Samotność Ultrona
Maj20

Samotność Ultrona

Filmy o superbohaterach – zwłaszcza te wychodzące z taśmy produkcyjnej Universum Marvela – to przedłużenie dzieciństwa. A że z dziecka mam w sobie sporo, to niestety nie potrafię krytykować kolejnych adaptacji opartych na komiksach. „Czas Ultrona ” w moim przekonaniu na krytykę również nie zasłużył, chociaż kilka niedociągnięć warto wymienić. Fabuła rozpoczyna się w miejscu, w którym zakończyły się wydarzenia z drugiej części „Kapitana Ameryki”. Avengersi rozpracowują ostatnią jednostkę Hydry, aby w ten sposób zapobiec złowieszczym planom organizacji. Jak wiadomo, licho nie śpi, dlatego Tony Stark (Robert Downey Jr.) wpada na pomysł stworzenia sztucznej inteligencji, która będzie gwarantem bezpieczeństwa i pokoju na świecie. Nie wszystko jednak idzie tak, jak zaplanował sobie naukowiec – inteligencja wymyka się spod czyjejkolwiek kontroli i tak powstaje Ultron (James Spader), który swoją rolę na świecie odbiera zgoła inaczej niż jego twórca. Dochodzi więc do momentu, w którym Mściciele zmuszeni są walczyć z tworem Starka i jego armią. Chociaż schemat całej historii opiera się na tradycyjnym podziale na dobrych i złych bohaterów, chociaż protagoniści walczą z antagonistą, to jednak twórcy skupili się na czymś zupełnie innym. Ukazuje się nam bowiem obraz bohaterów, którzy muszą poradzić sobie z wrogami, z tym że okazuje się, że są nimi oni sami. Dlatego pomijając ostrą naparzankę pomiędzy Avengersami, a armią Ultrona warto zwrócić uwagę na wątki psychologiczne zawarte w fabule. Nie są one jakoś wybitnie rozbudowane – w końcu czego można się spodziewać po kasowym blockbusterze. Trudno jednak odmówić Whedonowi, że zgrabnie wplótł analizę psychologiczną w rozgrywające się wydarzenia. To właśnie główne postacie są wrogami zarówno dla samych siebie, jak i dla siebie nawzajem. Każdy ma swojego wewnętrznego potwora, z którym prędzej czy później musi się zmierzyć. Spoiwem całości zdaje się tutaj być – raczej nieobecny w pierwszej części – Sokole Oko. Poznajemy jego rodzinę i zwykłe życie jakie wiedzie pomiędzy walkami z mocami zła. Staje się on dla pozostałych postaci nie tylko motywatorem do zastanowienia się nad sobą, ale przede wszystkim przykładem ustatkowania i oswojenia własnych demonów. Oprócz stałej ekipy z pierwszej części „Avengers” dostajemy dodatek w postaci bliźniąt z nadprzyrodzonymi mocami. Pietro Maximoff (Aaron Taylor-Johnson) jest szybki niczym błyskawica, a jego siostra Wanda (Elizabeth Olsen) z łatwością miesza ludziom w głowach za pomocą hipnozy. O ile postać Quicksilvera jest pokazana w całokształcie, to ze Scarlet Witch właściwie nic nie wiadomo. Niby ma w zanadrzu tę hipnozę, jednak w scenach walki po prostu powala przeciwników magicznymi czary-mary. Postać ta nie trzyma się jakiegoś ustalonego schematu, zdaje się jakby była dopracowywana zgodnie z tym, co pasuje w danym momencie do scenariusza. Przez to jest mdła i pozbawiona wyrazu.   Ciekawym przypadkiem jest również sam Ultron, który w niczym nie...

