Faryzeizm ks. Stańka
Mar20

Faryzeizm ks. Stańka

Homilia, w której były rektor krakowskiego seminarium duchownego, ks. Edward Staniek, zarzuca papieżowi brak zrozumienia dla Chrystusowej nauki o miłosierdziu robi furorę głównie za sprawą modlitwy o rychłą śmierć Franciszka. Ks. ds. hab. Edward Staniek w homilii poruszył temat autorytetu i władzy, zaznaczając że w Kościele bycie na świeczniku musi iść w parze z wiernością nauczaniu Chrystusa. Jako przykład osoby będącej u władzy, ale bez Jezusowego autorytetu wskazał właśnie Franciszka, atakując apel do przyjmowania muzułmanów przez parafie i diecezje. Dlaczego? Bo według ks. Stańka wyznawcy islamu jako wyznawcy religii są odpowiedzialni za milionowe mordy, nienawidzą Ewangelii i Polacy, którzy dali im łupnia pod Wiedniem, wiedza najlepiej, że z islamem nie ma dialogu. Umierającego z głodu czy pragnienia muzułmanina jeszcze można poratować, ale parafie i diecezje są dla katolików. Po raz pierwszy na kontrowersyjną homilię trafiłem za pośrednictwem fanpage’a miesięcznika „Egzorcysta”, co mnie nie dziwi gdy weźmie się pod uwagę, że zamiast o ludziach ks. Edward Staniek opowiada o demonach w ludzkich skórach, którym można okazać jedynie absolutne minimum miłości, gdyż jej szerszy zakres należy się bliźnim. Teraz wyobraźmy sobie, jaką furorę zrobiłaby wypowiedź imama, który ogłasza, że chrześcijanie nienawidzą islamu, wymordowali miliony w czasie krucjat, można im co najwyżej podać szklankę wody, czy kromkę chleba, by nie umarli, ale wierni Allaha powinni okazywać miłość tylko współwyznawcom. Cóż za ciemna, egoistyczna wiara! Gdy papież zachęca do przyjmowania uchodźców i migrantów przez instytucje i wspólnoty kościelne czyni to nie dlatego, że nie przejmuje się losem chrześcijan, ale właśnie dlatego, że miłość nieprzyjaciół jest istotnym elementem chrześcijańskiej tożsamości. Bez niej wracamy do barbarzyńskich czasów, których renesans mieliśmy w czasie II wojny światowej w postaci totalitaryzmów wskazujących swoim poddanym wrogów do zniszczenia: Żydów, Polaków, komuchów i zgniłego Zachodu. Gdy Jezus wzywał do tego, by nie ograniczać aktów miłosierdzia tylko do ziomków miał przed sobą okupowany, ciemiężony lud, którego przywódcy musieli kolaborować z pogańskim urzędnikiem. Mimo to wezwał nie do dobrodusznej filantropii (dosł. lubienia ludzi), ale Ewangelia podaje, że nakazał „agapate” – „miłujcie”. Jesteśmy w sytuacji, gdy do naszych krajów napływają ludzie z obcej kultury, spokrewnionej z naszą przez uznanie patriarchów i proroków, ale jednak obcej wiary. Pytanie brzmi: czy zależy nam na obronie status quo, zachowaniu resztek wyidealizowanego stanu przeszłego, czy też chcemy tych ludzi jakoś nawrócić? Jak mamy to zrobić, skoro ks. Staniek za absolutne maksimum miłości wobec nich uznaje absolutne minimum dopuszczalne w przypadku chrześcijanina? Ten kawałek chleba czy szklankę wody zapewni socjal. Dach nad głową czy pomoc w odnalezieniu się w Europie – już nie.  Jeśli Kościół nie zrobi nic w tym temacie, to pomocną dłoń wyciągną środowiska lewackie czy radykalni islamiści.  Ostatnie, co zrobią te dwa nurty, to ukazanie...

