Pozytywne zmiany w małżeństwie są jego ratunkiem
Sty19

Pozytywne zmiany w małżeństwie są jego ratunkiem

Praca nad małżeństwem to ciężki kawałek chleba, jednak bez tego jesteśmy skazani na porażkę. Jakość naszego związku małżeńskiego nie musi być byle jaka, jeśli tylko zechcemy się o nią postarać. „To jakość relacji z najbliższymi, nie zaś fakt ich tworzenia, sprawia, że jesteśmy zdrowsi i szczęśliwi” – przekonuje Marlena Bessman-Paliwoda, założycielka grupy „Małżeństwo – mamy się dobrze”. Anna Zemełka: Skąd pomysł na założenie grupy dla małżeństw? Marlena Bessman-Paliwoda: Pod koniec 2014 roku założyłam stronę www.MamySie.pl. Na łamach bloga pokazuję, że szczęśliwe małżeństwo jest możliwe. Za cel stawiam sobie walkę ze stereotypem małżeństwa wypalającego miłość dwojga ludzi, którzy się na nie zdecydowali, ale także chcę zachęcać do pracy nad swoim małżeństwem, poznawania siebie nawzajem, pogłębiania relacji. Teraz słyszy się, że związek małżeński to „współczesna forma niewolnictwa”. Kojarzy się z utratą wolności, spisaną na straty próbą utrzymania uczuć i tym, że „dalej tak pięknie nie będzie”. W rzeczywistości to tylko stereotypy… – Tak. Swoje odzwierciedlenie mają w spadającej liczbie zawieranych małżeństw (tendencja ta widoczna jest od 2008 roku). Do tego małżeństwa się rozpadają – w 2013 r. rozwiodło się ponad 66 tysięcy par małżeńskich – o 1,6 tysiąca więcej niż w 2012 roku. Dlaczego tak się dzieje? Po pierwsze, nie przygotowujemy się odpowiednio do małżeństwa, po drugie, biernie w nim trwamy. Jego stanem zajmujemy się dopiero wtedy, gdy zaczyna się rozpadać lub przechodzi kryzys. Właśnie dlatego zaczęłam prace nad programem profilaktyki dla małżeństw, którą szczególnie kieruję do młodych małżonków i osób myślących w niedalekiej przyszłości o zawarciu związku małżeńskiego. Tu pojawił się pomysł założenia grupy dla małżeństw (ale także narzeczonych) na Facebooku: „Małżeństwo – mamy się dobrze”. Tam wspólnie podejmujemy pracę warsztatową. Miałaś jakieś obawy, że to się nie przyjmie? – Na samym początku obawiałam się, że będę w tej grupie sama. Jednak rozrastała się ona z minuty na minutę. Dziś liczy ponad pół tysiąca osób. Myślę, że wyróżnia ją wysoki poziom zaufania i życzliwości. Są w niej ludzie o różnych poglądach, jednak zawsze potrafimy się kulturalnie nimi wymienić i wspierać. Jak wygląda struktura grupy? – Grupa zaczęła się kształtować na bazie wyzwania dla małżeństw, które stworzyłam. Po jego zakończeniu wprowadziłam tygodniowy cykl życia, na który składa się określony z góry temat dyskusji, małe zadanie na dany dzień dla małżeństw, dzielenie się twórczymi sposobami na rozwiązanie jakiegoś problemu. Mamy też dzień dzielenia się wartościowymi treściami. Dostaję wiele sygnałów, że te narzędzia pomagają w zbliżeniu się do siebie małżonków. Ważne są tu także przykład i motywacja, jakimi obdarzają siebie wzajemnie małżonkowie z grupy. Podpowiadają sobie różne rozwiązania, proponują, co warto w danej sytuacji wypróbować. Ci ludzie to siła napędowa grupy. Czyli warto pracować nad swoim małżeństwem? – Oczywiście, że tak! Potwierdzają to...

