Autorytet poszerza nasze horyzonty

Każdy z nas potrzebuje w życiu autorytetu, przewodnika, którzy odkryje przed nami tajemnice i poszerzy naszą wiedzę o świecie. O tym, w jaki sposób znaleźć takiego człowieka i jakimi cechami powinien się charakteryzować rozmawiam z dr. Markiem Lasotą, dyrektorem krakowskiego oddziału Instytutu Pamięci Narodowej i wykładowcą akademickim. P. Zemełka: Jakie możemy w swoim życiu posiadać autorytety? Dr Marek Lasota: Pojęcie autorytetu jest niezwykle trudne do zdefiniowania, a definicja może się różnić w zależności od rodzaju autorytetu. Możemy mówić o tzw. autorytecie mimowolnym, który posiada chyba każdy. Czyli każda osoba, w którymś momencie życia spotkała człowieka, z którego ust usłyszała informację na tyle istotną, że stała się ona pewnym wyznacznikiem jej drogi. Innym autorytetem jest tzw. autorytet ogólnie uznany, do którego nieraz odwołujemy się w celu poparcia naszych tez. I w przypadku tego rodzaju autorytetu wcale nie musimy mówić o osobie. Może to być też nauka, jakieś twierdzenie naukowe czy dowód naukowy. Najciekawszym rozwinięciem tego pojęcia jest spojrzenie na nie jako efekt świadomego poszukiwania jakie podejmuje człowiek. Zwłaszcza część młodych, która dopiero kształtuje swój wizerunek świata. P. Z.: Skąd bierze się w człowieku chęć poszukiwania takiej osoby? Dr M. L.: Kiedy człowiek zaczyna obracać się w istniejącej rzeczywistość i próbuje jakoś określić w niej swoje miejsce, to naturalnym jest, że początkowo jest bezradny wobec pewnych problemów i zjawisk. Nie jest w stanie ich objaśnić czy wytłumaczyć, albo dać choćby samemu sobie przekonującej odpowiedzi na dręczące go pytania. Wówczas poszukuje osoby, która mu tej odpowiedzi udzieli. I to jest właśnie chyba ta najwłaściwsza droga do znalezienia odpowiedzi na pytanie kim jest autorytet. Człowiekiem z autorytetem będzie dla każdego z nas indywidulanie ktoś, kogo my sami szukamy. Ktoś, na kogo my, zetknąwszy już w tym naszym życiu z wieloma postawami, postaciami, trafiamy. To ktoś, kto najbardziej odpowiada naszemu sposobowi postrzegania świata. I co więcej, nie tylko odpowiada, ale jeszcze poszerza nasze horyzonty, odsłania kolejne tajemnice i daje nam odpowiedzi na pojawiające się pytania dotyczące rzeczywistości. Jeśli tak będziemy rozumieli autorytet, jako owoc naszych poszukiwań, to jest autorytet wybrany świadomie, autorytet, któremu warto zawierzyć, autorytet który staje się faktycznym naszym przewodnikiem przez życie. P. Z.: W takim razie jakimi cechami będzie wyróżniać się ten autorytet-przewodnik? Dr M. L.: Fundamentalną rzeczą według mnie jest zaufanie, które pozwala nam wierzyć, że taka osoba nas nie okłamuje w danej kwestii. Druga rzeczą jest świadomości, że wszystko, co ten człowiek mówi wypływa z jego głębokiej wiedzy. Jest to więc człowiek, który posiada wiedzę ogólną o świecie czy w jakiejś dziedzinie szczegółowej i my jesteśmy o tym przekonani, że jego wiedza jest na tyle głęboka, jest owocem wieloletnich dociekań czy studiów, że możemy mu zaufać. A trzecią rzeczą jest mądrość....

