Przeznaczenie na siłę
Lip10

Przeznaczenie na siłę

Przyjaźń damsko-męska podobno nie istnieje. Kobieta nie może z facetem stworzyć aseksualnej relacji, bo prędzej czy później te starania doprowadzą do czegoś więcej. O tym właśnie jest film „Love, Rosie” w reżyserii niemieckiego twórcy Christiana Dittera. Schemat filmu jest bardzo prosty. On i Ona przyjaźnią się od niepamiętnych czasów, świetnie się rozumieją i niby oboje chcą czegoś więcej, oboje darzą się mocniejszym uczuciem, ale coś jednak przeszkadza w tym, by mogli skończyć jako para. Mija wiele lat, przyjaźń trwa, nieustannie ich ku sobie przyciągając, a oni dalej podejmują nie takie decyzje, jak powinni. Ale przecież ta historia musi zakończyć się happyendem. Rosie jest porywcza, zwariowana i lubi podejmować decyzje, których potem żałuje. Alex to ten bardziej opanowany, rozsądny i konsekwentny. Przyjaciółmi są odkąd pamiętają i nie wyobrażają sobie życia bez siebie. Właściwie wszystkie znaki na ziemi i niebie wskazują na to, że tych dwoje musi skończyć jako para, muszą założyć rodzinę i żyć długo i szczęśliwie. W tym momencie jednak wszystko zaczyna się toczyć w zupełnie innym kierunku. Chociaż oboje wiedzą, że powinni o swoich uczuciach porozmawiać, to jednak trudno im zdobyć się na szczerość. Rozpoczyna się zatem seria omyłek, które oddalają od siebie tych dwoje. Rosie zachodzi w nieplanowaną ciążę i musi zrezygnować ze studiów, a Alex dostaje się na wymarzony uniwersytet i wyjeżdża kształcić się do Stanów Zjednoczonych. Tutaj w sumie historia mogłaby się zakończyć. Nie kończy się, bo w końcu to opowieść o przeznaczeniu. W całym swoim pięknie i tym szukaniu drugiej połówki jabłka, czy pomarańczy jest to przeznaczenie na siłę, mocno naciągnięte, którego celem jest tych dwoje połączyć. W filmie jest sporo wydarzeń, które sugerują, że już nic nie połączy Alexa i Rosie. Nic bardziej mylnego. Wszak małżeństwo może zakończyć się rozwodem, a dziecko może okazać się być spłodzone przez kogoś innego. Wszystko po to, aby doprowadzić historię do szczęśliwego końca, w którym Alex i Rosie w końcu do siebie docierają, w końcu są ze sobą szczerzy i w końcu prawdziwa miłość może rozkwitnąć. Scenariusz autorstwa Juliette Towhidi, to zdecydowanie najsłabszy element tego filmu. Historia poskładana jest byle jak, jakby od niechcenia. Niby wszystko jest zgrabnie pozszywane ze sobą, ale w wielu przypadkach rozłazi się, brzydko naciąga i z całości robi się zwykła szmata, o nieokreślonym kształcie. Wydarzenia konstruowane są w taki sposób, żeby doprowadzić do oczywistego finału. I tak naprawdę już po dwudziestu minutach filmu wszyscy dobrze wiemy jak to się wszystko skończy. Przeznaczenie, które niemal wylewa się ze wszystkich sytuacji wynikających pomiędzy Alexem i Rosie dodawane jest na siłę. Twórcy chyba zbyt mocno skupili się na głównym przesłaniu filmu sprawiając, że po pewnym czasie mamy ochotę, by coś większego to przeznaczenie rozwaliło. Historia...

