Baranek na rzeź
Sty13

Baranek na rzeź

Jakie mroczne tajemnice może skrywać sielska irlandzka prowincja? Czy zemsta może przywrócić spokój? Czy przebaczenie załatwia sprawę?  Jak zmierzyć się ze swoim człowieczeństwem w obliczu nieludzkich wymagań , przed którymi stawia nas życie? Takie pytania zadał widzom John Michael McDonagh w swoim filmie „Calvary”, który z czystym sumieniem zaliczam do 10 najlepszych produkcji minionego roku. Na początku fabuła wydaje się bardzo przewidywalna. Pewnego dnia do konfesjonału księdza Jamesa Lavelle przychodzi jeden z parafian i wyznaje, że w dzieciństwie był przez 5 lat regularnie wykorzystywany seksualnie przez duchownego. Ponieważ sprawca jego traumy zdążył się rozstać z tym światem, ów człowiek postanawia w akcie zemsty zabić proboszcza Lavelle, by w ten sposób odebrać Kościołowi oddanego kapłana i zadać tym samym dotkliwą stratę instytucji, którą obwinia za swój dramat. Wyznaje bez ogródek: „W niedzielę będziesz martwy”. Ksiądz bierze to początkowo za przejaw specyficznego irlandzkiego poczucia humoru, jednak szybko orientuje się, że to najszczersza prawda. Choć dobrze wie, kto klęczy po drugiej stronie kratki, tajemnica spowiedzi obliguje go do zachowania milczenia. James żyje silną wiarą, mimo to zostaje wraz ze swoim człowieczeństwem wystawiona na wielką próbę, której stawką jest życie. Poprzez pryzmat proboszcza małej nadmorskiej parafii reżyser ukazał całe spektrum osobowości mieszkańców irlandzkiej wioski. Można odnieść wrażenie, że są oni alegoriami siedmiu głównych grzechów oraz ludzkiej słabości w najróżniejszych odcieniach. Jednak nikt nie jest z góry oceniony. Widz sam decyduje o swoim stosunku do danej postaci. Żadna interpretacja nie zostaje narzucona. Akcja toczy się swoim tempem, a widz towarzyszy głównemu bohaterowi w przeżywaniu ostatnich być może dni, które obfitują w bolesne wydarzenia. Ktoś podpala kościół, zabija ukochanego psa księdza Jamesa, a rozmowy z dorosłą córką (ksiądz Lavelle wstąpił do seminarium po śmierci żony) po jej niedawnej próbie samobójczej do łatwych nie należą. Mimo to pozostaje on w pełni człowiekiem i próbuje jak najlepiej przeżyć swój ostatni tydzień, przechodząc przez wszystkie etapy żałoby po sobie samym. Cała historia wydaje się bardzo dołująca i mało zachęcająca do obejrzenia. Jednak reżyserowi udało się ukazać ją w sposób iście mistrzowski. Bez moralizowania, bez tępego oskarżania Kościoła. Z jednej strony lekko i z dużym poczuciem humoru, a z drugiej tak, że z kina wychodzi się w ciszy i trudno powiedzieć po projekcji coś mądrego. To jest absolutnie film do myślenia. Został oficjalnie doceniony na festiwalu w Berlinie, gdzie zdobył Nagrodę Jury Ekumenicznego oraz zdobył na rozdaniu Irish Film & Television Awards laur za najlepszy film, najlepszy scenariusz i dla najlepszego aktora. Doborowa obsada nadaje autentyczności postaciom, a Brendan Gleeson hipnotyzuje i powala na kolana w roli księdza Lavelle, nie tylko dzięki irlandzkiej urodzie. Piękne plenery irlandzkiego wybrzeża dopieszczają widza i łagodzą nieco moc intelektualnych doznań. Elementy pozornie z...

Read More
Czy jesteś gotowy na małżeństwo?
Sty13

Czy jesteś gotowy na małżeństwo?

