Józefa Poniatowskiego. Projekt zbulwersował opozycję. Poseł z Kalisza, Jan Suchorzewski, miał wyciągnąć na środek sali swego kilkuletniego syna, grożąc, iż zabije go, jeśli konstytucja zostanie uchwalona, aby dziecko nie dożyło niewoli, jaka miała spaść w konsekwencji na kraj (cóż, niewola faktycznie przyszła…) Co prawda w szlachetnym celu, ale jednak był to zamach stanu. Złamano dotychczasowe prawa – niepisane, które regulowało porządek obrad, np. kworum, (którego nie było podczas uchwalania trzeciomajowej konstytucji), jak również i pisane – artykuł o sukcesji tronu był sprzeczny z tzw. pacta conventa, czyli obietnicami składanymi przez każdego króla przed koronacją, ich złamanie odbierało władcy prawo do tronu. Jeśli więc świętujemy dziś rocznicę tego przekrętu, potocznie zwanego uchwaleniem Konstytucji 3 maja, to dobrze by było zmodyfikować optykę patrzenia na bieżącą politykę krajową. Nawiasem mówiąc, trochę nie rozumiem przeświadczenia o „świętości”, czy „nienaruszalności” konstytucji. Sami je pisaliśmy i sami (w większości) uchwalali – choć z marnym skutkiem. Marcowa z 1921, była pisana przeciwko Piłsudskiemu. Wszyscy wiedzieli, że w wyborach prezydenckich wygra Marszałek, więc sejm wywindował pozycję premiera. W efekcie Piłsudski nie miał ochoty bawić się w „strażnika żyrandola”, na prezydenta desygnował kogo innego, a sam usunął się na bok polityki, by za kilka lat (1926 roku), ponownie przejąć władzę w wyniku zamachu stanu (w trakcie którego zginęło prawie czterysta osób!) Z kolei obecnie obowiązując była pisana w podobnym kluczu, tyle że przeciwko Lechowi Wałęsie, który wówczas się pożarł z resztą opozycyjnej elity (tzw. „wojna na górze”). Dlatego uchwalona w 1992 roku „Mała Konstytucja”, regulująca uprawnienia najważniejszych organów władzy, pozbawiona jest logiki, co od jakiegoś czasu dobitnie udowadnia blog: logikczytakonstytucjerp. Dlaczego w ’97 nie naprawiono tego błędu? Cytując klasyka: „Nie wiem, ale się domyślam”. Także może zanim zaczniemy być dumni z własnej historii, może najpierw wyciągniemy z niej wnioski? Czyli np. napiszemy nową, porządną ustawę zasadniczą… Czego i sobie, i Państwu, w to święto...