Read More
Potwór niewinny jak dziecko
Lip10

Potwór niewinny jak dziecko

W każdym człowieku nieustannie walczy ze sobą dobro i zło. Ciągle podejmujemy decyzje, narażeni na podszepty tego złego i tego dobrego aniołka na naszym ramieniu. Walczą o naszą duszę. Jak pies z kotem. Na ekrany kin wszedł jakiś czas temu pierwszy anglojęzyczny film reżyserki Marjane Satrapi, pt. „Głosy”. Produkcja ukazuje historię Jerry’ego (Ryan Reynolds), cierpiącego na schizofrenię pracownika fabryki wanien w niewielkim amerykańskim miasteczku. Mężczyzna stara się wbić w życie towarzyskie i możliwie jak najlepiej wpasować w otaczającą go społeczność. Choć uznawany za dziwaka, nie budzi w innych negatywnych emocji i zyskuje sympatię swoich współpracowników. Historia zagęszcza się w momencie, gdy Jerry poznaje piękną Fionę (Gemma Arterton) i od razu szaleńczo się w niej zakochuje. Ich pierwsza randka nie kończy się jednak dobrze – przez przypadek Jerry zabija wybrankę swego serca, co stawia go w kłopotliwej sytuacji. Nie wiedząc, jak z niej wyjść, zwraca się z pomocą do swoich domowych zwierzątek Pana Whiskersa i Bosco. A te z kolei, nieustannie walczą o jego duszę. Film można odbierać dwojako. Z jednej strony Satrapi ukazała świat widziany oczyma osoby chorej psychicznie. Wchodzimy więc w skórę schizofrenika Jerry’ego, poznajemy jego środowisko – albo raczej jego sposób postrzegania tego środowiska. Razem z nim przeżywamy iluzoryczność wszystkiego, co go otacza, z tym wyjątkiem, że my mamy świadomość tej nieprawdziwości. Tymczasem Jerry w tej iluzji całkowicie się zatraca, boi się z niej wyjść, co świetnie pokazuje to, w jaki sposób bohater unika zażywania lekarstw. Mimo że psychiatra zapewnia bohatera, jak ważne jest przyjmowanie leków, to jednak ten decyduje się z nich całkiem rezygnować – dla niego podjęcie leczenia jest równoznaczne z rezygnacją ze szczęścia i przyjemności. Jerry pokochał iluzję tak bardzo, że woli w niej pozostać, niż się wyleczyć. Chociaż film opowiada smutną historię osoby zmagającej się z chorobą psychiczną, to jednak można go potraktować uniwersalnie i odnieść do własnego życia, co jest tym drugim odbiorem całości. „Głosy” w świetny sposób pokazują nieustanną walkę dobra ze złem w człowieku. Dokonując różnych wyborów jesteśmy narażeni na podszepty „tego złego”. Wolna wola, która została nam dana sprawia, że w ważnych sytuacjach życiowych stajemy się podatni na różne rady. Z drugiej strony natomiast mamy sumienie, które włącza się w odpowiednich momentach i nie pozwala nam czynić zła. Zdarza się jednak, że głos sumienia tłamsimy, wybierając drogę sugerowaną przez diabła. Jerry’emu wydawało się, że słyszy głosy i ze to one podpowiadają mu, co ma robić. Co więcej, traktował te głosy – umieszczone w psie i kocie – jako swoich przyjaciół, których porad należy słuchać. Tymczasem głosy dochodziły przede wszystkim z jego głowy, stanowiły jego nieodłączną część, a właściwie były Jerry’m. W filmie możemy wyróżnić dwa majstersztyki, których na samym...

Read More
Miłosierdzia pragnę bardziej niż ofiary
Lip10

Miłosierdzia pragnę bardziej niż ofiary

Ewangelia czytana w poniedziałek Wielkiego Tygodnia z precyzją fińskiego snajpera oddaje z jednej strony istotę liturgii, a z drugiej nasze problemy z uczestnictwem w niej. „Na sześć dni przed Paschą Jezus przybył do Betanii, gdzie mieszkał Łazarz, którego Jezus wskrzesił z martwych. Urządzono tam dla Niego ucztę. Marta posługiwała, a Łazarz był jednym z zasiadających z Nim przy stole. Maria zaś wzięła funt szlachetnego i drogocennego olejku nardowego i namaściła Jezusowi nogi, a włosami swymi je otarła. A dom napełnił się wonią olejku. Na to rzekł Judasz Iskariota, jeden z uczniów Jego, ten, który miał Go wydać: Czemu to nie sprzedano tego olejku za trzysta denarów i nie rozdano ich ubogim? Powiedział zaś to nie dlatego, jakoby dbał o biednych, ale ponieważ był złodziejem, i mając trzos wykradał to, co składano. Na to Jezus powiedział: Zostaw ją! Przechowała to, aby /Mnie namaścić/ na dzień mojego pogrzebu. Bo ubogich zawsze macie u siebie, ale Mnie nie zawsze macie. Wielki tłum Żydów dowiedział się, że tam jest; a przybyli nie tylko ze względu na Jezusa, ale także by ujrzeć Łazarza, którego wskrzesił z martwych. Arcykapłani zatem postanowili stracić również Łazarza, Gdyż wielu z jego powodu odłączyło się od Żydów i uwierzyło w Jezusa.” (J 12,1-11) Obmycie nóg dla św. Jana Ewangelisty oznacza ustanowienie Eucharystii. W przeciwieństwie do ewangelii synoptycznych, u Umiłowanego Ucznia nie znajdziemy opowiadania o ustanowieniu („On to, w dzień przed swoją męką wziął chleb…”). Zamiast tego widzimy Jezusa, który wstaje od wieczerzy, zdejmuje szaty, przewiązuje się prześcieradłem i wypełnia zadanie niewolnika. I to właśnie ta ewangelia jest przypisana do Mszy Wieczerzy Pańskiej, podczas której świętujemy ustanowienie sakramentu Eucharystii. Apostołów zszokowało tu kilka rzeczy. Po pierwsze kontekst historyczno-kulturowy. Nogi obmywali niewolnicy swoim panom. Obchodzone wówczas święto było pamiątką wyprowadzenia z niewoli egipskiej. Pobożny Żyd, a takimi byli w większości apostołowie, dziękował Bogu za to, że nie musi być już niczyim niewolnikiem. A tu przychodzi Bóg-Jezus i wzywa do postawy przeciwnej. Na szok apostołów musiało też wpłynąć wydarzenie sprzed kilku dni, które, paradoksalnie, powinno im ten gest wyjaśnić. Podczas uczty w Betanii Marta namaszcza Jezusowi nogi drogocennym olejkiem. W innym miejscu czytamy, że podczas uczty u faryzeusza, podobnie uczyniła nierządnica, która łzami obmyła nogi Jezusa. Były to uczynki płynące z miłości. Niekoniecznie świadomie, jednak obie niewiasty rekompensowały zaniedbanie możnych. Faryzeuszowi Jezus wypomniał, że nie podał mu wody do obmycia rąk. Martę broni, mówiąc, że namaściła go na pogrzeb, czego już później nikt nie zdąży zrobić. Bóg doczekał się miłości. Bezinteresownej i czystej. Ciężko było w ten sposób coś wynegocjować, bo de facto nie było to Jezusowi wcale potrzebne. Marnotrawstwo. Można by te środki wykorzystać inaczej. Ale chcemy je przeznaczyć, by uwielbić...