Małżeństwo – w dzisiejszych czasach różnie postrzegane – wiąże się mimo wszystko z dużą odpowiedzialnością. Ludzie, którzy ostatecznie postanowili docenić piękno tego sakramentu często borykają się z pytaniem czy są już odpowiednio przygotowani. Jako narzeczeni postanowiliśmy zgłębić ten temat z duszpasterzem akademickim archidiecezji wrocławskiej, ks. Mirosławem Malińskim. A. Zawalska: Wiele osób mówi, że małżeństwo to koniec pewnego etapu w życiu, koniec wolności, którą mogli się wcześniej cieszyć. Czy mimo to mówiąc o sakramencie małżeństwa możemy mówić o nowym początku? ks. M. Maliński: Przede wszystkim o nowym początku. Jeśli ktoś myśli, że przez  małżeństwo traci  wolność, nie powinien się żenić. Ci, którzy uważają małżeństwo za początek nowego, lepszego życia trafiają w dziesiątkę. Ślub powinien zmieniać całe nasze dotychczasowe życie, podnosić jego jakość. A. Z.: Co jeśli sakrament małżeństwa nie wiąże się z taką zmianą? ks. M. M.: Od jakiegoś czasu w Stanach Zjednoczonych intensywnie rozwija się terapia związana z depresją poślubną. Chodzi o ludzi którzy żyją razem kilka lat i nie bardzo im się układa. Postanawiają wziąć ślub w przekonaniu, że to uzdrowi ich problemy. Okazuje się jednak, że sytuacja nie ulega poprawie, a oni popadają w depresję. Ślub traktują jak obrzęd magiczny tak naprawdę nie zmieniający ich życia oprócz pewnych formalności, jak zamiana nazwiska przez małżonkę. Nie ma on jednak poważnego wpływu na budowanie więzi między dwojgiem ludzi. Magia nie działa, a oni popadają w depresję. Ślub powinien zmieniać wszystko, całe życie, to ma być nowe rozdanie. Po ślubie zaczyna się wspólne życie. Do tej pory było "ja", a teraz jest "my". Jeśli chodzi o problem wspólnego zamieszkania przed ślubem nie są to z pewnością jakieś wariackie wymysły Kościoła, tylko głębokie przeżycia, dynamika życia, która ma potężne konsekwencje psychologiczne. P. Zemełka: Jak młody człowiek może rozpoznać czy jest gotowy do małżeństwa, do takiej zmiany? ks. M. M.: Są dwa aspekty tej sprawy. Po pierwsze musimy odpowiedzieć na pytanie czy dana osoba w ogóle może zakładać rodzinę. Jest taki moment w Ewangelii kiedy uczniowie, powołując się na Mojżesza, pytają Chrystusa czy można dać żonie list rozwodowy. Jezus odpowiada, że Mojżesz na to zezwalał ze względu na zatwardziałość serc ludzi, ale On ze względu głęboki charakter jedności małżeńskiej na to nie zezwala. Wtedy uczniowie lekko żartując mówią, że zatem nie warto się żenić. Jezus podejmuje ten temat dosyć poważnie twierdząc, że w trzech wypadkach nie można się żenić. Wspomina o bezżennych, którzy takimi się urodzili i których ludzie takimi uczynili. Są jeszcze niezdolni do małżeństwa ze względu na Królestwo Niebieskie i do tych na przykład ja się zaliczam. A.Z.: Zatem są ludzie, którzy nie powinni się żenić ze względu na wrodzone bądź nabyte niezdolności. I nie mam tutaj na myśli tylko...

Read More

Sobór – nowe otwarcie czy zwijanie biznesu?