Read More
Nie wszystkie koty są czarne
Gru06

Nie wszystkie koty są czarne

Wrocław to niesamowite miasto, pełne niesamowitych ludzi. Wolontariuszki z wrocławskiego osiedla Kuźniki są jednymi z nich.  Charyzmatyczne, niezłomne, uparte i ambitne, postanowiły swoje życie zadedykować tym, którzy nie są nawet w stanie poprosić o pomoc, wypowiadając wojnę obojętności, okrucieństwu i niezrozumieniu. Działając za pośrednictwem Facebooka i grupy “KOTY Z KUŹNIK”, prowadzą aktywne adopcje wolno bytujących, naznaczonych przez los, kotów. Marta, opowiedz mi czym się zajmujecie? – Na tą chwilę jesteśmy grupą inicjatywną, która od 2014 roku działa na Wrocławskim osiedlu domków jednorodzinnych, Kuźniki. Żyje tam bardzo dużo kotów wolnobytujących. My je dokarmiamy, wyłapujemy na leczenie, na sterylizację i na kastrację. Jeśli koty z jakiegoś względu nie mogą wrócić na miejsce swojego bytowania, szukamy dla nich schronienia w domach tymczasowych. Tam po zakończeniu leczenia, oczekują na adopcję. W latach 2014-2016 udało nam się znaleźć domy dla  74 kotów. Nie ma jeszcze końca roku, więc myślę, że do tego czasu ta liczba na pewno się powiększy. Poza tym, od 2015 roku prowadzimy również grupę “KOTY do Adopcji WROCŁAW”, w której udostępniane  są  ogłoszenia adopcyjne z całego województwa dolnośląskiego. Trzecia grupa to “OPIEKA DLA ZWIERZĄT WROCŁAW”, której główną ideą jest znajdowanie opieki dla pupili na na czas nieobecności właściciela w domu . Są to oferty płatne  lub bezpłatne, u kogoś w domu, u siebie w domu. Ta grupa jest jeszcze niewielka, liczy 300 osób, ale również się rozrasta. Skąd pozyskujecie środki? – Ponieważ nie jesteśmy fundacją, organizujemy na Facebooku bazarki i wystawiamy różne przedmioty na aukcję. Cały dochód przekazujemy na utrzymanie i leczenie kotów. Bazarki zaczęły się w 2015 roku, aw tej chwili stworzyliśmy grupę prawie 500 osób,  które aktywnie dla nas licytują. Organizujemy kilka edycji w ciągu roku i ciągle zbieramy nowych sympatyków.  Ostatnio też, udało nam się nawiązać współpracę z biblioteką jednej ze szkół wyższych, gdzie studenci w ramach kary za nieoddane w terminie książki, wpłacają pieniądze na koty oraz zbierają dla nich dary. Dla nas jest to ogromna pomoc. Powiedz mi skąd wziął się ten pomysł i ta inicjatywa pomagania właśnie kotom? Jak to się wszystko zaczęło? – Moja historia, z wolontariuszkami działającymi na Kuźnikach, zaczęła się w zeszłym roku, Ich działalność rozpoczęła się rok wcześniej niż moja. Znajdowało się tam stado prawie 70 kotów, które były albo rozjeżdżane przez samochody, albo umierały w krzakach, albo ktoś do nich strzelał lub je truł. Ze względu na to, że na tamtą chwilę, żadna fundacja nie podjęła się ogarnięcia tego stada, dziewczyny zebrały się same. No i tak to się zaczęło. Ile osób jest w to mniej więcej zaangażowanych? Mówiłaś, że prowadzisz aż 3 grupy na facebooku? Na ile osób możesz faktycznie liczyć? – Od 2015 współpracuję z Basią, która karmi...