Read More
Chłopcy w sutannach
Mar07

Chłopcy w sutannach

Blisko młodzieży, nowoczesny, “na luzie”, reklamujący Kościół jak wesołe miasteczko – to może nie jedyny ideał, ale jeden z ideałów jak powinien wyglądać współczesny ksiądz, zwłaszcza młodego pokolenia. Tymczasem mimo nowoczesnego marketingu, w który zdają się inwestować świeżo upieczeni duchowni wiara nie chce sprzedawać się jak świeże bułeczki. Wzrost liczby wiernych nie bije rekordów, a o nadmiarze powołań nie słychać. Czytamy przecież w Dziejach Apostolskich jaką łatwość nauczania posiadali uczniowie Jezusa, któremu, jakby się zdawało, wystarczyło samo: “pójdź za mną”, żeby człowiek zostawił wszystko tam gdzie stał. Czym różni się ówczesny, prężnie rozwijający się Kościół, który później ogarnął całą Europę i dotarł do innych kontynentów, od dzisiejszego będącego w ciągłym kryzysie? Czy Prawda, którą głosi przestała być pociągająca dla tłumów, czy może została obalona przez naukę lub przysłonięta przez błędy Kościoła popełniane na przełomie wieków? Co się stalo, że wiara zaczęła być kojarzona z zacofaniem, a księża zamiast z szacunkiem spotykają się z pogardą? Należy wspomnieć, że Kościół pogardzany był od zawsze, od samego zarania. Sam Zbawiciel zapowiedział nam nienawiść ludzi, sam też umarł pogardzony. Przyczyną tej pogardy była siła Ducha Świętego obecnego w Kościele. Światło Prawdy rodzi nowego człowieka, ale niszczy starego. Dlatego stary człowiek nienawidzi światła, bo ono go obnaża i pokazuje jego brzydotę. Jeśli więc w Kościele wciąż gości Duch Święty, to musi on doświadczać nienawiści Złego. Kościół zatem zawsze był przez kogoś nienawidzony i pogardzany. Współcześnie jednak do czynienia mamy jeszcze z inną pogardą. Ta bierze się ze słabości. Kościół zawsze był w jakiś sposób słaby, ale siłę swoją czerpał od Boga. Tam gdzie od niego odchodzi, tam jego słabość staje się ciężarem do tego stopnia, że zaczyna gardzić sam sobą. Ludzie wtedy tracą wiarę. Gdzie młody ksiądz szuka ratunku? Nie w Bogu – w marketingu. Prawda, że żaden ksiądz się do tego nie przyzna. Prawdopodobnie nawet nie jest tego świadom. Jednak głosząc Ewangelię można popaść w pewną pułapkę. Jeśli Ewangelię traktuje się jak pokarm, to rozdaje się ją głodującym, jeśli jak lekarstwo – chorym. Kiedy zaś zacznie się ją traktować jak produkt – wszystkim. Prawda, że każdy może być głodujący lub chory i każdy potrzebuje Dobrej Nowiny, nie można jednak być jej akwizytorem używającym wszelkich znanych metod manipulacji, żeby pozyskać klienta. Tak często zachowują się młodzi księża. Starają się wcisnąć ludziom produkt. Reklamują Kościół jak wesołe miasteczko, a Boga jak spadającą gwiazdkę spełniającą życzenia. Jednocześnie miłość, którą oferują niczym nie różni się od oferowanej przez świat – jest łatwa i bez zobowiązań. Czy głoszą w ten sposób chwałę Bożą? Czy szukają własnej sławy i poklasku tłumu? Młodzi, ambitni księża reklamujący nie rzadko samych siebie, żebrzą o akceptację jak chłopiec z którym nikt się nie...