Read More
Chłop się nie przeżegna, póki pioruna nie usłyszy
Lip10

Chłop się nie przeżegna, póki pioruna nie usłyszy

Kuba zaspał na egzamin maturalny. Aby zdążyć, wybiegł z domu bez śniadania, wziął samochód ojca i z piskiem opon ruszył do szkoły. Po drodze modlił się, aby pod szkołą znalazł miejsce parkingowe, gdyż w przeciwnym wypadku musiałby zostawić auto na oddalonym parkingu, przez co definitywnie spóźniłby się na egzamin. „ Boże, ja Ci obiecuję, że jak mi znajdziesz to miejsce pod szkołą, to codziennie będę chodził na mszę…” Zaraz jego oczom ukazało się wolne miejsce, tuż przed głównym wejściem do szkoły. „Dzięki, Boże, już nieaktualne, sam znalazłem” – pomyślał Kuba. „Jak trwoga, to do Boga”,  mówi stare porzekadło. W sumie ciężko rozstrzygnąć, czy jest to wskazówka, przestroga, czy raczej nagana tych, którzy o Bogu przypominają sobie tylko w sytuacjach podbramkowych. Doświadczenie szkolne Kościół pod wezwaniem Najświętszej Maryi Panny z Lourdes w Krakowie. Środek tygodnia, zaczyna się „studencka dwudziestka”. A w kościele ludzi tyle, co na pasterce. Rekolekcje o. Szustaka? Nie, to tylko msza w intencji studentów przystępujących do sesji egzaminacyjnej. Dwa razy do roku, pod koniec każdego semestru ta intencja gromadzi w wielu kościołach w Krakowie i w Polsce więcej młodych ludzi, niż najwybitniejsi rekolekcjoniści i ewangelizatorzy. Można by tym ludziom zarzucić, że chcą handlować z Panem Bogiem. Msza za zdany egzamin, różaniec za zaliczone kolokwium, spowiedź za „natchnienie” do pisania licencjatu. A gdy wszystko zostanie zaliczone, zdane i załatwione, pozostaje pomachać na pożegnanie. Aż do następnej sesji. Z drugiej strony, jak podkreślał ks. Antoni Miciak CM, wieloletni duszpasterz akademicki, taka postawa świadczy, że jednak jakieś ziarenko wiary w nas jest. – Skoro u Boga szukamy ratunku, to znaczy, że wierzymy, że On rzeczywiście może nam pomóc. – Choć nie każdy, kto doświadczył takiej Bożej interwencji, nawrócił się. W ewangelii czytamy o 10 uzdrowionych z trądu, z których tylko jeden powrócił do Jezusa, by mu podziękować (Łk 17, 11-19). Wezwanie do nawrócenia Kłopoty z nauką to, obiektywnie patrząc, dość trywialna sprawa. Jednak w sytuacji życia i śmierci, postawa ta nabiera zupełnie innego charakteru. Bóg tylko czeka, aż człowiek wyciągnie rękę po pomoc. Tak jak w przypowieści o marnotrawnym synu (lub, jak wolą inni, o miłosiernym Ojcu) – nawet intencja nie musi być do końca czysta, Bóg tylko czeka, aż się do niego zwrócimy o pomoc. Mimo, że dla starszych synów będzie to skandal. Mieliśmy ostatnio nad Wisłą parę takich skandali. Śmierć zasłużonego przywódcy „minionego” reżimu, Wojciecha Jaruzelskiego, który całe życie była ateistą, a nawet walczył z Kościołem, przed śmiercią się nawraca. Msza pogrzebowa w katedrze, koncelebrowana przez kilku biskupów, pogrzeb z honorami na Powązkach. Czy też przypadek świeższy, Józef Oleksy, mimo, że postać mniej „skażona”, niż Jaruzel, to wciąż aktywny działacz partii programowo ateistycznej i antyklerykalnej. Powyższe przypadki kontrowersje...