Read More

Kapitan Ameryka: Zimowy Żołnierz

Kapitan Ameryka nigdy nie był moim idolem. Jako uosobienie wszelkich amerykańskich cnót był dla mnie nieco archaiczny i przesłodzony. Ostatecznie bieganie za żołnierzami w stroju LGBT nie jest czymś, czego oczekuje się od superherosa. Steve Rogers w „Pierwszym Starciu” był mdły, niedzisiejszy i bez wyrazu. Co zatem sprawiło, że po obejrzeniu „Zimowego Żołnierza” nie mogę doczekać się kolejnych jego przygód? Przede wszystkim twórcom udało się tchnąć w Kapitana ducha współczesności. Nie jest już propagandową kukiełką, a przy tym zgubił gdzieś patriotyczne zadęcie. Kapitan Ameryka nie daje się porwać dzisiejszej modzie na bohatera-frajera. Zauważyliście modę na smutne filmy superbohaterskie? Schemat jest taki: po latach świetności przychodzi refleksja nad sensem życia, rezygnacja, smutne miny i patetyczne stwierdzenia. Następnie pod wpływem namowy (Gotham mnie potrzebuje, Metropolis mnie potrzebuje, MI6 mnie potrzebuje) zbiera się w sobie i wygrywa ostateczne starcie. A ja mam dość użalających się nad sobą bohaterów. Dotknęło to nawet Bonda, do cholery! A ja nie chcę takich postaci w kinie bohaterskim. Bohater ma być pewny siebie. Ma dawać przykład, brać się z życiem za bary! I taki jest Steve Rogers w „Zimowym Żołnierzu”. Kapitan Ameryka nie użala się nad sobą jak gówniarz czy inny Batman. Pomimo rzeczywistości, do której nie bardzo pasuje, on robi swoje bez zbędnego marudzenia. A przy tym jest charyzmatyczny i wzbudzający sympatię. Potrafi i porozmawiać i kopnąć w gębę. Nie mam pojęcia, w jaki sposób przeszedł taką pozytywną przemianę w tak krótkim czasie, ale brawa dla twórców. Nigdy nie sądziłem, że to powiem, ale „Kapitan Ameryka” przypadł mi do gustu bardziej niż Iron Man! Tony Stark wypada co prawda dość dobrze w „Avengers: Czas Ultrona” ale w „Iron Manie 3” wyglądał jak jeden wielki kryzys wieku średniego. Kapitan Ameryka to jednak inna bajka. Nasz odmrożony żołnierz ma również pewną zaletę, której nie mają ani Tony Stark, ani Bond czy też Batman. Nie jest zarozumiały. Zna swoje możliwości, ale do problemów podchodzi bardzo po ludzku. Zobacz także: Co zrobić z życiem wiecznym? Poza tym, że świetnie się bije, w tym filmie zaczyna myśleć i działać na własną rękę. Pewne wydarzenia skłaniają go do prywatnego śledztwa i widzimy, że radzi sobie równie dobrze schowany za ciemnymi okularami i pod czapką z daszkiem. I przechodzimy do kolejnej zalety filmu: to jest fenomenalny thriller polityczny. Robert Redford, który jest znany z ról w takich filmach, doskonale podkreśla szpiegowsko-korporacyjny charakter filmu. Wybuchy, pościgi i lanie się po mordach również jest obecne, ale twórcy dozują nam to w dobrze przemyślanych proporcjach. Szpiegowska warstwa filmu rozłożyła mnie na łopatki nie ze względu na to, że jest skomplikowana. Nie, jest bardzo prosta i przewidywalna. A mimo to klimat i wymiar spisku skierowanego w S.H.I.E.L.D potrafi unieść...