Read More
Zbieramy wspomnienia
Maj07

Zbieramy wspomnienia

Zwiedzili kilkadziesiąt państw świata, a dopiero skończyli studia. Jeśli chcecie wiedzieć, jak to możliwe, i co powinni wziąć sobie do serca początkujący podróżnicy, przeczytajcie wywiad z Malwiną i Mateuszem Miszczyńskimi. źródło: blog Mateusz i Malwiny – www.nieobceziemie.tumblr.com  Jak rozpoczęło się wasze podróżowanie po świecie? Malwina: Gdy poznałam Mateusza, on miał już za sobą wiele podróży. Chyba pierwszy raz pojechał gdzieś z mamą w wieku 17 miesięcy, i to autostopem…. Mateusz: To prawda, choć oczywiście niezbyt świadomie (śmiech). Moi rodzice mają świra na punkcie podróży i widocznie uznali wówczas, że to będzie dla niemowlaka najbezpieczniejszy sposób podróżowania (śmiech). Oni wpoili mi miłość do podróży. Zawsze jeździliśmy pod namioty, na dziko, nie korzystaliśmy z żadnych kempingów i im podobnych. Mocno różniło się to od tego, jak spędzali czas znajomi moich rodziców. Ci znowu dziwili się, jak można w ten sposób podróżować z małym dzieckiem, ale jak widać, nic mi się nie stało. Gdy poznałem Malwinę, zaszczepiłem to w niej. Malwina: Moi rodzice raczej nie mają duszy podróżniczej, mnie samą znowu zawsze ciągnęło w świat. Pierwsza moja podróż zagraniczna przypadła na czas podstawówki – zapisałam się specjalnie do chóru, bo wiedziałam, że wyjeżdża on na występ na Węgry. Pamiętam, że z powodu ekscytacji nie mogłam spać przez całą noc przed wyjazdem. Później były jeszcze w moim życiu jakieś podróże, ale prawdziwe zwiedzanie świata rozpoczęło się, gdy poznałam Mateusza. Mateusz: Myślę, że mam tę pasję w dużej mierze dzięki temu, że w dzieciństwie rodzice zawsze pozwalali mi „planować” wszystkie wyjazdy. Pozwalali mi sądzić, że to ja wszystko wymyślam i prowadzę ich na kolejne wojaże. Dodatkowo, jestem też pasjonatem geografii i statystyk – uczyłem się na pamięć wszystkich stolic świata, danych i ciekawostek geograficznych… To wszystko troszkę ucichło we mnie w czasie nauki w gimnazjum, ale później się odezwało i już nie mogłem się powstrzymać. Gdzie pierwszy raz pojechaliście razem? Malwina: Do Stanów Zjednoczonych. Wiedziałam, że Mateusz z rodzicami wybierają się tam na sześć tygodni i sądziłam, że nie mam na to samo najmniejszych szans. Nie wiedziałam, skąd wziąć pieniądze na bilet i jak zareagują moi rodzice, gdy się o wszystkim dowiedzą. Na szczęście, z pomocą nadeszli rodzice Mateusza, pomogli mi zrealizować to marzenie – co sobotę zajmowałam się ich ogródkiem, za co otrzymywałam wręcz horrendalne pieniądze (śmiech). Resztę dołożyła moja rodzina i wreszcie pojechaliśmy. Później było już z górki. Ile państw już odwiedziliście? Mateusz: Ja 50, lub 51, nie pamiętam nigdy, czy liczę Polskę (śmiech). Malwina: Ja mniej, około 40. Najdziwniejsza wyprawa, na której byliście? Malwina: Tutaj mamy chyba oboje to samo zdanie… Mateusz: Zapewne chodzi o podróż do Iranu. Nie planowaliśmy jej zbyt długo, zresztą mieliśmy bilety do Gruzji – Gruzja jest piękna...

Read More
O co chodzi z tym coachingiem?
Lut22

O co chodzi z tym coachingiem?

Coaching to coraz powszechniejsza forma skłaniająca ludzi do samorozwoju. Jest metodą, na której pracuje coraz więcej Polaków. Co to jest coaching i na czym polega? O tym rozmowa z Joanną Zientek. Emilia Ciuła: Opowiedz mi krótko o sobie. Co robisz na co dzień, od ilu lat pracujesz jako coach? Joanna Zientek: Jestem wieloletnim menadżerem korporacyjnym. Zarządzanie ludźmi było dla mnie dużym wyzwaniem i zarazem satysfakcją.  Jako szef szukałam różnych metod rozwoju dla siebie i swoich ludzi. W 2004 roku trafiłam na pierwszy w życiu kurs coachingu, po którym zaczęłam używać metod coachingowych w zarządzaniu. Z czasem zaczęłam prowadzić indywidualne sesje coachingowe jednocześnie nie zaprzestając nauki. Uważam, ze metoda to jest dobra skuteczna i nastawiona na przyszłość i rezultaty, czyli wszystko to, co lubię. Na co dzień używam różnych form rozwojowych  prowadzę szkolenia, doradzam, konsultuje, czasami wykładam na uczelni, ale i tak najbardziej lubię indywidualne sesje z klientami.   Jak zaczęła się twoja przygoda z coachingiem? Coaching to taka moja 3 nutka zawodowa. Całe życie byłam szefem w dużych korporacjach. Kilka lat temu zdecydowałam , że chcę odpocząć od wielkiej odpowiedzialności menadżerskiej. Chciałam mieć więcej czasu dla dzieci i zaczęłam pracować jako trener biznesu. W miedzy czasie rozwijałam się jako coach. Nie ma polskiego odpowiednika nazwy coaching. Jest straszne zamieszanie jeśli chodzi o nazewnictwo i określenie, co to tak naprawdę jest. Postanowiłam sobie to uporządkować, chciałam się dowidzieć, czym on się różni od szkoleń, terapii i od działań rozwojowych. W takim razie, co to jest coaching? Coaching to pomoc ludziom w dokonywaniu zmian w taki sposób, w jaki tego oczekują oraz w podążaniu w kierunku, który obrali. Coaching pomaga ludziom na każdym poziomie ich życia, w stawaniu się tym, kim chcą i w byciu najlepszym jak to tylko możliwe. Jest to metoda pracy z klientami, która nie zawsze się sprawdza – zwłaszcza w Polce. Dlaczego? Po pierwsze, klienci nie wiedza co to jest, ciężko im to wytłumaczyć. Po drugie, nie są gotowi to takich metod pracy. Po trzecie, my w Polsce wolimy narzekać niż szukać rozwiązań. Co niestety blokuje ludzi i hamuje ich rozwój. Jednak są wyjątki. Czym różni się coaching od terapii? Dla jasności, terapia zajmuje się przeszłością – od dzisiaj do narodzenia wydarzyły się różne rzeczy, które w jakiś sposób wpływają na człowieka. Podczas sesji wraca do tych zdarzeń, analizuje się je, stara się im przyjrzeć i zaakceptować.  Tym coaching nie jest. Coaching nie jest również doradztwem, nie wolno mi, pracując metoda coachingową z klientem, mu doradzić. Jeśli podałabym mu moje rozwiązanie, które mnie się wydaje dobre, to ono będzie moje, nie jego. Coaching nie jest również uczeniem, nie uczy się klienta. Cała sztuka polega na tym, żeby...