Read More
Tyle doskonałych dróg
Mar05

Tyle doskonałych dróg

Obiegowa opinia głosi, iż są trzy rzeczy, których nie wie papież: ile jest żeńskich zgromadzeń zakonnych, gdzie się podziało franciszkańskie ubóstwo oraz jezuickie posłuszeństwo papieżowi. Nie wiedzą tego również wierni świeccy, którzy dodatkowo zastanawiają się nad jeszcze jedną kwestią. Po co w Kościele są różne zakony? Różnorakich zgromadzeń, zakonów, rodzin zakonnych (itd., itp.) jest dziś multum. Rodzi się pytanie, po co taka różnorodność. Złośliwi klerycy na wykładach z historii Kościoła żartuję, że po 150 latach funkcjonowania danego zgromadzenia, jego charyzmat się „wypala” i albo przychodzi reformator (vel odnowiciel), albo zakon ulega kasacie. Jakkolwiek ironiczne to tłumaczenie, faktem jest że w ciągu wieków pojawiały się coraz to nowe wspólnoty, wnoszące do wspólnoty Kościoła jakieś zaniedbane przezeń aspekty. Sięgając do początków zjawiska można stwierdzić, iż swego rodzaju zakony stanowiły już wspólnoty pierwszych chrześcijan. Opisany w Dziejach Apostolskich ich przykład, jakkolwiek wyidealizowany, do dziś stanowi inspirację dla wszelkich ruchów, zgromadzeń i instytutów życia konsekrowanego. Opisane przez św. Łukasza elementy życia wspólnoty chrześcijańskiej – wierność nauce apostołów, wspólna modlitwa i Eucharystia, wspólnota dóbr, praktykowanie uczynków miłosierdzia, dzielenie życia ze sobą i uwielbienie Boga Z kolejnymi latami chrześcijan jest coraz więcej. Powoli zatraca się przymiot „inności”, oderwania od świata. A dla gorliwych wyznawców Chrystusa „inność” to cecha fundamentalna. Pierwotne znaczenie terminu „święty” to właśnie „inny”. A i w pismach Nowego Testamentu nie brak zaleceń, żeby wyróżniać się spośród tych, którzy żyją na świecie, aby być „innym”. Gdy więc bycie chrześcijaninem powoli staje się normą społeczną – od początku IV wieku nawet cesarze rzymscy są, z jednym wyjątkiem, chrześcijanami, a pod koniec tego stulecia jest to oficjalna religia państwowa – w szczególnie gorliwych wyznawcach rodzi się potrzeba „czegoś więcej”. Nie mogąc już liczyć na śmierć męczeńską (jakkolwiek to brzmi), która wcześniej stanowił oczywisty dowód ich wiary oraz był momentem narodzin dla nieba, ktoś w końcu wpada na pomysł, by zostać „białym męczennikiem”. Wychodzi na pustynię. Pierwszym pustelnikiem chrześcijańskim miał być Paweł z Teb. Miał być, ponieważ jest to postać legendarna, nie potwierdzona źródłowo. Dlatego za ojca ruchu monastycznego przyjmuje się św. Antoniego. Żył on w Egipcie na przełomie III i IV wieku. Po śmierci bogatych rodziców rozdał rodzinny majątek ubogim, a sam rozpoczął ascetyczne życie na pustyni. Mieszkał między innymi w starożytnym grobowcu i w opuszczonej twierdzy. Wszędzie jednak podążali za nim ludzie, pragnący naśladować jego styl życia. W końcu Antonii postanowił przyjąć uczniów, tworząc pierwszą wspólnotę anachoretów.   Anachoreci nie są mnichami w dzisiejszym rozumieniu. To pustelnicy, którzy z reguły żyją w odosobnieniu. Skupieni wokół św. Antoniego pustelnicy stanowili wspólnotę o tyle, że mieszkali w niedalekiej odległości i prowadzili podobne życie. Reguła utworzona przez ich mistrza zakładał życie w samotności. Jednak koncentracja chcących się...

Read More
Święta od robienia porządku
Mar02

Święta od robienia porządku

Gdy nie została męczennicą musiała być zawiedziona. Św. Teresa z Avila miała jednak wtedy zaledwie siedem lat i nie wiedziała, że Bóg ma dla niej inny plan. Wybrał ją, by do spółki z Janem od Krzyża zrobiła porządek w życiu zakonnym. TO NIE TAK MIAŁO BYĆ Jej pełne nazwisko brzmi Teresa Sanchez de Cepeda y Ahumada. Urodziła się w roku 1515, a więc dwa lata przed niesławnym wystąpieniem Lutra, w Hiszpanii gdzie z jednej strony silna była wiara katolicka, z drugiej – Kościół wciąż był niejako narzędziem polityki państwa, chcącego za pomocą Inwizycji scalić społeczeństwo poprzez asymilację Żydów i muzułmanów. Dziadek ze strony ojca Teresy był marranem – ochrzczonym Żydem, odrzuconym przez rodzinę wierną Zakonowi Mojżesza i oskarżonym przez Inkwizycję o to, że nawrócił się tylko pozornie. Jego syn szlachectwo po prostu kupił i zasymilował się z chrześcijańskim społeczeństwem do tego stopnia, że duch prozelickiego zapału przeszedł na jego dzieci. Wychowywały się one w dużej mierze na żywotach świętych stąd siedmioletnia Teresa i jej brat Rodrigo postanowili udać się do ziemi Maurów, by z ich rąk ponieść śmierć męczeńską. Niedoszłych męczenników zatrzymał jednak ich wuj wracający właśnie do miasta. Gdy zmarła matka Teresy, ta zwróciła się Maryi jako „Matki duchowej”. Jednocześnie zaczytywała się w romansach i innej popularnej literaturze, do tego przesadnie dbała o swój wygląd. Wiemy to jednak z opowieści samej Teresy, więc możliwe jest, że pod wpływem „Wyznań” Augustyna postanowiła ona nieco podkolorować swoje dawne grzechy. Pobierała naukę u augustianek, jednak ostatecznie w 1535 roku wstąpiła do Klasztoru Wcielenia w Avila, tam też złożyła śluby zakonne dwa lata później. Sytuację moralną w zgromadzeniu najlepiej opisują słowa „mistyk wystygł, wynikł cynik”. Klasztory były ogromne, liczyły po sto pięćdziesiąt zakonnic, wśród których nie brakowało szlachcianek. Panie z wyższych sfer wnosiły do zakonnego skarbca spore fundusze, przez co były też lepiej traktowane niż dziewczęta z mieszczaństwa czy chłopstwa. Odpowiednio ustawiona finansowo zakonnica mogła mieć nie celę a apartament ze służbą, przyjmować gości, a w skrajnych wypadkach nawet zalotników. Klasztor był więc zadeptywany przez mniej lub bardziej wpływowych odwiedzających, a same zakonnice by ich obsłużyć nie miały ani czasu ani chęci do modlitwy. Był to normalny stan we wszystkich klasztorach karmelitanek, podobnie karmelici posługiwali się zreformowaną regułą z 1432 r., nie tak rygorystyczną jak oryginał z XIII w. Osamotniona Teresa mogła zrobić to, co inne jej towarzyszki – przyjąć stan zastany i nie kłócić się z przełożonymi. PRZEBUDZENIE MISTYCZKI W latach 1538-1542 Teresa zachorowała. Ktoś złośliwy powie, że to pewnie skutek choroby, ale wtedy zaczęła doznawać przeżyć mistycznych. Przyjaciele twierdzili nawet, że wizyty Jezusa w formie cielesnej, ale niewidzialnej są tworem diabła. Jej spowiednik, św. Franciszek Borgia (prawnuk  Aleksandra IV), odrzucił...

