Lisickiego śledztwo w sprawie Jezusa
Paź17

Lisickiego śledztwo w sprawie Jezusa

Czy osoba bez wykształcenia teologicznego może prowadzić rozważania na temat sprawców śmierci sprzed dwóch tysięcy lat? Paweł Lisicki podjął się tego zadania z zaskakująco ciekawym skutkiem. PRZEMEMŁANE ŚLEDZTWO Zdawałoby się, że kwestia winy za śmierć Jezusa Chrystusa, przebieg Jego procesu i historyczne uwarunkowania tych wydarzeń zostały przez ostatnie dwa tysiące lat przeanalizowane bardzo dokładnie przez znacznie lepszych znawców tematu niż prawnik i publicysta, dotąd zajmujący się chrześcijaństwem raczej w formie eseju o nacechowaniu bardziej społecznym niż teologicznym. Ewangeliczne opisy procesu i Pasji były brane na ruszt przez Ojców Kościoła, wybitnych egzegetów wszystkich czasów, świeckich, duchownych i zapalonych antyklerykałów. Śmierć Jezusa nie powinna mieć przed nami tajemnic. Lisiickiego do napisania książki skłonił pewien nurt egzegetyczny, obecny po II Wojnie Światowej, gdy część chrześcijan, ale przede wszystkim ludzi wrogo do chrześcijaństwa nastawionych swoją wrogość podpierała swoją niechęć do Żydów oskarżeniem o „Bogobójstwo”, o śmierć Jezusa. Jakby dla rekompensaty, część biblistów zaczęła tak interpretować Nowy Testament, by oczyścić Żydów całkowicie z winy za tę zbrodnię. Ewangelie nie są w tym ujęciu relacją z wydarzeń mających miejsce ok. 30 r. n.e., ale ich teologiczną interpretacją, która wynikała przede wszystkim z konfliktu pierwotnej gminy chrześcijańskiej z judaizmem. Dochodzi więc do prób oczyszczenia biografii Jezusa z przypisywanych przez XX-wiecznych badaczy tendencji, podyktowanych XX-wieczną tendencją do wybielania Żydów. Lisicki jest świadom tego, jak wielu badaczy zajmowało się poszukiwaniami zabójców Chrystusa i analizowało śmierć Jezusa, ale jest to dla niego punkt wyjścia. Sama książka w znaczniej mierze przybiera schemat odparcia błędnych teorii, formułowanych przez jednych, skonfrontowania ich z naszą wiedzą na temat realiów Judei I w. n.e., oraz stanowiskami nieco bardziej ostrożnych egzegetów.  Niestety, zdecydował się przy tym na amerykański system cytowania (tzn. za pierwszym razem autor+tytuł+strona, a potem tylko autor+strona), co wymusza wertowanie książki, by sprawdzić, jak nazywała się cytowana już książka Gizy Vermeza. Zdarza mu się też nie podać odnośnika do cytatu z Biblii, jak gdyby zakładał, że jest dzieło dobrze znane czytelnikom. „Kto zabił Jezusa?” jest dziełem raczej popularnonaukowym, stąd autor mógł sobie pozwolić na pewne bardziej swobodne sformułowania. Nie wypada z roli w miarę obiektywnego obserwatora i śledczego, nie atakuje ostro zwolenników teorii niezgodnych z jego założeniami, ale można wyczuć sympatię do jednych znawców tematu i antypatię dla drugich. Opinia na temat wiarygodności czy poziomu logicznego opracowań  zawsze podparta jest jednak rzeczowymi argumentami. Gdy nie potrafi ustalić, jak było naprawdę (czyli przy co drugim problemie), Lisicki nie waha się powiedzieć, że trudno dojść do prawdy. Stara się też podchodzić do Jezusa jak do historycznej postaci, nie tłumacząc niczego na siłę Bożą mocą czy wszechwiedzą. KONTEKST W praktyce praca Lisickiego polega przede wszystkim na wyłapywaniu naciągnięć w rozumowaniu, zestawiania ze sobą różnych poglądów i...

