Pac Man w Nowym Jorku
Paź19

Pac Man w Nowym Jorku

Po wyczerpującym spływie kajakowym zapragnąłem zażyć nieco amerykańskiego stylu życia, cywilizacji i wygody. Dlatego też odwiedziłem największe miasto Dolnego Śląska, jedynie po to, aby wstąpić do centrum handlowego, pochodzić bez celu, zjeść pizzę i obejrzeć amerykańską, durną komedię w komercyjnym multipleksie. Film który wybrałem, to "Piksele" Chrisa Columbusa. Od razu powiem: film ten ogląda się z przyjemnością. Rzecz jasna w Internecie przeczytałem, że nie mam racji. A właśnie, że mam. "Piksele" to lekka komedia o… niczym. Serio, fabuła jest dość prosta i głupawa. Ale to już wywnioskować można po zerknięciu na plakat. Tylko ktoś bardzo naiwny mógł oczekiwać po tym filmie duchowego katharsis i nostalgicznej wycieczki po latach osiemdziesiątych. Dla mnie od początku było jasne, że magia starych gier nie do końca jest głównym celem tego filmu. Owszem, widać, że twórcy niejeden żeton stracili grając w Donkey Konga czy inną Galagę, ale ten film nadal jest tylko o bezsensownej walce z kosmitami. Ja oczekiwałem po "Pikselach" dokładnie tego, czym są i jestem zadowolony. A o co chodzi? Dawno temu zarejestrowano na kasecie wideo przebieg mistrzostw świata w grze na automatach. Następnie wysłano tę kasetę w kosmos jako spuściznę ludzkości. W czasach współczesnych kosmici atakują ziemię, ponieważ znaleźli ową kasetę, i potraktowali jej treść jako wyzwanie. Kosmici atakują przybierając formę starych gier. Oczywiście w filmie aktorskim ciężko byłoby pokazać walkę z dwuwymiarowymi zbitkami pikseli, dlatego jasnym jest, że postaci z gier składają się z heksali, nie pikseli. a nawet do tego potrafią przyczepić się Internetowi krytycy. Do walki z kosmitami zaangażowani zostają najlepsi gracze, których losy potoczyły się różnie. Jeden z nich jest prezydentem USA, inny siedzi w więzieniu, a główny bohater jest monterem sprzętu wideo. to co podoba mi się w tym filmie najbardziej, to humor. Być może dawno nie oglądałem prostej, amerykańskiej komedii, ale przypadł mi do gustu. Adam Sandler co prawda wygląda tu jak psychopata, ale idealnie pasuje do swojej roli. Peter Dinklage, znany z roli Tyriona Lannistera, gra tutaj zupełnie inaczej niż w serialu HBO. Sceny z jego udziałem mógłbym oglądać godzinami. Wątek romantyczny w tym filmie jest nienachalny i mało romantyczny, to na plus. Świetna, nienaganna chemia między bohaterami nie jest ilustrowana wzdychaniem, maślanym wzrokiem i tego typu pierdołami. Sandler i Michelle Monaghan dokuczają sobie ile wlezie, chociaż ich rozmowa w garderobie na początku filmu mogłaby sugerować spokojny, szczęśliwy rozwój wydarzeń. Wykorzystanie tematyki gier jest w sumie niewielkie. Spełniają funkcję wypełniacza, ale wzbudzają nostalgię. Co prawda w facetach po czterdziestce, nie we mnie, ale każdego wypada wziąć pod uwagę. Smutne jest to, jak gracze ukazani są w tym filmie. Niegdysiejsi mistrzowie są teraz nieudacznikami, a granie w stare gry jest bardzo niemodne. Taka wizja odstrasza...