Trudno znaleźć w nowożytnej historii Kościoła moment bardziej przełomowy niż sobór, który odbył się w Watykanie w latach 1962-1965. Dlaczego Vaticanum Secundum stał się dla wielu nowym początkiem w dziejach eklezjalnych?   DOKOŃCZYĆ SVI Skoro mówimy o Soborze Watykańskim II, wypadałoby zacząć od Soboru Watykańskiego I.  Został on zwołany w roku 1869 przez papieża Piusa IX, po czym w efekcie zawieruchy wojennej przerwany rok później. Formalnie został on zawieszony, jednak nigdy nie wznowiono obrad. Biskupi nieco „na szybko” zdążyli jedynie uchwalić dogmat o nieomylności papieża i potępić najbardziej szkodliwe XIX-wieczne prądy myślowe. Tymczasem świat przez te blisko sto lat zdążył się dość gruntownie zmienić. Doświadczony przez dwie wojny światowe, podzielony między blok socjalistyczny i demokratyczny, coraz bardziej świadomy istnienia innych kultur i mogący wymieniać się z nimi doświadczeniami, potrzebował także Kościoła, który będzie aktywnym i skutecznym głosicielem Ewangelii. Stąd wielkie nadzieje pokładane w ojcach soborowych. Liczono na to, że znajdą oni sposób, by katolicyzm wyszedł do świata, spróbował go zrozumieć, bez potępienia w czambuł wszystkiego, co choćby pachnie nowinkarstwem. Chciano, by Kościół rozwijał się dobrze nie tylko w wiejskich parafiach Europy Południowej, gdzie padre jest równie ważny co burmistrz, ale też w wielkich metropoliach Azji, gdzie wspólnota katolicka jest ledwo dostrzegalna. OBRÓT W LITURGII? Jedną z najważniejszych zmian, jakie wprowadził Sobór, były te w dziedzinie liturgii. Od razu trzeba jednak zaznaczyć, że należy odróżnić to, co postanowili ojcowie soborowi, głosując za Konstytucją o liturgii świętej „Sacrosanctum Concilium” (dalej: KL) a to, co potem pojawiło się w Mszale Pawła VI z 1970 r. Zalecenia Soboru nie były przepisami i nie miały przełożenia na sposób sprawowania sakramentów, dopóki w latach późniejszych nie wprowadzono nowych ksiąg liturgicznych. Przede wszystkim uderza wprowadzenie do liturgii języków narodowych, jednak bez wyraźnej wyłączności (KL 36, 54). Także czytania mszalne miały się odbywać w językach narodowych. Ma to na celu zaktywizowanie wiernych, którzy mają wreszcie rozumieć, co mówi kapłan i „świadomie, pobożnie i czynnie” brać udział w liturgii (KL 47). Msza jest wszak nie dziełem kapłana, a całego Ludu. Sobór zaapelował też o lepsze wykształcenie i wychowanie liturgiczne, a także włączenie homilii do liturgii słowa (KL 52). Do tej pory mogła ona zostać wygłoszona nawet po Mszy. Zmiany, jakie znamy dzisiaj, czasem odchodzą daleko od tego, co głosił Sobór. Nie postulowano nigdy odwrócenia kapłana twarzą do ludu, ani położenia nacisku na wątek uczty, ani też nie traktowano łaciny jako zakazanej. Są to zmiany wprowadzone później, „w duchu Soboru”, wynikające nieraz z huraoptymizmu gotowego wylać dziecko z kąpielą w imię dostosowania się do poziomu wiernych. Zubożenie kościołów materialne (wyrzucenie/sprzedanie starych ołtarzy) i duchowe (próby ufajnienia liturgii kosztem głębi) najczęściej są właśnie wbrew Soborowi. ODNOWA BIBLIJNA Sobór pochylił się...

Read More
Dwie „Zielone Mile”
Sty13

Dwie „Zielone Mile”

