Pozornie normalni
Gru02

Pozornie normalni

Wyobraźmy sobie małżeństwo. Do pewnego czasu parę idealną. Idylla jednak nie może trwać wiecznie. W końcu nadchodzą problemy, zakochani się od siebie oddalają. Oboje coraz bardziej męczą się w swoim towarzystwie. Mają wszystkiego dość. On znajduje sobie młodszą, ładniejszą. Ona czuje się poniżona i nie potrafi się już cieszyć własnym życiem. Aż pewnego razu znika, w bardzo dziwnych okolicznościach. Porwanie? Morderstwo? Co tak naprawdę wydarzyło się w domu państwa Dunne? "Zaginiona dziewczyna", ekranizacja powieści Gillian Flynn w reżyserii Davida Finchera, to jeden z najbardziej intrygujących filmów, jaki powstał w ostatnich latach. Fincher, jak to ma w zwyczaju, uwielbia robić sobie z widza jaja. Większość jego filmów opiera się na zaskoczeniu. To ich główna siła. Zakończenia są nieprzewidywalne, a często sam przebieg akcji jest pełen zwrotów, tak że aż trudno się połapać, o co w tym wszystkim chodzi. Aż w końcu orientujemy się, że reżyser przez cały czas nas "wkręcał", prowadził na manowce, po to tylko, by końcowe zaskoczenie było jak największe. I mimo że o tym wiedziałem, mimo że byłem na wszystko przygotowany, to i tak nie przewidziałem wszystkiego, co "Zaginiona dziewczyna" zaprezentowała. Trudno poważnie mówić o tym filmie, nie zdradzając istotnych fragmentów fabuły. W związku z tym, jeśli masz w planie obejrzeć "Zaginioną dziewczynę", to polecam Ci w tym momencie przerwać dalszą lekturę i wrócić do niej po obejrzeniu filmu. Najważniejszą postacią, której dotyczy cała intryga, jest oczywiście zaginiona Amy Dunne, grana przez znakomitą Rosamund Pike. Początkowo jej współczujemy, nie wiemy co się z nią stało, a powoli wszystkie poszlaki wydają się wskazywać na to, że została zamordowana przez własnego męża – Nicka (w tej roli Ben Affleck). Sam Nick nie jest kryształowym człowiekiem – ma romans, do tego zachowuje się często irracjonalnie, wydaje się wręcz dawać nam, widzom, i policji argumenty, byśmy to jego podejrzewali o zabójstwo. Podskórnie jednak czujemy, że coś tutaj nie gra, to byłoby za proste. I rzeczywiście, stosunkowo szybko przekonujemy się, jaka jest prawda. Amy uciekła, pozorując własną śmierć. I to w taki sposób, żeby wszelkie ślady wskazywały na ewidentną winę Nicka. W ten sposób rozpoczyna się druga część filmu. Biegnie teraz dwutorowo. Z jednej strony obserwujemy Nicka, który, znając już prawdę, próbuje dowieść swojej niewinności. A z drugiej widzimy dalsze losy Amy, która, w miarę upływu czasu, okazuje się zdolną do wszystkiego psychopatką. Nie będę zdradzał wszystkiego, ale wiem jedno – takiej kreacji, jaką zaprezentowała Pike, można się naprawdę przerazić. Kobiety również mają swoją ciemną stronę. I warto o tym pamiętać. Główną siłą filmu Finchera jest scenariusz i misternie utkana intryga. To kolejny przykład filmu, w którym sam scenariusz robi kawał niezłej roboty. Aktorzy w większości wywiązują się bardzo dobrze z postawionych...