Read More
Kultura zaklęta w słowie
Paź19

Kultura zaklęta w słowie

Powiedzeń, przysłów i związków frazeologicznych używamy w Polsce bardzo chętnie, ale niestety czasem mamy problem z ich poprawną formą albo wprowadzamy je w nieodpowiednim kontekście. Przedstawiamy kilka wskazówek, jak uniknąć kardynalnych błędów. Żeby zabrzmieć elokwentnie i mądrze, warto wtrącić do swojej wypowiedzi powiedzenie, przysłowie czy ciekawy frazeologizm. Ważne jest jednak to, żeby nie używać ich przypadkowo, a przemyślanie. Wtrącenie niepoprawnego powiedzenia może zostać odebrane gorzej niż unikanie takich wyrażeń. Chociaż zdarza się i tak, że obie strony zakodowały sobie niepoprawną formę i błędu nie zauważą. Prowadząc zwyczajne rozmowy ze znajomymi, często spotykam się z takim zjawiskiem. Kiedyś bardziej zwracałam na to uwagę i czasem ich poprawiałam, jednak po jakimś czasie poddałam się i misja nawracania całego społeczeństwa upadła. Od czasu do czasu wtrącam jednak do swojego codziennego języka powiedzenie i zaskakuję ludzi nieznaną dla nich formą. Taka wojna jest zdecydowanie bardziej skuteczna… CO Z TYM OPOREM? Jeden z najczęstszych błędów, do których zdążyliśmy już przywyknąć i ich nie zauważamy, występuje w wyrażeniu: „iść po linii najmniejszego oporu”. W mowie potocznej często można spotkać się z wersją „iść po najmniejszej linii oporu”, co nie bardzo ma sens, a nieliczni idą nawet po „najlżejszej linii oporu”, co już zakrawa o językowy fenomen. Gdyby się nad tym zastanowić, to nie zależy nam na tym, żeby iść po najmniejszej linii, ale przede wszystkim na tym, żeby opór był jak najmniejszy! Czujemy też lekki opór przy podawaniu czegoś w wątpliwość. Tutaj wiele osób sugeruje się stwierdzeniami „poddać pod dyskusję” albo „poddać krytyce” i dodaje jedną zbędną literę „d” przy wątpliwościach. Jest to jednak bardzo poważny błąd! Warto wiedzieć, skąd się wzięło takie wyrażenie. Dawniej można było np. „podać się o podwyżkę” i bynajmniej nie chodzi tutaj o to, że aktualnie lepiej tego nie robić, chcąc zachować stanowisko pracy. Mamy w języku polskim takie słowo jak „podanie”, czyli składanie prośby o coś. Podać miało niegdyś dużo więcej znaczeń niż obecnie i stąd właśnie takiego a nie innego słowa powinniśmy używać w omawianym wyrażeniu. Ta sama forma przetrwała do dziś w stwierdzeniu „podać się do dymisji”, czyli „złożyć prośbę o rezygnację z pełnionej funkcji”. PROBLEMATYCZNE SPÓJNIKI Między Bogiem a prawdą – właśnie zaprezentowałam błąd. Konia z rzędem temu, kto zauważy, co jest nie tak. Wyrażenie to już tak mocno zakorzeniło się w naszej świadomości, że nie zauważamy w nim braku sensu. Przecież to Bóg jest prawdą, więc między Niego a prawdę nic już się nie może zakraść i nic Go od prawdy nie może dzielić. Tak na dobrą sprawę wyrażenie takie można by uznać za herezję, właśnie ze względu na postawienie Boga po przeciwnej stronie prawdy. Mówimy więc „Bogiem a prawdą”. Dawniej „a” w wielu przypadkach...

Read More
Lepsze czasy
Paź19

Lepsze czasy

Ci, którzy mówią, że “za komuny było lepiej” grzeszą w sposób oczywisty i niewielu znajdzie się takich, którzy będą mieli co do tego wątpliwości. Czy jednak ci, którzy każą chwalić zmiany, które się dokonały, nie popełniają grzechu bałwochwalstwa? O przemianach ustrojowych, które dokonały się w Polsce po upadku Związku Radzieckiego piszą przeważnie ci, którzy te przemiany przeżyli. Ci młodsi, urodzeni już za czasów demokratycznych, uważani są nierzadko za żółtodziobów niegodnych, żeby na ten temat zabierać głos. Chyba, że wyrażają wdzięczność starszemu pokoleniu za jego wkład w owe przemiany. Czym jednak różni się “wolna Polska” od PRL oczami człowieka, który nigdy w PRL nie mieszkał? Oczywiste jest, że zestawić może jedynie relacje starszego pokolenia z własnymi obserwacjami. Ci, którzy przemiany widzieli na własne oczy bronić będą prawdopodobnie opinii, że różnica jest nie do porównania. Jednak po wysłuchaniu opowieści o szarych czasach na pierwszy plan wysuwają się półki w sklepie, kolejki, kartki i swoboda poruszania się po świecie. Nie można, co prawda, tej listy ograniczyć jedynie do wspomnianych elementów. Jednak ciężko oprzeć się wrażeniu, że to wysławiane “lepsze” życie w nowym systemie jest zwyczajnie życiem wygodniejszym. Wygodniejszym nie tylko dla rządzonych, ale i rządzących. Ci, którzy nie odnajdują się w nowych układach i nie radzą sobie w polskiej demokracji mogą zawsze liczyć na największe dobrodziejstwo przypisywane powszechnie Unii Europejskiej, czyli otwarte granice. Zwyczajnie pozwolono nam wyjechać za chlebem, jeśli nie możemy znaleźć go u siebie. Dawniej rzeczywiście trudniej było uciec. Dzięki temu ci, którzy nami rządzą, nie muszą się obawiać kumulacji ludzi ambitnych, dla których zabrakło miejsc pracy, a którzy, jak to miało miejsce właśnie podczas przemian ustrojowych, rozsadziliby ten system od środka. Ci ludzie dzisiaj po prostu emigrują, zamiast domagać się w stolicy lepszego traktowania. Żyje się nam wygodniej nie tylko dlatego, że jesteśmy zapychani cukierkami, egzotycznymi owocami i całym dobrodziejstwem supermarketów, w których znaleźć można o wiele więcej niż ocet i musztardę − i to bez miesięcznego przydziału na kartkach. Technologia również poszła do przodu. Poszłaby ona jednak niezależnie od przemian ustrojowych, więc to, że dziś w każdym domu znajduje się po kilka komputerów z dostępem do Internetu, a urządzenia posiadają funkcje, o których w PRL ludziom się nie śniło, niekoniecznie jest owocem przejścia z komunizmu do demokracji. Wymiar technologiczny to jednak nie wszystko. Żyje się nam wygodniej również na płaszczyźnie moralnej. Kolejne ekipy rządzące, zwłaszcza w okresach przedwyborczych, starają się podsycać nasze popędy, aby je wykorzystać, oferując spełnienie lub krzycząc głośno, jak bardzo się ono nam należy. Tak więc należy nam się prawo do panowania nad własnym ciałem, które przejawiać ma się nie w wolności woli od pożądań, lecz w możliwości usunięcia tego, co w tym ciele nagle...