Read More
Śladem świętych krakowskich: św. Jacek i św. Józef
Maj20

Śladem świętych krakowskich: św. Jacek i św. Józef

Pisząc o Krakowie i najważniejszych świętych dla tego miasta, nie można nie wspomnieć o św. Jacku i św. Józefie. Pierwszy tutaj żył, mieszkał, pracował, drugi jest znany dzięki licznym cudom, które dokonały się za jego wstawiennictwem. Jednak nie tylko dla Krakowa ci dwaj święci są niezwykle ważni. Zapraszam na wycieczkę po stolicy Małopolski oraz do Sandomierza i Kalisza! DOMINIKANIE Dla polskich Dominikanów jedną z najważniejszych postaci jest święty Jacek, wywodzący się ze śląskiej linii Odrowążów. Jego wujem był Iwo Odrowąż – krakowski biskup, a wśród krewnych wymienić można także bł. Czesława (którego szczególną czcią otacza się we Wrocławiu) i bł. Bronisławę. Św. Jacek, zanim jeszcze wstąpił do zakonu kaznodziejskiego, pracował w Krakowie jako kanonik katedralny. Święcenia zakonne przyjął w Rzymie w 1221 roku. Już dwa lata później wrócił do Krakowa, gdzie pomagał w zakładaniu pierwszego w Polsce konwentu dominikanów. IKONOGRAFIA W ikonografii przedstawia się św. Jacka jako człowieka w średnim wieku, ubranego w habit dominikański i czarną kapę. Najczęściej w jednej ręce trzyma monstrancję, a w drugiej Matkę Bożą, czasem jest też przedstawiany w pozie adorującej Matkę Bożą. Odgrywała Ona w życiu św. Jacka szczególną rolę. Wiąże się z tym legenda, zgodnie z którą w czasie najazdu Tatarów na Kijów św. Jacek zmuszony był do ucieczki. Postanowił zabrać ze sobą monstrancję z Najświętszym Sakramentem, ale nawet nie zdążył wybiec z kościoła, kiedy usłyszał głos: „Jacku, zabierasz Syna, a zostawiasz Matkę?”. W kościele pozostała bowiem duża figura Matki Bożej. Jacek przestraszony spytał: „Jakże mogę Cię zabrać, skoro figura taka ciężka?”, jednak wrócił do kościoła i kiedy chciał podnieść rzeźbę, okazała się niezwykle lekka. Do dziś u krakowskich dominikanów można podziwiać tzw. Matkę Bożą Jackową – figurę z kamienia. KSIĘGA CUDÓW Tuż po śmierci św. Jacka (w latach 1257-1290), przy jego grobie wystawiono księgę cudów, w której zapisano w sumie 35 cudownych sytuacji, które wydarzyły się za jego wstawiennictwem i miały posłużyć w procesie kanonizacyjnym. Już za życia św. Jacek znany był z cudownej pomocy: leczył, wskrzeszał (w razie potrzeb również krowy!), a nawet chodził po wodzie. Św. Jacek był w sumie prostym człowiekiem: kiedy spotkał kogoś przypadkiem, lub ktoś do niego przyszedł z prośbą o pomoc, on po prostu się modlił i uzdrawiał. Według legendy karmił również biednych po najazdach tatarskich własnoręcznie lepionymi pierogami. Na pamiątkę tego wydarzenia podczas Festiwalu Pierogów w Krakowie można zdobyć nagrodę główną w kształcie figury św. Jacka z pierogami. Postać św. Jacka wiąże się też z Sandomierzem i kościołem św. Jakuba. Zgodnie z legendą święty posadził wokół świątyni lipy, ale… korzeniami do góry. Stało się tak dlatego, że teren należący dziś do dominikanów był własnością skąpca i niedowiarka o imieniu Konrad. Po długich i trudnych...