Read More
„Misjonarz na post” – modlitewna akcja wielkopostna
Lut13

„Misjonarz na post” – modlitewna akcja wielkopostna

Projekt Misjonarz na post jest to akcja zorganizowana na czas Wielkiego Postu przez portal misyjne.pl. Projekt ma na celu wsparcie misjonarzy, którzy poświęcają swoje życie, na pomaganie najbardziej potrzebującym, poza granicami kraju. W ubiegłym roku w akcji wzięło udział ponad 12 tys. osób. Organizatorzy Misjonarz na post już po raz piąty zapraszają do wzięcia udziału w akcji i zaangażowania się w modlitwę. Czas Wielkiego Postu to niezwykle ważny okres dla nas wszystkich. To czas przygotowania się do Wielkanocy i Zmartwychwstania Pańskiego. Większość z nas w tym okresie robi pewne wyrzeczenia, niektórzy poświęcają czas na modlitwę, a inni mają postanowienia. Misjonarz na post to idealny sposób na przeżycie Wielkiego Postu. Robiąc coś dla siebie, również dajemy coś drugiej osobie, która bardzo tego potrzebuję. Co należy zrobić by wziąć udział? Wystarczy odwiedzić stronę: www.misjonarznapost.pl, podać swoje imię, nazwisko i adres mail. Na ekranie ukażą nam się dane naszego misjonarza, otrzymamy także maila z potwierdzeniem. Udział może wziąć każdy, bez względu na wiek i płeć. Akcja nie wymaga żadnych inwestycji ani wysiłku fizycznego. Co dalej? Naszego misjonarza możemy wspierać na dowolny przez nas sposób. Poprzez modlitwę, ofiarowanie cierpienia, dobrowolną formę postu czy dobre postanowienie. Wystarczy poświęcić chwilę w ciągu dnia, by pomyśleć o sobie, którą nam wybrano, pomodlić się za nią i wesprzeć duchowo. To wspaniała akcja, w którą warto się zaangażować. Misjonarze bardzo są wdzięczni, za każdą modlitwę oraz wsparcie, to niezwykła pomoc w ich codziennej pracy. Na całym świecie pracuje aż 2050 polskich misjonarzy, to znacznie więcej niż w ubiegłym roku, dlatego twórcy apelują, o jak największe zaangażowanie w sprawę. Pokażmy, że pamiętamy o nich i tak jak oni, chcemy nieść dobro i pomoc. To tak wiele, a nic nie...

Read More
Kard. Marx: „Nie można zabraniać błogosławienia związków homoseksualnych”
Lut07

Kard. Marx: „Nie można zabraniać błogosławienia związków homoseksualnych”

