Najpiękniejsza na świecie
Lip25

Najpiękniejsza na świecie

Nadzieja bywa niezwykle przekorna. Lubi pojawiać się tam, gdzie nikt się jej nie spodziewa. Gdzie nawet ona, ta ostatnia, powinna być martwa. A jednak na przekór wszystkiemu jest jej całe mnóstwo. Na mapie można znaleźć kilka takich „zielonych” punktów. Jeden z nich nazywa się Jamna. Jest 25 września 1944 r. Jamna – mała wieś położna na Pogórzu Rożnowskim 30 km na południe od Tarnowa, gdzie stacjonuje partyzancki batalion AK „Barbara”. Dwa tygodnie wcześniej żołnierzom udało się ujść z okrążenia, ale krąg tworzony przez oddziały 14 dywizji Galizien-SS znowu się zamyka. Dowódcy nie łudzą się: 600 kontra 4000 ludzi to dysproporcja, która nie pozwala na otwartą walkę. Niemcy są nieporównywalnie lepiej uzbrojeni, Luftwaffe czeka w pełnej gotowości. Trzeba będzie wymknąć się jeszcze raz. Na szczęście mgła uziemia samoloty. Doskonała znajomość topografii pozwala partyzantom dyskretnie wycofać się na zalesione wzgórza, gdzie można zapewnić sobie lepszą pozycję. Wkrótce padają pierwsze strzały. Zacięta walka trwa. Jednak w pierścieniu nieprzyjacielskich wojsk pojawia się luka i AK-owcy dzięki sprytnemu manewrowi wychodzą z okrążenia z obronną ręką, ponosząc względnie małe straty. I tym razem się udało. ZGLISZCZA Ale Niemcy nie pozwalają odejść Polakom tak po prostu. W odwecie, za pomoc partyzantom, wieś zostaje spacyfikowana. Przerażeni ludzie zamykają się w domach. Duża część mieszkańców barykaduje się w piwnicy. Naprzeciw esesmanom wychodzi młoda kobieta z dwójką małych dzieci i obrazem Matki Boskiej Tuchowskiej w ręku. Przecież nie będą strzelać do matki, dzieci oraz świętego obrazu. Chwilę później cała trójka pada rażona serią z karabinu maszynowego. Nie ma litości. Kogo nie dosięgają kule, ten ginie w płomieniach. Kilkorgu mieszkańcom udaje się uciec. W ciągu kilku godzin Jamna przestaje istnieć. Zostają zgliszcza, zbiorowa mogiła i straszne wspomnienia. Wraz z dymem z płonących zagród odchodzi nadzieja. Tu nie ma już dla niej żadnej racji bytu. DRUGIE OTWARCIE Czas mija, a Jamna gości od czasu czasu tylko wędrowców szukających odpoczynku w małym schronisku, powstałym na miejscu wiejskiej szkoły. Poza tym nie dzieje się nic. Kilkadziesiąt lat po tragicznych wojennych wydarzeniach proboszczem w sąsiedniej Paleśnicy zostaje ksiądz Góra – stryj młodego dominikanina Jana Góry, który zdążył stać się charyzmatycznym duszpasterzem poznańskich studentów. Ojciec Jan odkrywa Jamna na nowo i marzy o założeniu tu ośrodka duszpasterskiego. Normalny człowiek popukałby się w głowę, ale nie on. Gmina przekazuje w darowiźnie Duszpasterstwu Akademickiemu Ojców Dominikanów z Poznania jamneńską szkołę i przylegający do niej teren. Pomału, dzięki sile wielu ludzkich dłoni, w miejscu, gdzie nadziei wcale miało nie być, odradza się ona na nowo. Podczas pielgrzymki do ojczyzny w 1999 roku Ojciec Święty robi nalot na Jamną i z helikoptera błogosławi całe przedsięwzięcie rozbudowy ośrodka. Dwa lata później zostaje konsekrowany kościół p.w. Matki Bożej Niezawodnej Nadziei. No właśnie, nadziei… NAJPIĘKNIEJSZA NA ŚWIECIE...

Read More
W jaki sposób dawać nadzieję?
Lip25

W jaki sposób dawać nadzieję?