Read More

Własność intelektualna – nauka

O sprawach własności powiedzieliśmy sobie już wiele. Wiemy, że potrzebna jest ona do rozwijania cnót, zwłaszcza hojności. Znamy różnicę pomiędzy posiadaniem własności, korzystaniem z niej i władzą nad nią. Wiemy również, że państwo nie może ograniczać władzy nad posiadaną własnością, a nawet zmuszać właściciela do udostępnienia jego własności innym do korzystania. Powinno natomiast dążyć, żeby właściciel, nabywszy odpowiednich cnót, sam udostępniał swoją własność w odpowiedniej ilości, tak żeby jemu i innym służyła w dążeniu do szlachetności. Następnym problemem, jaki należy rozwiązać jest kwestia tego, co w ogóle podlega własności. Czy wszystko da się posiadać, czy są takie dobra, których nie da się posiadać na wyłączność, a jedynie przez wspólnotę? Dalej, czy wszystkie dobra można nabyć i w jakim stopniu oraz czy wszystkich można się wyzbyć? Problem podziału dóbr na rodzaje jest dość obszerny i będziemy jeszcze do niego wracać w przyszłości. Wiele sporów budzi własność, tak zwana intelektualna. Zacznijmy więc od pytania, czy przedmiot sporu jest w ogóle czymś, co można posiadać. Na początku trzeba powiedzieć, że powszechnie za własność intelektualną uznaje się to, co zostało w szerokim rozumieniu stworzone przez człowieka za pomocą zdolności twórczych jego rozumu. Za własność intelektualną nie uznaje się domu lub samochodu, mimo że oba te dobra zostały wytworzone przez człowieka. Chociaż w powszechnym rozumieniu samochód nie jest dziełem “intelektualnym”, pojawiają się próby zakwalifikowania go do takiego. Próby te w rzeczywistości mają na celu uniemożliwić dokonywanie napraw i wymian poszczególnych części przez firmy trzecie i nie można ich tłumaczyć inaczej, jak tylko chciwością. Pokazuje to, że pojęcie własności intelektualnej może być wykorzystane jako narzędzie do tworzenia monopolów w niezwykle nikczemny sposób. Nikczemność ta przejawia się tym, że czyny, które nie mają podstaw do bycia niemoralnymi, przedstawia się jako niemoralne i ściga z ramienia prawa. Wobec tego ważne jest bliższe zbadanie tego, co uważamy powszechnie za własność intelektualną. Już sama próba takiego badania pokazuje, na jak bardzo grząskim gruncie się poruszamy, gdyż dziedziny sztuki, do których się odnosi to pojęcie, tak dalece są od siebie odmienne, że nie powinny być rozpatrywane razem, a to właśnie czynimy, kiedy mówimy o własności intelektualnej. Już na wstępie można zauważyć, że nie wszystkie dobra wytwarzane za pomocą zdolności intelektualnych poddają się własności. Przykładem może być tu spora część nauki. Jeśli naukowiec zauważa jakieś właściwości, które kierują światem, nie staje się przecież ich właścicielem. Nawet jeśli zostaje autorem twierdzenia matematycznego, nie może posiąść na własność praw, które sprawiają, że to twierdzenie jest prawdziwe. Tym bardziej, że przecież prawda nie do niego należy, nawet jeśli to on ją odkrył. Z drugiej strony zaś nie może wyzbyć się autorstwa tegoż twierdzenia. Nie da się żadną siłą sprawić – i być wciąż w...

Read More
Bo tutaj jest jak jest
Maj20

Bo tutaj jest jak jest

Zajmę się utworem, który ze wspólnego przedsięwzięcia Jana Borysewicza i Pawła Kukiza z 2002 roku został chyba najbardziej zapamiętany. Jedna z najlepszych gitar rockowych w kraju plus charyzmatyczny i wyrazisty piosenkarz? To nie mogło się nie udać. Może nie wystąpiły na ich wspólnej płycie jakieś spektakularne utwory, jednak kilka z nich zapadło w pamięć. "Jest taki dzień", "Jeśli tylko chcesz" czy właśnie "Bo tutaj jest, jak jest". Tytuł tego ostatniego jest taki cudownie banalny. Czasem nie trzeba wiele mówić, żeby wysłać w świat prosty przekaz. I to jest właśnie taka piosenka, taki mały wielki utwór. Pozornie nic wielkiego, nieprzesadzony, prosty tekst, a trafiający celnie w myślenie zwykłego człowieka. I chyba dlatego ten hit ma taką siłę. Kukiz potwierdził tym utworem, że ma sprawną rękę do pisania tekstów. Oczywiście napisał dużo lepszych, barwniejszych, ambitniejszych, jednak czasem siła tkwi w prostocie. Dwie krótkie zwrotki plus refren. Do tego tekst, którego nie trzeba tłumaczyć, a w którym jednak zawarte zostały istotne pytania, jak choćby "(…) dokąd zmierza świat? Kto wiarę naszą sprzedał?". Kukiz odpowiedzi de facto nie udziela, mówi tylko, że w tej rzeczywistości nie jest żyć łatwo i my wszyscy o tym wiemy. Resztę zostawia naszej wolnej interpretacji, własnemu zastanowieniu się nad tym problemem. I kto by pomyślał, że trzynaście lat później frustracja spowodowana otaczającą rzeczywistością doprowadzi Kukiza do miejsca, w którym jest teraz. "Wierzę w to, że przyjdzie czas, wierzę w to, że zmieni się, wierzę w to, że Ty i ja obudzimy nowy dzień".  Powiem szczerze, że dziwię się, że Kukiz tych słów nie wykorzystywał w swojej kampanii wyborczej, patrząc na głoszone przez niego hasła. Płynąca z tekstu piosenki wiara i nadzieja na odmianę, na przyjście lepszych czasów jest bardzo mocna. Choć chyba bardziej martwi, że gdybyśmy się cofnęli w czasy PRL-u, to te słowa byłyby aktualne tak samo jak dzisiaj, mimo że oczywiście tych dwóch stanów państwa polskiego nie ma co ze sobą porównywać. Mam to szczęście, że urodziłem się już po 1989 roku i nie zaznałem życia w komunie. Jednak powiem szczerze, że dzisiejsza Polska nie jest krajem moich marzeń i choć miałem się nie mieszać w politykę, to nietrudno zauważyć, że wiele z tego, co mówi dzisiaj Kukiz, ma sens. Narastające przez lata społeczne niezadowolenie z powodu nieudolności władzy, ciągłego podnoszenia podatków i szeregu innych reform, które uprzykrzają życie przeciętnego Polaka spowodowało, że to musiało się tak skończyć. Kukiz trafił na podatny grunt, w dobrym momencie i dlatego słowa, że “razem obudzimy nowy dzień” w końcu nabierają rzeczywistych kształtów. I choć nie wiemy do czego to wszystko doprowadzi, to trzeba przyznać szczerze, że robi się coraz ciekawiej, a obywatele w końcu dają upust swojemu niezadowoleniu. Tyle...