W rocznicę objęcia arcybiskupstwa w Monachium w odpowiedzi na pytanie dziennikarzy bawarskiego radia kard. Reinhard Marx stwierdził, że księża powinni błogosławić pary związki homoseksualne. Pytanie dotyczyło „suplementów witaminowych”, jakie podsuwają niektórzy katolicy na ożywienie Kościoła. Według tłumaczenia wywiadu zamieszczonego przez Catholic News Agency, Karin Wendlinger wymieniła tu także diakonat kobiet, czy zniesienie celibatu, zaznaczając, że Kościół nie wychodzi naprzeciw tym oczekiwaniom. Co powiedział? Kard. Reinhard Marx powiedział, że nie wierzy, że to najważniejsza potrzeba Kościoła, jednak „musimy brać pod uwagę sytuację pojedynczej osoby, jego historię życia, jego biografie, trudności, jakie przechodzi,, nadzieje, które się pojawiają, związki, w których on – lub ona żyje. Musimy wziąć to bardziej na poważnie i mocniej towarzyszyć im w w ich okolicznościach życia. To jest prawda także w stosunku do spraw, które wspomniałeś, to odnosi się też do homoseksualistów. Musimy być po pastersku blisko tych, którzy są w potrzebie pastoralnej troski i także chcą jej. I ona musi zachęcać księży i pracowników duszpasterskich, by dawać ludziom w konkretnych sytuacjach poparcie. Zupełnie odrębną kwestią jest jak to ma się odbywać publicznie i liturgicznie. To są sprawy, na które musisz uważać i rozważać je w dobry sposób. KW: „Więc naprawdę możesz wyobrazić sobie sposób na błogosławienie związków homoseksualnych w Kościele”? KRM: „Tak, ale nie ma ogólnych rozwiązań. To nie byłoby dobre, tak sądzę. To kwestia pasterskiej troski o indywidualne przypadki, i ma zastosowanie tak samo na innych obszarach, których nie możemy regulować, gdzie nie ma zestawów zasad. To nie znaczy, że to się nie dzieje. Ale naprawdę muszę zostawić to duszpasterzowi na miejscu i danej osobie pod opieka duszpasterską. Tu możesz debatować nad sprawą, tak obecnie się nad nimi debatuje i stwierdzić: jak pracownik duszpasterstwa ma sobie z tym poradzić? Jednak naprawdę zdecydowanie zostawiłbym to szczególnemu, indywidualnemu przypadkowi, jaki się trafia a nie wymagał znów jakiegokolwiek zestawowi zasad – to są sprawy, które nie mogą być regulowane”. Nietypowy kardynał Kard. Reinhard Marx jest specyficznym duchownym. Swoje nazwisko wykorzystał, by polemizować z marksizmem w książce „Kapitał. Mowa w obronie człowieka”, w której przestrzegał, że drapieżny kapitalizm może doprowadzić do odnowienia komunizmu. Jest stanowczym przeciwnikiem aborcji. W innych sprawach, jak pokazuje powyższa wypowiedź, jest praktycystą. Akceptacja związków homoseksualnych przez Kościół, mająca się wyrażać w ich błogosławieniu, a więc uznaniu za dobre jest sprzeczne z nauczaniem Katechizmu, przede wszystkim z wizja płciowości człowieka, czy małżeństwa. Ponadto, jak zauważa wielu komentatorów, mocno idzie w stronę subiektywizacji pojęcia grzechu: czy związek homoseksualny jest dobry, czy nie decyduje zespół „okoliczności łagodzących”: osobowość danej osoby, czy trudne przeżycia. Co więcej, te okoliczności zostają posunięte znacznie dalej: do czynników nobilitujących i umożliwiających błogosławienie. Wychodząc od złej praktyki zostawiania homoseksualistów samym sobie, kard. Reinhard Marx...

