Jutro o tej samej porze
Gru20

Jutro o tej samej porze

Już kilka dni przed pierwszą niedzielą adwentu powtarzałam w myślach znane mi adwentowe pieśni, żeby w pełnej gotowości zameldować się na roratach i móc na całe gardło śpiewać „Rorate coeli”. Z mamą zastanawiałam się, czy organista znowu zaśpiewa tylko dwie zwrotki mojej ulubionej pieśni „Archanioł Boży Gabriel”, kończąc słowami „nic nie rzekła aniołowi”, które w głowach nieco uważniej słuchających wiernych wywołują mały logiczny dysonans. Tym bardziej, że Matka Boża i jej „fiat” często stanowią motyw przewodni adwentowych homilii. Niby ciągle mówi się o dwóch wymiarach adwentu: oczekiwaniu na Paruzję, czyli powtórne przyjście Chrystusa na końcu czasów i przygotowaniu do pamiątki przyjścia Zbawiciela w tajemnicy Wcielenia. Mimo to odnoszę wrażenie, że aspekty eschatologiczne schodzą na dalszy plan, przesłonione figurkami Dzieciątka schodzącego po kolejnych stopniach do żłóbka, kiermaszami świątecznymi i całym tym okołobożonarodzeniowym zamieszaniem, w które – chcąc, nie chcąc – jesteśmy uwikłani. Ale czy naprawdę to Boże Narodzenie numer (tu należy wstawić swój wiek) powinno nas tak bardzo zajmować?  W czasie ostatniej w tym roku liturgicznym mszy świętej uderzyły mnie słowa z Apokalipsy św. Jana (Ap 22,7): „A oto niebawem przyjdę”. A w Ewangelii Jezus przestrzegał: „Czuwajcie wiec i módlcie się w każdym czasie, byście mogli stanąć przed Synem Człowieczym” (Łk 21,36). I wtedy w mojej głowie przestawiła się jakaś zwrotnica. Taka dobra zmiana. To jest to! "Przyjdę. Niebawem. Może nawet dziś albo za sto tysięcy lat". Wszak Bóg liczy czas nieco inaczej niż człowiek. Ale On chce, żeby na Niego czekać, żeby za Nim tęsknić, żeby wypatrywać nadejścia Jego królestwa. Koniec świata można rozpatrywać w dwóch kontekstach: własnej śmierci, po której każdy staje przed Bogiem twarzą w twarz, i Paruzji. Oba te wydarzenia łączą się z sądem, jaki Chrystus obędzie nad każdym z osobna, a także nad całą ludzkością. I ta wizja przeraża wielu chrześcijan na tyle, że gotowi byliby modlić się „przyjdź królestwo Twoje, ale jeszcze nie teraz”. Świadomość własnej grzeszności i możliwości wiecznego potępienia wiąże się ze strachem. Joseph Ratzinger ujmuje ten problem we „Wprowadzeniu w chrześcijaństwo” następująco: „Artykuł wiary o sądzie mówi nam o tym, że o nasze życie ktoś nas zapyta i niepodobna będzie tego pytania nie dosłyszeć. Nic i nikt nie upoważnia nas do tego, by lekceważyć sobie niezmierną powagę tkwiącą w takiej świadomości. Wskazuje ona, że życie nasze jest sprawą poważną i właśnie przez to nadaje mu godność”. Jednak nie można zapominać, że Jezus nie przyjdzie zrobić wielkiego spektaklu z wypełnieniem apokaliptycznych wizji, by udowodnić wszystkim, że On faktycznie jest Bogiem. Potem ci „dobrzy” pójdą potem do nieba, a ci „źli” – do piekła. Ratzinger pisze dalej we „Wprowadzeniu”: „Sędzia stanie przed nami nie jako ktoś zupełnie obcy, tylko jeden z nas, kto...