Read More
Oni tam mają naprawdę cudowne krany!
Paź18

Oni tam mają naprawdę cudowne krany!

Lipiec… Ten miesiąc chyba nikomu nie kojarzy się źle. Miesiąc zwiastujący wakacyjne szaleństwa, tak niecierpliwie wyczekiwane w czerwcu. Miesiąc beztroski i kompletnego zapomnienia o codziennych obowiązkach. Przeciwnie do sierpnia, który ma jakby wpisane w nazwę niepokój powrotu do szkoły i smutek końca lata. Miliony rodaków wyjeżdżają, lub dopiero planują swoje eskapady. Bałtyk, Mazury, Tatry lub mniej w tym sezonie popularne Egipt i Tunezja to sprawdzone opcje na udany wypoczynek. Scenariusze wyjazdów to jedna z wielu naszych tradycji narodowych – wielkie zakupy w przeddzień urlopu, nerwy w czasie wieczornego pakowania, potem jeszcze tylko poranna kłótnia rodziców, by droga mogła przebiec jak zawsze w nerwowej ciszy po burzy… A potem pojednawcze gofry i dwa tygodnie szaleństwa w oparach wędzonego dorsza z frytkami. W lipcu zawsze wspominam mojego nieżyjącego już od dawna sąsiada, poczciwego pana Józefa. Był z zawodu hydraulikiem i o swojej profesji mógł opowiadać godzinami. Gdy ktokolwiek z sąsiadów miał problem z instalacją wodną, wiadomo było do kogo się zgłosić. Do niedawna sąsiedztwo w moim bloku było bardzo zgrane; wspólnie spędzane wieczory i wzajemne świętowanie imienin było tu chlebem powszednim. Stałym bywalcem sąsiedzkich posiadówek był i pan Józef. Koledzy uwielbiali słuchać jego opowieści o dalekich krajach, które miał okazje zobaczyć w swoim długim i barwnym życiu. To właśnie on nauczył mnie sztuki podróżowania i wzbudził w młodym chłopcu ciekawość świata, dzięki czemu wyjeżdżałem zawsze i wszędzie, gdy tylko nadarzała się ku temu okazja. Naszą ulubioną anegdotą, która bawiła tak samo (a może i bardziej) za każdym razem, była ta o podróży do Holandii. Trudno było namówić sąsiada do opowiadania po raz setny tej samej historii, ale gorące prośby pani Heli spod szóstki i jeden głębszy chłodnej substancji były w tej kwestii niezawodne. Pan Józef wstawał, szedł po album ze zdjęciami (tak, wycieczka odbyła się pod koniec XX wieku, kiedy jeszcze wywoływało się zdjęcia z urlopu!) i rozpoczynał narrację. Nasz ukochany Józef wykupił sobie i małżonce tygodniową objazdową wycieczkę po Królestwie Niderlandów. Po długiej podróży autokarowej na północ kraju rozpoczęła się część właściwa eskapady. Haga, Amsterdam, Utrecht, Eindhoven; wiatraki, budowle inżynieryjne Planu Delta… Program był ciekawy i dość napięty. Pan Józef dokładnie dokumentował podróż swoim poczciwym Zenitem, który zużył trzy klisze po 36 klatek. Gdy wrócił i opowiadał kolegom o tym, co najciekawszego zobaczył w Holandii, wyciągał album i ze słowami "oni tam mają naprawdę cudowne krany" pokazywał zdjęcia ponad stu kurków wody, które napotkał na swojej drodze (Holendrzy mają naprawdę zupełnie inne kurki niż my!). Oprócz zdjęć przywiózł z wakacji trzy fotografie swojej żony zrobione przy jakichś pięknych zabytkach oraz jedną fotkę małżeńską zrobioną na którymś z malowniczych amsterdamskich mostków. Historia pana Józefa nauczyła mnie, że nieważne dokąd się jedzie,...