Read More
Smutne życie geniusza
Lut26

Smutne życie geniusza

Życie niezrozumiałych przez resztę świata geniuszy to wdzięczny temat na film. Morten Tyldum wykorzystał ten motyw i stworzył bardzo zgrabny biopic o Alanie Turingu. Szkoda tylko, że ta produkcja zawdzięcza sukces przede wszystkim Benedictowi Cumberbatchowi. Nie będę się rozpisywać o historii, bo o temacie wiem niewiele (co z bólem przyznaję), zaś przeczytanie zagadnienia z Wikipedii nie czyni ze mnie żadnego eksperta. Potyczki dotyczące tego, kto, kiedy i jak rozszyfrował Enigmę, zostawmy historykom. Skupmy się na filmie, nominowanym między innymi do Oscara w najważniejszej kategorii. A film “Gra tajemnic” (2014) to historia życia Alana Turinga. Zabierając się do oglądania, odbiorca ma wrażenie, że zobaczy szczegółową opowieść o tym, w jaki sposób udało się rozszyfrować Enigmę i dzięki temu wygrać wojnę. Okazuje się jednak, że jest to element poboczny, będący tłem do właściwej fabuły. Tę zaś stanowi przede wszystkim życie wybitnego matematyka. Poznajemy go w 1951 roku, kiedy zgłasza na policję włamanie do mieszkania. Następnie przenosimy się w jego lata młodzieńcze, przebiegamy przez lata kariery naukowej i pracy dla rządu, aż kończymy na zdarzeniach rozgrywających się po wojnie. Tym samym reżyser w zgrabny sposób opiera narrację całości na trzech planach czasowych, by w ten sposób stopniowo wprowadzać odbiorcę w historię. Mamy więc prawie dwugodzinną przeprawę przez smutne życie geniusza. Początkowo główny bohater jest irytującą osobistością. Oglądając go na ekranie właściwie podzielamy odczucia współpracowników względem niego. Stopniowo jednak irytacja ustępuje współczuciu – egocentryczny narcyz zdaje się mieć uczucia, doznaje samotności i braku zrozumienia. Skłonności homoseksualne ukrywane w strachu przed karą i utratą pracy, tłumią bohatera, wprowadzając go w stan chronicznego cierpienia psychicznego, a w efekcie doprowadzając do załamania nerwowego i samobójczej śmierci. Role niezrozumiałych geniuszy wychodzą Benedictowi Cumberbatchowi z nadzwyczajną lekkością, dlatego zdawać by się mogło, że zagranie Turinga nie wprowadzi nic nowego. Ta rola to połączenie Scheldona Coopera z “Teorii Wielkiego Podrywu” i Sherlocka Holmesa, którego Cumberbatch miał już okazję zagrać. Sama postać prowadzona jest przez aktora właśnie w taki sposób. Widzimy oto człowieka, który ma świadomość swojego geniuszu, jest błyskotliwy i inteligentny, jednak kompletnie nie ma podejścia do ludzi, jest narcyzem, nie odczytuje ironii, ani nie potrafii opowiadać dowcipów. Z czasem poznajemy innego Turinga – osobę wrażliwą, samotną i cierpiącą. Cumberbarchowi udało się idealnie ukazać ten dysonans i jego gra aktorska to majsersztyk, gdzie mimika, gestykulacja, sposób mówienia i zachowania tworzą kompletną układankę. Czy ta układanka zapewni “Sherlockowi” Oscara za najlepszego aktora pierwszoplanowego? Zobaczymy, ale szasne są naprawdę spore. Świetnie spisali się również Mark Strong w roli zagadkowego i diabolicznego Stewarta Menziesa – szefa MI6 – oraz Matthew Goode w roli Hugh Alexandra – współpracownika Turinga. Bardzo rozczarowuje natomiast Keira Knightley, która wypada mało autentycznie i przez cały film widz...

Read More
Czy można uchwycić przemijanie?
Lut26

Czy można uchwycić przemijanie?