Read More
Misje na cały rok
Lut09

Misje na cały rok

O akcji „Misjonarz na post”, tym, czym różni się katolicyzm w Polsce i na misjach, i czego możemy się uczyć od krajów misyjnych rozmawiamy z o. Marcinem Wrzosem OMI, redaktorem naczelnym czasopisma „Misyjne Drogi”. źródło: www.misjonarznapost.pl Kajetan Garbela: Skąd wziął się pomysł na zorganizowaną modlitwę za misjonarzy w czasie Wielkiego Postu? o. Marcin Wrzos: Na początku chciałbym zauważyć, że w Kościele działamy często bardzo partykularnie – każde zgromadzenie zbiera pieniądze na swoje misje czy też za nie się modli. Wiadomo, najłatwiej dbać o to, co dotyczy nas samych, i nie jest to żadna uszczypliwość czy wyrzut, tylko stwierdzenie faktu. Pomyślałem, że dobrze będzie wreszcie połączyć nasze siły, a przecież nie powinno być trudno zjednoczyć się na modlitwie. Sam zresztą byłem przez rok na misjach na Madagaskarze i wiem, że modlitwa naprawdę pomaga misjonarzom. Oni często idą kilka czy kilkanaście dni przez busz, w obawie przed malarią, zwierzętami, kapryśną pogodą, często na granicy przemęczenia i psychicznego wyczerpania. Wówczas myśl o tym, że ktoś się za nich modli, naprawdę dodaje sił. Wyszedł ojciec z tą propozycją do innych zgromadzeń… o. M.W.: Pochwycili ja przede wszystkim ci misjonarze, którzy prowadzą swoje czasopisma misyjne –na przykład werbiści, klawerianki, kombonianie… Dlaczego zdecydowaliście, że każdy modlący się otrzyma pod swoją opiekę konkretnego, znanego mu z imienia i nazwiska misjonarza? o. M.W.: W Kościele często zbieramy pieniądze za całe dzieła misyjne, modlimy się za ogół misjonarzy. A przecież skoro wiemy, ilu polskich misjonarzy jest za granicą – Komisja Misyjna Episkopatu Polski ma takie dane – można to wykorzystać. Jest ich dokładnie 2078. Wystarczyło poprosić o szczegółową listę i wrzucić ją w internet z prośbą o modlitwę. Wielu z nas jest łatwiej włączyć się w jakąś akcję, gdy wiemy, kogo dokładnie ona dotyczy, komu niesiemy pomoc. Wcześniej rozpoczęliśmy akcję adopcji misyjnej – pomocy dzieciom na misjach. Odzew był rewelacyjny – ludzie wiedzą, że ich pieniądze idą na konkretne dziecko, na jego naukę, a podopieczni jeszcze napiszą listy z podziękowaniami do swoich opiekunów. To jest wielka zachęta dla potencjalnych darczyńców. Również ojciec miał swoją podopieczną? o. M.W.: Tak, ma na imię Magda i jest świecką misjonarką w Ugandzie. Poza modlitwą, postanowiłem prze cały Post ofiarować za nią punktualne wstawanie na modlitwy poranne – a moi współbracia wiedza, jak trudno mi wstać z łóżka. Do tej pory, poza jednym przypadkiem, byłem zawsze punktualny. To dla mnie wielka walka, ale mam jasny cel, osobę, kobietę, którą się w pewien sposób opiekuję, i to dodaje mi sił. Jaka grupa misjonarzy, lub też z jakich państw, cieszyła się największym powodzeniem? o. M.W.: Najwięcej osób chciało się modlić za – uwaga – świeckie misjonarki, a także braci zakonnych. Tłumaczę to sobie w ten...

Read More
To jest szalona impreza!
Wrz17

To jest szalona impreza!