Read More
Kto tu jest najważniejszy, czyli o kierunku odprawianie mszy świętej
Lip07

Kto tu jest najważniejszy, czyli o kierunku odprawianie mszy świętej

Kard. Sarah wezwał księży do odprawiania mszy ad orientem. Wzywał do tego również Benedykt XVI. Niewiele z tego wyszło. Póki co, w centrum liturgii widzimy raczej kapłana, a nie Boga. Prefekt Kongregacji ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów nie po raz pierwszy przypomniał, żeby Eucharystię odprawiać po Bożemu. Czyli żeby Bóg był w centrum, człowiek czasem przyklęknął, a w świątyniach znów zabrzmiał chorał. W zasadzie nic nowego. Ani soborowa Konstytucja o Liturgii Świętej, ani późniejsze dokumenty* nie dawały podstaw, żeby z mszy świętej robić coś na kształt spotkania towarzyskiego. A że problem nie jest wydumany, to można w bardzo prosty sposób udowodnić. Otóż, ile razy Pańswu, jub znajomym/rodzinie zdarzało się wybierać niedzielną mszę w zależności od tego, jaki ksiądz będzie odprawiał? A przecież każdy działa in personae Christi, czy odprawia ten, czy tamten, jest to zawsze ta sama ofiara krzyża.  Co mówi "Duch liturgii"? Apele o celebrowanie ad orientem wysyłał również Benedykt XVI. I sam dał przykład ­– od niego wzięło początek stawianie krucyfiksu na środku ołtarza. Argumentował ten pomysł, jeszcze jako kard. Ratzinger, w „Duchu liturgii”. Pierwsi chrześcijanie podczas liturgii stawali zwróceni na wschód, jako oczekujący Chrystusa – tego, który przychodzi jak Wschodzące Słońce. Tak też budowane – orientowane – były świątynie, aż do późnego średniowiecza. Gdy w kościołach zaczęto dostawiać coraz więcej ołtarzy bocznych, nie wszystkie mogły być tak ustawione, by celebrujący Eucharystię kapłan mógł być rzeczywiście zwrócony twarzą ku wschodowi. Symbolem zwrócenia się do Chrystusa stał się więc krucyfiks jako swego rodzaju „duchowy wschód”. Warto zauważyć, że praktyka wskrzeszona przez Benedykta jest kontynuowana przez obecnego papieża. Na marginesie, w kilku miejscach w kraju jednak odprawia się tzw. "nową mszę" tyłem do wiernych – choć nie jestem pewien, czy można to określić jako ad orientem. Chodzi o kaplice z cudownymi obrazami Matki Bożej, ot choćby na Jasnej Górze, czy w Kalwarii Pacławskiej. Z jakiego powodu? Doprawdy nie wiem. Nie brak miejsca na dostawienie "stoliczka". Może więc i duszpasterze i wierni czują, że jak w Kaplicy Cudownego Obrazu sprawujemy mszę wotywną ku czci Najświętszej Maryi Panny, to tak trochę głupio, żeby ten, który w naszym imieniu przewodniczy modłom, stał do niej plecami…           A co mówią księża? Niewielu jednak wzięło wzór ze stolicy apostolskiej. Pewnie inaczej by to wyglądało, gdyby papież zaproponował jakąś praktykę zrodzoną w środowiskach charyzmatycznych. Jakiś czas temu bp Edward Dajczak pozytywnie wspomniał o tzw. zaśnięciu w Duchu Świętym. Cały katolicki Internet nie mógł wyjść z podziwu, jak to pięknie i że teraz to wszyscy tak, to będzie super i w ogóle fajnie. A liturgia? Co tam, że źródło i szczyt życia chrześcijan… Nie wróżę, aby pomysł wprowadzenia celebracji ad orientem rzeczywiście się ziścił. Umiejscowienie wizerunku ukrzyżowanego...