O filmie “Boyhood” było głośno długo przed premierą i zdawało się, że sława wyprzedza tę produkcję. Cała otoczka reklamowa sugerowała arcydzieło, jakiego nikt jeszcze nie nakręcił. Tymczasem po seansie można poczuć bardzo intensywne rozczarowanie. Film był kręcony między 2002 a 2013 rokiem i zdobył przydomek "filmowego eksperymentu". Dzięki temu, że praca nad produkcją trwała dwanaście lat, możemy na ekranie obserwować etapy z życia dorastających dzieci, starzejących się rodziców i zmieniających się elementów społecznych. Obserwujemy, jak mały chłopiec zmienia się w młodego mężczyznę i jak na twarzy matki pojawiają się z czasem zmarszczki. Wszystko pozostawione w okryciu wydzierganym z autentyczności. Widzimy następujące po sobie etapy życia, gdzie starość to nie przypudrowany nos i odpowiedni makijaż, gdzie wchodzenie dziecka w dorosłość to nie zmiana na starszego aktora. Jednak gdyby nie ten zabieg, "Boyhood" mógłby się nie wybronić. Fabuła jest prosta i przy tym pozbawiona akcji. Poznajemy rodzinę i razem z nią przeżywamy wzloty, upadki, trudne, jak i te radosne chwile – całość skomponowana jest w taki sposób, że chyba każdy w którymś elemencie tej historii się odnajdzie. Wchodząc w życie rodziny Masona i Samanthy, przez ich pryzmat poznając całą sytuację, wchodzimy również w pewien intymny świat emocji i zranień, które oddziałują na bohaterów i które przez nich oddziałują na nas. Niestety oddziałują o wiele za słabo i trudno się w całość odpowiednio wczuć, co prowadzi do tego, że dwuipółgodzinny film zwyczajnie nudzi. Wszystko za sprawą bardzo sztucznej gry aktorskiej. Autentyzmu brakuje tutaj każdemu, a co gorsza trudno obdarzyć sympatią któregokolwiek bohatera. Ellar Coltrane w roli Masona wypada nad wyraz słabo, nic sobą nie ukazuje. Jest dorastającym chłopakiem, przeżywającym trudne sytuacje rodzinne, a w każdym momencie filmu jest tak samo mdły i nijaki. Drewniana kłoda zdaje się mieć w sobie więcej życia niż ten chłopak. Z kolei odtwórczyni roli jego siostry, córka reżysera, Lerelei Linklater, o ile jako dziecko wypada zjawiskowo, to z wiekiem gdzieś tą naturalność traci. Wychodzi więc na to, że filmowe rodzeństwo jest siebie warte, bo do całej produkcji wnosi jedynie marazm i wszechobecną bylejakość. Dzięki “Boyhood” (2014) na Oskara mają szansę Ethan Hawke i Patricia Arquette – odtwórcy ról rodziców Masona i Samanthy – w kategoriach najlepszej aktorki i aktora drugoplanowego. Dziwi to tym bardziej, że aktorstwo to zdecydowanie najsłabszy element filmu, również w wykonaniu tej pary. O ile jeszcze Hawke może się wybronić, to Arquette wypada przeciętnie. Odnosi się wrażenie, że jej postać do wszystkiego podchodzi beznamiętnie, a jedyne uczucia okazuje tylko w sytuacjach kryzysowych. Film miał szansę również na statuetkę w kategorii najlepszy scenariusz oryginalny. Linklater jednak nie jest w pisaniu scenariuszy zbyt dobry, co “Boyhood” udowadnia. Cała historia jest o niczym i brak w niej...

Read More
Pokolenie emocjonalnych ekshibicjonistów
Lut26

Pokolenie emocjonalnych ekshibicjonistów

Kiedyś charakter terapeutyczny miało pisanie pamiętnika. Nastolatki swoje stany emocjonalne przelewały na papier w notesie zamykanym na kluczyk tak, by nikt do niego nie zajrzał. Emocje stanowiły sferę intymną, do której nikt nie miał wstępu. Dzisiaj taki pamiętnik mogą przeczytać wszyscy. Na Facebooku. Wchodzisz na fejsa, a tam zwierzenia znajomej nastolatki o tym, jakie to życie jest ciężkie? Na instagramie widzisz milionowe, niczym nieróżniące się od poprzednich, zdjęcie niedawno narodzonego dziecka dawnej koleżanki? Na twitterze jesteś zmuszony czytać wynurzenia znajomego o tym, jak wielkiego kaca przeżywa i jaka wczoraj była mega impra? Na jutubie kolejna nastolatka dzieli się swoimi spostrzeżeniami, których tamponów lepiej używać i dlaczego cień do powiek marki Wymyślsesam jest o niebo lepszy niż marki Jakjejtambyło? Witamy w świecie social media, gdzie dojrzewa pokolenie emocjonalnych ekshibicjonistów! LANS, BANS I CUDA NA KIJU Znasz to z życia – gdzie nie spojrzysz ludzie dzielą się wszystkim ze wszystkimi. Portale społecznościowe ułatwiły to tak bardzo, że bardziej już się chyba nie da. Żeby dowiedzieć się, jak przebiega związek znajomego wcale nie musisz umawiać się z nim na kawę. Wszystko znajdziesz na jego fejsbukowym łolu. Począwszy od najnowszych zdjęć z ukochaną, przez zmieniane raz po raz statusy “w związku” na “to skomplikowane” i znowu “w związku”. Całość doprawiamy apdejtami wszelakich kłótni, ale też ich zażegnywania. Inne apdejty też masz okazję przeczytać, np. że twój znajomy ma najwspanialszą dziewczynę eweeeer. Modne stały się również ostatnio miesięcznice danego związku, bo przecież rocznica to zdecydowanie za mało. Dlatego na bieżąco wiesz kto, kiedy, z kim i w jakich okolicznościach się zszedł i jak zaawansowany i posunięty w czasie jest ten związek – co do miesiąca! Czekasz na odliczanie tygodni. Albo lepiej: dni. Jednak nie tylko podboje miłosne są tematem do emocjonalnych wynurzeń. Dobrze wiesz, że podstawowa zasada publikowania postów na fesjbuku/tłiterze/instagramie (niepotrzebne skreślić) brzmi: nieważne co, ważne żeby pokazywało, jak bardzo kul jesteś. Wszystkie osiągnięcia się liczą, wszak nie tak dawno temu modne było wypicie butelki piwa za jednym zamachem. Potem ludzie oblewali się lodowatą wodą, nie do końca wiedząc po co. Więcej grzechów nie pamiętam. Kolejna złota zasada internetowego istnienia – niech wszyscy wiedzą, jak popularną osobą jesteś! Zdjęcia z imprez, gdzie półnagie (najlepiej nieletnie!) dziewczyny i półtrzeźwe (najlepiej nieletnie!) chłopaki “dają czadu” to norma, wszak głupio byłoby, żeby ktoś miał miał cię za ponuraka. Liczy się lans, bans i cuda na kiju! Im więcej dziwnych i krejzolskich rzeczy wymyślisz, tym bardziej jesteś w towarzystwie szanowany. Nie wiesz, gdzie i z kim znajomy spędził wakacje? Po co marnować czas na piwo z nim, w końcu niewiedza trwa doczeka się zaspokojenia, bo miliony zdjęć z letnich podróży po świecie będą wrzucane przez cały rok....