Regularnie się bawią, podróżują, pływają i ciągle poznają nowych ludzi. Wspólnymi siłami sięgają tam, gdzie sami nigdy by nie dotarli. Każdy na swój sposób przełamuje bariery. Zdobywają swoje własne szczyty, aby odkrywać to, co w życiu najpiękniejsze. O wielkiej przygodzie z "Kliką" – Katolickim Stowarzyszeniem Osób Niepełnosprawnych i ich Przyjaciół, opowiada Ania Jaskółka. źródło: www.facebook.com/Klika.krakow Krzysztof Reszka: Czym jest “Klika” i jak do niej trafiłaś? Anna Jaskółka: Prawda jest taka, że byłam kiedyś w pewnym duszpasterstwie i czytałam sobie Pismo Święte. Natrafiłam na taki fragment: "wiara bez uczynków jest martwa". Bardzo mnie dotknęło, że nie robię nic dobrego. Pomyślałam sobie że to, że jestem w duszpasterstwie jest tylko i wyłącznie z korzyścią dla mnie – spotykam się z ludźmi, których lubię, robię rzeczy, które lubię, a więc przede wszystkim biorę, a nie daję niczego od siebie komuś, kto mógłby tego potrzebować. Wtedy zaczęłam szukać jakiejś organizacji, która by pomagała osobom niepełnosprawnym. Usłyszałam o wspólnocie "Burych Misiów", która zajmuje się osobami niepełnosprawnymi psychicznie, ale stwierdziłam że to jednak nie jest dla mnie. Później pojechałam z moim duszpasterstwem na imprezę sylwestrową i tam poznałam takiego Krzyśka Reszkę (śmiech). Pomyślałam, że skoro on zna różne środowiska katolickie w Krakowie, to może słyszał o jakiejś organizacji charytatywnej zajmującej się osobami niepełnosprawnymi. A on powiedział, że jest “Klika” u dominikanów i zna Roberta Bednarza, który jest na wózku i bardzo chętnie pozna więcej osób, które mogłyby czasem gdzieś z nim wyjść na spacer, do kościoła czy na imprezę. A ja pomyślałam: "Może to jest właśnie to!". Co ciekawe okazało się, że Robert mieszka bardzo blisko mnie. I tak zaprzyjaźniłam się z nim, nie będąc jeszcze w “Klice”. A on mnie namawiał żebym przyszła, mówił, że jest fajnie, świetne imprezy, ciekawe spotkania i w ogóle czego oni tam nie robią! Ale ja początkowo się obawiałam… Niepokoiło mnie słowo "Klika", wyobrażałam sobie, że to zamknięte środowisko. “Klika” to jest dziwna nazwa, wydawało mi się, że strasznie trudno będzie się wkręcić w to towarzystwo… A jak to wygląda naprawdę? A.J.: Gdy minęło pół roku, odkąd zaczęłam kumplować się z Robertem, on zaprosił mnie na swoje urodziny. A na tej imprezie było mnóstwo ludzi z "Kliki". Robert mnie przedstawił: "to moja nowa koleżanka, Ania" – "O fajnie! A jedziesz z nami na obóz? Bo teraz jedziemy w lipcu na obóz" – "Robert namawiał mnie… ale wiecie, ja nie jestem w Klice więc… tak głupio, nie?" – "no ale spotykasz się z Robertem, pomagasz mu?". Więc odpowiedziałam, że tak: "spotykamy się raz czy dwa razy w tygodniu, chodzimy na spacery, na zakupy, do kościoła… wszędzie". Wtedy usłyszałam, że na tym właśnie polega "Klika" i że w takim razie ja już...

