Lepsze czasy
Paź19

Lepsze czasy

Ci, którzy mówią, że “za komuny było lepiej” grzeszą w sposób oczywisty i niewielu znajdzie się takich, którzy będą mieli co do tego wątpliwości. Czy jednak ci, którzy każą chwalić zmiany, które się dokonały, nie popełniają grzechu bałwochwalstwa? O przemianach ustrojowych, które dokonały się w Polsce po upadku Związku Radzieckiego piszą przeważnie ci, którzy te przemiany przeżyli. Ci młodsi, urodzeni już za czasów demokratycznych, uważani są nierzadko za żółtodziobów niegodnych, żeby na ten temat zabierać głos. Chyba, że wyrażają wdzięczność starszemu pokoleniu za jego wkład w owe przemiany. Czym jednak różni się “wolna Polska” od PRL oczami człowieka, który nigdy w PRL nie mieszkał? Oczywiste jest, że zestawić może jedynie relacje starszego pokolenia z własnymi obserwacjami. Ci, którzy przemiany widzieli na własne oczy bronić będą prawdopodobnie opinii, że różnica jest nie do porównania. Jednak po wysłuchaniu opowieści o szarych czasach na pierwszy plan wysuwają się półki w sklepie, kolejki, kartki i swoboda poruszania się po świecie. Nie można, co prawda, tej listy ograniczyć jedynie do wspomnianych elementów. Jednak ciężko oprzeć się wrażeniu, że to wysławiane “lepsze” życie w nowym systemie jest zwyczajnie życiem wygodniejszym. Wygodniejszym nie tylko dla rządzonych, ale i rządzących. Ci, którzy nie odnajdują się w nowych układach i nie radzą sobie w polskiej demokracji mogą zawsze liczyć na największe dobrodziejstwo przypisywane powszechnie Unii Europejskiej, czyli otwarte granice. Zwyczajnie pozwolono nam wyjechać za chlebem, jeśli nie możemy znaleźć go u siebie. Dawniej rzeczywiście trudniej było uciec. Dzięki temu ci, którzy nami rządzą, nie muszą się obawiać kumulacji ludzi ambitnych, dla których zabrakło miejsc pracy, a którzy, jak to miało miejsce właśnie podczas przemian ustrojowych, rozsadziliby ten system od środka. Ci ludzie dzisiaj po prostu emigrują, zamiast domagać się w stolicy lepszego traktowania. Żyje się nam wygodniej nie tylko dlatego, że jesteśmy zapychani cukierkami, egzotycznymi owocami i całym dobrodziejstwem supermarketów, w których znaleźć można o wiele więcej niż ocet i musztardę − i to bez miesięcznego przydziału na kartkach. Technologia również poszła do przodu. Poszłaby ona jednak niezależnie od przemian ustrojowych, więc to, że dziś w każdym domu znajduje się po kilka komputerów z dostępem do Internetu, a urządzenia posiadają funkcje, o których w PRL ludziom się nie śniło, niekoniecznie jest owocem przejścia z komunizmu do demokracji. Wymiar technologiczny to jednak nie wszystko. Żyje się nam wygodniej również na płaszczyźnie moralnej. Kolejne ekipy rządzące, zwłaszcza w okresach przedwyborczych, starają się podsycać nasze popędy, aby je wykorzystać, oferując spełnienie lub krzycząc głośno, jak bardzo się ono nam należy. Tak więc należy nam się prawo do panowania nad własnym ciałem, które przejawiać ma się nie w wolności woli od pożądań, lecz w możliwości usunięcia tego, co w tym ciele nagle...

Read More
Oni tam mają naprawdę cudowne krany!
Paź18

Oni tam mają naprawdę cudowne krany!