Read More
And she’s buying a stairway to heaven
Lut26

And she’s buying a stairway to heaven

Lata 70. to rozkwit muzyki rockowej na świecie, wtedy właśnie rodziły się legendy takich zespołów jak choćby Deep Purple, Led Zeppelin czy AC/DC, które do dziś mają miliony oddanych fanów na całym świecie. I choć członkowie tych ekip to już, mówiąc szczerze, dziadkowie, to trzeba przyznać jedno, niejednokrotnie potrafią na scenie wykrzesać z siebie więcej niż ich młodsi koledzy po fachu. Tytuł tego tekstu celowo wszystko zdradza. Pora na kolejny utwór-legendę, czyli "Stairway to heaven" zespołu Led Zeppelin, choć pewnie większości z was nie trzeba tego przedstawiać. To jedna z tych piosenek rockowych, które słyszał chyba każdy, obok "Smoke on the water" Deep Purple, "Nothing else matters" Metalliki czy "Highway to hell" AC/DC, jak i kilku jeszcze innych. Dla mnie osobiście to jeden z tych niewielu utworów, w trakcie których przeszywają mnie dreszcze. Osiem minut podręcznika, jak stworzyć niepowtarzalną balladę rockową. Można by się tu rozwodzić nad każdym elementem godzinami. Zaczynając od lekkiego, znanego wszystkim wstępu, dwóch spokojnych pierwszych zwrotek, powolnego przyspieszania, aż po punkt kulminacyjny, zapoczątkowany fantastyczną solówką. I mógłbym tak dalej się zachwycać i zachwycać, potrwałoby to pewnie jeszcze trochę. Lepiej będzie jednak przywołać jakieś ciekawostki dotyczące zarówno utworu, jak i zespołu. BACKWARDS Najpierw biorę na tapetę najsłynniejszą legendę związaną z ukrytym przekazem, który został rzekomo zawarty w "Stairway to heaven" puszczanym od tyłu. Zwolennicy teorii spiskowych upatrzyli sobie zwłaszcza jeden fragment, który zaczyna się od słów "If there’s a bustle in your hedgerow (…)", a kończy: "(..) to change the road your on". Ogólnie nic specjalnego. Kiedy jednak odtworzymy go od końca, usłyszymy demoniczne wyznanie uwielbienia szatana. Rzekomo. W serwisie Youtube aż roi się od filmików próbujących potwierdzić lub obalić tę tezę. Prawda jest jednak taka, że zarówno zwolennicy, jak i sceptycy, nie potrafią w żaden sposób tych drugich przekonać do swoich racji. A my, jeśli ciekawość nas zżera, możemy spróbować wyrobić sobie własną opinię. Moje zdanie jest oczywiste. Pomimo sprawnie dobranych słów, cała teoria jest bardzo mocno naciągana. Bo niby coś tam słychać, niby są jakieś wątpliwości, ale trzeba do tego naprawdę mocno wytężać ucho. Sam wokalista, Robert Plant, przekonywał, że nie ma mowy o żadnym ukrytym przekazie, że jest to czysta głupota. Prawda jest jednak taka, że jeżeli człowiek coś chce usłyszeć, to to usłyszy. I dlatego pewnie nigdy nie dowiemy się, jak było naprawdę i czy członkowie Led Zeppelin rzeczywiście byli kryptosatanistami. PLAGIAT? Tam, gdzie jest sukces, tam zawsze znajdzie się ktoś, kto zechce ci go odebrać lub uszczknąć z niego coś dla siebie. Jimmy Page – gitarzysta Led Zeppelin – był nieraz oskarżany o plagiat. Sam przyznawał, że czerpał inspiracje z różnych gatunków muzycznych, zawsze jednak dodawał do nich jak najwięcej od...