Nadzieja – wzbudzanie jej u innych powoduje poprawę ich samopoczucia i wzrost wiary we własne siły. Mówiąc do kogoś zwyczajne: „Głowa do góry!” czy „Wszystko będzie dobrze!”, wzmacniamy przekonanie, że właśnie tak się stanie. To, co złe odejdzie i nadejdą lepsze dni. Czy jednak należy pocieszać za wszelką cenę, posługując się kłamstwem? W wielu sytuacjach życiowych słowa wyrażające przekonanie, że wszystkie sprawy potoczą się i zakończą pomyślnie, świadczą o zainteresowaniu losami drugiego człowieka. Są oznaką empatii, współodczuwania. Ich celem jest podtrzymanie na duchu, nakierowanie na dostrzeżenie jasnych stron sytuacji, a także zmotywowanie do niepoddawania się. Zwykle są wyrazem głębokiej nadziei wypowiadającej je osoby na rychłą poprawę sytuacji. Niejednokrotnie może to spowodować, że pojawia się nadzieja albo staje się spotęgowana także w oczach bliźniego. SŁOWA POCIESZENIA Nie budzi wątpliwości to, że o wiele łatwiej jest wypowiedzieć słowa podtrzymujące na duchu niż przekuć je w czyn. Z resztą tak samo jest w każdej innej sytuacji życiowej. Czasem jednak powiedzenie komuś zwyczajnego: „Nie martw się!” czy „Jakoś się ułoży!” może wywołać bardzo pozytywne efekty. Dzieje się tak szczególnie w momencie, gdy wypowiadająca takie słowa osoba ma świadomość ich wagi i znaczenia. Oznacza to, że mówi je z przekonaniem, dzięki czemu u danej osoby pojawia się nadzieja. Wygłasza je w taki sposób, jak gdyby miały moc sprawczą. Takie wypowiedzi są bardzo ważne i często poprawiają samoocenę, przywracają pogodę ducha i wiarę we własne możliwości. Słowa mają bowiem swego rodzaju siłę sprawczą. Jeżeli mówimy coś z przekonaniem, to sprawiamy, że drugiej osobie łatwiej jest zaakceptować i zgodzić się z tym, co głosimy. Jeśli zaś przekazujemy jakieś treści bez motywacji, beznamiętnie, bez poczucia, że są one zasadne (niejako w celu odbębnienia obowiązku), to nasza wypowiedź staje się doskonałym przykładem zjawiska określanego jako pustosłowie. Na marginesie trzeba zaznaczyć, że fenomen „czczego gadania” jest (niestety) nieobcy w dzisiejszych czasach i uwidacznia się w szczególności wśród polityków. Z pewnością nikomu nie pomogą słowa pocieszenia, jeżeli nie są one wiarygodne, wypływające z głębi serca i przekonywające. POMOC W TRUDNOŚCIACH Naturalnym pragnieniem człowieka jest, aby wszystko, co sobie zaplanuje, spełniało się według pewnych poczynionych przez niego zamierzeń czy planów. Gdy życie ukazuje swoje brutalne oblicze, gdy zaczynają się niepowodzenia, gdy wpadamy w poważne kłopoty, gdy dopada nas groźna choroba itd.wydaje się nam, że nasz spokój i uporządkowane życie zostają zaburzone. Często zaczynamy wówczas dostrzegać jedynie negatywne aspekty zaistniałej sytuacji i nadmiernie eksponować problemy, z którymi się borykamy. To wtedy najbardziej potrzebne jest wsparcie ze strony innej osoby. Już sama obecność kogoś bliskiego jest niezwykle istotna. Takiej osobie możemy bowiem zaufać i powierzyć wszelkie nasze rozterki czy bolączki. Nieocenione jest także wyrażenie zrozumienia dla naszego trudnego położenia i udzielenie wsparcia. Pomoc przybierająca postać zarówno...