Osoby, które czytają książki, po obejrzeniu jej ekranizacji wiele tracą. Czasem ludzi ekranizujących należałoby stracić za to, co zrobili z książką. A niektóre ekranizacje tracą wiele z książki, wciąż pozostając dobrym filmem. „Zielona Mila” należy (na szczęście dla reżysera) do tej ostatniej kategorii. PROBLEM Z FORMUŁĄ Należy zacząć od tego, że „Zielona Mila” od początku była pisana jako powieść w odcinkach i Stephen King nie ukrywał tu wzorowania się na Dickensie. Film z kolei stanowi całość, nie dodaje żadnego szczególnego wątku, a jednak, nawet po uproszczeniu wielu szczegółów fabuły oryginału, trwa ponad trzy godziny (188 minut). Historia Johna Coffey'a, olbrzymiego Murzyna skazanego na śmierć za gwałt i zabójstwo dwóch białych dziewczynek, opowiadana jest przez naczelnego klawisza bloku E więzienia Cold Mountain, Paula Edgecomba. W książce odbywa się to poprzez ciągnące się przez dłuższy czas zapisywanie wspomnień z roku 1932, a wydarzenia z „centrum rekreacji” (czyt: „domu starców”) stanowiły dla czytelników wprowadzenie do kolejnego odcinka. W efekcie podczas lektury kilkakrotnie skakaliśmy w czasie między końcem i latami 30. XX wieku. Wydarzenia z domu opieki, gdzie spędza starość Edgecomb miały własny wątek – sadystycznego pielęgniarza Brada Dolana, po którym w filmie został jedynie miły ciemnoskóry chłopak w początkowej scenie na stołówce. W ekranizacji wydarzenia z roku 1999 są jedynie klamrą otwierającą i zamykającą fabułę, wyjaśniającą dlaczego Paula poruszył fragment filmu sprzed sześćdziesięciu lat. Jako, że w ekranizacji mamy do czynienia nie z zapiskami, a ustnym wspomnieniem, wiele kwestii poruszanych w wersji oryginalnej jako narracja z perspektywy Edgecomba trzeba było przedstawić zupełnie inaczej. Podczas gdy uzdrowienie Paula z infekcji dróg moczowych w książce było raczej okraszone doznaniem wyostrzenia zmysłów, w filmie musiała rozbłysnąć żarówka. Zabrakło też taśmy na dedukcyjne odnalezienie winnego śmierci dziewczynek – ekranizacja potraktowała ten wątek trochę prostacko, wręcz łopatologicznie, ale na pewno efektownie. Pytanie: czy filmy powinny rezygnować z sensu na rzecz fajerwerków? DROBNE KOREKTY Aby móc rozpocząć film od sceny z „Panów w cylindrach” przesunięto wydarzenia z lat trzydziestych o trzy lata do przodu (do 1935 r.). Na potrzeby filmu namieszano też z kolejnością wydarzeń oraz pominięto niektóre szczegóły. Pierwszą z różnic jest kolejność pojawiania się więźniów na bloku E, czyli Zielonej Mili. Eduarda Delacroix w książce poznajemy już na początku i od razu wchodzi on w konflikt z Percy'm Wetmorem. Choć wydarzenia książkowe są bardziej barwne i chyba bardziej zgodne z psychologią (Percy czuje się upokorzony przez Dela i reaguje nienawiścią), w filmie wszystko zaczyna się od przypadkowego w sumie uderzenia pałką po palcach. Twórcy scenariusza zresztą nie dają widzowi samemu dojść do wniosku, że Percy Wetmore to człowiek zły, okrutny i głupi. Od razu niemal zdradza to jedna z postaci. Scena, w której Wetmore próbuje pierwszy...

Read More
Prawo kanoniczne
Sty13

Prawo kanoniczne

Dlaczego Kościół posiada własny zbiór praw? Czy nie aspiruje on czasem do bycia państwem w państwie, niezależnym od ustawodawstwa krajowego? Czy Kodeks Prawa Kanonicznego to tylko próba ubrania Ewangelii w normy i reguły czy może coś więcej? OD PIOTRA… Jak powszechnie wiadomo, Kościół powinien żyć wskazaniami Ewangelii, jednak gdy pojawiają się praktyczne problemy, sam kanon Pisma nie wystarcza. Jezus w swoim nauczaniu nie podał gruntownej wykładni zachowań kolejnych pokoleń, a co dopiero instrukcji, jak postępować w sytuacji, gdy mamy miliard katolików i któryś z nich zechce bronić swoich racji przed najwyższą możliwą instancją. Już w Dziejach Apostolskich czytamy, że pojawiły się problemy dotyczące wcielania Ewangelii w życie (konkretnie: czy trzeba się obrzezywać?), a rozwiązano je za pomocą soboru. Przez następne wieki to właśnie lokalni biskupi, a gdy tylko było to możliwe, ich zgromadzenia, czyli synody i sobory, wydawały rozporządzenia dotyczące organizacji Kościoła, pokut i sposobu rozwiązywania wewnątrzkościelnych sporów. Po pewnym czasie także cesarze zaczęli tworzyć ustawodawstwo jeśli nie dotyczące bezpośrednio wiary, to ustosunkowujące się do niej. Lokalny urzędnik musiał wiedzieć, co robić, gdy arianie i katolicy sprzeczali się, do kogo należy dany budynek. Przez długi czas ustawy takie – kościelne i cywilne dotyczące Kościoła – nie były nigdzie zbierane i funkcjonowały jako luźne dokumenty. Nie było to niczym dziwnym w czasach, gdy sami cesarze wydawali mnóstwo drobnych zarządzeń, zwanych konstytucjami, a próby zebrania ich w jeden twór okazywały się trudne lub niemożliwe. Z czasem zaczęto zbierać te luźne świstki w kodeksy, zszywając je z jednej strony. Tak powstał m.in. Kodeks Teodozjański, będący tak naprawdę wykazem ustaw od Konstantyna Wielkiego do Teodozjusza II. Wciąż jednak były to zbiory luźne, wymagające interpretacji i wyjaśnienia, gdyż prawo z jednego roku było sprzeczne np. z prawem z poprzednich lat. Wraz z nastaniem wieków średnich pojawiły się próby ponownego zebrania w jedno miejsce prawodawstwa soborowego i papieskiego, co uczynił w XI wieku mnich Gracjan. Przez kolejne wieki powstawały kolejne zbiory ustaw, uzupełniane i systematyzowane, choć na Soborze Trydenckim starano się prawo kanoniczne ujednolicić, nadając mu odpowiedni układ. CODEX IURIS CANONICI Przełomem był pontyfikat Piusa X, który w roku 1904 roku w motu proprio „Arduum sane munus” nakazał powołać organy mające odnowić dyscyplinę kościelną. Prace Komisji Kodyfikacyjnej nadzorował kard. Piotr Gasparri, a uwzględniały one wnioski i propozycje przesłane przez episkopaty z całego świata (nikt jednak wtedy nie rozpisywał się o „ankiecie Piusa X”). Kodeks przedstawiono dopiero w roku 1916 Benedyktowi XV, który zatwierdził i promulgował jego tekst. Zastąpił on niemal wszystkie dotychczasowe przepisy, był jednak krytykowany za zbyt zwięzły, a więc podatny na interpretacje tekst. Nie uwzględniał też osobnego charakteru Kościołów Wschodnich, które na osobny Kodeks (choć jego powstanie zarządził Sobór Watykański II) musiały czekać...