Read More
Wirtualne ślady
Lut26

Wirtualne ślady

Żyjemy w czasach okrzykniętych mianem epoki Internetu. Wszechotaczający nas wirtualny świat, pomimo wielu niezaprzeczalnych korzyści, niesie ze sobą liczne zagrożenia. Cieszące się wielką popularnością portale społecznościowe także mogą stać się miejscem nadużyć i stanowić potencjalne niebezpieczeństwo dla ich użytkowników. W trakcie procedury zakładania konta na portalu internetowym zwykle jesteśmy proszeni o podanie swoich danych osobowych. Mają one posłużyć do identyfikacji nas jako podmiotów funkcjonujących w wirtualnej przestrzeni. Z kolei akceptując regulamin obowiązujący na danej stronie internetowej, godzimy się na proces przetwarzania zamieszczanych informacji. Dodając zdjęcia, posty, komentarze pozostawiamy swoiste ślady naszej obecności, a przy okazji dzielimy się licznymi wiadomościami na nasz temat. Im więcej informacji ujawniamy o sobie, tym bardziej stajemy się narażeni na nie zawsze korzystne oddziaływanie ze strony innych podmiotów. Odkrywając prawdę o nas samych, w oczywisty sposób, ułatwiamy zadanie podmiotom chcącym wywrzeć na nas wpływ bądź nas po prostu wykorzystać. DANE OSOBOWE I ICH PRZETWARZANIE Definicja danych osobowych zawarta jest w ustawie o ochronie danych osobowych. Zgodnie z ustępem 1. artykułu 6. za dane osobowe uważa się wszelkie informacje dotyczące zidentyfikowanej lub możliwej do zidentyfikowania osoby fizycznej. Osobą możliwą do zidentyfikowania jest taka, której tożsamość można określić bezpośrednio lub pośrednio, w szczególności przez powołanie się na numer identyfikacyjny albo jeden lub kilka specyficznych czynników określających jej cechy fizyczne, fizjologiczne, umysłowe, ekonomiczne, kulturowe lub społeczne, o ile nie wymaga to nadmiernych kosztów, czasu ani działań. Akt prawny zawiera także definicję przetwarzania danych osobowych. Pojęcie to jest szeroko rozumiane. Zgodnie z punktem 2. artykułu 7. obejmuje ono jakiekolwiek operacje wykonywane na danych osobowych, takie jak w szczególności ich zbieranie, utrwalanie, przechowywanie, opracowywanie, zmienianie, udostępnianie i usuwanie. Ustawodawca ponadto w sposób jasny zasygnalizował, że chodzi o takie operacje dokonywane zwłaszcza przy użyciu systemów informatycznych. Jak zatem widzimy, aprobując przetwarzanie naszych danych osobowych, w pewnym zakresie odsłaniamy sferę naszej prywatności i zezwalamy innym podmiotom na określone działania, których przedmiotem są nasze dane osobowe. Fakt gromadzenia i przetwarzania danych osobowych nie budzi żadnych wątpliwości. Kontrowersje pojawiają się nie tylko wówczas, gdy w grę wchodzi udostępnianie naszych danych osobom zewnętrznym. Wydaje się bowiem, że Facebook nie udostępnia informacji o nas w sposób bezpośredni innym korporacjom. Serwis może jednak podjąć (i z pewnością podejmuje)  inne działania. Mianowicie, profiluje on użytkowników na potrzeby reklamy, PROFILOWANIE Facebook jako główny administrator naszych danych, dokonując ich analizy, wyciąga pewne ogólne wnioski na temat osób je udostępniających. Dzięki temu może zaoferować reklamodawcom możliwość dostosowania oferty pod konkretną osobę. Facebook bowiem wie, jakie są jej zainteresowania i co lubi. Pozyskane dane mogą posłużyć do dokonania specyficznej klasyfikacji użytkowników. Zabieg ten można określić mianem etykietowania (labelling). Oznacza to, że każdy użytkownik zostaje w pewien sposób zaszufladkowany i przypisany do poszczególnej kategorii. Tworzone...