Read More
Ja Ciebie chrzczę…
Lip10

Ja Ciebie chrzczę…

Ojca Tomasza Grabowskiego OP zawsze można spotkać w furcie dominikańskiej otoczonego wianuszkiem wiernych. Uśmiechnięty, pomocny i wyrozumiały. Kiedy trzeba potrafi jednak być stanowczy i twardo bronić swoich racji. Wystarczy posłuchać jego kazań, w których mocne słowa prawdy otwierają oczy nawet tym przekonanym o swojej nieomylności. źródło: www.liturgia.dominikanie.pl Opiekuje się świeżo nawróconymi. Od lat przygotowuje katechumenów do sakramentu chrztu. Pomógł już odnaleźć drogę wielu zagubionym duszyczkom, czego sama jestem świadkiem, uczęszczając na dominikański kurs przygotowujący do sakramentu bierzmowania. Patrzenie na młodych, ale dojrzałych ludzi, którzy decydują się na zmianę jest niezwykle budujące. Kogo innego mogłabym zapytać o nawróconych, jak nie ojca Tomka? „Szczęśliwy, kto nie chodził za radą bezbożnych, ale w prawie Pańskim ma upodobanie i będzie jak drzewo zasadzone u strumieni wód, które wydaje owoc, kiedy jest jego czas i którego liść nie usycha.” (Psalm 1) Sara: Interesuje mnie sprawa ludzi przystępujących do chrztu już w dorosłym życiu. Czy dużo osób decyduje się na chrzest w takim wieku?  Czy da się oszacować liczbę nawróceń? Ojciec Tomek: Pewnie się da i pewnie jacyś ludzie to robią, ale ja tego nie mierzę 🙂 W Krakowie każdego roku kilkanaście dorosłych osób przygotowuje się do chrztu, niektórzy u sióstr Jadwiżanek przy parafii św. Marka, inni u nas.   Sara: Wiem, że na spotkaniach przygotowujących do sakramentów obowiązuje tajemnica i każda opowieść jest zamknięta szczelnie w sercach i głowach obecnych. Proszę mi jednak powiedzieć, czy każde nawrócenie musi być mocne i spektakularne? Ojciec Tomek: Nie, zupełnie nie o to chodzi. Musi być rzeczywiste i trwałe. Rzeczywiste oznacza, że moje życie prywatne, zawodowe, w rodzinie, wreszcie moje życie wewnętrzne ulega zmianie, jest zawrócone do Boga. Trwałe – czyli mimo trudności i zmian moja wiara nie jest chwiejna, a decyzja niezmienna. Sara: Co kieruje nawróconymi? Dlaczego już w dorosłym życiu decydują się na chrzest? Ojciec Tomek: To są bardzo indywidualne rozstrzygnięcia. Części osób czegoś po prostu brakuje. Szukają… Czasem nakierowani w tę stronę przez rodzinę i przyjaciół. Modlą się i w Bogu odnajdują spełnienie i zaspokojenie swoich potrzeb. A później szukają pogłębienia i przypieczętowania swojej decyzji. Niektórzy po prostu chcą się dopasować społecznie. W Polsce mamy większość katolików. Nie chcą czuć się wykluczeni. Inni jeszcze decydują się przyjąć chrzest, ze względu na ślub z katolikiem. Nam natomiast nie zależy na „wytwarzaniu” społecznych katolików. Takich, którzy są tylko kulturowymi katolikami. Chodzi nam o to, żeby człowiek, który decyduje się na chrzest, w trakcie kursu przeszedł prawdziwą przemianę. Świadomie przyjął Chrystusa jako swojego Pana. Są jeszcze osoby, dla których chrzest jest przypieczętowaniem nawrócenia, które już przeszli. To ludzie nawróceni często w sposób cudowny, nieprzewidywalny i ewidentnie generowany przez Boga. Pochwyceni i  nawróceni z innych kultur, innych religii. U...