Read More
Chrystus rozumie nasze problemy
Wrz17

Chrystus rozumie nasze problemy

O tym, jak powinniśmy się modlić, co jest prawdziwym celem modlitwy i kiedy nasza modlitwa jest szczególnie miła Bogu, opowiada karmelita bosy, o. Andrzej Cekiera, duszpasterz akademicki DA „Karmel” w Krakowie. Dla wielu katolików modlitwa to paradoks. Z jednej strony w Piśmie Świętym znajdziemy słowa: „Proście, a będzie wam dane”, z drugiej św. Paweł mówi, że nie otrzymujemy, bo się źle modlimy. Może nam się wydawać, że to sprzeczność. o. A. C: Zacznijmy może od tego, że wielu z nas nie rozumie, że nasza modlitwa powinna rozwijać się razem z nami. Gdy byliśmy mali, nauczono nas bardzo prostych i podstawowych  modlitw. Czasem przychodzi do mnie 25-letni student i w trakcie rozmowy wspomina, że „mówi pacierz”, albo czasem nawet zdrobniale, dziecinnie – „paciorek”. Wtedy pytam, czy skoro już dorósł, rozwinął się emocjonalnie, psychicznie, rozwinął się na płaszczyźnie fizycznej, nie wypadałoby także wejść na wyższy poziom modlitwy? Rozwinąć swoją duchowość,  relację  Bogiem? Niektórzy wraz z ludzkim rozwojem w ogóle nie rozwijają modlitwy i pozostają przy dziecinnym paciorku. Sam kiedyś słyszałem słowa pewnego licealisty, który przyszedł na godzinną adorację i ciągle odmawiał tylko „Ojcze nasz”, „Zdrowaś Mario” i „Chwała ojcu”, bo nie przyszło mu do głowy, żeby modlić się innymi słowami! o. A. C: To spory problem. Tacy ludzie nie radzą sobie na cichych adoracjach, nabożeństwach. Z drugiej strony, nabożeństwa prowadzone przez jedną osobę bądź wspólnotę mogą stanowić niemałe zagrożenie. Najpierw wspólny różaniec, potem koronka, rozważania… I w końcu pół godziny zajęte i nie było w ogóle czasu i okazji na modlitwę serca, zastanowienie nad tym, co chcę powiedzieć Bogu. Tylko ciągłe, automatyczne powtarzanie formułek, wręcz zagadywanie Pana Boga. Powinniśmy spojrzeć na to, jak modlił się Jezus… A Jezus powiedział, że kiedy chcemy  się modlić, powinniśmy mówić: Ojcze nasz… I tym sposobem przekazał nam modlitwę „Ojcze nasz”. Można powiedzieć, że jest w tym zawarte wszystko to, co najważniejsze. Oddanie Bogu chwały, prośby… o. A. C: Bo jest. Wszystko to, co najistotniejsze, mieści się w tych słowach. Ważne jest jednak to, jak my do tych słów podchodzimy, jak je przeżyjemy.  Czy jest to dla mnie teksty żywy, słowa, z którymi się utożsamiam, które stają się moimi własnymi, czy po prostu formułka, którą odklepię, i w ogóle się nad nią nie zastanawiam. To zdarza się chyba każdemu, nawet księżom… o. A. C: To są nieszczęsne wyrażenia – „odklepię”, ”zaliczę”… Jezus pokazuje nam modlitwę, która jest relacją z Ojcem, i takiej modlitwy uczy Apostołów. Zakłada ona dialog, ufność – w to, że nie tylko ja sobie coś tam mówię, ale że Bóg będzie mi  odpowiadał. To jest modlitwa właściwa duchowości karmelitańskiej. Jezus mówi, że jesteśmy jego przyjaciółmi. Często pytam ludzi w konfesjonale: „Czy na spotkanie z przyjacielem idziesz...

Read More
Ja Ciebie chrzczę…
Lip10

Ja Ciebie chrzczę…

Ojca Tomasza Grabowskiego OP zawsze można spotkać w furcie dominikańskiej otoczonego wianuszkiem wiernych. Uśmiechnięty, pomocny i wyrozumiały. Kiedy trzeba potrafi jednak być stanowczy i twardo bronić swoich racji. Wystarczy posłuchać jego kazań, w których mocne słowa prawdy otwierają oczy nawet tym przekonanym o swojej nieomylności. źródło: www.liturgia.dominikanie.pl Opiekuje się świeżo nawróconymi. Od lat przygotowuje katechumenów do sakramentu chrztu. Pomógł już odnaleźć drogę wielu zagubionym duszyczkom, czego sama jestem świadkiem, uczęszczając na dominikański kurs przygotowujący do sakramentu bierzmowania. Patrzenie na młodych, ale dojrzałych ludzi, którzy decydują się na zmianę jest niezwykle budujące. Kogo innego mogłabym zapytać o nawróconych, jak nie ojca Tomka? „Szczęśliwy, kto nie chodził za radą bezbożnych, ale w prawie Pańskim ma upodobanie i będzie jak drzewo zasadzone u strumieni wód, które wydaje owoc, kiedy jest jego czas i którego liść nie usycha.” (Psalm 1) Sara: Interesuje mnie sprawa ludzi przystępujących do chrztu już w dorosłym życiu. Czy dużo osób decyduje się na chrzest w takim wieku?  Czy da się oszacować liczbę nawróceń? Ojciec Tomek: Pewnie się da i pewnie jacyś ludzie to robią, ale ja tego nie mierzę 🙂 W Krakowie każdego roku kilkanaście dorosłych osób przygotowuje się do chrztu, niektórzy u sióstr Jadwiżanek przy parafii św. Marka, inni u nas.   Sara: Wiem, że na spotkaniach przygotowujących do sakramentów obowiązuje tajemnica i każda opowieść jest zamknięta szczelnie w sercach i głowach obecnych. Proszę mi jednak powiedzieć, czy każde nawrócenie musi być mocne i spektakularne? Ojciec Tomek: Nie, zupełnie nie o to chodzi. Musi być rzeczywiste i trwałe. Rzeczywiste oznacza, że moje życie prywatne, zawodowe, w rodzinie, wreszcie moje życie wewnętrzne ulega zmianie, jest zawrócone do Boga. Trwałe – czyli mimo trudności i zmian moja wiara nie jest chwiejna, a decyzja niezmienna. Sara: Co kieruje nawróconymi? Dlaczego już w dorosłym życiu decydują się na chrzest? Ojciec Tomek: To są bardzo indywidualne rozstrzygnięcia. Części osób czegoś po prostu brakuje. Szukają… Czasem nakierowani w tę stronę przez rodzinę i przyjaciół. Modlą się i w Bogu odnajdują spełnienie i zaspokojenie swoich potrzeb. A później szukają pogłębienia i przypieczętowania swojej decyzji. Niektórzy po prostu chcą się dopasować społecznie. W Polsce mamy większość katolików. Nie chcą czuć się wykluczeni. Inni jeszcze decydują się przyjąć chrzest, ze względu na ślub z katolikiem. Nam natomiast nie zależy na „wytwarzaniu” społecznych katolików. Takich, którzy są tylko kulturowymi katolikami. Chodzi nam o to, żeby człowiek, który decyduje się na chrzest, w trakcie kursu przeszedł prawdziwą przemianę. Świadomie przyjął Chrystusa jako swojego Pana. Są jeszcze osoby, dla których chrzest jest przypieczętowaniem nawrócenia, które już przeszli. To ludzie nawróceni często w sposób cudowny, nieprzewidywalny i ewidentnie generowany przez Boga. Pochwyceni i  nawróceni z innych kultur, innych religii. U...