Read More
Ostatni akt Śródziemia
Sty13

Ostatni akt Śródziemia

Na ten dzień czekali wszyscy fani tolkienowskiej prozy. I w końcu nadszedł – ostatni akord zagrany przez Petera Jacksona, nasza ostatnia wizyta w Śródziemiu. "Hobbit: Bitwa Pięciu Armii" na ekranach naszych kin. I choć dalsza część tekstu nie będzie tak przyjemna, to sentyment jednak pozostaje, w końcu to wciąż jest świat Tolkiena, którego nie można nie kochać. Dobrze jest więc po raz kolejny zasiąść wygodnie w kinowym fotelu i zawitać do tej pięknej i dobrze nam znanej krainy, by choć na chwilę zapomnieć o wszelkich troskach i oddać się całkowicie przygodzie, ten jeden, ostatni raz. Peter Jackson miał marzenie. Marzenie o przeniesieniu świata Tolkiena na ekran, o wizualizacji tego, co przez lata siedziało jedynie w wyobraźni milionów fanów na całym świecie. I ten sen się spełnił. "Władca Pierścieni" był ogromnym sukcesem. Dość powiedzieć, że ostatnia część trylogii zgarnęła aż jedenaście Oscarów! To robi wrażenie. Po tak wielkim osiągnięciu, zarobieniu miliardów dolarów, zyskaniu wielu kolejnych oddanych miłośników, kwestią czasu była ekranizacja "Hobbita". Miał on powstać jako pierwszy, w końcu wydarzenia w nim opisane dzieją się przed wydarzeniami z "Władcy Pierścieni". Było z nim jednak wiele problemów natury prawnej. I przez to musieliśmy czekać prawie dziesięć lat od "Powrotu Króla", by w końcu obejrzeć historię Bilba. O czym traktuje "Bitwa Pięciu Armii"? Oczywiście o tytułowej bitwie, która zajmuje ponad połowę filmu. Produkcja zaczyna się jednak w miejscu, w którym Jackson zostawił nas z ogromnym niedosytem rok temu. Smaug wyleciał ze swojego legowiska i zmierzał w kierunku Miasta na Jeziorze. Przez pierwszych dziesięć minut mamy więc obraz spustoszenia, jakie wywołuje atak smoka, a później jego efektowną śmierć. Chyba nikogo tym spoilerem nie zaskoczyłem, w końcu nawet ci, którzy nie czytali książki, szybko się zorientują, że ta scena po prostu musiała się tak skończyć, innego wyjścia nie było. Później mamy szybki rozwój wydarzeń i dynamiczne przejście do działań wojennych, a dalej już ostra jazda bez trzymanki. To jest największa zaleta tego filmu, niesamowita dynamika i ani chwili wytchnienia dla widza, cały czas mają miejsce istotne wydarzenia. Pod tym względem to naprawdę godne zwieńczenie trylogii. Szkoda, że praktycznie tylko pod tym. Tym, co najmocniej mnie uderzyło, była zwykła przesada. O ile monumentalizm "Władcy Pierścieni" w ogóle nie raził, o tyle w "Bitwie Pięciu Armii" mamy go za dużo i to często nie do końca adekwatnie do sytuacji. Przesadzone jest wszystko – od pojedynczych scen czy gestów bohaterów, przez wątek tchórza Alfrida, po wyczyniającego niewyobrażalne rzeczy Legolasa. Po "Pustkowiu Smauga" nie sądziłem, że Orlando Bloom, z komputerowo zmodyfikowaną twarzą, jest w stanie nas czymś jeszcze zaskoczyć. Myliłem się. Scena, w której ujeżdża trolla, po czym steruje nim tak, że przewraca wieżę, która dzięki temu tworzy...