Read More
Pomagając innym, pomagamy sobie
Maj20

Pomagając innym, pomagamy sobie

Nie brakuje osób chętnych do niesienia pomocy potrzebującym. Świadczą o tym dobitnie różne akcje społeczne organizowane w celu prowadzenia szeroko pojętego wsparcia dla osób znajdujących się w trudnej sytuacji życiowej. Prężną działalność prowadzą też różnorakie fundacje oraz grupy wolontariuszy. Altruizm definiowany jest jako zachowanie polegające na działaniu na korzyść innych. Nierzadko wiąże się ono z pewnymi wyrzeczeniami po stronie osoby udzielającej pomocy. Podkreśla się także, że jest to działanie bezinteresowne, wypływające z poczucia braterstwa i będące przejawem miłości do bliźniego. Czasem jednak ludzie decydują się na pomaganie innym ze zgoła odmiennych powodów. DLACZEGO POMAGAMY? Na tak postawione pytanie można udzielić wielu odpowiedzi. Z całą pewnością niektórzy pomagają z potrzeby serca – z czystej chęci niesienia pomocy. Inni zostali nauczeni i przyzwyczajeni do pomagania potrzebującym. Skuteczna nauka zachowań prospołecznych – opierająca się na nagradzaniu już od najmłodszych lat zachowań pożądanych – przyczynia się do utwierdzenia w dzieciach przekonania, że warto pomagać. Chwaląc i doceniając pozytywne postawy, zwiększamy szanse na ich przyswojenie. O potrzebie niesienia pomocy przekonują nas także pewne normy społeczne, które mówią, że trzeba wspierać słabszych. Do pomocy może skłonić zinternalizowany wzorzec – widząc, że inni wykazują się altruizmem, także i my chcemy włączyć się i zaangażować w różne akcje społeczne. Nie budzi także wątpliwości, że są osoby, które udzielają pomocy innym ze względu na regułę wzajemności. Pomagamy, ponieważ liczymy się z możliwością zaistnienia takiej sytuacji, w której będziemy zdani na zaangażowanie ze strony innych osób. WARUNKI UDZIELENIA POMOCY Odnosząc się do kwestii pomagania innym, nie sposób nie zwrócić uwagi na warunki, w jakich do niego dochodzi. Wypracowany w psychologii poznawczy model interwencji obserwatora umożliwia wyznaczenie sytuacji, w których będziemy gotowi udzielić pomocy innym. Po pierwsze – niezbędne jest dostrzeżenie zdarzenia. Po drugie – zinterpretowanie, że zaobserwowane wydarzenie wymaga przyjścia z pomocą. Następnie osoba interpretująca zajście zastanawia się nad tym, czy powinna pomóc oraz czy wie, w jaki sposób to uczynić. Na samym końcu podejmuje wybór, czy chce komuś pomóc, czy nie. Na każdym z etapów podejmowania decyzji o pomocy innym, na nasze zachowanie mogą oddziaływać dystraktory. Mechanizmy te zakłócają prawidłowy odbiór i analizowanie sytuacji, a w konsekwencji podjęcie właściwej decyzji. W wielu eksperymentach psychologicznych udowodniono, że ludzie chętniej pomagają na wsiach niż w miastach. Dzieje się tak dlatego, że w miastach występuje zjawisko zamykania się na bodźce z powodu ich znacznej (nierzadko nadmiernej) ilości. Dużo łatwiej jest dostrzec problem w małych społecznościach. Dobrą ilustracją jest tu metro bądź tramwaj stanowiące zamkniętą przestrzeń, w której łatwiej jest zauważyć niepokojące zdarzenie. Poza tym ogromne znaczenie ma fenomen określany jako kumulacja ignorancji. Zjawisko to przejawia się w braku reakcji spowodowanym bierną postawą innych. Ich zachowanie staje się kryterium oceny, czy dzieje...