Read More
Słów kilka o optymizmie
Lip25

Słów kilka o optymizmie

Optymizm zdaje się nie być naturalną postawą w życiu, bo człowiek ma tendencje do wyolbrzymiania swoich problemów. Często jestem świadkiem kiedy dwóch rozmówców przekrzykuje się – kto ma gorzej. Owszem czasami zdarza się jakaś sytuacja, w której człowiek się gubi i jest mu źle, ale jeśli ten stan trwa całe życie? Po co zsyłać na siebie taki los? Optymizm stanowczo uproszcza życie (jeśli jest oczywiście racjonalny, a nie wyolbrzymiony). Każdy ma prawo do chwili słabości. Ale czy się jej poddasz i będziesz żył w swoim więzieniu nieszczęścia, to już twój wybór. Ale wiedz, że masz alternatywę. PO PIERWSZE – DZIAŁAJ! Przede wszystkim nie można mylić optymizmu z zawsze uśmiechniętą twarzą i okrzykiem “nie martw się, wszystko będzie dobrze, to nic, że nie zdałeś roku, bo świat jest taki piękny!”. Optymizm to szukanie dodatkowych, rozsądnych rozwiązań problemów, a nie poddawanie się rozpaczy. Optymizm sprwia, że człowiek zauważa dobro, a przede wszystkim je czyni. Nie sprawia mu kłopotu bezinteresowna pomoc. Osoby takie posiadają wielki napęd do działania. Nie boją się przeciwności losu i dostrzegają szansę w miejscach, gdzie z pozoru nic już nie można zrobić. Jak mówi Pawlikowska w książce “W dżungli miłości”: “nie można zbudować niczego dobrego na złych podstawach nawet jeśli się uda wznieść na nich jakąś konstrukcję, prędzej czy później będzie musiała się rozpaść. Dlatego podstawowym założeniem musi być działanie uczciwe i pozytywne, niewykorzystujące nikogo, nieszkodzące i niewynikające ze złych pobudek.” PO DRUGIE – UWAGA NA DESTRUKCYJNEGO POTWORA!! Optymizm można wypracować, a swoje nastawienie do świata można zmienić. Więc jeśli negatywnie patrzysz na wszystko w około – jest dla ciebie szansa! To będzie wymagało ciężkiej pracy, ale warto się postarać, by w końcu odzyskać panowanie nad swoim życiem. Czasem każdy ma w sobie destrukcyjnego potwora. Jak go poznać? przeważnie nie lubi siebie, nie wierzy we własne siły  (więc nie próbuje nic nowego), widzi negatywne cechy każdej osoby i zdarzeń, łatwo się załamuje i użala nad sobą, robi rzeczy, których obiecał sobie już nigdy nie robić, doprowadza się do łez i depresji. Jednym z przykładów osób, które pokonały tego stwora jest Beata Pawlikowska, która daje szereg wskazówek, by uporać się z tym niechcianym gościem: Powiedz potworowi “NIE”. Nie pozwól mu zagarnąć twoich myśli. Jeśli podpowiada ci, że coś jest brzydkie i bez sensu,  znajdź argumenty dlaczego tak nie jest. Zaplanuj jakieś dobre rzeczy, które mają wydarzyć się w twoim życiu już następnego dnia. Gdy ogarnia cię złość i smutek zapytaj siebie, jaki jest sens marnowania energii na te uczucia? Potwór strasznie nie lubi pozytywnego myślenia, więc zrób mu na złość. Znajdź dobrą stronę każdej sytuacji. Broń się i nie poddawaj! Potwór panoszy się w twoim sercu dlatego, że mu na to pozwalasz, a...