Read More
Arcydzieło, którego nikt nie chciał
Mar10

Arcydzieło, którego nikt nie chciał

11 marca to bez wątpienia wielka data w historii muzyki. W tym właśnie dniu, w roku 1829 młodziutki Feliks Mendelssohn przedstawił berlińskiej publiczności fragmenty „Pasji według św. Mateusza” Jana Sebastiana Bacha, powstałej sto lat wcześniej. Dzięki temu wydarzeniu, kilka dekad po śmierci kantora lipskiego świat docenił wreszcie jego ogromny talent. W 1729 roku Bach był już w pełni rozwiniętym artystą i ustatkowanym człowiekiem. Od sześciu lat pełnił rolę kantora jednego z dwóch głównych kościołów Lipska, pod wezwaniem św. Tomasza. De facto odpowiadał za całokształt miejskiej muzyki, także kościelnej, oraz muzyczne kształcenie młodzieży. Co prawda była to posada dosyć prestiżowa i zapewniała stały zarobek, niestety twórca z trudem utrzymywał żonę oraz sporą gromadę dzieci (z dwóch małżeństw doczekał się ich łącznie dwadzieściorga). Do tego musiał znosić humory władz miejskich, które często nie dostrzegała jego talentu i przy byle okazji wskazywały mu miejsce w szeregu, wypominając brak wykształcenia uniwersyteckiego. Jan Sebastian znosił wszystko cierpliwie, cieszył się bowiem sporym poważaniem mieszkańców Lipska oraz względną swobodą twórczą. Wcześniej bowiem był nadwornym kompozytorem książąt niemieckich, którzy co prawda płacili bardzo dobrze, ale traktowali kompozytora jako jednego ze służących i wymagali, by tworzył przede wszystkim to, czego oni sobie życzą. Życie oficjalnego kompozytora jednego z większych i bogatszych miast Rzeszy nie było więc kolorowe, ale pozwalało na coś, co stanowiło największą radość Bacha – tworzenie muzyki na chwałę Bożą. Soli deo gloria – te słowa widnieją na części jego rękopisów. Jednym z nich jest właśnie pasja, napisana do słów Ewangelii według św. Mateusza. Pasja ta była nie była przez nikogo zamówiona. Bach, prywatnie głęboko wierzący luteranin ze skłonnością do mistycyzmu, skorzystał z faktu, iż w czasie Wielkiego Postu, poza świętem Zwiastowania oraz Wielkim Piątkiem istniał w zborach zakaz wykonywania muzyki religijnej, miał więc dosyć sporo czasu na przygotowanie premierowego wykonania. Dla swojego utworu wybrał formę oratorium pasyjnego, bardzo podobnego do opery – różnił je jedynie brak akcji scenicznej w tym pierwszym. Przedsięwzięcie było bardzo ambitne, uderzające bogactwem tak słów libretta, jak i form muzycznych. Do dziś historycy muzyki spierają się, czy w dniu premiery wystarczył jeden chór i jedna orkiestra, czy potrzeba było aż dwóch, by odpowiednio przedstawić zamysł twórcy. Z tekstu oraz muzyki tchnie zarazem prostota i głębia, ogromny patos oraz przejmujący dramatyzm, dzięki którym słuchacz może doskonale wczuć się w tragiczny nastrój wielkich wydarzeń, opisywanych przez św. Mateusza. Tekst podzielony jest na trzy części: Ostatnią Wieczerzę oraz poprzedzające ją wydarzenia, modlitwę w Ogrójcu, oraz pojmanie, mękę i śmierć Jezusa wraz ze złożeniem do grobu. W zachowanej do dziś partyturze „Pasji…” widzimy fragmenty tekstu, pisane na przemian atramentem czarnym i czerwonym. Czerwonym artysta kreślił słowa świętego z 26 i 27 rozdziału jego Ewangelii, zaś...

Read More
Wobec śmierci wszyscy jesteśmy równi
Lis04

Wobec śmierci wszyscy jesteśmy równi

Tradycja pochówku cesarskiego rodu Habsburgów uświadamia nas, że w obliczu śmierci wszyscy jesteśmy równi. Po Mszy pogrzebowej, odprawianej tradycyjnie w wiedeńskiej katedrze św. Stefana, pochód z trumną zmarłego udawał się do kościoła kapucynów, gdzie w początkach XVII wieku urządzono kryptę cesarską. Po dotarciu na miejsce, mistrz ceremonii trzykrotnie uderzał laską w drzwi kościoła. Wówczas ze środka świątyni padało pytanie, zdane przez gwardiana kapucynów:  „Kto stoi na zewnątrz?”. Wówczas mistrz wypowiada długą wyliczankę tytułów zmarłego: „Cesarz Austrii, król Węgier, król Czech…” – mogła ona trwać ładnych kilka minut. „Nie znam kogoś takiego” – odpowiada gwardian i ani myśli otworzyć drzwi. Mistrz ceremonii znów uderza laską w drzwi świątyni. Na pytanie „Kto stoi na zewnątrz?” powtarza tytulaturę osoby zmarłej, tym razem krótszą, dodając do niej informacje o pozostałych jej zasługach. Kapucyni są niewzruszeni: „Nie znam kogoś takiego”. Po raz kolejny słychać trzy uderzenia laski o drzwi oraz pytanie gwardiana, na które mistrz ceremonii podaje imię zmarłego, dodając: „ śmiertelny, biedny grzesznik”. Wówczas drzwi otwierają się i kapucyni zapraszają wiercnych wraz z ciałem zmarłego do swej świątyni. Rytuał ten jest bardzo symboliczny: władza, chwała i bogactwo tego świata nic nie znaczą przed Bogiem, wobec którego wszyscy jesteśmy potrzebującymi miłosierdzia grzesznikami.   Filmowy pogrzeb arcyksięcia Rudolfa (1889 r.)   Pogrzeb arcyksięcia Ottona, syna ostatniego cesarza Austrii, Karola (2011...