Read More
Jak pracować, by nie grzeszyć?
Maj20

Jak pracować, by nie grzeszyć?

Chciałoby się czasem, jak niektórzy, wziąć i zawiesić całe to chrześcijaństwo na kołek przed miejscem pracy i żyć, jak nakazuje praktyka. Ale czy tak się da? Ano, się nie da. WIELKA POLITYKA Pytanie, przed jakim od zawsze stawali chrześcijanie, brzmiało: czy można być politykiem i wyznawcą Chrystusa? W powszechnym przekonaniu różne urzędy wręcz wymuszają na pełniących je ludziach postępowanie nie tylko wbrew sobie, ale też wbrew Bogu. W starożytności ludzie władzy przyjmowali chrzest pod koniec życia – ot, tak, na wypadek gdyby po drodze przyszło wydać wyrok skazujący kogoś na śmierć, albo dziejowa (czyt. „chwilowa”) konieczność wymuszała postępowanie niegodne chrześcijanina. Stąd lepiej było wierzyć w Chrystusa, ale żyć jako poganin i zmazać wszystkie swoje grzechy za jednym zamachem, gdy śmierć będzie już pukała do bram. Przykładem niech będzie tu Konstantyn Wielki, który choć chrześcijaństwo popierał, to jednak ochrzcił się na krótko przed zgonem. Zobacz także: Słowo, które rozjaśnia życie Także i dzisiaj zdaje się, że działalność w życiu publicznym jest niekończącym się pasmem dylematów moralnych i konfliktów sumienia z poczuciem obowiązku. Tak, jak każdy człowiek, polityk musi znać działkę na której pracuje i mieć świadomość, jakie konsekwencje mają podejmowane przez niego działania. Należy brać pod uwagę, że w naszym, demokratycznym systemie, rządzący podlegają wszelkim mechanizmom populizmu – to znaczy, że bardzo często chcą się podobać wszystkim, a przynajmniej większości, gdyż to właśnie większość decyduje, kto będzie rządził. Czy da się zostać świętym politykiem? Otóż, da się. Przypomnijmy tu chociaż sługę Bożego Roberta Schumana, „założyciela Unii Europejskiej”. Da się? Da się. BYLE WYKONAĆ PLAN? Zacznijmy może od tego, jak można zgrzeszyć w pracy. Przede wszystkim oszukując innych. Wszelkie próby działania na szkodę innych osób, wyłudzenia od nich pieniędzy, fałszowania rachunków, świadczenia nieprawdy, wykorzystywania ich pracy bez należytej zapłaty – są grzechami przeciwko bliźniemu. Ktoś powie: „Ale przecież takie są surowe prawa rynku, walka o przetrwanie w dzikiej, kapitalistycznej dżungli od dwóch konkurujących ze sobą monopolowych po wielkie korporacje farmaceutyczne”. Darwinizm, jak widzimy, ma się nieźle nie tylko w biologii. Problem w tym, że przejawia się on już nie na poziomie firma‒klient, a pracownik–pracodawca. W polskich realiach, gdzie pracodawca był przez lata jednocześnie przedstawicielem nielubianej władzy ludowej, doszło do sytuacji, gdy czymś normalnym jest okraść własnego pracodawcę. Dziki kapitalizm lat 90. z kolei sprawił, że w przeświadczeniu wielu przedsiębiorców warto wyzyskiwać pracownika, by samemu zarobić trochę więcej. Zgrzeszyć można wobec klienta – okłamując go lub oferując mu szkodliwy produkt. Pytanie brzmi, czy grzechem jest sprzedawanie alkoholu osobom od niego uzależnionym. Oczywiście, najnowsze badanie bez trudu udowodnią, że nawet najzdrowsza żywność niechybnie doprowadzi do choroby rakowej, jednak na ile producent może być odpowiedzialny za to, co oferuje? Oczywiście, tak jak zawsze –...