Read More
Ostatnia podróż z Białym Wilkiem
Lip25

Ostatnia podróż z Białym Wilkiem

Wiedźmin 3: Dziki Gon – renomowane portale internetowe na całym świecie prześcigają się w zachwytach nad produkcją CD Projekt Red. Średnia ocen powyżej 9/10 – to mówi samo za siebie. I ja, jako wierny fan sagi Sapkowskiego, a także pierwszych dwóch gier z serii, nie wyobrażałem sobie, by nie wyruszyć w kolejną podróż z Geraltem i przekonać się na własnej skórze, czy zachwyty są uzasadnione. Zacznę prosto z mostu. Wiedźmin 3: Dziki Gon to najlepsza gra, w jaką kiedykolwiek miałem przyjemność grać. Arcydzieło pełną gębą, którego drobne błędy nie są w stanie w żaden sposób zdyskredytować. Odstęp czasowy od wydarzeń, którymi zakończyli się Zabójcy królów jest niemały, a Geralt stawia tym razem bardziej na osobistą walkę niż zbawianie świata. Ta modyfikacja w fabule bardzo mi się spodobała. W końcu nasz wiedźmin walczy przede wszystkim o tych, których kocha – Yennefer i, co najważniejsze, Ciri. Oczywiście gra daje nam możliwość wyboru kochanki, więc jeśli Yennefer nie przypadnie nam do gustu, to możemy nadal wdawać się w romans z Triss. Prawdą jest jednak, że serce tego oryginalnego Geralta, z sagi Sapkowskiego, zawsze należało do czarnowłosej czarodziejki. Romanse są jednak jedynie tłem, nie wychodzą na pierwszy plan. Praktycznie każde zadanie główne, które zostaje przed nami postawione, przypomina nam o głównym celu naszej podróży – uratowania Ciri przed Dzikim Gonem. Nie będę tłumaczył wszystkiego po kolei, jeśli kogoś bardziej interesuje kim jest Ciri, a czym Dziki Gon, to odsyłam przede wszystkim do książek Sapkowskiego. Bez wątpienia Dziki Gon fabularnie to gra stojąca na najwyższym poziomie. Twórcy nie zawiedli, a różnorodność wyzwań i możliwości poprowadzenia wątku głównego, jest naprawdę imponująca. Duży ukłon został zrobiony w kierunku graczy, którzy czytali sagę. Przytaczane są różne historie, a także pojawia się wiele postaci z książek, których zabrakło w dwóch pierwszych grach. I na pewno sprawi to dużą przyjemność każdemu fanowi twórczości Sapkowskiego. Osią rozgrywki jest oczywiście historia i fabuła, to na niej oparta jest w głównej mierze gra. Jednak i najlepszy scenariusz byłby niczym, gdyby nie wszystkie pozostałe elementy składające się na całość produkcji. Zacznę od oprawy graficznej, wokół której pojawiało się sporo zamieszania. Zarzucano producentom, że zmniejszyli wyraźnie jakość grafiki w stosunku do tego, co mogliśmy obserwować na pierwszych zdjęciach czy filmikach promocyjnych. Może i tak jest, jednak myślę, że ludziom trochę się w głowach poprzewracało, bo gra nadal wygląda imponująco, nawet na minimalnych wymaganiach sprzętowych, przy najsłabszych detalach. A tylko dzięki temu zabiegowi słabsze maszyny mogą sobie poradzić z udźwignięciem gry Dziki Gon. Optymalizacja może nie została wykonana aż tak dobrze, jak w przypadku GTA V, jednak nadal Wiedźmin 3: Dziki Gon jest produkcją, do której nie potrzebujemy kupować nowego i bardzo drogiego sprzętu. Oczywiście, o ile nie wymagamy...