Read More

Grzeszne przyjemności

Nieprzemyślane decyzje prowadzą często do przykrych konsekwencji. Przekonała się o tym główna bohaterka „Chłopaka z sąsiedztwa” (2015). Zyskają pewność również wszyscy ci, którzy produkcję planują obejrzeć. Bo decyzja Roba Cohena o zrobieniu tego filmu niesie za sobą skutki wręcz opłakane. „Fatalne zauroczenie” przerabialiśmy już w 1987 roku, kiedy Michael Douglas na ekranach kin wdał się w burzliwy (głównie w skutkach) romans z Glenn Close. Dzieło Adriana Lyne’a, nasycone demonicznością i erotyzmem zmieszanym z melancholią, wprawiało odbiorcę w niepokój przez cały seans. Aktorzy swoimi kreacjami stworzyli spektakl damsko-męskich relacji, który ogląda się z zapartym tchem. Twór Roba Cohena nie daje ani wyjątkowego nastroju tajemniczego lęku, ani wielowarstwowej relacji głównych bohaterów. Chociaż tematyka podobna, to jednak w którymś miejscu „Chłopak z sąsiedztwa” zamiast iść w stronę dobrego thrillera, utonął w głębinach niskobudżetowej szmiry. Trudno się dziwić, wszak Cohen znany jest przede wszystkim z dzieł przygodowo-sensacyjnych, opartych na pościgach bądź pradawnych sztukach walki. Dlatego można było przewidzieć, że film traktujący o erotycznej relacji starszej kobiety z młodszym, psychopatycznym chłopakiem nie będzie należał do tych produkcji, którymi reżyser może się chwalić. Co innego Lyne, który ukazywanie w swoich filmach rozwichrzonych związków damsko-męskich wypracował niemal do perfekcji – np. „Niemoralna propozycja” (1993) czy „Dziewięć i pół tygodnia” (1986). „Chłopak z sąsiedztwa” to historia romansu nauczycielki literatury Claire Peterson, przeżywającej trudny okres w swoim życiu, z dużo młodszym chłopakiem Noah, mieszkającym w posiadłości obok. Razem z głównymi bohaterami przechodzimy od intrygującego poznania przez stopniowo rosnące zauroczenie aż po wybuch namiętności. Potem historia się rozchodzi – Claire dochodzi do wniosku, że to był błąd i chce zapomnieć o tym, co zaszło, zaś Noah wpada w obsesję na punkcie seksownej nauczycielki. Grzeszna przyjemność staje się źródłem problemów i szaleńczej paranoi. Scenariusz filmu nie wyróżnia się niczym specjalnym zarówno pod względem poprowadzenia całej historii, jak i dialogów. Jest raczej mocno wybrakowany – dostajemy na tacy opowieść pozbawioną w zasadzie jakiejkolwiek refleksji czy omówienia podłoża psychologicznego. Zdarzenie A prowadzi do zdarzenia B, to z kolei do zdarzenia C i tak do punktu kulminacyjnego. Nic tutaj nie jest zdziwieniem dla widza, postacie są mocno spłaszczone, a ich jednowymiarowość sprawia, że całość jest jeszcze bardziej przewidywalna. Dialogi, chociaż poprowadzone bardzo poprawnie, również odznaczają się pewnego rodzaju mdłością. Noah, co by nie powiedział, zawsze będzie tym złym, a Claire niezmiennie będzie tą dobrą i pokrzywdzoną. Brakuje przestrzeni dla odbiorcy, w której mógłby chociaż na chwilę zastanowić się nad sytuacjami, których jest obserwatorem. Kreacje aktorskie to również słaby punkt produkcji. O ile pod względem wizualnym zarówno Jennifer Lopez, jak i Ryan Guzman wypadają zjawiskowo, to jednak poza pięknymi i zmysłowymi ciałami nie wnoszą nic do swoich postaci. Ich gra, choć zdarza się, że...