Lipiec… Ten miesiąc chyba nikomu nie kojarzy się źle. Miesiąc zwiastujący wakacyjne szaleństwa, tak niecierpliwie wyczekiwane w czerwcu. Miesiąc beztroski i kompletnego zapomnienia o codziennych obowiązkach. Przeciwnie do sierpnia, który ma jakby wpisane w nazwę niepokój powrotu do szkoły i smutek końca lata. Miliony rodaków wyjeżdżają, lub dopiero planują swoje eskapady. Bałtyk, Mazury, Tatry lub mniej w tym sezonie popularne Egipt i Tunezja to sprawdzone opcje na udany wypoczynek. Scenariusze wyjazdów to jedna z wielu naszych tradycji narodowych – wielkie zakupy w przeddzień urlopu, nerwy w czasie wieczornego pakowania, potem jeszcze tylko poranna kłótnia rodziców, by droga mogła przebiec jak zawsze w nerwowej ciszy po burzy… A potem pojednawcze gofry i dwa tygodnie szaleństwa w oparach wędzonego dorsza z frytkami. W lipcu zawsze wspominam mojego nieżyjącego już od dawna sąsiada, poczciwego pana Józefa. Był z zawodu hydraulikiem i o swojej profesji mógł opowiadać godzinami. Gdy ktokolwiek z sąsiadów miał problem z instalacją wodną, wiadomo było do kogo się zgłosić. Do niedawna sąsiedztwo w moim bloku było bardzo zgrane; wspólnie spędzane wieczory i wzajemne świętowanie imienin było tu chlebem powszednim. Stałym bywalcem sąsiedzkich posiadówek był i pan Józef. Koledzy uwielbiali słuchać jego opowieści o dalekich krajach, które miał okazje zobaczyć w swoim długim i barwnym życiu. To właśnie on nauczył mnie sztuki podróżowania i wzbudził w młodym chłopcu ciekawość świata, dzięki czemu wyjeżdżałem zawsze i wszędzie, gdy tylko nadarzała się ku temu okazja. Naszą ulubioną anegdotą, która bawiła tak samo (a może i bardziej) za każdym razem, była ta o podróży do Holandii. Trudno było namówić sąsiada do opowiadania po raz setny tej samej historii, ale gorące prośby pani Heli spod szóstki i jeden głębszy chłodnej substancji były w tej kwestii niezawodne. Pan Józef wstawał, szedł po album ze zdjęciami (tak, wycieczka odbyła się pod koniec XX wieku, kiedy jeszcze wywoływało się zdjęcia z urlopu!) i rozpoczynał narrację. Nasz ukochany Józef wykupił sobie i małżonce tygodniową objazdową wycieczkę po Królestwie Niderlandów. Po długiej podróży autokarowej na północ kraju rozpoczęła się część właściwa eskapady. Haga, Amsterdam, Utrecht, Eindhoven; wiatraki, budowle inżynieryjne Planu Delta… Program był ciekawy i dość napięty. Pan Józef dokładnie dokumentował podróż swoim poczciwym Zenitem, który zużył trzy klisze po 36 klatek. Gdy wrócił i opowiadał kolegom o tym, co najciekawszego zobaczył w Holandii, wyciągał album i ze słowami "oni tam mają naprawdę cudowne krany" pokazywał zdjęcia ponad stu kurków wody, które napotkał na swojej drodze (Holendrzy mają naprawdę zupełnie inne kurki niż my!). Oprócz zdjęć przywiózł z wakacji trzy fotografie swojej żony zrobione przy jakichś pięknych zabytkach oraz jedną fotkę małżeńską zrobioną na którymś z malowniczych amsterdamskich mostków. Historia pana Józefa nauczyła mnie, że nieważne dokąd się jedzie,...