Read More

Polska, halucynacja, taka sytuacja

Wielu recenzentów ma problem z najnowszą książką Szczerka. Jedni zarzucają jej wtórność. Odwołują się do Gombrowicza, Wyspiańskiego, a nawet jeszcze dalej, bo do Mickiewicza, Słowackiego. Drudzy zachwalają i piszą, że czegoś takiego jeszcze nie było, że to odważna i ciekawa książka, przede wszystkim o ważnych dla Polaków sprawach. Szczerek zajął pozycję pośrodku zdaje się oportunizmem i wycofaniem z krytyki. Być może. Ja wolę stanąć w ogóle gdzieś z boku, bo mam z tą książką problem. O ile w trakcie czytania przekonywałem się, że Szczerek popełnił znakomitą powieść, o tyle po przerzuceniu ostatniej strony, uświadomiłem sobie, że to mnie właściwie ni ziębi, ni parzy. Właściwie trudno określić dlaczego, przecież to znakomita powieść. Napisana jest językiem, który pochłania się w ilościach przekraczających jakiekolwiek normy. Wartka, dynamiczna, pełna zwrotów akcji fabuła, jak w pierwszorzędnym thrillerze. Do tego zaskakujące motywy, bohaterowie wyczarowani w sposób nadzwyczajny, ale przede wszystkim te przemyślenia dotyczące Polski, polskości i Polaków. Przemyślenia o kulturze i mentalności, nierzadko zestawionej z europejskim kontekstem. Wszystko składa się w ciekawą lekturę, którą warto polecić każdemu, chociażby na otrzeźwienie. Tylko że jak spojrzę szerzej i wezmę pod uwagę swoje uwagi, pojawiające się w trakcie lektury oraz zaraz po niej, to mam wątpliwości, czy ogólna ocena może być tak przychylna. Bo czy fakt traktowania o polskich mitach, stereotypach, przywarach, ironizowanie i odpowiednie ich obrabianie jest wystarczający, by nazwać książkę genialną? Albo czy fakt, że Szczerek rozlicza się z kategoriami polskości i „polactwa” – a robi to na swój sposób arcyciekawie – pozwala na określenie Siódemki przełomową publikacją? Nie wiem, naprawdę. Z jednej strony jest to ogólne rozprawianie się z Polską, odważne i pełne dystansu. Z drugiej jednak ubrane w kostium pijackiego lub narkotycznego zwidu, mogący być równie dobrze nabieraniem samego siebie. Czy to wszystko jest naprawdę? Czy ta polbrukowa Polska, z nachalną szyldozą i pseduozachodnim parciem ku rozwojowi to jawa, czy halucynacja? Czy Polska typowych Marcinów, Januszów i innych to rzeczywistość, czy koszmary Pawła, który porusza się w powieści jak w transie? Zacznijmy jednak od początku. Treść przedstawia się prosto. Paweł Żmejewicz, dziennikarz, główny bohater Siódemki wyrusza z Krakowa do Warszawy, gdzie ma zdążyć na bardzo ważne spotkanie. Jedzie więc drogą krajową numer siedem, a więc tytułową siódemką, „szós polskich królową”. Jedzie drogą, która jest „kręgosłupem państwa”, ważniejszą jeszcze bardziej niż Wisła. Polska, kraj znad Wisły staje się więc krajem znad Siódemki, zbudowanym wokół tej szosy, jak wokół swoistego axis mundi. I wokół tego właśnie Szczerek konstruuje powieść. Siódemka nie jest jednak typową opowieścią drogi czy podróży. Paweł przemierza co prawda kraj, przebywa w paru miejscach i przemieszcza się z punktu do punktu, ale tu nie samo podróżowanie jest najważniejsze. Istotne jest to, co dzieje się...

Read More

Tak subtelna, a tak wielka różnica – o wierze i nadziei

Wiara, nadzieja, miłość – trzy cnoty teologiczne z 1 Listu do Koryntian są znane każdemu chrześcijaninowi. Czy w przypadku dwóch pierwszych nie mamy jednak do czynienia z rzeczywistościami tak bliskimi, że wręcz jednoznacznymi? Okazuje się, że nie. TAK SOBIE BLISKIE Według słownika PWN nadzieja to: „oczekiwanie spełnienia się czegoś pożądanego i ufność, że to się spełni, urzeczywistni”; wiara zaś to: „przekonanie, że coś jest słuszne, prawdziwe, wartościowe lub że coś się spełni”. Jak więc widzimy, różnica jest subtelna – opiera się właściwie tylko na tym, jak wielki zostawiamy sobie margines błędu. Jaka jest relacja między wiara i nadzieją, skoro są one sobie tak bliskie? Dlaczego dwie tak podobne postawy znalazły się wśród trzech cnót teologicznych (wiara, nadzieja, miłość)? Wiarę można różnicować: możliwa jest wiara komuś, wiara w kogoś, wiara w istnienie kogoś/czegoś czyli odpowiednio wiara Bogu, wiara w Boga, i wiara, że Bóg jest. Nadzieja jest bardziej sztywna. Można pokładać nadzieję w Bogu, w Jego obietnicach, czy cechach, mieć nadzieję na ich spełnienie. Jednocześnie nie ma możliwości, by istniała wiara, która nie w sobie cienia nadziei. I tak samo nie może istnieć nadzieja pozbawiona wiary. Bardzo efektowna metafora ks. prof. Szymika (nie mam pewności, czy nie powtórzona po kimś) mówi, że miłość jest początkiem relacji, wiara jej końcem, a nadzieja jest mostem między nimi. Jeśli widzimy we mgle most, mamy nadzieję, że choć niewidoczny dla nas, istnieje drugi brzeg. Nadzieja poprzedza wiarę, ale zamiana kolejności lub niedostosowanie stopnia pewności prowadzi do rożnych dziwnych sytuacji. ZUCHWAŁA NADZIEJA Co się dzieje, gdy nadzieja miesza się z wiarą? Tu wiele zależy od naszego nastawienia. Bardzo często przyjmuje to zjawisko formę tzw. zuchwałej nadziei. Czym ona jest? Człowiek idący do spowiedzi ma nadzieję na odpuszczenie grzechów i wierzy, że Bóg mu przebaczy popełnione błędy. Co jednak, gdy ktoś grzeszy w myśl zasady „przecież i tak będzie mi to odpuszczone”, a sakrament staje się jedynie miejscem, gdzie chwilowo załatwia się dostęp do Eucharystii? Co, gdy postawa zaufania Bożemu miłosierdziu zmienia się w przeświadczenie, że jest ono nieograniczone i na pewno nas obejmie? Wtedy mamy do czynienia z czynnikiem wręcz uniemożliwiającym wybaczenie, gdyż wykluczającym skruchę. Innym rodzajem zuchwałej nadziei jest próba samozbawienia, gdy wiara we własne siły zastępuje nadzieję na Bożą pomoc. W kalwinizmie pojmowana w duchu predestynacji zasada sola gratia sprawia, że nadzieję od rozpaczy i poczucia całkowitej bezsilności wobec grzechu dzieli cienka linia. W skrócie: protestancka zasada sola gratia (sama łaska) zakłada, że ludzkość jest zła i tylko łaska Boga, niezależna od zasług, będąca osobistą decyzją Stwórcy może zbawić człowieka. Luteranie i katolicy mówią tu o kwestii ludzkiej odpowiedzi na udzielaną wszystkim łaskę. W idei predestynacji wszystko rozbija się o to, że Bóg...