Read More
Rotacje w Gościu Niedzielnym, czyli sztuka domysłów
Sty25

Rotacje w Gościu Niedzielnym, czyli sztuka domysłów

Informacja o zmianie na stanowisku redaktora naczelnego „Gościa Niedzielnego” wyciekła najpierw do mediów we wtorek, 25 stycznia, wisiała jako niepotwierdzona, generując teorie w prasie katolickiej, liberalnej, zwykłej i brukowej,  aż wreszcie w środę, 26 stycznia stał się faktem, choć więcej w sprawie spraw do sprostowania niż ogłoszenia. Kto jest kim? Fakty są takie: wieloletni redaktor naczelny tygodnika Gość Niedzielny, ks. Marek Gancarczyk został zwolniony z obowiązku pełnienia tej funkcji przez metropolitę katowickiego, abp. Wiktora Skworca. W ciągu piętnastu lat na tym stanowisku ks. Gancarczyk uczynił z tygodnika Gość Niedzielny liczący się na rynku tygodnik opinii, którego sprzedaż rosła nie tylko dlatego, że kolportowany był w kościołach.  Wcześniej podobna sztuka udała mu się z „Małym Gościem Niedzielnym”, który był na skraju bankructwa. Nowym naczelnym tygodnika został ks. dr. Adam Pawlaszczyk, prawnik, były kanclerz Kurii Metropolitalnej, zaangażowany w Katowicki Sąd Metropolitalny, uczestnik II Synodu Archidiecezji Katowickiej, według notatki na stronie Gościa „współpracował z Wydziałem Teologicznym Uniwersytetu Śląskiego i Wydziałem Duszpasterstwa Rodzin Kurii Metropolitalnej w Katowicach w ramach formacji duchownych i świeckich w zakresie kościelnego prawa małżeńskiego oraz teorii prawa kościelnego. Szczególnie zainteresowany literaturą i muzyką, autor poezji, tekstów pieśni religijnych, artykułów i felietonów, współpracował z TVP, Radiem Katowice, Radiem eM i «Gościem Niedzielnym»”.   Ks. Pawlaszczyk broni reform papieża Franciszka w procesach o stwierdzenie nieważności małżeństwa, wskazując że nie służą one ułatwieniu takiego „rozwodu kościelnego”, ale przyspieszeniu procesu przez zmniejszenie wymogów formalnych przy tych samych wymogach prawnych. Innymi słowy: proces może być krótki, ale może oznaczać szybsze potwierdzenie ważności małżeństwa. Jest to jedna z przyczyn, dla których nowy redaktor naczelny uważany jest za liberała. Nie wiemy, kiedy obaj redaktorzy naczelni, były już i obecny, dowiedzieli się o zmianach i w jakich nastrojach się one odbywały. Możliwe, że właśnie niezadowolenie redakcji ze zmiany przełożonego skutkowało wyciekiem informacji przed czasem, teraz jednak trudno, by pracownicy publicznie prali brudy. Wiemy jednak, ile fermentu wokół tej zmiany się wytworzyło. Zarzuty i insynuacje Swoistym spiritus movens całego zamieszania był Tomasz Terlikowski, naczelny Frondy, który tak w opublikowanym na stronie Małego Dziennika a okraszonym wielką pieczątką „ALERT” zapowiedział zmianę w redakcji GN: „Stało się to w sytuacji, gdy „GN” jest jedynym pismem, które wciąż rośnie w rankingach zdobywając wciąż nowych czytelników. Nie ma więc realnych powodów, by go zmienić. Jedynym może być chęć zarżnięcia pisma albo… radykalnej zmiany jego linii. Nie od dziś wiadomo, że arcybiskup Wiktor Skworc nie przepada za PiS-em, a choć Gość Niedzielny nie był apologetyczny wobec władzy, to tak go właśnie w kurialnych kręgach czytano. Nie jest też tajemnicą, że z Watykanu płynął jasne sygnały, by zmienić projanopawłową linię w nauczaniu o małżeństwie, a „Gość Niedzielny” zawsze bronił w tej sprawie ortodoksji. Czy to...

Read More
Orszak Trzech Króli 2018
Sty05

Orszak Trzech Króli 2018

Orszak Trzech Króli 2018 – dziesiąte, jubileuszowe największe uliczne jasełka na świecie! 6 stycznia 2018 roku, pod hasłem „Bóg jest dla wszystkich”, Orszak Trzech Króli przejdzie ulicami 644 miejscowości w Polsce i 16 poza jej granicami. Najbliższy Orszak będzie jedną z największych imprez w roku świętowania 100-lecia odzyskania przez Polskę niepodległości, dlatego orszakowy śpiewnik będzie wyjątkowy. Będzie zawierał 14 polskich kolęd wraz z ich rysem historycznym autorstwa p. Jacka Kowalskiego, wykładowcy historii sztuki na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, lidera zespołu Monogramista JK, a także autora wielu książek i publikacji. Jest to zaproszenie do wędrówki przez dzieje Polski i ukłon w stronę wolności. W śpiewniku nie zabraknie listu Pana Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej Andrzeja Dudy. Pan Prezydent przekazuje w nim wyrazy uznania i sympatii oraz życzenia dla uczestników Orszaku. Motywem przewodnim OTK 2018 będzie przypomnienie jego uczestnikom, że Bóg przyszedł, aby odkupić każdego człowieka i czeka na wszystkich. Scenariusz Orszaku mieści wszystkich: ludzi na najróżniejszym poziomie życia, bogatych i biednych, ludzi o różnych zawodach, władców i poddanych, ludzi wykształconych i prostych, ludzi o różnych charakterach, ludzi na różnym etapie drogi do Boga, młodych, osoby w sile wieku i starców. Pokłon, zwieńczenie Orszaku, będzie pokazywał różnorodność wśród ludzi wędrujących do Boga. Trzej Królowie będą przedstawicielami trzech kontynentów i trzech pokoleń: – młodzieniec, który już na początku swojej drogi w dorosłość poszukuje i znajduje swoje powołanie, – mężczyzna w sile wieku, żonaty, reprezentujący mężów i ojców rodzin, który poszukuje Jezusa i właściwej drogi dla siebie i swojej rodziny, – starzec, który dopiero u schyłku swoich lat, bogaty w wiele doświadczeń, odnajduje drogę do Jezusa. Królowie, podczas swojej wędrówki do Stajenki zobaczą upadek pierwszych ludzi – Pierwszy Grzech, zmagania Dobra ze Złem, miną Dwór Heroda i Gospodę, ujrzą Chóry Anielskie, które będą wychwalać Boga, przejdą przez Bramę Anielską, która zaprowadzi ich do Jezusa. Hasło „Bóg jest dla wszystkich” nawiązuje do jubileuszu Orszaku – już po raz dziesiąty przejdzie ulicami polskich miejscowości. Chcemy przypomnieć, że Bóg przyszedł na świat, aby odkupić każdego człowieka, niezależnie od koloru skóry, wieku, poglądów czy światopoglądu. Święto Objawienia Pańskiego ma przypominać wszystkim, że Bóg na nich czeka, że chce ich zbawić, że nawet jeśli koleiny życia zaprowadziły ich daleko od Niego – zawsze jest czas, aby Go odnaleźć, wejść na drogę do Niego. W haśle zawiera się również dewiza Orszaku, który jest przykładem zgodnego współdziałania ludzi różnych poglądów i wyznań. To oddolna inicjatywa, która łączy i spaja lokalne społeczności. Orszak tworzą rodziny, szkoły, nauczyciele, sąsiedzi, lokalne władze, osoby duchowne i ludzie dobrej woli, którzy poświęcają swoje zdolności, umiejętności, czas i środki. W czasie OTK 2018 odbędzie się publiczna zbiórka pieniędzy „Mędrcy dla Wschodu”, której dochód zostanie przekazany na wsparcie...