Read More
Chachary, czyli sceny sądowe w Stalinogrodzie
Paź18

Chachary, czyli sceny sądowe w Stalinogrodzie

Czy można śmiać się z władzy sądowniczej w czasach szalejącego totalitaryzmu? Można było, ale dopiero po latach. Porwał się na to w dodatku wybitny prawnik, były Sędzia Sądu Najwyższego, Józef Musioł. ŚMIESZNO I STRASZNO Zacznijmy od tego, gdzie leży Stalinogród. Otóż nazwę tę nosiły w latach 1953-56 Katowice, co miało uczcić osobę zmarłego 5 marca 1953 r. Józefa Wissarionowicza Dżugaszwilego. Oficjalnie – lud Katowic poruszony żalem po Generealissimusie postanowił przemianować swoje miasto, nieoficjalnie – ktoś wpadł na ten „genialny” pomysł w Warszawie. Wraz ze śmiercią stalinizmu w roku 1956 (czyli wtedy, gdy do władzy dorwała się inna grupa komunistów) Katowice wróciły na mapę. Przybliżyć nieco realia tych czasów postanowił Józef Musioł – wybitny prawnik, wywodzący się z rodziny powstańców śląskich, jako dziecko łącznik AK, w dorosłym życiu działacz podporządkowanego PZPR Stronnictwa Demokratycznego, Sędzia Sądu Najwyższego, członek Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa. Postać autora jest tak niejednoznaczna jak jego książka, a tym bardziej główny bohater. Centralną postacią jest Ślązak, Franciszek Kopiec, któremu warto poświęcić trzy osobne akapity. Sama książka składa się z szeregu opowiadań, które łączy właśnie postać Kopca i kontekst prawno-karny czasów stalinowskich w „Sztalinogrodzie”. Wyśmiewając totalitaryzm, Musioł uderza i w totalitarną nowomowę, i w zachowania służące przeżyciu w tych ciężkich czasach. Od sztucznego odejścia od przedwojennych form grzecznościowych („Panowie to byli za sanacji!”), przez próby palenia Panu Bogu świeczki a partii ogarka (sołtys, który chodzi tylko na ranne Msze, bo go żona posyła), po nieco pokrętne rozumienie mienia wspólnego (znaczy niczyje, więc można na przykład rozdać za drobną opłatą). Musioł potrafi poprzez kwestie swoich bohaterów na chwilę zejść z wokandy, opowiadając o Zofijce, co domalowywała aureolę obrazkom Marksa i sprzedawała je jako wizerunki św. Józefa. Większość scen w „Chacharach” rozgrywa się jednak na sali sądowej, czemu towarzyszy stale charakterystyczna śląsko godka, która posługują się przesłuchiwani i oskarżeni, Ślązacy z krwi i kości. Zderzenie ponurej totalitarnej rzeczywistości: śmiertelnej powagi sędziów i prokuratorów ze swoistym humorem i dumą hanysów jest zalążkiem wielu komicznych, a niekiedy mrożących krew w żyłach sytuacji. Można się uśmiechnąć pod nosem, gdy prokurator przekonuje na procesie oskarżonego o spiskowanie przeciwko władzy ludowej, że „nie ważne, żeśmy mu tego nie udowodnili, ważne, że jesteśmy o tym przekonani”. Musimy pamiętać, że cały ten spisek to jedna kartka z karykaturą Stalina i Bieruta, a w czasie śledztwa używano tortur, co ten sam prokurator uznaje za potrzebne, gdy wróg ustroju nie chce się przyznać do winy, a uskarżanie się na brak snu przez tydzień to dla organów śledczych tylko objaw braku skruchy. BOHATER POZYTYWNY INACZEJ Kim jest Franciszek Kopiec? Jest to Ślązak, żyjący w czasach nieciekawych. W czasie wojny został na siłę zwerbowany do Wermachtu, gdzie jednak za nieznajomość...