Read More
Pocztówka ze świata – Islandia
Lip10

Pocztówka ze świata – Islandia

“Czas mija, a ja nigdzie nie byłem, nic nie widziałem, nic nie zwiedziłem” – narzeka pewnie większość społeczeństwa. Podróże to nie tylko obecność fizyczna, ale również opowieści i rozmowy. To zdjęcia, artykuły, książki, filmy. Gdy nie można pozwolić sobie na wycieczkę marzeń, dobrą receptą, by dostać się na krańce świata jest rozmowa z ludźmi, którzy tam byli. Poznałam  jeszcze inny sposób świetnie pokazany w filmie “Love, Rosie”. Wystarczy zakręcić globusem, zamknąć oczy i przyłożyć do niego palec. Kilka dni temu mój palec zatrzymał się na jednym ze skandynawskich krajów – Islandii. Pierwsze, co mi przyszło do głowy to niedźwiedzie polarne, ekstremalne zimno, góry lodowe rodem z Arktyki i oczywiście elfy. Żeby potwierdzić albo obalić moje przypuszczenia nie musiałam szukać daleko. Postanowiłam zapytać kogoś, kto tam był. Agnieszka Kuś, studentka Uniwersytetu Ekonomicznego, wyjechała na trzy i pół miesiąca w ramach programu Erasmus do miasteczka Bifröst liczącego niespełna 300 osób. Zazwyczaj wyjeżdżając na Erasmusa wybiera się kraje, w których temperatura w ciągu roku nie spada poniżej 20 stopni Celsjusza. Ty wyszłaś poza schemat. Dlaczego Islandia? Agnieszka Kuś: Mam kolegę z Kolumbii, który pojechał na Islandię do pracy i tam poznał Polaków. Pewnego razu przyjechał ich odwiedzić i teraz mieszka w Krakowie. Rozmawiając z nim, zauważyłam, że dużo bardziej tęskni za Islandią niż za Kolumbią (co jest dziwne jak na “ciepłoluba”). Stwierdziłam, że skoro aż tak bardzo zakochał się w Islandii, to chyba warto ją zwiedzić. Niesamowicie podobają mi się kraje skandynawskie. Zaczytywałam się w powieściach, których akcja rozgrywa się właśnie tam. Zafascynowała mnie kultura tamtych stron. Jedną z przyczyn mojego wyboru było również zbadanie, jak podchodzi się tam do elfów i czy ludzie naprawdę w nie wierzą. Wyjeżdżałaś w lecie, lądowałaś w zimie. W dodatku twój lot zagrożony był wybuchem wulkanu. Jak więc przygotowywałaś się do podróży? A.K.: Nie miałam ciepłych ubrań, musiałam wszystko kupować przez internet. Mój bagaż podręczny ważył 10 kg, a rejestrowany – 20 kg. Byłam zestresowana, ponieważ myślałam, że jak tam przyjadę 31 sierpnia, to wysiadę z samolotu i umrę z zimna. Cała moja rodzina stresowała się nadchodzącym wybuchem wulkanu. Gdy jechałam do Berlina aby tam wsiąść do samolotu, dotarło do mnie, że jadę w ciemno. Dzięki Bogu erupcja nie nastąpiła. Więc jak wygląda ta cała Islandia? Maciej Dąbski w swoim artykule opisuje przyrodę tego kraju jako pełną: lodowców, gejzerów, wodospadów, jezior. Widziałaś to wszystko? A.K.: Jak to studenci na wymianie – mieliśmy sporo wolnego czasu. Dużo chodziliśmy na piesze wycieczki, a co dziwne – nie spotkaliśmy się z żadnymi szlakami, tylko ścieżkami wydeptanymi przez owce. Dróżki te były bardzo wąskie i często oznaczone “owczym tropem”. Byliśmy wszędzie, gdzie tylko mogliśmy się dostać. Widziałam wodospady, wulkan (który...