Read More
Jutro o tej samej porze
Gru01

Jutro o tej samej porze

Już kilka dni przed pierwszą niedzielą adwentu powtarzałam w myślach znane mi adwentowe pieśni, żeby w pełnej gotowości zameldować się na roratach i móc na całe gardło śpiewać „Rorate coeli”. Z mamą zastanawiałam się, czy organista znowu zaśpiewa tylko dwie zwrotki mojej ulubionej pieśni „Archanioł Boży Gabriel”, kończąc słowami „nic nie rzekła aniołowi”, które w głowach nieco uważniej słuchających wiernych wywołują mały logiczny dysonans. Tym bardziej, że Matka Boża i jej „fiat” często stanowią motyw przewodni adwentowych homilii. Niby ciągle mówi się o dwóch wymiarach adwentu: oczekiwaniu na Paruzję, czyli powtórne przyjście Chrystusa na końcu czasów i przygotowaniu do pamiątki przyjścia Zbawiciela w tajemnicy Wcielenia. Mimo to odnoszę wrażenie, że aspekty eschatologiczne schodzą na dalszy plan, przesłonione figurkami Dzieciątka schodzącego po kolejnych stopniach do żłóbka, kiermaszami świątecznymi i całym tym okołobożonarodzeniowym zamieszaniem, w które – chcąc, nie chcąc – jesteśmy uwikłani. Ale czy naprawdę to Boże Narodzenie numer (tu należy wstawić swój wiek) powinno nas tak bardzo zajmować?  W czasie ostatniej w tym roku liturgicznym mszy świętej uderzyły mnie słowa z Apokalipsy św. Jana (Ap 22,7): „A oto niebawem przyjdę”. A w Ewangelii Jezus przestrzegał: „Czuwajcie wiec i módlcie się w każdym czasie, byście mogli stanąć przed Synem Człowieczym” (Łk 21,36). I wtedy w mojej głowie przestawiła się jakaś zwrotnica. Taka dobra zmiana. To jest to! "Przyjdę. Niebawem. Może nawet dziś albo za sto tysięcy lat". Wszak Bóg liczy czas nieco inaczej niż człowiek. Ale On chce, żeby na Niego czekać, żeby za Nim tęsknić, żeby wypatrywać nadejścia Jego królestwa. Koniec świata można rozpatrywać w dwóch kontekstach: własnej śmierci, po której każdy staje przed Bogiem twarzą w twarz, i Paruzji. Oba te wydarzenia łączą się z sądem, jaki Chrystus obędzie nad każdym z osobna, a także nad całą ludzkością. I ta wizja przeraża wielu chrześcijan na tyle, że gotowi byliby modlić się „przyjdź królestwo Twoje, ale jeszcze nie teraz”. Świadomość własnej grzeszności i możliwości wiecznego potępienia wiąże się ze strachem. Joseph Ratzinger ujmuje ten problem we „Wprowadzeniu w chrześcijaństwo” następująco: „Artykuł wiary o sądzie mówi nam o tym, że o nasze życie ktoś nas zapyta i niepodobna będzie tego pytania nie dosłyszeć. Nic i nikt nie upoważnia nas do tego, by lekceważyć sobie niezmierną powagę tkwiącą w takiej świadomości. Wskazuje ona, że życie nasze jest sprawą poważną i właśnie przez to nadaje mu godność”. Jednak nie można zapominać, że Jezus nie przyjdzie zrobić wielkiego spektaklu z wypełnieniem apokaliptycznych wizji, by udowodnić wszystkim, że On faktycznie jest Bogiem. Potem ci „dobrzy” pójdą potem do nieba, a ci „źli” – do piekła. Ratzinger pisze dalej we „Wprowadzeniu”: „Sędzia stanie przed nami nie jako ktoś zupełnie obcy, tylko jeden z nas, kto...