Read More
Wszyscy gramy do jednej bramki
Kwi29

Wszyscy gramy do jednej bramki

Już święty Paweł ganił chrześcijan, gdy jedni twierdzili, że są jego, a inni Apollosa. Nowy Testament w wielu miejscach podkreśla wagę zjednoczenia Kościoła w modlitwie i działaniu, pasterze Kościoła nawołują do tego od stuleci. Jak jest dzisiaj z tą współpracą różnorodnych środowisk kościelnych, których mamy tak wiele? Ile mamy inicjatyw ponad podziałami, a ile „prywaty”? Odpowiedzieć może każdy, kto kiedykolwiek próbował zorganizować coś w zamyśle łączącego różne katolickie środowiska. Wydarzenie, inicjatywa, projekt – cokolwiek. Od lat działam w Kościele, w różnych grupach, duszpasterstwach, wspólnotach, tworzę różne dzieła, małe czy większe. W kilku różnych miastach, w grupach, prowadzonych przez księży diecezjalnych, zakonnych lub osoby świeckie. Niestety, w przeciągu ostatnich kilku lat niewiele się zmieniło, jeśli chodzi o ich współpracę. Idzie jak po grudzie i nie widać, by miało być lepiej. Jakiś czas temu rozmawiałem z kilkoma osobami postawionymi dosyć wysoko wśród organizatorów Światowych Dni Młodzieży Kraków 2016. Wyrażali oni wtedy nadzieję, że właśnie ŚDM będą jakimś bodźcem, prowadzących do tworzenia inicjatyw „ponad podziałami w naszym Kościele” (pamiętam, że padło dokładnie takie określenie). Jak będzie? Tego nie wiem. Chciałbym, aby to marzenie się spełniło, ale obawiam się, że zostanie po staremu. Ładnych kilka lat temu w moim rodzinnym mieście próbowałem organizować wspólne Msze, modlitwy młodych z różnych parafii – zainteresowania nie było praktycznie w ogóle, każdy wolał w ten piątkowy wieczór siedzieć ze swoim księdzem w swoim kościele. Na studiach, gdy raz czy drugi poszedłem do innego duszpasterstwa, bo akurat znajomy ksiądz miał tam rekolekcje, były ostatki lub innego rodzaju spotkanie – patrzono na mnie często z zaciekawieniem, czasem wręcz się dziwiono. Bo przecież ja byłem „stamtąd”, i nagle przychodzę „tu”. Oczywiście, nie obyło się bez zapraszania, w stylu „u nas jest super, przychodź”, „widzimy się za tydzień, prawda?”, „fajnie byłoby, gdybyś przychodził na kolejne spotkania/Msze/modlitwy”. Jasne, że było w tym wiele prawdziwej zachęty, grzeczności. Nie wierzę niestety w to, że nigdy nie było to podszyte chęcią „zgarnięcia mnie” z dotychczasowej grupy do nowej. Ale mi po prostu dobrze było z tym, że w moim diecezjalnym kościele parafialnym co niedziela służyłem do Mszy, w tygodniu byłem w duszpasterstwie jezuitów/dominikanów w mieście, w którym studiowałem, w piątki chodziłem „na wspólnotę” do oblatów, a czasem pojechałem na rekolekcje do franciszkanów. Niektórym widocznie się to nie podobało, bo celowali we mnie ciętymi uwagami. O ile w każdym z tych miejsc czułem się dobrze, starałem się coś w nie wnieść i sam wychodziłem podbudowany, o tyle nie powinno to nikomu przeszkadzać. Niestety, było inaczej. Nie lepiej jest z organizacją większych wydarzeń, tworzonych nie tylko miejscowej wspólnoty czy duszpasterstwa, ale dla szerokiego grona odbiorców. Spróbuj zorganizować duże, kilkudniowe rekolekcje i ściągnąć na nie ludzi spoza swojego...

Read More
A myśmy się spodziewali…
Kwi29

A myśmy się spodziewali…

Nie ma człowieka, który nie przeżyłby w swoim życiu jakiegoś zawodu. I to niejednego – niektórych z nas dotykają one bardzo często. Najbardziej boli, gdy zawiedzie ważna dla nas osoba, komuś bliskiemu stanie się krzywda, gdy nie uda się coś, na co bardzo liczyliśmy. Nikt  z ludzi nie jest idealny, wszyscy mamy swoje wady i grzeszki – tu truizm, racja. „Nie pokładajcie ufności w książętach ani w człowieku, u którego nie ma wybawienia” – jak mówi autor natchniony w  Psalmie 146. Nie ma co pokładać nadziei w człowieku – matce, mężu, żonie, dziecku – bo oni na pewno na którymś etapie naszego życia nas zawiodą. Po prostu nasze nadzieje, życzenia, pragnienia przerastają możliwości każdego z ludzi. Jakkolwiek silna byłaby jego miłość względem nas, chęć pomocy, przysłowiowego „uchylenia Nieba”, jako człowiek jest za słaby, by sprostać wszystkim naszym nadziejom. Sam kilka lat temu byłem mocno dotknięty takim doświadczeniem. Nie rozumiałem, dlaczego ludzie z mojego otoczenia, często bliscy, tak bardzo mnie zawodzą, choć liczyłem na co innego. Czy byli tak perfidni? Czy mnie okłamywali, źle życzyli? Pamiętam, że gdy zwierzyłem się z tego mojemu ówczesnemu spowiednikowi, ten westchnął i powiedział, że im wcześniej człowiek sobie tę prawdę uświadomi i ją przyjmie, tym mniej żalu i smutku będzie żywił do innych ludzi. Nie możemy przecież wymagać, by wszystko zawsze szło po naszej myśli, jak w zegarku czy teatrze, by nasze otoczenie zachowywało się tak, jak sobie życzymy. Wspomniał o ludzkiej słabości i niedoskonałości oraz wolnej woli innych ludzi, która często jest rozbieżna z naszymi pragnieniami. Dziś to wszystko wydaje mi się naturalne i wręcz oklepane, ale gdy wtedy to sobie uświadomiłem poczułem, jakbym dostał obuchem w głowę. Polecam każdemu, kto jeszcze tego nie przeżył, a jestem pewien, że jest takich dość sporo. W tym miejscu wielu zapyta: dobra, z ludźmi tak zapewne jest, ale z Bogiem? On przecież jest doskonały, jest Miłością, a przecież często zawodzi ludzi? Prawdą jest, że sprawy wiary, duchowości jak każde inne wiążą się właśnie z niespełnionymi nadziejami. Myślę, że to nie Bóg często zawodzi ludzi, co my sami Mu nie ufamy, nie dajemy się poprowadzić, wolimy raczej tworzyć nowe plany i pragnienia, kurczowo się ich trzymać i rozliczać Go z ich realizacji. A jeśli tak się nie dzieje – obrażamy się na Niego, na Kościół, przestajemy się modlić, chodzić co niedziela do kościoła – strzelamy focha, bo On nie zrobił czegoś co ja sobie wymyśliłem, na co miałem nadzieję. W najlepszym przypadku – skupiamy się tylko na klęsce swoich planów, nie widząc tego, co Bóg daje nam zamiast nich, a co często, choć diametralnie inne, w dłuższej perspektywie jest dla nas lepsze. W czasie drogi do Emaus...