Read More
Mam naturę fightera!
Maj12

Mam naturę fightera!

O Bałkanach, przezwyciężaniu własnych ograniczeń i smakowaniu życia, z Martą Marek – pasjonatką literatury, modelką i niepełnosprawną aktywistką – rozmawia Krzysztof Reszka Jak to dokładnie jest z Twoim zdrowiem i sprawnością? M.M.: Chyba nie jest tak najgorzej, poruszam się wprawdzie o lasce, ale potrafię też jeździć samochodem. Jestem osobą dość zdrową. Nie czuję się niepełnosprawna. Wszystko zaczęło się gdy miałam dwa latka. Nagle pewnego pięknego dnia przesłałam chodzić. Byłam jak warzywo. Od razu rodzice wzięli mnie do Centrum Zdrowia Dziecka. Spędziliśmy tam trzy miesiące. Po tym czasie moi rodzice zdecydowali, że najwyższy czas żyć pełnią życia, a nie w szpitalu. Później była 18-letnia rehabilitacja, przedszkole integracyjne…  To między innymi dzięki moim rodzicom mamy w Bielsku podstawówkę integracyjną (nr 6). Później pięłam się przez dalsze szczeble edukacji. W liceum spotkałam Kamę Guzik, dzięki której poznałam wspólnotę "Klika". Co się stało że zamiast zacząć chodzić, nagle przestałaś? M.M.: Lekarze po trzech miesiącach nie odkryli przyczyny choroby. Ja już chodziłam, nawet biegałam. Nagle przestałam. A moi rodzice chcieli abym żyła normalnym życiem. Kiedy zaczęłaś chodzić z powrotem? M.M.:: Nie pamiętam. Byłam rehabilitowana od dziecka. Tata uczył mnie upadać, pewnie dlatego gdy spadam ze schodów to nic poważnego sobie nie robię  (śmiech). I jak należy prawidłowo upadać? M.M.: Intuicyjnie należy chronić głowę,  ale tu trzeba 25 lat ćwiczeń  (śmiech). Nie wszystkie moje upadki kończyły się jedynie siniakami. Raz upadłam na kaloryfer i rozbiłam sobie głowę (4 szwy), innym razem kolega rodziców wziął mnie na rower (12 szwów),  kiedy indziej parapet mnie zaatakował (1 szew). Z jakimi trudnościami spotykałaś się w szkole, na studiach? Czy ludzie wokół pomagali czy musiałaś po prostu starać się bardziej niż inni? M.M.: Może zacznijmy od tego że studiowałam kroatystykę. Jednym z ułatwień z jakimi się spotkałam ze strony wykładowców było to, że gdy mieliśmy 5 minut na przejście między budynkami, mogłam się parę minut spóźnić. Niekiedy koledzy z roku nosili mi torbę, ale rzadko, bo nigdy nie prosiłam o pomoc. Dlaczego akurat taki kierunek studiów? M.M.: Wiedziałam, że padnie to pytanie. Cóż…  powód jest prozaiczny: Chorwacja jest pięknym krajem, byłam tam na wakacjach na rok przed wyborem studiów. I stanęło na chorwackim. Mogę powiedzieć językołamacz: na vrh brda vrba mrda. Dzięki temu zdaniu nauczyliśmy się "r" sonantycznego, czyli głoski "r" zachowującej się jak samogłoska. KR: A co znaczy to zdanie? M.M.: Na szczycie wzgórza wierzba szeleści – To coś jak nasze "w Szczebrzeszynie chrząszcz brzmi w trzcinie" lub "stół z powyłamywanymi nogami". O czym pisałaś prace dyplomowe? M.M.: Prace licencjacką pisałam na temat twórczości Dubravki Ugrešić, o jej cyklu esejów i felietonów w książce pt. "Nikogo nie ma w domu". Polecam przeczytać książkę. Dubravka Ugrešić jest Jugosłowianką która...

Read More