Read More
Co jeśli nie islam? Opcja narodowa
Paź18

Co jeśli nie islam? Opcja narodowa

Serie zamachów terrorystycznych wymuszają pytanie o przyszłość Europy. Czy da się utrzymać ją w obecnym kształcie jej kultury i instytucji? Czy można wskazać jakąś drogę inną niż islamizacja Starego Kontynentu? TO SE NE DA… Jakiekolwiek nie będziemy analizować scenariusze, musimy ze smutkiem przyznać, że Europa długo nie pociągnie, jeśli nic się nie zmieni. Dawno już przestała być źródłem dla swojej własnej kultury, a coraz więcej i chętniej czerpie zza Oceanu czy nawet Dalekiego Wschodu. Trwająca od dwustu lat seria kampanii na rzecz nadania nowej tożsamości Staremu Kontynentowi  jedynie osłabiła jego tożsamość, usuwając kręgosłup chrześcijańskich wartości i zastępując je niezwykle plastycznymi wartościami „humanistycznymi”. Hasła wolności, równości i braterstwa okazały się jednak zbyt słabe, zbyt elastyczne, zbyt łatwe do nagięcia, by mogły zastąpić stary etos. W efekcie Europa stała się bardzo podatna na zubożenie moralne, a serwowane przez kolejne fale równouprawnienia idee okazują się tylko pogłębiać pustkę i poczucie niepewności. Odrzucenie religii w ujęciu konserwatywnym, starającym się zachować i pielęgnować tradycyjne dla Europy wartości skutkuje, że także chrześcijaństwo zostaje niejako zarażone tym nihilizmem. W tej perspektywie islam stanowi najbardziej atrakcyjną opcję dla tych, którzy w swej chrystianofobii nie chcą widzieć chrześcijańskiej przyszłości Europy. Za kilka lat, według tezy ks. prof. Jana Górskiego, gdy muzułmanie będą stanowili większość, ci, którzy odrzucili chrześcijaństwo zostaną za rączkę zaprowadzeni do meczetu. I będą zadowoleni. Natura zawsze dąży do zapełnienia pustki. Tam, gdzie nisza pokarmowa nie jest wykorzystywana przez żaden gatunek, w końcu pojawi się nowa forma życia, która zajmie się niewykorzystanym potencjałem. W tym sensie islam jest najbardziej naturalną religią świata. Powstał tam, gdzie bardzo łatwo było o indyferentyzm – w wielokulturowym mieście, gdzie stykały się wielkie i małe religie, gdy chrześcijaństwo było zmęczone wzajemnymi sporami. Kolejne fale skutecznych inwazji nieprzypadkowo miały miejsce wtedy, gdy wyznawcy Chrystusa albo byli pogrążeni we wewnątrzreligijnych konfliktach, albo gdy cywilizacja zachodnia była słaba i podzielona. I odwrotnie – największe sukcesy Europy w wojnach krzyżowych wynikały z jedności, a gdy zaczynało się rozgrywanie wzajemne między sobą, krzyżowcy na prośbę Wenecjan zaatakowali Konstantynopol, ułatwiając tym samym dzieło Turkom. Zjednoczenia Europy nie zapewnią nowe przywileje dla zwierząt i homoseksualistów, dozwolenie na mordowanie dzieci nienarodzonych i starców. To budzi raczej opór i groźbę wewnętrznych konfliktów. Tak więc – co jeśli nie islam? Prawdopodobnie nie da się sformułować żadnej sensownej alternatywy bez odniesienia do chrześcijańskich wartości, tożsamości budowanej przez ponad dwa tysiące lat, od kiedy Paweł z Tarsu miał wizję Macedończyka proszącego go o pomoc (Dz 16,9). Jakie więc cechy potencjalnych wizji Europy przyszłości nas będą interesować? Przede wszystkim, (a) stosunek do chrześcijaństwa – to jak dana idea może wprowadzić w życie naukę Chrystusa i jak będzie to korelowało z jej własną doktryną. A...

Read More
Elementarz duchowy
Paź18

Elementarz duchowy

Nie ma osoby, która obracając się w dominikańskim kręgu, nie słyszała o postaci ojca Joachima Badeniego. Przyjął on świecenia kapłańskie w 1950 roku i był współtwórcą krakowskiego duszpasterstwa akademickiego "Beczka". źródło: www.wiara.pl Wygłosił wiele konferencji i rekolekcji, w których namawiał nie tylko młodych, ale wszystkich ludzi do nawrócenia i uczulał na działanie Ducha Świętego w ich życiu. Podkreślał znaczenie młodzieży w Kościele, którzy buntują się, nie rozumieją i mają rację! Mają prawo zadawać pytania, rozwijać się, kwestia tylko tego, czy trafią na osoby, które będą potrafiły ich poprowadzić. Jedną z książek zawierających naukę ojca Joachima Badeniego OP jest zapis jego konferencji − "Czego dusza pragnie − Elementarz duchowy". Zapis ten został specjalnie opracowany, aby Ci, którzy nie uczestniczyli w ruchu Odnowy w Duchu Świętym mogli wydobyć z nich rzeczy uniwersalne. Do książki dołączona jest również płyta, na której nagrane są konferencje w całości. Elementarz podzielony jest na 8 rozdziałów: Miłość to jest to; Boże światło; Spowiedź i uzdrowienie wewnętrzne; Przebudzenie; Strach przed konfesjonałem; Pragnienie; Tajemnicza obecność; Rozwój – droga przez pustynię. Ojciec Badeni wspomina, że człowiek choćby bardzo chciał się zbliżyć do drugiego człowieka, to nie jest w stanie oddać mu swojego ducha. Ludzie są ograniczeni. Bóg w swej dobroci dzieli się z nim czymś, co ma najcenniejsze − sobą samym, swoim Duchem. "Chrystus daje to, co jest dla Niego najbardziej intymne, najbardziej własne. Daje swego ducha. Jest to Duch Jego i Duch Ojca − Duch Święty. Dlatego Duch Święty staje się darem najbardziej osobistym. Człowiek nie jest w stanie przekazać komuś swojego ducha, może się zwierzać, może kochać, ale żaden człowiek nie jest w stanie dać tchnienia życia, nawet najświętszy. Jednak u Boga jest to możliwe, nawet w Jego pojęciu boskim. On koniecznie pragnie nam dać swego Ducha − Ducha Świętego". Ojciec Joachim mówi, że nienawiść przybrała nową maskę. Nie jest już tak bardzo widoczna, nie robi wielkich czynów. Podchodzi do człowieka, wyśmiewa się z niego, być może nawet i chwali, uśmiechając się pogardliwie. Jest delikatna, ale pełna pychy. Ciemność postępuje, jednak nie może wygrać, bo są jeszcze ludzie, którzy idą, niosąc pochodnię światła, która jest w ich sercach. "Ci którzy idą w ciemności, stawiają opór światłu. Ci, którzy idą w świetle, stawiają opór ciemności. Ciemność nie postępuje, bo są ludzie oświeceni światłem synostwa Bożego, którzy rozświetlają ciemność, nawet jeśli o tym nie wiedzą". Ciemność krzyża i śmierci Jezusa jest źródłem światła. Szatan został pokonany, gdy wydawało mu się, że tryumfuje. Bóg zwyciężył. Wszystkim tym, którzy udają, że krzyż ich nie obchodzi − oszukują się. Nie chcą wieszać go na ścianie, bo czują, że płynie z niego moc i światło, którego nie są w stanie zrozumieć. "Prawdziwy ateista...