Read More
O świętowaniu starym i nowym
Sty13

O świętowaniu starym i nowym

Gdy byłem dzieckiem, adwent był czasem szczególnym. Zawsze mieliśmy jakieś postanowienia, obmyślało się dobre uczynki do spełnienia i zwracało się uwagę, by tych słodyczy tak za bardzo jednak nie jeść. Pamiętam Wigilie ze swojego dzieciństwa – rodzice, dziadkowie, ciocie, wujkowie, brat, dwaj kuzyni i trzy kuzynki. W sumie 15 osób. Trzy rodziny zbierały się razem, dzieląc się obowiązkami. Jedni udostępniali swoje mieszkanie i zajmowali się organizacją, druga rodzina przyrządzała karpie, a trzecia przynosiła niektóre potrawy. Najczęściej nie obowiązywały tu sztywne reguły ustalonych dyżurów, a raczej każdy robił to, w czym się specjalizował. Zbieraliśmy się zwykle o 17:00 lub 18:00. Trochę to trwało, aż wszyscy się zbiorą, rozbiorą, przywitają i usadowią przy stole. Potem czytanie Ewangelii i modlitwa – Ojcze nasz, Anioł Pański, modlitwy za zmarłych. Wreszcie opłatek… Święty trening umiejętności społecznych Wielu ludzi mówi, że stresuje ich składanie życzeń przy opłatku. Jedni nie wiedzą, czego życzyć, innych krępuje cała atmosfera i stanięcie twarzą w twarz z drugim człowiekiem. Mnie też to stresowało. Ale mimo to nie byłem nigdy przeciwnikiem tego obrzędu. Traktowałem go jako wyzwanie. Zauważyłem, że po przełamaniu się opłatkiem ze wszystkimi, początkowa trema zmieniała się w poczucie radosnego rozluźnienia i bliskości. Składanie życzeń zajmowało wiele czasu, zanim zdążyłem dopchać się do każdego. Życzenia trwały dłużej bo zamiast – albo oprócz – standardowego "zdrowia, szczęścia, pomyślności", życzenia przyjmowały formę małych rozmów podczas których starsi dzielili się z nami swoimi przemyśleniami i złotymi myślami. Uczta dla ducha i brzucha Pamiętam, że na Wigilię każdy dostawał ogromny kawał karpia. Jadłem go zawsze bardzo powoli ze względu na groźne ości. Były też barszcze z uszkami lub zupy grzybowe, sałatki, krokiety, kulebiaki, kluski z makiem i inne cuda. Później natomiast bogactwo ciast wszelakich i owoce. Liczba potraw rzeczywiście niebezpiecznie zbliżała się do symbolicznej dwunastki. Oprócz sycącej uczty kulinarnej, było też wiele atrakcji artystycznych, towarzyskich oraz duchowych. Najmłodsze dzieci prezentowały publicznie wyuczone piosenki i wierszyki, wujkowie zadawali trudne zagadki i organizowali konkursy z nagrodami. Bawiliśmy się również w "jaka to melodia": kuzynka grała na skrzypcach fragmenty linii melodycznej jakiejś kolędy, a wszyscy starali się jak najszybciej odgadnąć jej tytuł. Później losowaliśmy karteczki z sentencjami. Początkowo były to cytaty różnych autorów, a w późniejszych latach – fragmenty z Pisma Świętego. Każdy czytał na głos co wylosował, po czym niekiedy cała rodzina "rozkminiała", wyjaśniała lub wesoło komentowała to Słowo.   Gdy wszyscy byli już najedzeni, gasły światła i przy blasku kilku zaledwie świec oraz choinkowych światełek, kolędowaliśmy chyba przez całą godzinę. Często śpiew wzbogacony był także dźwiękiem gitary i skrzypiec. Na końcu było rozdawanie prezentów. Każda rodzina przygotowywała podarunki dla dwóch innych rodzin. Osoba która rozdawała prezenty przebierała się za św. Mikołaja. Również przy tej okazji...