Read More
Pierwsze wyjście z mroku
Lip10

Pierwsze wyjście z mroku

Po pierwsze, z różnych przyczyn wracam po dłuższej przerwie. Po drugie, tym razem dotknę zespołu, który wzbudza praktycznie tylko skrajne emocje. Jedni kochają Comę, ubóstwiają każdy album, każdą piosenkę, każdy dźwięk czy słowo napisane przez Roguckiego. Inni, gdyby tylko mogli, wymazaliby ją całkowicie z powierzchni ziemi. Bo przecież Roguc to grafoman. Być może narażę się komuś, ale mi zdecydowanie bliżej jest do tej pierwszej grupy ludzi. Może nie jest to miłość bezwarunkowa, jednak Coma towarzyszy mi już od wielu lat w życiu codziennym. I nie mam zamiaru tego zmieniać. Wybór piosenki jest również nieprzypadkowy. "Pierwsze wyjście z mroku" to pierwszy album studyjny łódzkiego zespołu Coma, a także tytuł jednej z piosenek na tejże płycie. I tyle tytułem wstępu. Czemu akurat ten utwór? Odpowiedź jest dość prosta – to jedna z tych piosenek, których przekaz może trafić zdecydowanie do każdego. A jednak nie o każdej, która wyszła spod pióra Roguca, można to powiedzieć. Jest ona też jedną z tych bardziej zrozumiałych i mniej grafomańskich, przez co jej interpretacja nie sprawia aż takich problemów. Tytuł piosenki i albumu to oczywiście żaden przypadek. Wprawnie opisuje jednocześnie inaugurację zespołu na rynku muzycznym oraz wewnętrzne rozterki i przemyślenia autora. Muzyka to oczywiście rock, może nie jest to najostrzejszy utwór na całym albumie, ale ma swoje fragmenty z tzw. "powerem". Fani cięższych brzmień nie będą zawiedzeni. Jednak tym co do mnie w tym utworze przemawia, jest przede wszystkim jego tekst. Na całej pierwszej płycie, nie tylko w tej piosence, widzimy dość sporo odniesień do Boga. Artyści często lubią w różny sposób wchodzić w dyskusję z wiarą i Stwórcą. W przypadku "Pierwszego wyjścia z mroku" jest to dialog jak najbardziej pozytywny. Takie słowa jak: "przecież Bóg dobrze wie, dlaczego dławi mnie wstręt", "na pewno każdy choć raz, utracił wiarę jak ja" i wreszcie "jeżeli tak ma być, że pomimo wszystko ja wydostanę się, to chyba warto wierzyć". Możecie wierzyć lub nie, ale krzyczane przez wielotysięczne tłumy na koncertach dają niesamowitego kopa. Nawet jeśli dla sporej części ludzi to tylko puste słowa, to jednak ich wydźwięk dla człowieka wierzącego jest jednoznaczny i napawa optymizmem. "Trzeba uprzytomnić sobie, że nawet kiedy wszystko straci sens, znajdziesz przestrzeń, gdzie wielka wiara tłumi lęk". Aż ma się ochotę przyklasnąć. Przecież o to chodzi w życiu, by nigdy się nie poddawać, brnąć cały czas naprzód, nawet, gdy wszystko straci sens. A pomóc w tym może właśnie wiara. Jeżeli jest prawdziwa, to możemy przyjąć za pewnik, że pomoże. I kto by pomyślał, że do takich wniosków można dojść słuchając rockowego zespołu. Kojarzenie rocka z satanizmem na szczęście coraz bardziej odchodzi w dal, jednak w świadomości starszego pokolenia nadal gdzieś tam siedzi. Nam, młodym...