Read More
Nasza wojna sieciowa
Lut26

Nasza wojna sieciowa

Portale społecznościowe stanowią pewne odwzorowanie społeczeństwa rzeczywistego. A to, zwłaszcza w Polsce, potrafi się nieźle pokłócić. Dlaczego hejterzy będą hejtować? A może wcale nie muszą tego robić? W sieci sieci Społeczeństwo sieciowe różni się od swojego realnego odpowiednika choćby formą kontaktu między jego członkami. Relacje interpersonalne inaczej wyglądają, gdy mamy przed sobą konkretnego człowieka, a inaczej, gdy widzimy jedynie obrazki i tekst – awatary i posty. Mniejsza jest świadomość, że po drugiej stronie kabla siedzi prawdziwa osoba, która ma uczucia i może różnie zareagować na żart. Odbija się to na wielu płaszczyznach – choćby „odwadze” w wypowiadaniu różnych opinii. Znamy to z offline’owego życia w formie plotki. Nie obgadujemy kogoś, kto może to usłyszeć, szczególnie wtedy, gdy ten ktoś to nasz dobry znajomy. Na facebooku łatwiej spotkać kogoś, dla kogo będziemy nieznajomymi nawet wtedy, gdy zajrzy na naszą ścianę – możemy wszak zaznaczyć, co ma być ukryte przed wzrokiem przypadkowych odwiedzających. W tej sytuacji dużo łatwiej powiedzieć komuś, że jest gruby, brzydki, łysy, garbaty i ma krzywe zęby. Do tego dochodzą zachowania stadne: gdy pod danym zdjęciem jest dwadzieścia negatywnych komentarzy z jednej strony rodzi się chęć przebicia wszystkich przedmówców, z drugiej nadzieja, że nasza wypowiedź umknie w tłumie. Ten paradoks wynika z motywacji hejtera: chce on wbić szpilę i zebrać tysiąc uniesionych w górę kciuków, ale nie chce ponosić negatywnych konsekwencji swoich wpisów. Typowy hejter może nazwać admina „Sumitów z Kalisza” „górą tłuszczu” – ale nie zrobiłby tego na ulicy w obawie przed prezentacją siły i szybkości przedstawicieli tego szlachetnego sportu. Dziewczynę poruszająca się na wózku łatwiej wyzwać od warzyw na Twitterze – tam jej ojciec nie da nam w zęby. Hejt internetowy jest groźniejszy niż słowny, gdyż dociera do większej liczby odbiorców i wisi przez długie tygodnie, chyba że admini postanowią inaczej. To już nie „ktoś powiedział, że ktoś powiedział”, ale stale wyświetlające się pod filmikiem ze ślubu siostry uwagi dotyczące figury panny młodej. Hejter hejterowi nierówny Dlaczego „typowy” hejter? Gdyż nie wszystko, co ma pozory hejtu hejtem jest w pełni. I hejt hejtowi nierówny. Czasem wulgarny komentarz to tylko efekt niewyparzonego języka. Mechanizm znany wszystkim gadułom przelewa się na klawiaturę. Zbyt szybko wciśnięty klawisz enter, chwilowe zdenerwowanie i już mamy coś, co może wyglądać na akt nienawiści. Innym obliczem agresji w komentarzach są trole (piszemy przez jedno l, gdyż nie zasługują na drugie). Trol, jaki jest każdy widzi. Najlepiej go nie karmić, ale czasem aż trudno się powstrzymać od uwagi. Użytkownik poświęcający się trollingowi zdaje się czerpać jakąś sadomasochistyczną przyjemność z psucia innym dnia i bycia bluzganym. Trol staje się męczący także z innego powodu – zazwyczaj produkuje swoje wypowiedzi w sposób przewidywalny i powtarza stale...

Read More