Read More

Nowe życie: perły wyrwane z szamba!

Ich życie nie było usłane różami. Zranione, oszukane, wykorzystane i upodlone straciły wszelką nadzieję. Wydawało się, że bezduszna machina zła zgasiła ich światło na zawsze. Były spadającymi gwiazdami. Ból i samotność  spychały je do grobu. Ktoś jednak miał siłę, by wyrwać je z brudnych łap ciemności. Te podeptane, wyschnięte kwiaty rozkwitły na nowo. Brittni Ruiz / Jenna Presley Brittni Ruiz (ur. 1 kwietnia 1987 w Chula Vita, Kalifornia, USA), znana jako Jenna Presley, uznawana była za najgorętszą gwiazdę porno. Wystąpiła w 275 filmach. Jej życie nie było łatwe. Gdy dorastała, cierpiała na anoreksję. W wieku 14 lat została zgwałcona, a sprawców nie ujęto. Rok później, 15-letnia Brittni po raz pierwszy rozebrała się za pieniądze, podejmując w barze pracę jako tancerka toples. Gdy była pełnoletnia, trafiła do branży filmów porno. Przyjęła tę pracę, ponieważ czuła się doceniana przez producentów filmów. Mówili jej, że jest piękna, że będzie gwiazdą… Po kilku latach wyniszczającej pracy zerwała z dotychczasowym życiem. Będąc na samym "szczycie" w świecie kina porno, odeszła, w wieku 26-lat.  "Stałam się robotem. Pracowałam jak gumowa lalka Barbie, pozbawiona wszelkich emocji. Nie byłam już dłużej Brittni, przeistoczyłam się w Jennę Presley. Zyskałam alter ego. Zgadzałam się na wszystko, bo wydawało mi się, że tylko tak zrobię wymarzoną karierę. Przecież kiedyś tak bardzo chciałam być modelką" – wspomina. Wymarzona kariera i pieniądze nie dały Brittni szczęścia i spokoju. Zaczęła brać narkotyki, by zagłuszyć ból, zabić wyrzuty sumienia. Jak opowiada, pewnego dnia poszła do kościoła w San Diego, aby poprosić Boga o pomoc. Tam poznała pewnego mężczyznę. Zaczęła się z nim spotykać i rozmawiać lecz znajomość zakończyła się tragicznie. Mężczyzna wkrótce został śmiertelnie pobity przez członków gangu motocyklowego. To wydarzenie doprowadziło ją do depresji.  "Straciłam wiarę w cokolwiek. Próbowałam się zabić". Nieoczekiwanie jednak otrzymała pomoc. Skontaktowali się z nią przedstawiciele "XXX Church" – służby, która ewangelizuje osoby pracujące w przemyśle seksualnym. Brittni zaprzyjaźniła się z członkinią tej wspólnoty – Rachel Collins. To właśnie ona powiedziała aktorce, jak bardzo Jezus ją kocha. Ta miłość przemieniła jej życie na dobre! Ostatnią scenę porno w której brała udział, nagrano w listopadzie 2012 roku. Brittni Ruiz zerwała wszelkie kontakty z branżą erotyczną. "Dziękuję ci, Jezu, że znalazłam swój dom. To było siedem długich lat pornografii, prostytucji, striptizu, narkotyków, alkoholu, zakończonych paroma nieudanymi próbami samobójstwa" – mówi dziewczyna. Dziś pomaga innym aktorkom porno w przejściu na właściwą stronę. Znalazła pracę w firmie zajmującej się handlem limuzynami. Wyznaje: "Nigdy wcześniej w moim życiu nie znalazłam miłości. A to dlatego, że po prostu szukałam jej w złych miejscach. W końcu odkryłam miłość Boga i nie zamierzam wracać na dawną ścieżkę". Brigitte Bedard Brigitte Bedard (ur. 1968 r. w Quebec, Kanada) jest dziennikarką, która opowiedziała swoją historię 15 maja...