Read More
Co jeśli nie islam? Opcja narodowa
Paź18

Co jeśli nie islam? Opcja narodowa

Serie zamachów terrorystycznych wymuszają pytanie o przyszłość Europy. Czy da się utrzymać ją w obecnym kształcie jej kultury i instytucji? Czy można wskazać jakąś drogę inną niż islamizacja Starego Kontynentu? TO SE NE DA… Jakiekolwiek nie będziemy analizować scenariusze, musimy ze smutkiem przyznać, że Europa długo nie pociągnie, jeśli nic się nie zmieni. Dawno już przestała być źródłem dla swojej własnej kultury, a coraz więcej i chętniej czerpie zza Oceanu czy nawet Dalekiego Wschodu. Trwająca od dwustu lat seria kampanii na rzecz nadania nowej tożsamości Staremu Kontynentowi  jedynie osłabiła jego tożsamość, usuwając kręgosłup chrześcijańskich wartości i zastępując je niezwykle plastycznymi wartościami „humanistycznymi”. Hasła wolności, równości i braterstwa okazały się jednak zbyt słabe, zbyt elastyczne, zbyt łatwe do nagięcia, by mogły zastąpić stary etos. W efekcie Europa stała się bardzo podatna na zubożenie moralne, a serwowane przez kolejne fale równouprawnienia idee okazują się tylko pogłębiać pustkę i poczucie niepewności. Odrzucenie religii w ujęciu konserwatywnym, starającym się zachować i pielęgnować tradycyjne dla Europy wartości skutkuje, że także chrześcijaństwo zostaje niejako zarażone tym nihilizmem. W tej perspektywie islam stanowi najbardziej atrakcyjną opcję dla tych, którzy w swej chrystianofobii nie chcą widzieć chrześcijańskiej przyszłości Europy. Za kilka lat, według tezy ks. prof. Jana Górskiego, gdy muzułmanie będą stanowili większość, ci, którzy odrzucili chrześcijaństwo zostaną za rączkę zaprowadzeni do meczetu. I będą zadowoleni. Natura zawsze dąży do zapełnienia pustki. Tam, gdzie nisza pokarmowa nie jest wykorzystywana przez żaden gatunek, w końcu pojawi się nowa forma życia, która zajmie się niewykorzystanym potencjałem. W tym sensie islam jest najbardziej naturalną religią świata. Powstał tam, gdzie bardzo łatwo było o indyferentyzm – w wielokulturowym mieście, gdzie stykały się wielkie i małe religie, gdy chrześcijaństwo było zmęczone wzajemnymi sporami. Kolejne fale skutecznych inwazji nieprzypadkowo miały miejsce wtedy, gdy wyznawcy Chrystusa albo byli pogrążeni we wewnątrzreligijnych konfliktach, albo gdy cywilizacja zachodnia była słaba i podzielona. I odwrotnie – największe sukcesy Europy w wojnach krzyżowych wynikały z jedności, a gdy zaczynało się rozgrywanie wzajemne między sobą, krzyżowcy na prośbę Wenecjan zaatakowali Konstantynopol, ułatwiając tym samym dzieło Turkom. Zjednoczenia Europy nie zapewnią nowe przywileje dla zwierząt i homoseksualistów, dozwolenie na mordowanie dzieci nienarodzonych i starców. To budzi raczej opór i groźbę wewnętrznych konfliktów. Tak więc – co jeśli nie islam? Prawdopodobnie nie da się sformułować żadnej sensownej alternatywy bez odniesienia do chrześcijańskich wartości, tożsamości budowanej przez ponad dwa tysiące lat, od kiedy Paweł z Tarsu miał wizję Macedończyka proszącego go o pomoc (Dz 16,9). Jakie więc cechy potencjalnych wizji Europy przyszłości nas będą interesować? Przede wszystkim, (a) stosunek do chrześcijaństwa – to jak dana idea może wprowadzić w życie naukę Chrystusa i jak będzie to korelowało z jej własną doktryną. A...