Read More
Raport z (bez)bożnego miasta
Paź17

Raport z (bez)bożnego miasta

Jak to jest być chrześcijaninem w samym środku jednej z największych duchowych pustyni świata? Czy misje w dalekich zakątkach Afryki, Azji, Ameryki mają jeszcze sens? Kilka słów o potrzebie rechrystianizacji, ewangelizacji i niewydolności europejskiego serca. W Polsce słyszy się co nieco o zamykaniu kościołów i zamienianiu ich na muzea, galerie sztuki czy kawiarnie. Kiwamy wtedy smutno głową, po czym wracamy do swoich zajęć, ciesząc się, że „to” dzieje się gdzieś daleko. Tymczasem najbardziej jałowe duchowo miejsca tego świata znajdują się tuż za naszą zachodnią i południową granicą i potrzebna im jest ewangelizacja. W dziedzinie sekularyzacji prym wiodą Czechy, a tuż z nimi plasują się wschodnie Niemcy z Berlinem. W tym właśnie mieście przyszło mi studiować i mieszkać. A ponadto skonfrontować moją wiarę z zupełnie odmiennymi możliwościami jej praktykowania. Wiarę wyniesioną z tradycyjnego polskiego katolickiego domu, będącą nie mniej jednak owocem świadomej decyzji o dopuszczeniu Pana Boga do mojego życia. Różnica jest naprawdę olbrzymia. Większość polskich chrześcijan nie zdaje sobie sprawy z tego, jak dogodne warunki do praktykowania oraz rozwoju wiary panują w „nadwiślańskim skansenie”, jak niektórzy chcieliby to widzieć. Lepszy skansen czy pustynia? Oto jest pytanie… BYĆ JAK BABCIA Religia nie jest wprawdzie pierwszym tematem, jaki porusza się przy poznawaniu nowych ludzi. Jednak krzyżyk wiszący na szyi czy znak krzyża czyniony w uniwersyteckiej stołówce przed jedzeniem zaczął prowokować takie pytania. Dość szybko okazało się, że z mojej 9-osobowej grupy tylko ja regularnie chodzę do kościoła. Niektórzy dwa razy dopytywali, czy naprawdę uczestniczę w mszy świętej co niedzielę, z niedowierzaniem zastanawiając się, skąd mam tyle czasu. Większość z nich jest ochrzczona, określa się nawet mianem „wierzących”, ale do świątyń zagląda co najwyżej z okazji ślubów i Bożego Narodzenia, bo „wtedy jest tak fajnie”. Wszystko ponadto byłoby stanowczo zbyt męczące. To i tak było jedynie preludium. Kiedyś w czasie dłuższej przerwy wywiązała się dyskusja o przykazaniach oraz katolickiej moralności. Moi znajomi byli w ciężkim szoku, kiedy dowiedzieli się, że można stosować się do tych zasad, pozostając jednocześnie całkiem „normalną” osobą, z którą można od serca pogadać, a nawet się z nią zaprzyjaźnić. Coś takiego! Jedna z koleżanek z rozbrajającą szczerością powiedziała mi, że widzi bardzo duże podobieństwo między mną a swoją babcią i że to jak najbardziej pozytywne wrażenie. Tylko ta subtelna różnica pokoleń – pomyślałam sobie… SAMI SWOI Z tą babcią coś jest jednak na rzeczy. Na mszy świętej w dni powszednie jestem zazwyczaj najmłodsza. Średnia wieku plasuje się około 60. roku życia. Zdecydowaną większość stanowią kobiety. Niemal wszyscy znamy się z widzenia. Trudno przecież nie rozpoznawać tych samych kilkunastu twarzy, które widzi się prawie codziennie. Fakt, że mamy codziennie msze święte poprzedzone adoracją eucharystyczną to prawdziwy ewenement. Kościół ten...