Read More
Liturgia pokuty i pojednania
Gru02

Liturgia pokuty i pojednania

Spowiedź to sakrament bardzo szczególny. O jego roli dla życia duchowego nie trzeba tu chyba pisać. Nawet jeśli spowiadający nas ksiądz bardzo odbiega od ideału spowiednika, sakrament jest ważny i owocny. Bo skoro to sakrament, to równocześnie i liturgia. Sakrament pokuty i pojednania to liturgia, a więc publiczny kult, jaki Kościół oddaje Bogu. Przyzwyczajeni jesteśmy jednak do indywidualnego praktykowania spowiedzi, ze względu na delikatną materię ludzkich sumień, które odsłaniają tutaj swoją ciemniejszą stronę. Gdzie tu miejsce na publiczność? Tak jak grzech psuje nie tylko relacją grzesznika z Bogiem, ale szkodzi całej społeczności Kościoła, tak też i sakrament pokuty i pojednania nie może ograniczać się do przywrócenia łączności z Bogiem, ale musi mieć również na względzie naprawę krzywd wyrządzonych wspólnocie wiernych. W pierwszych wiekach istniała instytucja publicznej pokuty – w liturgii uczestniczyło się tak, jak nieochrzczeni, a grzechy trzeba było wyznać przed całą wspólnotą. Dotyczyło to najcięższych przewinień, jak apostazja, morderstwo czy nierząd. Taką pokutę można było odbyć tylko raz w życiu. Z czasem dyscyplina pokutna łagodniała, a sakrament przybrał formę tzw. spowiedzi usznej. W ramach soborowej odnowy liturgii postanowiono dowartościować wspólnotowy akcent tego sakramentu. Kościół poleca, aby – gdy gromadzi się większa ilość wiernych celem spowiedzi – przygotować ich do tego poprzez specjalną liturgię. Mogą w niej wziąć udział również ci, którzy do sakramentu pojednania przystąpią w innym czasie. Obrzęd ten ma strukturę podobną do Liturgii Słowa, a więc obrzędy wstępne, w ramach których zgromadzonym wyjaśnia się znaczenie i porządek dokonywanych czynności, następnie chwila modlitwy, po której następuje jedno lub kilka czytań, przeplatanych śpiewami psalmów lub milczeniem. Po czytaniach następuje homilia, która powinna prowadzić wiernych do rachunku sumienia. Wprowadzenie do rytuału sakramentu pokuty i pojednania podaje również, iż w trakcie homilii należy zebranym przypomnieć o nieskończonym Bożym miłosierdziu, potrzebie wewnętrznego nawrócenia, społecznym charakterze łaski i grzechu oraz o zadośćuczynieniu jako świadectwie prawdziwej miłości Boga i bliźniego. Po homilii należy zachować milczenie przez pewien czas, aby wierni mogli dokonać rachunku sumienia. Na odpowiednie wezwanie przewodniczącego liturgii wszyscy klękają lub pochylają się i odmawiają formułę spowiedzi powszechnej, stosowaną na Mszy w ramach aktu pokuty, bądź z zaczerpniętą z komplety lub też inną, dostosowaną do użytku liturgicznego, po czym odmawia się Modlitwę Pańską. Następnie kapłani udają się na miejsca przeznaczone do słuchania spowiedzi. Wierni podchodzą do wybranego kapłana, wyznają grzechy, otrzymują zadośćuczynienie i rozgrzeszenie, jak przy „zwykłej” spowiedzi. Gdy wszyscy chętni skończą spowiedź uszną, kapłani wracają do prezbiterium. Przewodniczący liturgii wzywa wszystkich do uwielbienia Bożego miłosierdzia, które można wyrazić psalmem, hymnem lub modlitwą litanijną. Na koniec udziela błogosławieństwa i rozsyła lud. Taką formę celebracji sakramentu pokuty i pojednania można sprawować podczas rekolekcji, dni skupienia oraz spowiedzi niewielkich grup wiernych. Kościół zaleca również...