Read More
Historie bez happy endu
Wrz13

Historie bez happy endu

“Ty bowiem utworzyłeś moje nerki, Ty utkałeś mnie w łonie mej matki.  Dziękuję Ci, że mnie stworzyłeś tak cudownie, godne podziwu są Twoje dzieła. I dobrze znasz moją duszę,  nie tajna Ci moja istota, kiedy w ukryciu powstawałem, utkany w głębi ziemi.  Oczy Twoje widziały me czyny i wszystkie są spisane w Twej księdze; dni określone zostały, chociaż żaden z nich [jeszcze] nie nastał” (Ps 139). Bóg powołuje do życia człowieka. Niestety bardzo często w dzisiejszych czasach godność człowieka jest deptana, a życie traci wartość. W kręgach naukowych toczy się spór – kiedy można nazwać człowieka żywą istotą? Czy jest to chwila poczęcia, czy może pierwsze uderzenie serca? Czy można zabić dziecko i nie dać mu szansy na przeżycie być może kilku godzin na ziemi? Decyzja należy do matki. Czasem jej strach przed przyszłością i trudna sytuacja materialna sprawia, że podejmuje ona decyzję, której będzie żałowała do końca życia. Jednak są na świecie jeszcze bohaterki, które powiedziały “NIE” aborcji. Odważyły się urodzić dziecko i je wychować, albo oddać, by mogło mieć lepszy dom. Dały mu szansę, aby przeżywało kiedyś rozczarowania i radości. Właśnie o tych cichych bohaterkach pisze w swojej książce pt. “Wybrałam życie” Brygida Grysiak – dziennikarka TVN24. Książka Grysiak ta to zbiór 11 reportaży opisujących walkę matek o życie swoich dzieci. Niektóre z nich są wygrane, inne niestety zakończyły się bardziej tragicznie. Jedna z mam – pani Zofia, która oddała zaraz po porodzie córeczkę do adopcji, mówi o aborcji tak: – Jak mogłabym ją zabić? – pyta. – Nie wiem – odpowiadam. – Nie wiem Zosiu. Niektóre zabijają i mówią, że mają do tego prawo. Że chodzi o ich godność (…). – Przecież to już jest mały człowiek – mówi. – Zabójstwo to zabójstwo. Mówię ci, że ja bym nie umiałabym żyć z myślą, że zabiłam. Myślisz,  że ktoś może z tym żyć? Czy się oszukuje, że może? Pani Zosia mimo swojej choroby urodziła córkę, a następnie oddała ją do adopcji. Kobieta nie miała wsparcia ze strony ojca dziewczynki, a stan jej zdrowia nie pozwoliłby na samotne wychowanie dziecka. Wszystkie bohaterki mówią Brygidzie Grysiak jednogłośnie, że ich życie nie byłoby takie samo, gdyby zdecydowały się “usunąć” swoje dziecko. Jeśli miałyby ponownie stanąć przed wyborem, wybrałyby tę sama drogę. Być może czasami pełną cierpienia i poczucia straty, ale dającą największe możliwe szczęście. Pani Jola opowiada historię swojej córeczki – Sylwii, która zmarła kilka miesięcy po porodzie. Dziewczynka cierpiała na rzadką chorobę genetyczną, jednak jej mama zdecydowała się ją urodzić i dać jej szczęście przez kilka tych chwil na ziemi, mimo bólu, który odczuwało dziecko. Jedni by powiedzieli, że to samolubne, ale ona wie, że dziecko żyło tak długo...

Read More
Czy Kościół może być prawicowy?
Wrz06

Czy Kościół może być prawicowy?

Niczym yin i yang, dwie przeplatające się siły składają się na nasze współczesne pojmowanie polityki. Nazwaliśmy je prawicą i lewicą, konserwatyzmem i modernizmem, kapitalizmem i socjalizmem. Według czego nie dokonalibyśmy podziału, zawsze będzie to podział na dwa przeciwstawne prądy, które będą się przeplatać tworząc całą gamę odmian, ale nigdy nie będzie niczego poza nimi. Dwoistość pojmowania świata jest jakby naturalna: “tak” i “nie”, dobro i zło, prawda i fałsz. Nie zawsze jednak podział na dwoje oddaje pełnię prawdy. Przykładowo jeden punkt leżący na mapie na wschód od drugiego jednocześnie leży na jego zachodzie tylko, że dalej. Zło nie jest przeciwieństwem dobra, tylko jego brakiem, zimno nie jest osobną energią, tylko jest brakiem ciepła, a ciemność jest brakiem światła. Jedna rzecz nie może być bardziej prawdziwa od drugiej, pod warunkiem, że ta druga również jest prawdziwa, ale dobro może być większe lub mniejsze. Z kolei prawda nie musi być odkryta w całości. Stąd i politykę nauczyliśmy się dzielić na dwie części. Niestety jest to zawsze podział na młot i kowadło, pomiędzy którymi utknął człowiek, a który we współczesnych teoriach politycznych jest marginalizowany. W podziale na konserwatyzm i modernizm pierwsze skrzypce odgrywa pytanie o tempo zmian. Wszak poglądy opierające się zmianom, które człowiekowi przynoszą korzyść upierając się przy szkodliwych tradycjach byłyby z gruntu niewłaściwe. Z drugiej strony działania prowadzące do wyeliminowania tradycji służących człowiekowi wprowadzając na ich miejsce chaos obyczajów również sa godne potępienia. W świetle tej wiedzy powinno się być konserwatystą, czy modernistą? Jeśli zaś do głosu doszliby moderniści, którzy z biegiem czasu opracowaliby własną nową tradycję, to czy po kilku wiekach ludzie, którzy by się jej trzymali nie byliby konserwatystami? Widać więc, że dobro człowieka nie leży ani w postawie konserwatywnej, ani modernistycznej. Warto tu przytoczyć słowa świętego Pawła: “Wszystko badajcie, a to co dobre zachowujcie”. Postawa to modernistyczna, czy konserwatywna? Kapitalizm i socjalizm – przeciwstawne sobie systemy ucisku. Czyż za czasów kapitalizmu nie zarzucano mu wyzysku i zniewolenia? Czy nie dlatego socjalizm w ludziach ciemiężonych znalazł tak dobrą pożywkę? W końcu czy nie z powodu socjalizmu ludzie coraz chętniej zwracają się myślami w stronę kapitalistycznej dżungli? A gdzie jest człowiek? Zawsze w okowach tej czy innej machiny. Z jednej strony mamy jakiegoś “Wielkiego Dystrybutora”, który sam najlepiej wiedząc co się komu należy, trzymając w ryzach ludzkie pożądania będąc jedynym źródłem ich zaspokojenia przejmuje człowieka w posiadanie i odbiera mu wolność. Z drugiej niewola konsumpcjonizmu i poddanie człowieka wyższemu dobru jakim jest zysk i produkcja. Kapitalizm zysk stawia ponad człowieka. Zysk więc nie służy człowiekowi, ale człowiek składany jest w ofierze produkcji. Prawica i lewica – postawy niejednoznaczne, zależne od kontekstu kultury i czasu, ale zawsze skomponowane z kombinacji poglądów kapitalistycznych...