Read More
Gotowi na wszystko
Cze07

Gotowi na wszystko

Praca misyjna nie należy do najlżejszych. Często wiąże się nie tylko z licznymi wyrzeczeniami, ale i z czyhającymi na każdym kroku zagrożeniami. Świadczą o tym statystyki. W ciągu ostatnich trzydziestu lat zginęło około 900 misjonarzy. Każdy wyjeżdżający na obce tereny winien mieć tego świadomość. 5 grudnia 2015 roku w peruwiańskim Pariacoto odbyły się uroczystości beatyfikacyjne trzech misjonarzy. W poczet błogosławionych Kościoła katolickiego zostali zaliczeni dwaj polscy franciszkanie: o. Michał Tomaszek oraz o. Zbigniew Strzałkowski. Wraz z nimi na ołtarze został wyniesiony również Włoch – ks. Alessandro Dordi. O. MICHAŁ TOMASZEK O. Michał przyszedł na świat 23 września 1960 roku w Łękawicy – niewielkiej wsi położonej nieopodal Żywca. Wychowywał się w domu rodzinnym wraz z bratem bliźniakiem i dwiema siostrami, pod czujnym okiem rodziców. Gdy miał dziewięć lat, zmarł jego ojciec, a cały ciężar utrzymania dzieci spadł na matkę. Od wczesnej młodości starał się być blisko Boga. Wraz ze swoimi bliskimi pielgrzymował do położonego w sąsiedztwie i prowadzonego przez franciszkanów Sanktuarium Matki Boskiej Rychwałdzkiej. Już w podaniu o przyjęcie do zakonu wspomniał, że jego pragnieniem jest praca na misjach. Jak wspominają koledzy z franciszkańskiego seminarium duchownego, o. Michał dał się poznać jako człowiek modlitwy. Wiele czasu spędzał w klasztornej kaplicy. Każdej nocy, po zgaszeniu świateł klękał nadto przed figurą Matki Bożej Niepokalanej, którą zabrał ze swojego domu. Na kapłana został wyświęcony w 1987 roku. Przez pierwsze dwa lata posługiwał jako wikariusz i katecheta w Pieńsku koło Zgorzelca. ZOBACZ TAKŻE: Jezus posyła na misje W trakcie parafialnej posługi opiekował się i dbał o wychowanie młodzieży, zwłaszcza osób niepełnosprawnych. Kiedy dowiedział się, że jego dwaj starsi współbracia: o. Zbigniew Strzałkowski i o. Jarosław Wysoczański mają wkrótce wyjechać na misje, poprosił swojego przełożonego o pozwolenie na podobny wyjazd. Choć zdawał sobie sprawę, że misja jest trudna i jego życie może być narażone na niebezpieczeństwo, to odważnie zapowiedział, że dla sprawy Bożej jest gotowy oddać życie. Po przyjeździe do Peru i zaznajomieniu się z podstawami języka hiszpańskiego o. Michał włączył się w pracę duszpasterską w Pariacoto. Głosił prawdę o Bożym Królestwie. W krótkim czasie zgromadził wokół parafii mnóstwo młodych ludzi, którzy przychodzili na katechezę, wspólną modlitwę, ale i rekreację. Docierał do nich poprzez muzykę i śpiew. O. ZBIGNIEW STRZAŁKOWSKI O. Zbigniew urodził się 3 lipca 1958 roku w Tarnowie. Mieszkał wraz z rodzicami i dwoma starszymi braćmi w niewielkiej podtarnowskiej Zawadzie. W latach młodzieńczych pomagał w prowadzeniu gospodarstwa rolnego oraz aktywnie uczestniczył w życiu parafii. Był ministrantem i lektorem. W 1978 roku ukończył Technikum Mechaniczne w Tarnowie. Potem rozpoczął pracę w Wojewódzkiej Dyrekcji Rozbudowy Miast i Osiedli Wiejskich w Tarnowie, a następnie – w Państwowym Ośrodku Maszynowym w Tarnowcu. W 1979 roku postanowił wstąpić do...