Read More
Trzeciej opcji nie ma
Gru02

Trzeciej opcji nie ma

Przeszczepy organów funkcjonują w społecznej świadomości jako ratowanie ludzkiego życia dzięki heroicznej decyzji drugiego człowieka. Ufamy medycynie, że potrafi postawić granicę między życiem a śmiercią. Czy aby na pewno słusznie? Postęp medycyny często przypomina budowanie wieży Babel. Człowiek zaczyna przekraczać kolejne granice, próbując stać się panem życia i śmierci. Refleksja moralna przychodzi spóźniona albo nie pojawia się wcale. Lekarze potrafią pozaustrojowo zapłodnić komórkę jajową i tym samym powołać do istnienia nowego człowieka. Przerwanie ludzkiego życia w majestacie prawa oraz pod szumną nazwą „aktu miłosierdzia” też już nie stanowi problemu. Technicznie, bo obiekcje etyczne, dzięki Bogu, wciąż się pojawiają. Dotyczy to wielu medycznych procedur. Transplantacje, choć całkiem młode, bo znane dopiero od lat 50. XX wieku, wywołały burzę na krótko, po czym zyskały powszechną akceptację. Ratowanie życia ludzkiego, zwłaszcza w tak spektakularny sposób, wzbudza podziw, spychając „ciemne strony mocy” właściwie poza margines dyskusji. Rzecz jasna istnieją osoby wyznające pogląd, że jest to nowoczesna forma kanibalizmu lub w mniej dosadny sposób wyrażające swój sprzeciw. Jest to jednak mało liczne gremium, które na potrzeby tego tekstu można pominąć. Wraz z pojawieniem się przeszczepów, konieczne stało się opracowanie precyzyjnej definicji śmierci, pozwalającej zakwalifikować kogoś jako dawcę organów. Ze względu na upowszechnienie resuscytacji krążeniowo-oddechowej (reanimacji) ustanie tych dwóch funkcji życiowych straciło na aktualności. W 1968 roku, czyli dwa lata po przeprowadzeniu pierwszych udanych transplantacji, Światowe Stowarzyszenie Lekarzy wprowadziło pojęcie „śmierci mózgowej”, które stopniowo doprecyzowywano. Na tej podstawie w większości krajów pojawiło się odpowiednie ustawodawstwo regulujące pobieranie tkanek do przeszczepów oraz procedury orzekania o śmierci człowieka. Taki status prawny trwa do dzisiaj. Śmierć mózgu funkcjonuje jako rzetelne kryterium – obiektywne i obarczone małym prawdopodobieństwem popełnienia błędu. Tymczasem temat nieustannie wzbudza wiele kontrowersji. Śmierć nie daje się tak łatwo zamknąć w kilkunastu podpunktach. Tylko o tym się nie mówi… Śmierć mózgu jako wyznacznik śmierci całego organizmu ludzkiego jest z naukowego punktu widzenia pewną hipotezą. Standardowo wykonuje się w takiej sytuacji eksperymenty, weryfikuje, bada pod kątem zgodności z wytycznymi tzw. „dobrej nauki”. W tym przypadku takie badania nie zostały wykonane. Nikt nie sprawdził, w ilu przypadkach wynik był fałszywie dodatni (żywa osoba uznana za zmarłą) lub fałszywie ujemny (zmarła osoba uznana za żywą). Pewność, z jaką przyjęto definicję śmierci mózgowej, była bezsprzecznie za duża. Trzeba oczywiście wziąć poprawkę na materię sprawy. W tym przypadku nie można ze standardowo oczekiwaną dokładnością przeprowadzić niezbędnych procedur weryfikacji hipotezy. Jednakże zaniedbanie naukowców jest oczywiste. Entuzjazm zabił krytyczne myślenie, a skutki tego nigdy nie będą w pełni znane. Sami lekarze kilkadziesiąt lat po wprowadzeniu znaku równości między śmiercią człowieka a śmiercią mózgu wciąż mają wątpliwości. W wielu przypadkach przy pobieraniu narządów do transplantacji stosuje się narkozę. Zaobserwowano także ruchy obronne, które martwa...