Read More
Czy Starkowi ścięto głowę?
Lip25

Czy Starkowi ścięto głowę?

Sensowność pisania powieści fantasy łatwo jest podważyć. Historie dziejące się w alternatywnym świecie, w którym poziom technologiczny przeważnie zatrzymał się na epoce średniowiecza i urozmaicony został magią, niejednokrotnie nie przystają do rzeczywistości, w której współcześnie żyjemy. Można mieć więc wątpliwości, czy przesłanie, które za sobą niosą rzeczywiście do nas trafia i ma dla nas jakąkolwiek wartość. Wątpliwości nasilają się, kiedy uświadomimy sobie, że pewne twierdzenia są prawdziwe tylko w określonym kontekście, ponieważ świat fantasy zmienia przeważnie kontekst w sposób znaczący, stąd nie każdy wniosek, który będzie w nim prawdziwy musi być prawdziwy w rzeczywistości, tym bardziej, że świat fantasy w stosunku do rzeczywistości, mimo, że rozszerzony często o magię jest zawsze mocno uproszczony i ograniczony przez wyobraźnię autora. Magia właśnie wydaje się być najbardziej czuła na kontekst. W świecie rzeczywistym magia jest jednoznacznie zła, ale w jej miejsce posługujemy się siłami natury, które okiełznaliśmy za pomocą nauki. W świecie fantasy natomiast magia nie musi być zła, a często traktowana jest jak uzupełnienie technologii, jako kolejna siła natury. Jako siła natury zmienia sposób postrzegania świata, można ją opanować i wykorzystywać jak elektryczność. W rzeczywistości natomiast jeśli są siły, które zostały człowiekowi ukryte, to on swoją mocą nie będzie potrafił z nich korzystać. Jezus wszak gdy czynił cuda pytano: “czyją mocą?” Z drugiej strony przecież nikt nie uzna Gandalfa Szarego za sługę szatana, a przecież był czarodziejem. Kolejna częsta różnica kontekstów leży na płaszczyźnie wiary. Pod tym względem światy fantasy potrafią być rozmaite. Z jednej strony Boga może w ogóle nie być, z drugiej może być ich wielu, ludzie również mogą wierzyć lub nie wierzyć, wszystko to zależy od autora. Jest to jednak najistotniejszy kontekst, gdyż fakt istnienia Boga o określonych przymiotach, które również zależą od autora, determinuje całą resztę świata przedstawionego. Swoją drogą pokazuje to jak bardzo nieobojętne jest pytanie o Boga również w rzeczywistości. Dzięki odpowiednio stworzonemu środowisku autor może przedstawić dowolne twierdzenie jako prawdziwe, nawet najbardziej bzdurne. Jeśli świat przedstawiony będzie przez Boga z ludźmi, którzy w niego wierzą, można łatwo przedstawić wiarę jako zabobon ciemnego ludu, z drugiej strony można stworzyć świat, w którym Bóg istnieje, a ludzie mimo różnych znaków nie chcą w niego wierzyć. Wszystko więc zależy co autor chce powiedzieć. Można więc powieści fantasy wykorzystać jako przedstawienie pewnych procesów w odizolowanym układzie odniesienia, w sposób przystępny dla człowieka. Istnieje jednak groźba, że czytelnik wyciągnąwszy wniosek z historii przedstawionej w świecie zmyślonym nie uwzględni zmiany kontekstów i przeniesie go bezpośrednio w rzeczywistość, stąd przekaz autora zostanie przekłamany i to paradoksalnie sam autor się do tego przyczyni. Stąd jeśli chodzi o wartość intelektualną utworu fantasy jest ona bardzo zależna od autora, ale i odbiorcy. Trzeba jednak z...