Read More
Misje na cały rok
Lut09

Misje na cały rok

O akcji „Misjonarz na post”, tym, czym różni się katolicyzm w Polsce i na misjach, i czego możemy się uczyć od krajów misyjnych rozmawiamy z o. Marcinem Wrzosem OMI, redaktorem naczelnym czasopisma „Misyjne Drogi”. źródło: www.misjonarznapost.pl Kajetan Garbela: Skąd wziął się pomysł na zorganizowaną modlitwę za misjonarzy w czasie Wielkiego Postu? o. Marcin Wrzos: Na początku chciałbym zauważyć, że w Kościele działamy często bardzo partykularnie – każde zgromadzenie zbiera pieniądze na swoje misje czy też za nie się modli. Wiadomo, najłatwiej dbać o to, co dotyczy nas samych, i nie jest to żadna uszczypliwość czy wyrzut, tylko stwierdzenie faktu. Pomyślałem, że dobrze będzie wreszcie połączyć nasze siły, a przecież nie powinno być trudno zjednoczyć się na modlitwie. Sam zresztą byłem przez rok na misjach na Madagaskarze i wiem, że modlitwa naprawdę pomaga misjonarzom. Oni często idą kilka czy kilkanaście dni przez busz, w obawie przed malarią, zwierzętami, kapryśną pogodą, często na granicy przemęczenia i psychicznego wyczerpania. Wówczas myśl o tym, że ktoś się za nich modli, naprawdę dodaje sił. Wyszedł ojciec z tą propozycją do innych zgromadzeń… o. M.W.: Pochwycili ja przede wszystkim ci misjonarze, którzy prowadzą swoje czasopisma misyjne –na przykład werbiści, klawerianki, kombonianie… Dlaczego zdecydowaliście, że każdy modlący się otrzyma pod swoją opiekę konkretnego, znanego mu z imienia i nazwiska misjonarza? o. M.W.: W Kościele często zbieramy pieniądze za całe dzieła misyjne, modlimy się za ogół misjonarzy. A przecież skoro wiemy, ilu polskich misjonarzy jest za granicą – Komisja Misyjna Episkopatu Polski ma takie dane – można to wykorzystać. Jest ich dokładnie 2078. Wystarczyło poprosić o szczegółową listę i wrzucić ją w internet z prośbą o modlitwę. Wielu z nas jest łatwiej włączyć się w jakąś akcję, gdy wiemy, kogo dokładnie ona dotyczy, komu niesiemy pomoc. Wcześniej rozpoczęliśmy akcję adopcji misyjnej – pomocy dzieciom na misjach. Odzew był rewelacyjny – ludzie wiedzą, że ich pieniądze idą na konkretne dziecko, na jego naukę, a podopieczni jeszcze napiszą listy z podziękowaniami do swoich opiekunów. To jest wielka zachęta dla potencjalnych darczyńców. Również ojciec miał swoją podopieczną? o. M.W.: Tak, ma na imię Magda i jest świecką misjonarką w Ugandzie. Poza modlitwą, postanowiłem prze cały Post ofiarować za nią punktualne wstawanie na modlitwy poranne – a moi współbracia wiedza, jak trudno mi wstać z łóżka. Do tej pory, poza jednym przypadkiem, byłem zawsze punktualny. To dla mnie wielka walka, ale mam jasny cel, osobę, kobietę, którą się w pewien sposób opiekuję, i to dodaje mi sił. Jaka grupa misjonarzy, lub też z jakich państw, cieszyła się największym powodzeniem? o. M.W.: Najwięcej osób chciało się modlić za – uwaga – świeckie misjonarki, a także braci zakonnych. Tłumaczę to sobie w ten...

Read More