Read More
My jesteśmy tutaj w przewadze
Gru02

My jesteśmy tutaj w przewadze

Jak ja mam dość muzycznych hejterów, ludzi którzy w Internecie czują się tak mocni, że są gotowi obsmarować artystów najgorszym gównem. Ok, zgadza się, że nie każdemu musi się wszystko podobać. Fakt, nie ma piosenkarza, zespołu, któremu udałby się każdy utwór, każda płyta. Jasne, mamy wolność słowa i każdemu wolno krytykować. Ale do licha, niech to będzie chociaż konstruktywna krytyka, a nie czysty bełkot. Tego samego zdania był chyba Grabaż, gdy napisał piosenkę "I can't get no gratisfaction". Dla tych, co nie wiedzą – Krzystof "Grabaż" Grabowski to lider takich zespołów jak Pidżama Porno czy Strachy na Lachy, jedna z ważniejszych i barwniejszych postaci polskiej sceny muzycznej ostatnich 25 lat. Wracając jednak do utworu, który chciałem dzisiaj poruszyć – jest on bardzo prosto skonstruowany. Używa broni hejterów, bezczelnie ich wyśmiewa, prosto w twarz, wcale się z tym nie kryjąc. Mówiąc wprost, Grabaż ma gdzieś co i kto sobie o nim pomyśli, więc wywala wszystko na zewnątrz. Efekt? Fani jeszcze bardziej go kochają. Co świadczy chyba o tym, że nie tylko Grabaż jest już zmęczony modą na hejt. Nie wiem jak zareagowali w pierwszej wersji Muniek Staszczyk, Kazik, Maleńczuk, Kukiz, "ten co śpiewa w Happysadzie" i wielu innych, którymi posłużył się Grabaż w tekście piosenki. Mnie się to jednak podoba. Konwencja piosenki, której zwrotki złożone są z typowych, bezsensownych tekstów hejterów kierowanych pod adresem konkretnych polskich artystów, wydaje się być bardzo trafna. Nie ma anonimowości, a to pokazuje, że środowisko muzyczne artystów grających głównie rocka czy muzykę alternatywną, jest ze sobą w niezłej komitywie. Panowie muszą się ze sobą dobrze znać i wypili ze sobą pewnie niejedną flaszkę. I taki utwór to pokazuje. Słowa refrenu: "My jesteśmy tutaj w przewadze, zawsze gramy u siebie, my trzymamy tu władzę (…)" punktuje bezkarność tych wszystkich, których jedynym celem życiowym jest obrzucanie gnojem i wieczne, cebulanckie narzekanie. Lubię, kiedy artyści nie boją się w swoich utworach w żaden sposób mówić wprost to, co myślą. Tak powinno być. Ironia, użyta w "I can't get no gratisfaction" jest chyba zrozumiana przez każdego. Już sam tytuł, stanowiący grę słów z jednym z największych przebojów zespołu Rolling Stones, mówi nam otwarcie o czym będzie traktować cała piosenka. Na hejterów nie ma lekarstwa, będą zawsze, choćbyśmy stawali na rzęsach, by wyplenić tę zarazę Internetu. Jedyne co nam zostaje, to posłuchać takiego Roguca, który w "Los cebula i krokodyle łzy" śpiewa tak: "I po co czytasz komentarze sfrustrowanych miernot, niech się durnie trują jadem, odpuść sobie złego". Chyba faktycznie tyle nam zostaje. Być ponad to, ewentualnie posłuchać sobie czasem takiej piosenki jak "I can't get no gratisfaction" czy Cezikowego "Co to za pedał". To jest chyba najlepszą bronią w...