Read More
Święci nie od zawsze święci
Lip10

Święci nie od zawsze święci

Chyba dla większości ludzi świętość jest czymś nieosiągalnym, wręcz mitycznym. Czymś, do czego dochodzą tylko nieliczni, a jeśli już, to zapewne byli od samego początku życia prze Boga wybrani i szczególnie umocnieni. Dla wielu święty = bezgrzeszny, idealny od poczęcia do śmierci. Śledząc życiorysy wielu świętych Kościoła dojdziemy jednak do wniosku, że bywało wręcz przeciwnie… Zacznijmy od klasyków, znanych chyba każdemu, kto bywa co niedziela w kościele i uczęszczał w szkole na religię. „Szaweł siał grozę i dyszał żądzą zabijania uczniów”, jak podają Dzieje Apostolskie. Uczony Faryzeusz, obywatel rzymski, gorliwie i z przekonania ścigający chrześcijan, posiadający specjalne pozwolenie arcykapłanów na ściganie i więzienie wszystkich wyznawców nowej religii. Nagle – cud! Pod Damaszkiem zostaje przez Boga dosłownie powalony na ziemię. Przez trzy dni pozostawał niewidomy, aż Pan przysłał do niego chrześcijanina, Ananiasza, który położył na nim ręce. Paweł odzyskał wzrok, został chrześcijaninem i Apostołem Narodów, napisał wiele listów, które znalazły się w Nowym Testamencie i wyprawił się na kilka podróży misyjnych po świecie. Zginął śmiercią męczeńską przez ścięcie między 64 a 67 r. n. e. w Rzymie. Święty Augustyn – wychowany w kulturze rzymskiej, erudyta, filozof neoplatoński, pisarz. Przyszedł na świat w 354 r. w Tagaście, w rządzonej wówczas przez Rzymian Afryce Północnej. Przez pewien czas był zwolennikiem manichejczyków (sekty wierzącej, że w świecie toczy się nieustanna walka równych sobie sił – dobra, reprezentowanego przez siły duchowe, ze złem, reprezentowanym przez materię), żył bez ślubu z kobietą, z którego to związku doczekał się nawet syna. Potem poznał chrześcijan, w tym późniejszego doktora Kościoła, biskupa Mediolanu Ambrożego, wreszcie przyjął chrzest. Przełomowe było dla niego pewne zdarzenie – gdy odpoczywał w ogrodzie, usłyszał jak jakieś dziecko powtarzało „weź i czytaj”. Te słowa tak go tknęły, że chwycił leżące nieopodal Pismo Święte. Otworzył akurat na fragmencie listu do Rzymian, w którym św. Paweł pisze „żyjmy przyzwoicie jak w jasny dzień: nie w hulankach i pijatykach, nie w rozpuście i wyuzdaniu, nie w kłótni i zazdrości. Ale przyobleczcie się w Pana Jezusa Chrystusa i nie troszczcie się zbytnio o ciało, dogadzając żądzom.” Można powiedzieć, że dopiero dzięki tym słowom został prawdziwym wyznawcą Jezusa. Zmarł jako biskup północno afrykańskiej Hippony w roku 430. Dziś jest czczony jako jeden z ojców i doktorów Kościoła, a jego pisma, takie jak „O Trójcy Świętej”, „Państwo Boże” czy „Wyznania” wniosły bardzo wiele do rozwoju chrześcijańskiej teologii. Równie dobrze znany św. Franciszek z Asyżu (1181 lub 1182 -1226 r.), jeden z najbardziej znanych i popularnych świętych, w młodości miał niezbyt wiele wspólnego ze świętością. Interesowało go raczej brylowanie w towarzystwie miejscowej młodzieży, zdobywanie wyrazów uznania i zachwytów nad własną osobą. Powodowany chęcią zdobycia sławy, wybrał się nawet na dwie wyprawy wojenne. Podczas drugiej...