Read More
Legenda za życia
Lip10

Legenda za życia

Historia Chrisa Kyle'a, najlepszego snajpera w historii amerykańskiej armii, aż sama prosiła się o to, by ktoś ją przeniósł na ekran. Tym który podjął się tego zadania, został sam Clint Eastwood. I sześć nominacji oscarowych mówi chyba samo za siebie. Film trafia idealnie w gusta Akademii, pielęgnuje amerykański patriotyzm, a przy tym jest po prostu dobrze zrobiony. Przyznam szczerze, że trochę sceptycznie podchodziłem do tego filmu. Zapowiadał mi się na kolejne amerykańskie samouwielbienie, jakich w Hollywood nie brakuje. Na szczęście końcowy efekt nie jest aż taki zły. Oczywiście nie obyło się bez patetycznych fragmentów czy dowodzenia słuszności wojny w Iraku. Trudno się jednak tego wyzbyć, kiedy film opowiada historię bohatera właśnie tej wojny. Nie będę tu przytaczał historii życia Chrisa Kyle'a. Każdy, kto chce ją poznać, powinien obejrzeć "Snajpera". Ci zaś, którzy nie są nią zainteresowani, mogą spojrzeć na ten film po prostu jako na niezłej klasy kino wojenne. Realizacja scen walk jest naprawdę bardzo dobra i według opinii wielu żołnierzy, wiernie oddaje rzeczywistość. Można dzięki temu samemu się przekonać, jakim piekłem jest wojna. I żadne wytarte, pompatyczne frazesy nie są w stanie tego zrekompensować. Dużą zaletą dzieła Eastwooda jest pokazanie Kyle'a takim, jaki był. Na całe szczęście nie zrobił go nadczłowiekiem. Chris, tak jak każdy z nas, miał swoje słabości, z którymi się zmagał. Zarówno w Iraku, jak i za każdym razem, gdy wracał do Stanów. Wojna odciska na człowieku ogromne piętno. Żołnierze wiedzą o tym lepiej niż ktokolwiek inny. Wielu psychicznie kompletnie sobie nie radzi z tym, co ich spotkało. A to może być niezwykle niebezpieczne. Przekonał się o tym właśnie Kyle. Najpierw w swoim własnym życiu, które ciężko było mu uporządkować. Przez wszystkie lata swojej służby, nawet gdy był w domu, to tak jakby go w rzeczywistości nie było. I obserwujemy na ekranie te wszystkie jego słabości, problemy, rozterki, walkę z samym sobą o powrót do normalności. I właśnie przez to, że miał świadomość tego, jak ciężka jest to sytuacja, to starał się pomagać innym weteranom. Nikt nie mógł przypuszczać, że zginie z ręki jednego z nich. Oczywiście film nie zostałby tak dobrze odebrany zarówno przez krytykę, jak i widzów, gdyby nie świetna rola Bradleya Coopera. Facet naprawdę się w ostatnich latach rozwinął, gra w coraz lepszych produkcjach, co roku jest nominowany do Oscara. Zapowiada się, że zdobycie statuetki jest dla niego kwestią czasu. W tym roku konkurencja po prostu była zbyt silna. Najlepszym potwierdzeniem na to, jakim człowiekiem był Kyle, jest fakt, że inni żołnierze zwracali się do niego "Legendo". I to nie tylko za to, że ratował im w wielu sytuacjach skórę, ale również za to kim był – niby zwykłym facetem, ale z...

Read More

Święci nie od zawsze święci

Chyba dla większości ludzi świętość jest czymś nieosiągalnym, wręcz mitycznym. Czymś, do czego dochodzą tylko nieliczni, a jeśli już, to zapewne byli od samego początku życia prze Boga wybrani i szczególnie umocnieni. Dla wielu święty = bezgrzeszny, idealny od poczęcia do śmierci. Śledząc życiorysy wielu świętych Kościoła dojdziemy jednak do wniosku, że bywało wręcz przeciwnie… Zacznijmy od klasyków, znanych chyba każdemu, kto bywa co niedziela w kościele i uczęszczał w szkole na religię. „Szaweł siał grozę i dyszał żądzą zabijania uczniów”, jak podają Dzieje Apostolskie. Uczony Faryzeusz, obywatel rzymski, gorliwie i z przekonania ścigający chrześcijan, posiadający specjalne pozwolenie arcykapłanów na ściganie i więzienie wszystkich wyznawców nowej religii. Nagle – cud! Pod Damaszkiem zostaje przez Boga dosłownie powalony na ziemię. Przez trzy dni pozostawał niewidomy, aż Pan przysłał do niego chrześcijanina, Ananiasza, który położył na nim ręce. Paweł odzyskał wzrok, został chrześcijaninem i Apostołem Narodów, napisał wiele listów, które znalazły się w Nowym Testamencie i wyprawił się na kilka podróży misyjnych po świecie. Zginął śmiercią męczeńską przez ścięcie między 64 a 67 r. n. e. w Rzymie. Święty Augustyn – wychowany w kulturze rzymskiej, erudyta, filozof neoplatoński, pisarz. Przyszedł na świat w 354 r. w Tagaście, w rządzonej wówczas przez Rzymian Afryce Północnej. Przez pewien czas był zwolennikiem manichejczyków (sekty wierzącej, że w świecie toczy się nieustanna walka równych sobie sił – dobra, reprezentowanego przez siły duchowe, ze złem, reprezentowanym przez materię), żył bez ślubu z kobietą, z którego to związku doczekał się nawet syna. Potem poznał chrześcijan, w tym późniejszego doktora Kościoła, biskupa Mediolanu Ambrożego, wreszcie przyjął chrzest. Przełomowe było dla niego pewne zdarzenie – gdy odpoczywał w ogrodzie, usłyszał jak jakieś dziecko powtarzało „weź i czytaj”. Te słowa tak go tknęły, że chwycił leżące nieopodal Pismo Święte. Otworzył akurat na fragmencie listu do Rzymian, w którym św. Paweł pisze „żyjmy przyzwoicie jak w jasny dzień: nie w hulankach i pijatykach, nie w rozpuście i wyuzdaniu, nie w kłótni i zazdrości. Ale przyobleczcie się w Pana Jezusa Chrystusa i nie troszczcie się zbytnio o ciało, dogadzając żądzom.” Można powiedzieć, że dopiero dzięki tym słowom został prawdziwym wyznawcą Jezusa. Zmarł jako biskup północno afrykańskiej Hippony w roku 430. Dziś jest czczony jako jeden z ojców i doktorów Kościoła, a jego pisma, takie jak „O Trójcy Świętej”, „Państwo Boże” czy „Wyznania” wniosły bardzo wiele do rozwoju chrześcijańskiej teologii. Równie dobrze znany św. Franciszek z Asyżu (1181 lub 1182 -1226 r.), jeden z najbardziej znanych i popularnych świętych, w młodości miał niezbyt wiele wspólnego ze świętością. Interesowało go raczej brylowanie w towarzystwie miejscowej młodzieży, zdobywanie wyrazów uznania i zachwytów nad własną osobą. Powodowany chęcią zdobycia sławy, wybrał się nawet na dwie wyprawy wojenne. Podczas drugiej...