Read More
Męskim okiem na damską torebkę
Gru02

Męskim okiem na damską torebkę

Od jakiegoś czasu nurtowało mnie zagadnienie damskiej torebki okiem mężczyzny. Na ulicach, w sklepach wciąż i wciąż słyszałam pojękiwania panów: “Znowu nie możesz znaleźć portfela? Gdzie ty masz tę pomadkę? Sama sobie szukaj!”. Czy świat kobiet jest tak bardzo tajemniczy jak nam – płci żeńskiej się wydaje? Czy torebka to skarb, o którym panowie nie mają pojęcia? Co myślą o tych atrybutach kobiecości i jak są one postrzegane? Postanowiłam zbadać te zagadnienia i po odpowiedzi udałam się do 23-letniego kolegi – studenta Politechniki Krakowskiej. Jako jedna z kobiet dumnie posiadająca zestaw torebek – niczym wyjątkowym nie byłoby dla mnie ich opisać. Co innego jest jednak poznać zdanie mężczyzny odnośnie tych “tajemniczych sprzętów”. Torebka w oczach studenta to "atrybut kobiecości, element ubioru, transporter przedmiotów". Już mała dziewczynka, gdy widzi u mamy torebkę, to też chce taką mieć. Rozmówca zaznaczył, że dzieci chcą się upodabniać do rodziców. Dostanie torebki to pewien przełom dla dziewczynki. Już nie nosi plecaka jak chłopcy, wyróżnia się. Cieszy ją to tak, jak chłopców cieszy, gdy mogą porobić coś "męskiego" z tatą. Wiek dziewczynki, która dostaje pierwszą torebkę nie został podany, ale za to zostało wyraźnie zaznaczone, że o wyglądzie torebki zadecyduje matka, on sam (rozmówca) mógłby ewentualnie zakupić prezent pod jednym warunkiem – na torebce nie mogłoby być wielkiej czaszki.   Wspomnienia odnośnie torebki matki są nikłe. Pełniła ona funkcję przechowywania chusteczek do nosa, gdy była taka potrzeba. Nie było w niej nic tajemniczego. Po prostu samochody i bardziej chłopięce zajęcia były bardziej pociągające niż torebka mamy i jej zawartość. Tak samo teraz, w dorosłym życiu, torebki według odpowiadającego są niepotrzebne i niefunkcjonalne. Podczas analizy rozmowy odkryłam, że mimo wszystko rozmówca wie, że do różnych stylizacji, kobiety wybierają różne torby. Jedne większe inne mniejsze. W zależności od rozmiaru, torebka ma różną pojemność, a można w niej znaleźć dosłownie WSZYSTKO. Rzeczy potrzebne jak: klucze, portfel, dokumenty, jak i przedmioty zbędne – maskotki, 10 rodzajów kremu do rąk. Odpowiadający zaznaczył jednak, że widocznie te wszystkie nieprzydatne przedmioty są w pewien sposób potrzebne kobietom nie wiadomo, z jakich przyczyn. Sam również traktuje torebkę jako miejsce, gdzie można przechować również swoje rzeczy: klucze, portfel, a nawet alkohol. Oczywiście, gdy stanie się ona ciężka jest on w stanie służyć pomocą (szczególnie, gdy w środku znajdują się jego przedmioty). Co w stytuacji, gdy mężczyzna musi stanąć w oko w oko z odnalezieniem czegoś w torebce? Instrukcja jest  prosta: "otwieram, wyciągam, podaje. Gdy nie mogę znaleźć – podaje całą torbę". Uporządkowanie rzeczy w torebce również nie jest przypadkowe i może świadczyć o charakterze właścicielki. Jednak ta tajemna wiedza nie jest łatwa do opanowania. Zerkanie z ciekawości do damskich torebek również nie leży w...