Read More
Piotr – marzenie o potędze, cz. 2
Kwi13

Piotr – marzenie o potędze, cz. 2

Piotr uznał, że nie będzie silnej Rosji bez dostępu do morza i rozprawienia się ze śmiertelnymi wrogami, jakim była Turcja i Szwecja. Najpierw rozpoczął reformę wojska, ogłaszając dożywotnią służbę wojskową, ogłaszając powszechny pobór i reformując stały podział rekrutów na pułki. Zatrudniał cudzoziemców z Zachodu jako dowódców i inżynierów, sprowadzał broń, armaty i wszelkie potrzebne wojsku sprzęty z Holandii, Niemiec czy Anglii. Właściwie przez kilka lat prowadził jedne wielkie manewry wojskowe. Wreszcie postanowiono zaatakować Turcję i zdobyć Azow, ważny port nad morzem Azowskim, który miał zostać oknem Rosji na Morze Czarne, a dalej także Śródziemne, ułatwiając kontakty z resztą Europy. Oblężenie w 1695 roku nie udało się, jednak już rok później zdobyto silnie ufortyfikowane miasto i państwo Piotra wreszcie posiadało nadmorski port z prawdziwego zdarzenia. Do tej pory car musiał zadowolić się zimnymi brzegami dalekiej północy i portem w Archangielsku – tam zresztą na jego polecenie zbudowano pierwszy rosyjski okręt pełnomorski– nie nadawał się on jednak na łącznik Rosji z wielką cywilizacją. Teraz wszystko w jego państwie miało ulegać zmianom, których nikt nie zdołał zatrzymać. Ambitnemu władcy mało było wiedzy i doświadczenia cudzoziemców, przebywających w Rosji. Postanowił sam udać się do zachodniej Europy aby na własne oczy zobaczyć, jak funkcjonują tamtejsze państwa i społeczeństwa. W 1697 roku wyruszyło z Moskwy wielkie, dwustuosobowe Wielkie Poselstwo pod oficjalnym przywództwem trzech ambasadorów, z których głównym przedstawicielem Rosji był Franz Lefort, dawny towarzysz i zaufany Piotra. Sam car również wziął udział w poselstwie, ale zwiedzał zachód incognito, jako Piotr Michajłow, szeregowy członek poselstwa. Ku jego złości szpiedzy donieśli władcom Europy, że car osobiście wyprawia się na zachód, dzięki czemu jego pobyt był praktycznie wszędzie tajemnicą poliszynela. Trudno zresztą było go nie zauważyć – o głowę wyższy od pozostałych członków misji, zainteresowany wszystkim, co nowe, wszystko chciał zobaczyć, dotknąć, o wszystko dopytywał. Razem z poselstwem zwiedził Rzeczpospolitą, kraje niemieckie, Niderlandy, Anglię, spotkał się m. in. z elektorem brandenburskim Fryderykiem, królem Polski Augustem II, cesarzem niemieckim Leopoldem I, królem Anglii i stadhouderem (władcą) Niderlandów Wilhelmem III. Żadnego z nich nie namówił na świętą wojnę przeciwko Turcji, której plany snuł od lat, udało mu się jednak pozyskać wielu kupców, inżynierów, naukowców czy wojskowych, którzy zgodzili się na osiedlenie w Turcji. Zakupiono wiele ksiąg, dzieł sztuki, narzędzi i broni, które miały unowocześnić Rosję. Posłowie zwiedzali uniwersytety, obserwatoria, zbrojownie, mennice, biblioteki, osobiście obserwowali, jak funkcjonuje władza w krajach zachodnich, np. przysłuchiwali się obradom Angielskiej Izby Gmin. Sam Piotr w trakcie poselstwa zdobył wykształcenie jako artylerzysta, a nawet pracował jakoś szeregowy cieśla w stoczni amsterdamskiej Kompanii Wschodnioindyjskiej. Mieszkał razem  innymi robotnikami, z nimi spędzał czas, i choć oczywiście nie ujawnił swojego prawdziwego nazwiska, każąc nazywać się „cieślą Piotrem”, wszyscy doskonale...

Read More