Read More
Przemieniajcie się i wierzcie w Dobrą Nowinę!
Lip10

Przemieniajcie się i wierzcie w Dobrą Nowinę!

Okres Wielkiego Postu to czas przygotowania do świąt Wielkiej Nocy. To dobra chwila, by się nawrócić. Jak to zrobić, pokazuje nam rytm Wielkiego Postu – od Środy Popielcowej po Zmartwychwstanie. GŁOS WOŁAJĄCEGO NA PUSZCZY Ewangelia według świętego Marka zaczyna się od opisu działalności Jana Chrzciciela. Syn Zachariasza jest w tradycji chrześcijańskiej nieraz nazywany prodromosem, poprzednikiem, osobą, która dosłownie „przedbiegnie”, by przygotować dla innych miejsce. Prodromoi stanowili lekką jazdę w armii Aleksandra Wielkiego. Taki właśnie charakter – przygotowanie gruntu – ma  misja Jana na kartach Ewangelii. Zapowiada on kogoś, kto idzie za nim, kogoś bardziej znaczącego. Jan nie chodził od domu do domu, nie wygłaszał kazań na placach i w synagogach. Jak pisze Marek Ewangelista – wystąpił na pustyni. Ktoś mógłby spytać o sensowność bycia posłannikiem tam, gdzie nikogo nie ma, gdzie jest pusto. W dodatku posłanie zdaje się być niewygodne. Kto by chciał iść na jakieś pustkowie, by się dowiedzieć, że jest grzeszny i słaby? Jan ma jednak haczyk – głosi chrzest na odpuszczenie grzechów, oczyszczenie. Wciąż jest to tylko jedno z wielu obmyć żydowskich. Poza jednym małym detalem: stanowi publiczne wyznanie win. Ludzie sami z siebie przychodzący nad Jordan obnażają się nie tylko przez zdjęcie szat. Ten ekshibicjonizm wynika z wielkiego pragnienia każdego człowieka – by usunąć ze swego życia zło. Publicznie przyznają się do tego, że są niedoskonali, słabi, ułomni. Właśnie to przypomina posypanie głowy popiołem w Środę Popielcową. Samo użycie prochu do pokazania żalu nie jest pomysłem chrześcijańskim. Tak rozpaczali Żydzi, gdy groziła im zagłada (Est 4, 1), Hiob tak wyrażał żałobę po dzieciach, tak pokutowałyby Tyr i Sydon, gdyby widziały działalność Chrystusa (Mt 11, 21), ale (przynajmniej według niektórych źródeł) proch do wyrażania skruchy stosowali także Indianie amerykańscy. Słowa wypowiadane w czasie tego obrzędu uzmysławiają przemijalność, marność, ale też stanowią wezwanie do nawrócenia. Najmocniej z tych przykładów uderza postać Hioba, który wiedział, że nie zgrzeszył, ale jednak ukorzył się przed Bogiem i Jego wolą – nawet wtedy, gdy oznaczała ona śmierć bliskich i utratę majątku. Dla niego posypanie głowy popiołem i ubranie się w wór nie są sposobem poskarżenia się Bogu, robienia Mu wyrzutów. Są wręcz symbolem zaufania do Stwórcy – On lepiej wie, co jest dobre niż Hiob. NAWRACAJCIE SIĘ Rozpoznanie własnych grzechów i uświadomienie sobie, że jedynym sposobem, by je zgładzić jest łaska Boga (por. Ps 130, 3), są pierwszym krokiem do tego, by w życiu grzesznika doszło do zwrotu.  Podobnie jak człowiek, który zagubił się w nieznanym sobie mieście, musi najpierw przyznać się do błędu, i zawrócić. Gdy Jan zostaje uwięziony, Jezus rozpoczyna swoją misję. To właśnie słowa z Ewangelii według św. Marka „Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię” stanowią jedną z...