Read More
Czarna pedagogika
Gru02

Czarna pedagogika

Czym jest dar życia? Dlaczego dziecko, które jako niewinna istota przychodzi na świat, w chwili śmierci może być uznane za jednego z największych zbrodniarzy świata? Przecież nie zawsze było złe i mściwe. Pragnęło, a wręcz łaknęło z całej swojej dziecięcej duszy bezwarunkowej miłości. Dziecko nie rozumie co to znaczy nienawiść do własnego rodzica, bo kocha go pomimo wszelkich, czasem wręcz okrutnych aktów przemocy. Aby  mogło się ono rozwijać potrzebuje ochrony i szacunku od dorosłych, którzy pomagają mu poznawać świat. Jeśli nie zważa się na te potrzeby, tylko wykorzystuje dla własnych celów, maltretuje, bije, karze, zaniedbuje, oszukuje, odtrąca w taki sposób, że nikt nie może mu przyjść z pomocą, wtedy zaburza się jego integralność psychiczną. Pojęcie “czarna pedagogika” to wszelkie działania wychowawcze, które nastawione są na złamanie woli dziecka za pomocą zarówno jawnego jak i ukrytego nacisku, manipulacji, przemocy, aby uczynić je posłusznym niewolnikiem. Jak mówi Alice Miller: “normalną reakcją na te krzywdy powinien być gniew i ból. Ponieważ jednak okazywanie gniewu jest dziecku w krzywdzącym je otoczeniu zabronione, a samotne przeżywanie bólu byłoby czymś nie do zniesienia, musi ono stłumić te uczucia, wyprzeć z siebie wspomnienie urazów i idealizować swoich prześladowców. A potem już samo nie wie, co mu wyrządzono.” Te skrywane uczucia dają swój upust w późniejszym życiu człowieka: w aktach przemocy, wandalizmu, narkomanii i innych nałogach. Bardzo często osoby takie wyładowywują swój gniew na własnych dzieciach. Dzieje się tak dlatego, że wewnątrz kiedyś maltretowanej i odrzucanej osoby, jest dalej małe dziecko, które upomina się by w końcu wykrzyczeć światu to, co je spotkało i to, że miało prawo czuć się samotne i pokrzywdzone. Milcząc wybudowało w okół siebie mur, który stał się jego więzieniem. Często ludzie, którzy w dzieciństwie doświadczyli traumatycznych przeżyć sięgają po nałogi. Jest wśród nich wielu alkoholików i narkomanów. DLACZEGO? W dzieciństwie takim osobom zabraniano mówić o tym co przeżyły, a one same wyparły te wydarzenia ze świadomości. Przestały czuć ból i odczuwać jakiekolwiek odczucia z nim związane. Stały się milczące i nawet, gdy dorosły, często nie wiedziały, co to są prawdziwe emocje. Nie potrafiły ich nazwać, a oni sami byli jak “próżnia”, która pochłania ich całych. Amfetamina pobudza zmysły, uwalnia uczucia. Nagle, po wzięciu pierwszej dawki, świat staje się kolorowy. Dawno skrywane uczucia pojawiają się z wielką mocą. Te emocje są fascynujące i nowe. Człowiek zaczynający zażywać narkotyki wpada w nałóg, bo po raz pierwszy zaczynaja cokolwiek czuć. Niczym Kolumb odkrywają nową, nieznaną ziemię, po której powinien stąpać wiele lat temu- stawiając pierwsze kroki. Krzywdzenie i maltretowanie dzieci występuje i występowało, zwłaszcza w ubiegłych wiekach, bardzo często. Na kartach historii szczególnie widoczna jest postać Adolfa Hitlera- człowieka, który swoją siłą rozpętał wojnę i...

Read More

„Uczyńmy człowieka…”