Read More
Jak „ugryźć” „Hymn o miłości”?
Wrz06

Jak „ugryźć” „Hymn o miłości”?

„Gdybym mówił językami ludzi i aniołów, a miłości bym nie miał, stałbym się jak miedź brzęcząca albo cymbał brzmiący”. Pięknie św. Paweł napisał. Ale po co? Do kogo? Kiedy? Być może odpowiedź na te pytania pozwoli nam lepiej zrozumieć sławny „Hymn o miłości”. Orka na ugorze Zacznijmy może od tego, do kogo napisał święty Paweł swoje listy do Koryntian. Uwaga, kilka zaskakujących informacji. Po pierwsze, adresatami są Koryntianie, czyli mieszkańcy greckiego miasta znanego od mniej więcej IX wieku przed naszą erą. Zburzone w 146 r. p.n.e., zostało odbudowane na rozkaz Juliusza Cezara tuż przed jego śmiercią jako Colonia Laus Iulia Corinthus, a dwadzieścia lat później stało się stolicą prowincji senatorskiej Achai. Podczas gdy Ateny miały ledwo pięć tysięcy mieszkańców, Korynt mógł być zamieszkany nawet przez pół miliona ludzi. Ostrożne szacunki mówią o trzystu tysiącach. Był wielkim centrum handlowym, wojskowym, politycznym, gdzie wiele ludzi żyło z usług oferowanych przybywającym do portów w Kenchrach i Lechajonie – czy to wynajmując się jako wioślarze, szyjąc namioty i reperując żagle (jak św. Paweł), lepiąc garnki na wodę i oleje w dzielnicy Keramejkos, i gdzie kamienną rynną Diolkos transportowano lądem statki przez Przesmyk Koryncki. Cesarze, którzy chcieli przekopać kanał wodny mieli pecha – szybko umierali. W kontekście miłości Korynt zdaje się najgorszym możliwym skojarzeniem. W tutejszej świątyni Afrodyty Porne rezydowały hierodule, nierządnice sakralne, których liczbę szacuje się na blisko tysiąc. Stąd po dziś dzień „miłości koryncka” to miłość płatna. Także wrażenie anonimowości w olbrzymim tyglu helleńsko-greckim, gdzie krzyżowały się wszelkie możliwe szlaki handlowe, sprawiało, że łatwiej było o rozwiązłość. Ten klimat udzielał się chrześcijanom, których św. Paweł nawiedził dwukrotnie: mniej więcej w latach 51-53 i 56-57. Swoją koryncką owczarnię, mimo całej do niej miłości, Apostoł Narodów uważa za żyjących jak poganie, skłóconych i niemoralnych. Raz przypominają Żydów szukających znaków, innym razem filozofujących Greków, zaś Paweł głosi im „Chrystusa ukrzyżowanego, który jest zgorszeniem dla Żydów, a głupstwem dla pogan” (1, 24). Jednak nie tylko to było powodem napisania listu, a być może całej serii listów z Efezu około roku 57. Problemem były także grupy charyzmatyków, którzy właśnie dary Ducha Świętego uważali za najważniejsze w chrześcijaństwie i  stale sprzeczali się o ich hierarchię. Temu poświęcony jest cały dwunasty rozdział 1 Listu do Koryntian, tak samo czternasty. Zwieńczeniem jest jednak przesławny „Hymn o miłości” (13, 1-13), prawdopodobnie najczęściej cytowany (nie tylko na ślubach) tekst nowotestamentalny. Doskonalsza droga W rozdziale dwunastym Paweł ostro krytykuje tych, którzy chcieliby ułożyć hierarchię charyzmatów. Przede wszystkim odrzuca tych, którzy pod tym pretekstem bluźnią Bogu (12, 3). Prawdopodobnie zdarzali się i tacy, co wpadając w uniesienie niby to prorockie, wprowadzali zamęt i zamieszanie: „Jak to? Duch Święty mówi, że Jezus jest przeklęty?”. Uporawszy...