Read More
Nie spaść z konia
Lip10

Nie spaść z konia

Nigdy nie poraziła Cię wielka światłość pod Damaszkiem? Nie jesteś byłym satanistą, którego nagle dosięgła łaska wiary? A mimo to chcesz się nawrócić? To przygotuj się na najtrudniejsze. Spektakularne nawrócenia lubią odbijać się szerokim echem. Pewnie nie pomylę się, mówiąc, że każdy chrześcijanin zna historię Szawła z Tarsu, gorliwego prześladowcy rodzącego się Kościoła, który został Apostołem Narodów i sam przelał krew za wiarę. Dyzma, dobry łotr, pokazuje, że nigdy nie jest za późno, a nawet największy złoczyńca może zostać pierwszym świętym, zaproszonym w dodatku do raju przez samego Jezusa. Nieco bardziej nam współczesna święta Edyta Stein odkryła chrześcijaństwo w jeden wieczór, kiedy pilnując dziecka znajomych, wzięła do rąk pierwszą lepszą książkę, a była to „Księga życia” św. Teresy Wielkiej. Obecnie często słyszy się o wielkich nawróceniach osób związanych z przemysłem aborcyjnym, uwikłanych w przeróżne nałogi, okultystów, a nawet satanistów. Zazwyczaj dzieje się to w ułamku sekundy: wchodzą „przypadkiem” do kościoła i padają ze łzami na kolana, dostają SMS-a ze Słowem Bożym i biegną po wielu latach nieobecności do konfesjonału albo będąc na samym dnie, dostrzegają w swoich ciemnościach światło wiary. Niesamowicie słucha się takich historii, które pokazują, że dla Boga naprawdę nie ma nic niemożliwego, a wiara ma w sobie bardzo wiele z tajemnicy. Dziewięćdziesiąt dziewięć ewangelicznych owiec cieszy się z powrotu każdej swojej zagubionej siostry. Jest tylko jedno małe „ale”… W osobach, których ścieżka wiary przebiega nieco mniej spektakularnie, może zacząć pojawiać się pytanie: dlaczego w moim życiu Bóg nie czyni takich cudów? Jak i po co mam się nawracać, skoro chodzę do kościoła, zachowuję przykazania i w sumie to u mnie wszystko w porządku? Ten problem dotyka wielu osób, zwłaszcza w czasie Wielkiego Postu, kiedy co rusz słyszymy wezwanie „Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię”. Trudno przejść nad nim obojętnie, jednak gdy chce się na nie odpowiedzieć, nie jest ani trochę łatwo. Posunęłabym się nawet do stwierdzenia, że dla ludzi wierzących nawrócenie jest dużo większym wyzwaniem, ponieważ o wiele trudniej zrobić z dobrego lepsze niż ze złego dobre. Marne to pocieszenie, ale przecież jakoś musi się dać. Zatem do dzieła! Na samym początku racjonalne jest wyzbycie się uczucia żalu, a może nawet zazdrości, że w naszym duchowym życiu brak „fajerwerków”, że u nas to wszystko jakoś tak zwyczajnie się potoczyło. Chrzest, katolickie wychowanie w wierzącej rodzinie, coniedzielna msza święta itd. Pragnienie doświadczenia nadzwyczajnej łaski, przeżycia czegoś naprawdę ekstremalnego, jest normalne, zupełnie ludzkie. Jednak zgodnie z  przysłowiem ”Cudze chwalicie, swego nie znacie” warto sobie uświadomić, jak wspaniałe jest życie w nieustannej bliskości Boga od samego początku. To jest wielka łaska! Popełnienie grzechu zawsze wiąże się z cierpieniem własnego „ja” oraz ludzi dotkniętych wyrządzonym złem. Nikt nie jest bezgrzeszny,...

Read More