Read More
Znowelizowana ekonomia
Maj20

Znowelizowana ekonomia

Są książki, które trudno zekranizować. A jak napisać książkę na podstawie praktycznie pozbawionej fabuły gry planszowej? HEKSY, HEKSY Zacznijmy od samej gry planszowej, wydanej w 1995 r., która stała się punktem wyjścia dla powieści. „Osadnicy z Catanu” to strategia ekonomiczna pomysłu Klausa Teubera, w której nacisk jest położony przede wszystkim na pozyskiwanie surowców, handel nimi i usprawnianie gospodarki swojego królestwa poprzez wznoszenie nowych osad i budowę szlaków komunikacyjnych między nimi. Wszystko to rozgrywa się na złożonej z sześciokątów mapie Catanu – legendarnej, pełnej bogactw naturalnych wyspy. Każdy skrawek mapy ma przypisany numer, który decyduje, ile oczek trzeba wyrzucić na początku tury, by zabrać z niego plony. Za każdą rozgrywką wyspa wygląda inaczej, gdyż położenie pól jest w dużej mierze losowe, co rzutuje na działania podejmowane przez graczy. Ci swoją infrastrukturę stawiają na krawędziach (drogi) i wierzchołkach (osady) sześciobocznych pól o różnym charakterze. Lasy dają drewno, glinianki – glinę na cegły, góry – rudę żelaza, pola – zboże, pastwiska – wełnodajne owce. Jest jeszcze pole zupełnie nieurodzajne, pustynia, na której grę zaczyna Złodziej – figurka uniemożliwiająca pozyskiwanie z danego pola surowców (zostaje przesunięta, gdy któryś z graczy wyrzuci na kostkach siódemkę). Na krawędziach mapy znajdują się porty, umożliwiające wymianę zbędnych towarów na bardziej potrzebne. Gra toczy się tak długo, aż jeden z czterech graczy zbierze odpowiednią ilość punktów zwycięstwa – te są zaś liczone za osady, drogi i karty rycerskie, otrzymywane na przykład za zbudowanie odpowiedniej drogi. Rozgrywka jest całkowicie pozbawiona rywalizacji innej niż ekonomiczna. Nie ma walk, wojen, a przestrzeń do rozbudowy zdobywa się metodą kapitalistyczną: zajmując ją, nim zajmie ją przeciwnik. Można jednak działać przeciwko innemu graczowi – na przykład po wyrzuceniu siódemki ustawiając Złodzieja na jednym z cennych dla niego pól lub budując drogę tak, by zablokować podobną inwestycję ze strony rywala. Gra w Polsce została okrzyknięta grą roku 2005, za czym poszły kolejne wydania (z poprawioną szatą graficzną) i dodatki urozmaicające lub (zdaniem niektórych) psujące rozgrywkę. Pierwszą istotną modyfikacją jest uczynienie z „Osadników” gry całkowicie karcianej w „Catanie – grze karcianej”. Druga to przywrócenie opcji eksploracji nowych terenów (jak zakładał pierwszy projekt) w „Żeglarzach”. Pozostałe wprowadzają np. inwazję barbarzyńców i walczących z nią rycerzy, gotowe scenariusze czy dodające dwóch dodatkowych graczy. Modyfikacje historyczne na licencji gry przenoszą rozgrywkę od Egiptu przez Kanaan po Ankh-Morpork. Dodatkowo pojawiły się wersje elektroniczne. JAK TO ZNOWELIZOWAĆ? Na fali tej popularności i wielopłaszczyznowej adaptacji prędzej czy później musiała powstać książka. Jej napisania na zlecenie samego Klausa Teubera podjęła się Rebecca Gablé, niemiecka mediewistka i literaturoznawczyni. Stało przed nią trudne zadanie, gdyż gra jako taka nie posiada ani fabuły, ani wyznaczonych bohaterów, ponadto jej schemat sugeruje raczej działania rozciągnięte na wiele lat...