Read More
Rodzina jak z obrazka, czyli wizyta duszpasterska
Sty13

Rodzina jak z obrazka, czyli wizyta duszpasterska

Kiedy nie milkną jeszcze radosne pienia wujków Mietków i cioć Grażyn, odwiedzających kolejnych kuzynów, szwagrów i sąsiadów z kolędą na ustach (a i butelką za pazuchą), konkurencyjną trasą rusza ksiądz proboszcz. Ten ostatni – nie bez wdzięczności dla tych pierwszych – za przetarcie szlaków i wydeptanie zaśnieżonych ścieżek – jak co roku kroczy, by odwiedzić i dojrzeć swoich owieczek. Przyjęcie księdza z wizytą duszpasterską to prawdziwa operacja! Jak się pokazać, by nie pokazać tego, czego pokazać nie wypada? Jak nie pokazać tego, co jest i jak pokazać to, czego nie ma, a może chciałoby się, żeby było? Etap 1. Przygotowania. Usuń z wystroju swojej przestrzeni domowej elementy, które czyhają tylko na to, by postawić twoją niezachwiana dotąd reputację w stan wątpliwości. Papierosy i wszelkiej maści alkohol ukryj najgłębiej jak się da – możesz go schować w barku, ale większą pewność da ci zakamuflowanie go między słoikami z przetworami w spiżarni, której drzwi – dla większej gwarancji – zasuń starą szafą. Najlepiej trzydrzwiową. Kiedy już wszystkie przedmioty stwarzające realne zagrożenie dla twojego (dobrego) imienia i imienia twojej rodziny zostaną zabezpieczone, zajmij się porządkowaniem mieszkania. Dopilnuj jednak, by w czasie, w którym będziesz doszlifowywała ostatnie szczegóły wystroju, twoje dzieci z zapałem i skrupulatnością – porównywalną jedynie z pierwszym dniem w szkole – zajęły się uzupełnianiem braków w swoich zeszytach do szkolnej katechezy, ale znajdź również chwilę, by poddać rewizji ich (nie)znajomość Dekalogu bądź Tajemnic Różańca (jesteś rodzicem – autorytetem; masz na głowie tyle pilnych spraw, że wolno ci bez żadnych usprawiedliwień użyć do tego celu katechizmu bądź Internetu!). A, o mały włos zapomniałabyś o najważniejszym! Pomimo faktu, że robiłaś to już milion razy – przy okazji imienin, niedzielnych wizyt u twoich rodziców lub u jego rodziców itp. – chuchaj na zimne i  kolejny raz upomnij swojego męża, że kawały (nawet te najśmieszniejsze i sprawiające, że jego koledzy z pracy dosłownie kulają się po ziemi ze śmiechu) nie są najlepszym towarem do sprzedania proboszczowi. Etap 2. Godzina Zero. Jesteś już przygotowana. Twoje dzieci pachną świeżością wyprasowanych koszul, twój ukochany próbuje wejść w rolę dobrego męża, opiekuńczego ojca i troskliwego pana domu. Nagle rozlega się krzyk: „Idąąąąąą!!!”. Wtedy następuje pełna mobilizacja! Kilkanaście sekund dzielące od sądnego „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!” upływa w bezcelowym przemieszczaniu się z kąta w kąt. Wreszcie „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus” pada i rozpoczyna się doroczna wizyta. Pierwsza jej część, skupiona na złożeniu dziękczynienia Bogu za miniony rok i prośbach o nowe łaski dla domu i domowników, mija standardowo i nie wyzwala większego stresu (o ile oczywiście podczas wspólnej modlitwy nie zauważysz dziurawej skarpety na prawej stopie męża i nie będziesz musiała czynić olimpijskich akrobacji, by ów defekt...

Read More