Read More

Niecodzienność

„Wystarczy dobry człowiek, by pojawiła się nadzieja” Maciek wiedział, że ten dzień będzie do dupy. Argumentów było aż nadto. Po pierwsze, był poniedziałek. Samo to w sumie wystarczało. Nie żeby musiał gonić na uczelnię czy do roboty. Freelancer. Sam sobie sterem, żeglarzem, okrętem. Ale obowiązki i tak nie pozwalały wyspać się w spokoju. Zleceniodawca, któremu oddał projekt miesiąc temu wciąż zamiast przelewu wysyłał maile, że już-już. Z kolei następna rata za kupiony niedawno aparat MUSIAŁA być zapłacona ostatecznie 11 dnia każdego miesiąca. Nie było bata. W nieco analne poczucie wpędzał Maćka również fakt, iż w przeciągu ostatniego pół roku dostał praktycznie tylko jedno zlecenie, za które i tak, jak już wiemy, nie dostał pieniędzy. Blaski i cienie wolnego zawodu. Pod presją Magdy, którą od dwóch lat zwykł nazywać swoją dziewczyną, zdecydował znaleźć choć ćwierć etatu, co by nie żyć w trwodze od pierwszego do pierwszego. Dziś był dzień, kiedy miał świeżo wydrukowane CV zanieść do Powiatowego Urzędu Pracy.  Chuj w sumie wie po co. Ale tak się podobno robi. Korzystając z setki portali internetowych, z których każdy miał mu zapewnić pracę marzeń i satysfakcję finansową jeszcze tego samego dnia, w którym się zarejestrował, jak dotąd otrzymał kilkanaście propozycji. Ulotki, Call Center, inwentaryzacja magazynów w Belgii. Któż z nas o tym nie marzył? Maciek na pewno nie. Do tego zbliżała się rocznica ich związku. Chociaż Maciek nie potrafił sobie przypomnieć dokładnej daty, pewien był, że to gdzieś w tym tygodniu. Pewność brała się stąd, iż przedwczoraj wracając z lubą z kolejnego koncertu wschodnioindyjskiego rocka, który Magda uwielbiała do tego stopnia, że wystarczało i za Maćka, usłyszał w pewnym momencie: – Misiu, ale w tym roku pamiętasz? – zagadnęła piskliwym głosikiem wtulona w jego ramię Magda. – Aha – odrzekł leniwie Maciek, próbując zachować spokój na twarzy. We wnętrzu nie próbował. We wnętrzu rozpoczął się chaos podobny do tego, jaki zapanował w Pearl Harbor 7grudnia 1941 roku. Gorączkowo przeczesywał myślami kolejne zwoje mózgowe, próbując przypomnieć sobie, o co jej chodzi. – O czym ja, do kurwy nędzy, powinienem pamiętać?! – myślał. – Jakiś kolejny recital brudnych obdartusów? Urodziny jednej z koleżanek? – zastanawiał się. – To dobrze, cieszę się – powiedziała z nieukrywaną satysfakcją Magda. – po tym, jak w tamtym roku zapomniałeś, myślałam, że nie jestem dla Ciebie ważna… – Jest trop – pomyślał. – Zastanawiałam się  nawet, czy nasz związek ma sens. – kontynuowała – Wiesz, muszę Ci powiedzieć, że w ostatnim czasie też mi przychodziły takie myśli. Taki sztywny jesteś przy mnie, brak Ci tego luzu, którym mnie zauroczyłeś… Ale skoro nie zapomniałeś o naszej rocznicy… – Kurwa w dupę jeża, zapomniałem o naszej rocznicy… – powiedział w...