Read More
Elementarz duchowy
Paź18

Elementarz duchowy

Nie ma osoby, która obracając się w dominikańskim kręgu, nie słyszała o postaci ojca Joachima Badeniego. Przyjął on świecenia kapłańskie w 1950 roku i był współtwórcą krakowskiego duszpasterstwa akademickiego "Beczka". źródło: www.wiara.pl Wygłosił wiele konferencji i rekolekcji, w których namawiał nie tylko młodych, ale wszystkich ludzi do nawrócenia i uczulał na działanie Ducha Świętego w ich życiu. Podkreślał znaczenie młodzieży w Kościele, którzy buntują się, nie rozumieją i mają rację! Mają prawo zadawać pytania, rozwijać się, kwestia tylko tego, czy trafią na osoby, które będą potrafiły ich poprowadzić. Jedną z książek zawierających naukę ojca Joachima Badeniego OP jest zapis jego konferencji − "Czego dusza pragnie − Elementarz duchowy". Zapis ten został specjalnie opracowany, aby Ci, którzy nie uczestniczyli w ruchu Odnowy w Duchu Świętym mogli wydobyć z nich rzeczy uniwersalne. Do książki dołączona jest również płyta, na której nagrane są konferencje w całości. Elementarz podzielony jest na 8 rozdziałów: Miłość to jest to; Boże światło; Spowiedź i uzdrowienie wewnętrzne; Przebudzenie; Strach przed konfesjonałem; Pragnienie; Tajemnicza obecność; Rozwój – droga przez pustynię. Ojciec Badeni wspomina, że człowiek choćby bardzo chciał się zbliżyć do drugiego człowieka, to nie jest w stanie oddać mu swojego ducha. Ludzie są ograniczeni. Bóg w swej dobroci dzieli się z nim czymś, co ma najcenniejsze − sobą samym, swoim Duchem. "Chrystus daje to, co jest dla Niego najbardziej intymne, najbardziej własne. Daje swego ducha. Jest to Duch Jego i Duch Ojca − Duch Święty. Dlatego Duch Święty staje się darem najbardziej osobistym. Człowiek nie jest w stanie przekazać komuś swojego ducha, może się zwierzać, może kochać, ale żaden człowiek nie jest w stanie dać tchnienia życia, nawet najświętszy. Jednak u Boga jest to możliwe, nawet w Jego pojęciu boskim. On koniecznie pragnie nam dać swego Ducha − Ducha Świętego". Ojciec Joachim mówi, że nienawiść przybrała nową maskę. Nie jest już tak bardzo widoczna, nie robi wielkich czynów. Podchodzi do człowieka, wyśmiewa się z niego, być może nawet i chwali, uśmiechając się pogardliwie. Jest delikatna, ale pełna pychy. Ciemność postępuje, jednak nie może wygrać, bo są jeszcze ludzie, którzy idą, niosąc pochodnię światła, która jest w ich sercach. "Ci którzy idą w ciemności, stawiają opór światłu. Ci, którzy idą w świetle, stawiają opór ciemności. Ciemność nie postępuje, bo są ludzie oświeceni światłem synostwa Bożego, którzy rozświetlają ciemność, nawet jeśli o tym nie wiedzą". Ciemność krzyża i śmierci Jezusa jest źródłem światła. Szatan został pokonany, gdy wydawało mu się, że tryumfuje. Bóg zwyciężył. Wszystkim tym, którzy udają, że krzyż ich nie obchodzi − oszukują się. Nie chcą wieszać go na ścianie, bo czują, że płynie z niego moc i światło, którego nie są w stanie zrozumieć. "Prawdziwy ateista...

Read More
Raport z (bez)bożnego miasta
Paź17

Raport z (bez)bożnego miasta

Jak to jest być chrześcijaninem w samym środku jednej z największych duchowych pustyni świata? Czy misje w dalekich zakątkach Afryki, Azji, Ameryki mają jeszcze sens? Kilka słów o potrzebie rechrystianizacji, ewangelizacji i niewydolności europejskiego serca. W Polsce słyszy się co nieco o zamykaniu kościołów i zamienianiu ich na muzea, galerie sztuki czy kawiarnie. Kiwamy wtedy smutno głową, po czym wracamy do swoich zajęć, ciesząc się, że „to” dzieje się gdzieś daleko. Tymczasem najbardziej jałowe duchowo miejsca tego świata znajdują się tuż za naszą zachodnią i południową granicą i potrzebna im jest ewangelizacja. W dziedzinie sekularyzacji prym wiodą Czechy, a tuż z nimi plasują się wschodnie Niemcy z Berlinem. W tym właśnie mieście przyszło mi studiować i mieszkać. A ponadto skonfrontować moją wiarę z zupełnie odmiennymi możliwościami jej praktykowania. Wiarę wyniesioną z tradycyjnego polskiego katolickiego domu, będącą nie mniej jednak owocem świadomej decyzji o dopuszczeniu Pana Boga do mojego życia. Różnica jest naprawdę olbrzymia. Większość polskich chrześcijan nie zdaje sobie sprawy z tego, jak dogodne warunki do praktykowania oraz rozwoju wiary panują w „nadwiślańskim skansenie”, jak niektórzy chcieliby to widzieć. Lepszy skansen czy pustynia? Oto jest pytanie… BYĆ JAK BABCIA Religia nie jest wprawdzie pierwszym tematem, jaki porusza się przy poznawaniu nowych ludzi. Jednak krzyżyk wiszący na szyi czy znak krzyża czyniony w uniwersyteckiej stołówce przed jedzeniem zaczął prowokować takie pytania. Dość szybko okazało się, że z mojej 9-osobowej grupy tylko ja regularnie chodzę do kościoła. Niektórzy dwa razy dopytywali, czy naprawdę uczestniczę w mszy świętej co niedzielę, z niedowierzaniem zastanawiając się, skąd mam tyle czasu. Większość z nich jest ochrzczona, określa się nawet mianem „wierzących”, ale do świątyń zagląda co najwyżej z okazji ślubów i Bożego Narodzenia, bo „wtedy jest tak fajnie”. Wszystko ponadto byłoby stanowczo zbyt męczące. To i tak było jedynie preludium. Kiedyś w czasie dłuższej przerwy wywiązała się dyskusja o przykazaniach oraz katolickiej moralności. Moi znajomi byli w ciężkim szoku, kiedy dowiedzieli się, że można stosować się do tych zasad, pozostając jednocześnie całkiem „normalną” osobą, z którą można od serca pogadać, a nawet się z nią zaprzyjaźnić. Coś takiego! Jedna z koleżanek z rozbrajającą szczerością powiedziała mi, że widzi bardzo duże podobieństwo między mną a swoją babcią i że to jak najbardziej pozytywne wrażenie. Tylko ta subtelna różnica pokoleń – pomyślałam sobie… SAMI SWOI Z tą babcią coś jest jednak na rzeczy. Na mszy świętej w dni powszednie jestem zazwyczaj najmłodsza. Średnia wieku plasuje się około 60. roku życia. Zdecydowaną większość stanowią kobiety. Niemal wszyscy znamy się z widzenia. Trudno przecież nie rozpoznawać tych samych kilkunastu twarzy, które widzi się prawie codziennie. Fakt, że mamy codziennie msze święte poprzedzone adoracją eucharystyczną to prawdziwy ewenement. Kościół ten...