Read More
Zmotywuj się do życia!
Maj20

Zmotywuj się do życia!

Nic mi się w życiu nie udaje. Moja praca jest taka nudna. Pogoda, to przez tę pogodę, tak mi się nic nie chce… Ile razy u każdego pojawiały się takie myśli? Chwilami wynikają one ze złego samopoczucia, do którego każdy ma prawo. Jednak czasami takie nastawienie do świata staje się sposobem na życie i przetrwanie. Człowiek tłumaczy swoją niechęć i lenistwo czynnikami zewnętrznymi: to nie moja wina, że siedzę w tej pracy…przecież gdzie indziej mnie nie zatrudnią, chciałbym się zmienić, ale to wszystko na nic bo i tak nikt mnie nie zechce. Prawda, że wygodnie? Wspaniała perspektywa, siedzieć sobie w swojej skorupce żalu i zmartwień, gdzie ludzie przychodzą tylko poklepać mnie po głowie. A jeszcze najlepiej żeby ktoś się mną zajął, przytulił i pozwolił rozpływać się w smutku. Ale ile można?! Zmiana jest na wyciągnięcie ręki, tylko trzeba chcieć i wyjść z domu, z decyzją, z której nie mogę się wycofać. A brzmi ona- walczę o swoje lepsze życie. DZIAŁAJ Masz marzenia ale nie możesz zdobyć się na ich realizację. Dlatego jesteś zgorzkniały i nic Ci się nie chcę. Podczas jednej rozmowy z moim kolegą doznałam olśnienia. Jego sposób widzenia marzeń był nieco odmienny od mojego, ale wydaje mi się, że bardziej prawidłowy. Stwierdził on, że pragnienia, które ktoś ma, mogą być czymś kompletnie nieosiągalnym. Ktoś chciałby np. polecieć w kosmos, albo odkryć coś naprawdę spektakularnego. Być może jedna osoba na milion jest tym wybrańcem, ale prawdopodobieństwo, że jesteś nią Ty, jest mało realne. Jeśli jednak ma marzenia poparte talentem i umiejętnościami, to na co czeka? Przecież Bóg nie przyjdzie do niego, gdy nie chce mu się wstać z łożka z czystego lenistwa (nie mówię tu o depresji). Człowiek musi wykonać pierwszy krok: wstać, rozpędzić się i skoczyć. Owszem, istnieje ryzyko upadku, ale tylko zwycięzcy upadają, po to, aby wstać i iść dalej. “Dobra wiadomość jest taka, że Bóg uwielbia łapać tych, którzy już lecą w powietrzu. On dobrze wie, czym jest prawdziwe ryzyko. Wie również, że ludzie szybujący nad ziemią potrzebują Jego pomocy i łaski: Nie lękaj się, bo Ja jestem z Tobą; nie trwóż się, bo Ja jestem Twoim Bogiem. Umacniam cię, a także wspomagam, podtrzymuję cię moją prawicą sprawiedliwą (Iz 41,10)” (H, Cloud, J.Townsend) STAŃ W PRAWDZIE Kolejną kwestią, którą ludzie uwielbiają robić, to obwinianie innych za swoje niepowodzenia. Za to, że czują się nieszczęśliwi. Henry Cloud i John Townsend w swojej książce podają szereg przykładów takich zachowań. Jednym z nich są desperackie oskarżycielskie działania przeciw sieci McDonald, przez dwie otyłe kobiety. Uważały one, że to nie ich wina, że przytyły. To wszystko przez niezdrowe jedzenie, które kusi biednych głodnych ludzi. A przecież nikt ich nie...

Read More