Read More
Były sobie „Duchy” trzy
Lip25

Były sobie „Duchy” trzy

W związku z kolejnym wznowieniem kultowej dawniej serii, tym razem w postaci filmu Poltergeist, postanowiłem cofnąć się do lat 80. i sprawdzić, co sprawiło, że powstały aż trzy części pierwotnej serii. I dlaczego tylko trzy. „ONI JUŻ TU SĄ” Serię zapoczątkował film z roku 1982 r, zatytułowany Poltergeist, co oznacza w parapsychologii siłę, czy też ducha, których obecność przejawia się poprzez stuki, puki, przesuwanie przedmiotów. Do czasów filmu, nazwa ta znana była jedynie tropicielom nawiedzonych domów i pasjonatom tematu. Być może dlatego polski dystrybutor uznał, że ludzie prędzej pójdą do kina na Ducha. Reżyserem oficjalnie jest Tobe Hooper, choć tak naprawdę funkcję tę pełnił Steve Spielberg. Nie mógł on jednak kręcić żadnego innego filmu z powodu kontaktu z wytwórnią odpowiedzialną za E.T. Bohaterką wszystkich trzech pierwotnych części Poltergeist jest Carol Anne (w tej roli Heather O'Rourke), córka Steve'a i Diany Freelingów. Jej ojciec, pracownik firmy deweloperskiej odpowiada za sprzedaż domów w Cuesta Verde, gdzie też zamieszkuje z rodziną – żoną, dwojgiem starszych dzieci (Robbie', i Daną) i najmłodszą, już wspomnianą. Gdy jego córka najpierw słyszy dochodzące z telewizora głosy, a potem meble zaczynają się poruszać, wszystkim wydaje się to nawet zabawne. W końcu jednak drzewo rosnące w ogródku próbuje zjeść Robbiego, a w tym samym czasie w garderobie znika Carol Anne. Dopiero wtedy do akcji wkraczają „fachowcy”. Wraz ze sprowadzoną później medium Tanginą (Zelda Rubinstein) opracowują plan odzyskania dziewczynki z rąk duchów, ale także ze szponów demona, nazywanego „Bestią”. Punktem kulminacyjnym produkcji Poltergeist  jest odkrycie, że firma w której pracuje Steve zbudowała „nawiedzony” dom na starym cmentarzu, jednak dla oszczędności nie przeniosła całych grobów, a jedynie nagrobki. Widz może spokojnie interpretować to jako przyczynę gniewu zmarłych i ich niemożliwości zaznania wiecznego spokoju. O logice zastosowanych tu rozwiązań technicznych w części pt. „Klątwa?”. Film Poltergeist  od strony technicznej, jak na lata 80. był niezły. Zaryzykuję stwierdzenie, że chwilami ówczesne efekty specjalne przerastają współczesne, gdyż spece od FX naprawdę chcieli oszukać widza i dbali o realizm, a dzisiejsi mają przeświadczenie, że i tak wszyscy wiedzą, że wszystko jest dziełem komputera. Makabryczne nieraz widoki robią wrażenie, nie porażają sztucznością czy nachalnością. Sceny, gdy widzimy efekty specjalne są zgrabnie przeplatane z okresami „zwykłych ujęć”, z których jednak nie znika nastrój grozy. Grą aktorską wybijają się dwaj najmłodsi aktorzy – Heather O'Rourke i Oliver Robbins. Ich przerażenie, zaciekawienie, niepewność czy radość są zagrane świetnie. Niekiedy jednak ich zdolności były przeceniane. W scenie duszenia Robbiego doszło do awarii sprzętu i ramiona klauna naprawdę uniemożliwiały Olivierowi oddychanie. Gdy chłopak spurpurowiał, Spielberg zachwalał jego talent. Dopiero po chwili ekipa uratowała młodego aktora. „ONI WRÓCILI” Choć pierwszy Poltergeist  kończy się w sposób sugerujący, że kłopoty rodziny Freelingów minęły, sukces filmu nie pozwalał na...

Read More