Read More
Księża, mówcie o Bogu!
Lut22

Księża, mówcie o Bogu!

Założę się, że każdy z nas słyszał w swoim życiu przynajmniej jedno kazanie, w trakcie którego chciał wyjść z kościoła. Zapewne nie raz po Ewangelii, w której Jezus opowiadał o Ojcu, leczył chorych i ogólnie przekazywał Dobrą Nowinę o Królestwie, następowało całkiem odmienne kazanie. Można by je wręcz nazwać Złą Nowiną. Nie lubimy być pouczani i nie czujemy się komfortowo, gdy słyszymy złowieszcze oceny i przepowiednie. Niestety, często właśnie takie słowa padają z ambon naszych kościołów. Od sławetnego strasznie gender i związkami partnerskimi, poprzez gromienie antyklerykałów i par żyjących bez ślubu. Znajdzie się w nich także np. wspomnienie faktu rozpuszczania dzieci przez rodziców, nieszanowania pracowników przez pracodawców, czy też wiarołomności niektórych polityków. Nie wspominając już o temacie pieniędzy, które przecież zawsze się przydadzą. Powiedzmy sobie szczerze – jeśli ktoś z nas żyje bliżej Kościoła i angażuje się w Jego życie, wcześniej czy później zostanie skonfrontowany z kapłanem, przemawiającym w ten sposób. W najgorszym wypadku będzie on jego proboszczem lub innego rodzaju przełożonym, w najlepszym – usłyszy skargi na niego od znajomych, uczęszczających do „jego” kościoła. Rola Kościoła jako stróża moralności jest bezdyskusyjna i nieoceniona, jednak nie może ograniczać się jedynie do wytykania palcami tego, co złe i straszenia konsekwencjami. Takie zachowanie mogło być popularne i mieć racjonalne podstawy np. w okresie PRL-u, gdy władze lansowały wartości nie zawsze zgodne z Ewangelią i mniej lub bardziej otwarcie walczyły z Kościołem. Jednak nawet w takiej sytuacji dobrze jest pokazywać przede wszystkim to, co dobre i piękne. W tym miejscu ktoś zapewne pomyśli sobie, że przecież upominanie i nazywanie grzechów  po imieniu zawiera się w miłości bliźniego. Nie powinniśmy jednak publicznie i jednostajnie grzmieć o nich, na pewno nie z ambony. To niczego nie da, a może tylko rozsierdzić tych, do których chcemy trafić. Dużo lepszym pomysłem jest modlitwa za tych, którzy działają lub myślą nie do końca poprawnie, a także głoszenie im Ewangelii o Bogu, który zawsze ich szuka i chce dla nich jak najlepiej. Dlaczego tak wielką popularnością cieszą się kaznodzieje pokroju o. Szustaka lub ks. Pawlukiewicza? Dlatego, że mówią w ciekawy sposób? Zapewne. Ale w dużej mierze również dlatego, że w swoich słowach nie narzekają na ludzi i ich zachowanie. Owszem, zdarza im się nazwać grzechy czy błędy po imieniu, ale tylko wówczas, gdy mogą jednocześnie przyznać, że z Bożą pomocą da się z nich wyjść, naprawić je. Według mnie ich sukces leży przede wszystkim w tym, że potrafią zachwycić ludzi opowiadaniem o Bogu i jego miłości do ludzi. Oczywiście – Boga nigdy nie zrozumiany i zapewne nie spotkamy fizycznie, by móc z Nim porozmawiać lub usłyszeć, co ma nam do powiedzenia o Sobie samym (abstrahuję tutaj od różnych...