Read More
O matczynej miłości
Wrz06

O matczynej miłości

„Czyż może niewiasta zapomnieć o swym niemowlęciu, ta, która kocha syna swego łona?” (Iz 49, 15a). Matczyna miłość to jedna z największych tajemnic świata. Oczekiwanie na pojawienie się dziecka, przygotowania, pierwsze zdjęcia płodu, usłyszenie bicia jego serca – zostawia wspomnienia, których nie sposób opisać. Już za chwilę na świat przyjdzie istota, która jest wcieleniem samego Boga. Niewinna dusza, której los zależy od tego, kto ją weźmie w ramiona, otoczy opieką i wychowa, dając miłość i poczucie bezpieczeństwa. Kto, jak nie matka, najlepiej zna potrzeby dziecka? Jak mówi jedna z bohaterek książki Brygidy Grysiak “Wybrałam życie” – pani Krystyna: “Kiedy rodzisz dziecko, ono jest z ciebie – tłumaczy. – To tak, jakby ktoś wyjął kawałek twojego serca i powiedział: «Zaopiekuj się nim»”. Kobieta obdarzona jest specjalną wrażliwością, która potrafi odpowiedzieć na podstawowe potrzeby dziecka. Po rodzaju płaczu rozpoznaje, czego ono potrzebuje; przytulając je, łagodzi ból i usypia. Dziecko, słysząc bicie jej serca, momentalnie się uspokaja. To dźwięk, który zna, który był muzyką dla jego uszu przez 9 miesięcy – w końcu coś znanego w tym wielkim obcym świecie: serce mamy. Bez wątpienia każda matka kocha swoje dziecko. Czasem miłość ta przyjmuje różne oblicza. Potrafi być zawzięta i uparta, często paraliżująca w dalszym życiu funkcjonowanie dorastającej już istoty. A co w przypadku, gdy na świecie pojawia się dziecko z dysfunkcją? Rodzice często przechodzą przez szereg etapów adaptacji do zaistniałej sytuacji, począwszy od żałoby i szoku, a skończywszy na konstruktywnym przystosowaniu się (nie każdy rodzic osiąga ten stan). A jak jest w tym przypadku z miłością? Małgorzata Kościelska w książce “Oblicza upośledzenia” wymienia jej następujące odmiany: Miłość symbiotyczna Pojawia się w najwcześniejszych etapach życia dziecka. Jest niezbędna i prawidłowo wpływa na rozwój dziecka. “(…) Natomiast w okresie późniejszym ten rodzaj relacji oznacza zagrożenie dla rozwoju odrębnego Ja dziecięcego, a na swój sposób upośledza także matkę”. Taka miłość przeciągająca się na kolejne etapy życia dziecka sprawia, że postrzega się je jako młodsze niż w rzeczywistości jest, jako osobę wymagającą ciągłej uwagi i opieki. Miłość poświęcająca się i rekompensująca Ma sprawić, że matka czuje się spełniona w opiece nad dzieckiem; poświęciła wszystko i wyrzekła się wszystkiego, aby dziecku żyło się lepiej. Chce wynagrodzić dziecku “krzywdę”, z jaką przyszło mu żyć, co wiąże się niekiedy z wielkimi wydatkami. Poczucie zagrożenia wzbudza u niej przejaw autonomii dziecka. Miłość wstydliwa Czyli “kocham cię, ale się ciebie wstydzę”. Matka, która odczuwa ten rodzaj miłości, często ubiera dziecko w infantylne stroje, aby wyglądało na młodsze, chowa dziecko przed gośćmi, a nawet wozi samochodem, aby nie pokazywać się z nim na ulicy. Zdarza się również, że uczy dziecko testów, aby lepiej wypadało w badaniach psychologicznych. Miłość przebojowa To pokazanie na...

Read More