Read More
Śladem świętych krakowskich: szlak śladem kobiet
Paź17

Śladem świętych krakowskich: szlak śladem kobiet

Odkryjemy dziś więcej tajemnic Collegium Maius, zastanowimy się, czy królowa Jadwiga została pochowana sama i czy zapewniono jej należyty spokój. Wejdziemy też na Kopiec Kościuszki, a do pewnego celu poprowadzi nas rój pszczół. Pora na szlak śladem kobiet. Było już sporo o świętych mężach i ich ogromnej mądrości, najwyższa pora poświęcić czas szlakowi śladem świętych kobiet, które swoje życie związały z Krakowem. Historie i legendy z nimi związane są niezwykle ciekawe. KRÓLEWSKI ŚLAD O tym, kim była św. Jadwiga Królowa (a właściwie król), pisać raczej nie trzeba. Każdy z lekcji historii zna podstawowe fakty biograficzne tej postaci. Chciałabym bardziej skupić się na tym, gdzie można odnaleźć pamiątki związane z jej życiem. Jak ogólnie wiadomo, św. Jadwiga chętnie wspierała najuboższych poddanych. Jedna z najbardziej znanych legend opowiada o tym, jak królowa wspomogła jednego z budowniczych kościoła karmelitów. Kiedy poznała trudną sytuację jednego z nich, odpięła złotą sprzączkę od swojego buta i wręczyła mężczyźnie. Do tej pory można zobaczyć odciśniętą w kamieniu stopę królowej. Ślad ten widoczny jest na rogu Karmelickiej i Garbarskiej. Kolejnym przystankiem na tropie świętej jest oczywiście Collegium Maius. Warto zwrócić uwagę na berła, które umieszczone są w herbie uczelni. Jedno z nich należy do królowej Jadwigi, a drugie do Zygmunta Oleśnickiego. Królowa podarowała swoje insygnium władzy królewskiej Akademii Krakowskiej, w celu jej odnowienia. Od tego czasu krakowska uczelnia znana jest jako Uniwersytet Jagielloński. Berła można zobaczyć w muzeum, które mieści się aktualnie w najstarszym budynku uniwersyteckim. Królową można też zobaczyć co dwie godziny między 11.00 a 17.00 podczas prezentacji zegara na dziedzińcu (o tym zegarze pisałam przy innym spacerze). Przy ulicy Sławkowskiej warto zwrócić uwagę na niepozorny budynek z numerem 24. Aktualnie mieści się tutaj dom macierzysty Zgromadzenia Sióstr Świętej Jadwigi Królowej Służebnic Chrystusa Obecnego (Jadwiżanek Wawelskich). Zajmują się one przede wszystkim katechumenami oraz pomagają tym, którzy przeżywają kryzys wiary. U wylotu ul. Sławkowskiej, na Plantach znajduje się pomnik przedstawiający królewską parę. Trudno go nie zauważyć, ponieważ ustawiony jest na wzniesieniu. Wyobraża Jadwigę i Jagiełłę, co można wywnioskować z podpisu na postumencie „Na pamiątkę 500-letniej rocznicy unii Polski z Litwą”. Jednak jeśli przyjrzeć się bliżej postaciom, w ogóle nie przypominają one tych wielkich władców. Nie ma się co dziwić. Pomnik w rzeczywistości został wykonany z przeznaczeniem dla Ogrodów Watykańskich i miał przedstawiać pierwszych chrześcijańskich władców Polski, czyli Mieszka i Dobrawę. Jednak w Watykanie nie został doceniony i przekazano go do Muzeum Narodowego w Krakowie. Późniejszą decyzją przeniesiono go na Planty w rocznicę Unii w Krewie i odsłoniono jako Jagiełłę i Jadwigę. W kościele pw. Św. Krzyża nad prezbiterium wisi obraz przedstawiający św. Jadwigę. Problem polega jedynie na tym, że nie wiadomo którą. Ludzie na przestrzeni wieków nie...