Read More
Adwent liturgicznie
Gru01

Adwent liturgicznie

Adwent to zdecydowanie najbardziej dziwny okres liturgiczny. Niby wielki post, ale taki radosny. Niby jeszcze nie Boże Narodzenie, ale kolędy słyszymy na każdym kroku. Z jednej strony dzieci z lampionikami i losowanie aniołków, z drugiej poważne rekolekcje i wezwania do głębokiej spowiedzi. Wyjaśnijmy więc co nieco. Jak czytamy w „Ogólnych normach toku liturgicznego i kalendarza”, adwent to czas pobożnego i radosnego oczekiwania. Oczekiwania na co? Adwent pochodzi od łacińskiego słowa advenio, co znaczy „przychodzę”. Nie ma wątpliwości, że chodzi o przyjście Jezusa. Są wątpliwości, o które przyjście chodzi. Adwent ma podwójny charakter. Oprócz przygotowania do przeżycia uroczystości Narodzenia Pańskiego, ma również przypomnieć i przygotować nas na paruzję – powtórne przyjście Chrystusa na końcu czasów. Taki jest cel adwentu. Natomiast jego najbardziej charakterystycznymi elementami są specjalne msze – roraty – oraz lampiony i wieniec adwentowy. Roraty, czyli lampiony, losowania i kolędy?! „Świat” nie rozumie istoty adwentu, bo i niby dlaczego miałby rozumieć? Dlatego od początku grudnia w centrach handlowych słyszymy „christmasowe” przeboje, a na półkach specjalne produkty na święta. Problem w tym, że coraz mniej chrześcijan, łącznie z duszpasterzami, rozumie ten okres liturgiczny. Niezrozumienie adwentu widać w jego spłyceniu. W wielu kościołach koncentracja pada wyłącznie na przygotowanie do przeżycia Bożego Narodzenia. Do tego przygotowanie to najczęściej ogranicza się do dzieci, które przychodzą na wieczorne roraty z lampionikami, do ustawionego pod ołtarzem żłóbka wkładają papierowe serduszka z wypisanymi dobrymi uczynkami, żeby „Jezuskowi” było ciepło, gdy się już urodzi. A pod koniec mszy losowanie: figurek, Maryjek i tym podobnego sacrokiczu. Dalszym przejawem spłycenia adwentu są między innymi koncerty kolęd organizowane w tym okresie również przez wspólnoty kościelne. Również spotkania opłatkowe w parafiach, wspólnotach czy klasach, organizowane przed 24 grudnia, pokazują, że wcześniejsze niecałe cztery tygodnie zostały zmarnowane. Przejść w tryb czuwania Przez większą część adwentu nie usłyszymy w czytaniach czy tekstach mszalnych ani słowa o Jezusku leżącym w żłóbku, lichej stajence czy opiekuńczej Maryi. Za to w pierwszy dzień każdego roku liturgicznego – w I niedzielę Adwentu – Kościół przypomina słowa Jezusa: „Czuwajcie, bo nie wiecie, kiedy Pan domu przyjdzie”. Taka perspektywa powinna nam ustawić nie tylko te kilka tygodni do najbliższych ferii, ale cały rok. Nawet całe życie. Oprócz fioletowego koloru szat, adwent jest podobny do Wielkiego Postu również dlatego, że w czasie niedzielnych Mszy Świętych nie śpiewa się hymnu „Chwała na wysokości Bogu”. Trochę to dziwne, biorąc pod uwagę „radosny” charakter adwentu. Brak wspomnianego hymnu można wiązać z tym, że adwent przez wieki w Kościele był okresem pokutnym. Adwent koncentruje naszą uwagę na kilku biblijnych postaciach. Przede wszystkim na Izajaszu, z którego proroctw zaczerpnięta jest większość adwentowych czytań. Wizje szczęścia, wystawnych uczt, powszechnego pokoju i bezpieczeństwa, jakie nastaną „na końcu...

Read More