Read More
Ten cały katolicyzm trudny jest do przeżycia
Sty28

Ten cały katolicyzm trudny jest do przeżycia

Domowe rozmowy małżeńskie prowadzą nierzadko do ciekawych wniosków. Jednym z ostatnich było stwierdzenie mojego lubego, że „ten cały katolicyzm trudny jest do przeżycia”. Początkowe oburzenie z mojej strony, pod tytułem „jak możesz tak w ogóle mówić?!” dość szybko ustąpiło miejsca zrozumieniu. Po chwili zastanowienia, która nie pomogła w znalezieniu żadnych sensownych argumentów przeciwnych tej tezie, musiałam z moim małżonkiem się zgodzić. To z kolei sprowokowało głębsze rozmyślenia nad tym, jak to właściwie z tymi różnymi katolickimi zasadami jest i dlaczego tak trudno żyć w zgodzie z nimi. Może życie człowieka wierzącego byłoby o wiele łatwiejsze bez tych wszystkich „rzeczy zabronionych”? Kto wie, być może wtedy więcej osób przekonałoby się do Boga. NIE DLA KAŻDEGO Nie czarujmy się – wiara katolicka i związane z nią podążanie szlakiem wytyczonym przez Magisterium Kościoła (pośrednio przez samego Jezusa) nie jest dla mięczaków i nie każdy może dać sobie z tym radę. Problem zaczyna się już od podstaw: miłuj Boga i bliźniego, jak siebie samego. Potem jest jeszcze bardziej pod górkę, a sam Dekalog to już w ogóle nic tylko rzucanie nam pod nogi coraz większych kłód: dzień święty trzeba święcić, nie kłamać, nikogo nie obgadywać, nikomu nic nie zabierać, nawet nie pragnąć za bardzo czegoś, co ma bliźni! Gwoździem do trumny jest moralność seksualna kształtowana na wzór podany przez Kościół: seks tylko po ślubie, pożycie małżeńskie tylko w zgodzie z naturą, żadnej antykoncepcji ani łóżkowych udziwnień. Wszelkie możliwe zakazy, nakazy i inne drogowskazy dotyczące tego, jak żyć w zgodzie z sumieniem, często są ponad ludzkie siły. Wydaje się, że Bóg bardzo wysoko ustawił poprzeczkę i człowiek nie dość, że ciągle ją zrzuca, to czasem w ogóle nie może jej dosięgnąć. To z kolei prowadzi do zniechęcenia – coraz trudniej jest nam podążać za katolickim nauczaniem. A kolejnym krokiem jest obrzydzenie – do Kościoła, że tak restrykcyjnie układa nam życie, a w końcu i nawet do Boga, że chce nam odebrać naszą wolność. KOŚCIÓŁ TERRORYSTA Wydaje mi się, że pierwszy problem polega na tym, że wielu ludzi postrzega zasady wyznaczone przez Ewangelię jako zamach na wolność. Kościół traktowany jest tutaj jako wróg, który coś chce odebrać, przywłaszczyć sobie. Zasady, zgodnie z którymi katolik powinien żyć, to nie tyle drogowskazy czy instrukcje, ale bezlitosne komendy, które trzeba nam wypełniać. Takie podejście rodzi bunt, bo przecież nikt nie lubi, kiedy dyktuje mu się, mu jak ma postępować. Nikt też nie lubi, kiedy coś mu się zabiera, a terrorystyczny Kościół dąży właśnie do tego, aby wszystko człowiekowi zabrać – całą z życia przyjemność, wszystko, co w tym życiu jest dobre, każde ułatwienie, jakie zagwarantował nam do tej pory postęp cywilizacyjny. WSZYSTKO MI WOLNO Teraz napiszę coś, co...

Read More