Read More
Gotowi na wszystko
Cze07

Gotowi na wszystko

Praca misyjna nie należy do najlżejszych. Często wiąże się nie tylko z licznymi wyrzeczeniami, ale i z czyhającymi na każdym kroku zagrożeniami. Świadczą o tym statystyki. W ciągu ostatnich trzydziestu lat zginęło około 900 misjonarzy. Każdy wyjeżdżający na obce tereny winien mieć tego świadomość. 5 grudnia 2015 roku w peruwiańskim Pariacoto odbyły się uroczystości beatyfikacyjne trzech misjonarzy. W poczet błogosławionych Kościoła katolickiego zostali zaliczeni dwaj polscy franciszkanie: o. Michał Tomaszek oraz o. Zbigniew Strzałkowski. Wraz z nimi na ołtarze został wyniesiony również Włoch – ks. Alessandro Dordi. O. MICHAŁ TOMASZEK O. Michał przyszedł na świat 23 września 1960 roku w Łękawicy – niewielkiej wsi położonej nieopodal Żywca. Wychowywał się w domu rodzinnym wraz z bratem bliźniakiem i dwiema siostrami, pod czujnym okiem rodziców. Gdy miał dziewięć lat, zmarł jego ojciec, a cały ciężar utrzymania dzieci spadł na matkę. Od wczesnej młodości starał się być blisko Boga. Wraz ze swoimi bliskimi pielgrzymował do położonego w sąsiedztwie i prowadzonego przez franciszkanów Sanktuarium Matki Boskiej Rychwałdzkiej. Już w podaniu o przyjęcie do zakonu wspomniał, że jego pragnieniem jest praca na misjach. Jak wspominają koledzy z franciszkańskiego seminarium duchownego, o. Michał dał się poznać jako człowiek modlitwy. Wiele czasu spędzał w klasztornej kaplicy. Każdej nocy, po zgaszeniu świateł klękał nadto przed figurą Matki Bożej Niepokalanej, którą zabrał ze swojego domu. Na kapłana został wyświęcony w 1987 roku. Przez pierwsze dwa lata posługiwał jako wikariusz i katecheta w Pieńsku koło Zgorzelca. ZOBACZ TAKŻE: Jezus posyła na misje W trakcie parafialnej posługi opiekował się i dbał o wychowanie młodzieży, zwłaszcza osób niepełnosprawnych. Kiedy dowiedział się, że jego dwaj starsi współbracia: o. Zbigniew Strzałkowski i o. Jarosław Wysoczański mają wkrótce wyjechać na misje, poprosił swojego przełożonego o pozwolenie na podobny wyjazd. Choć zdawał sobie sprawę, że misja jest trudna i jego życie może być narażone na niebezpieczeństwo, to odważnie zapowiedział, że dla sprawy Bożej jest gotowy oddać życie. Po przyjeździe do Peru i zaznajomieniu się z podstawami języka hiszpańskiego o. Michał włączył się w pracę duszpasterską w Pariacoto. Głosił prawdę o Bożym Królestwie. W krótkim czasie zgromadził wokół parafii mnóstwo młodych ludzi, którzy przychodzili na katechezę, wspólną modlitwę, ale i rekreację. Docierał do nich poprzez muzykę i śpiew. O. ZBIGNIEW STRZAŁKOWSKI O. Zbigniew urodził się 3 lipca 1958 roku w Tarnowie. Mieszkał wraz z rodzicami i dwoma starszymi braćmi w niewielkiej podtarnowskiej Zawadzie. W latach młodzieńczych pomagał w prowadzeniu gospodarstwa rolnego oraz aktywnie uczestniczył w życiu parafii. Był ministrantem i lektorem. W 1978 roku ukończył Technikum Mechaniczne w Tarnowie. Potem rozpoczął pracę w Wojewódzkiej Dyrekcji Rozbudowy Miast i Osiedli Wiejskich w Tarnowie, a następnie – w Państwowym Ośrodku Maszynowym w Tarnowcu. W 1979 roku postanowił wstąpić do...

Read More