Jakże adekwatnie oddaje zakusy współczesnego człowieka przytoczony w tytule cytat z Księgi Rodzaju (Rdz 1, 26). Rozwój medycyny i postęp techniczny sprawiają, że przed ludzkością otwierają się nowe możliwości. Taka perspektywa powoduje konieczność nieustannego zastanawiania się nad dopuszczalnością i ewentualnymi granicami ingerencji w naturę ludzką. Oto bowiem coraz częściej człowiek próbuje uzurpować sobie prawo do zastępowania i poprawiania Boga. Oczywistym jest, że pewna ingerencja w naturę człowieka musi zostać uznana za dopuszczalną, a nawet pożyteczną i konieczną. Niemniej jednak trzeba znać granice oddziaływania na ludzki układ somatyczny. SPÓR O DOPUSZCZALNOŚĆ INGERENCJI Problematyka dopuszczalności wpływania na naturę człowieka nierozerwalnie związana jest z rozumieniem istoty człowieczeństwa. Zasadniczo w tej kwestii można spotkać się z dwiema skrajnymi koncepcjami. Wedle pierwszej z nich – konserwatywnej – natura człowieka jest święta. Zgodnie z tym założeniem każdy człowiek posiada własną, integralnie z nim związaną naturę. Podkreśla się, że nie istnieje żadna wyrwa między ciałem, a duszą. Zatem jakakolwiek ingerencja w ciało człowieka, jako nakierunkowana na wywarcie wpływu na jego naturę, jest niedozwolona. Odmienne zapatrywanie wyrażają zwolennicy tzw. idei manufaktury. Stosownie do tego poglądu biologiczna natura człowieka może być przekształcana dzięki rozumowi, który daje możliwości jej okiełznania. Jawnie uwidacznia się w tym zapatrywaniu traktowanie człowieka jako „pana i władcy”. Osoby opowiadające się za nieograniczoną dopuszczalnością modyfikowania natury ludzkiej twierdzą, że skoro przetwarzamy naturę zwierząt, to możemy także czynić to w odniesieniu do ludzi. Przytoczonego sporu o naturę człowieka nie da się rozwiązać przez zaakceptowanie jednej z dwóch przeciwstawnych opcji. Etycy zauważają, że obie tezy należy traktować jako fałszywe. Dzieje się tak, ponieważ nie można udzielić w ogólny sposób odpowiedzi na pytanie o dopuszczalność (bądź nie) ingerencji w naturę człowieka. Należy bowiem badać każdy przypadek w sposób kompleksowy, ale indywidualnie. NAPRAWIANIE Ingerencja w naturę człowieka może przybrać różne postacie i cechować się odmiennym stopniem intensywności. Przez pojęcie naprawiania należy rozumieć stosowanie leczenia lub innej terapii umożliwiającej przywrócenie organizmu do stanu równowagi biologicznej. Dzięki temu przykładowi dostrzec można, że koncepcja zakazująca jakiejkolwiek ingerencji w naturę ludzką, nie może zostać zaakceptowana. Jej przyjęcie pociągałoby za sobą niebagatelne konsekwencje. Opowiadając się za skrajnym stanowiskiem, należałoby zaniechać wszelkich form leczenia. Zaś z uwagi na nadrzędną zasadę przyświecającą pracy lekarzy – niesienia pomocy potrzebującym – nikt nie kwestionuje ich obowiązku podejmowania się działań mających na celu przywracanie zdrowia pacjentom. To choroba bowiem powoduje, że organizm nie funkcjonuje w sposób prawidłowy. Celem terapii jest z kolei przywrócenie odpowiedniej pracy organizmu. Oczywiście, nawet w przypadku najłagodniejszej z form wpływania na organizm człowieka mogą pojawić się różne wątpliwości. Każda terapia obarczona jest pewnym stopniem ryzyka. Dlatego dopuszczalne są co do zasady tylko metody, które przeszły pomyślnie testy kliniczne. Wyjątkowo możliwe jest zastosowanie tzw. technik eksperymentalnych....

Read More
„Zjadacze umarłych” a „Trzynasty wojownik”
Gru02

„Zjadacze umarłych” a „Trzynasty wojownik”

  Ekranizacje rządzą się swoimi prawami, jednak zawsze powinny oddać klimat oryginału. Jak jednak zekranizować opracowanie quasinaukowe? NIBY HISTORIA… Osoba nieznająca historii powstania filmu „Trzynasty wojownik” i sięgająca po książkę Michaela Crichtona (autora m.in. „Parku Jurajskiego” i „Kuli”) może być zdziwiona charakterem tej pozycji. Jej zawartość sprytnie imituje naukowe opracowanie kilku odpisów średniowiecznego manuskryptu. Znajdziemy tu więc nie tylko przedmowę, ale i przypisy wyjaśniające zawiłości w translacji, różne wersje językowe danego zdania, w tym cytowane jest charakterystyczne pismo arabskie. Na końcu zamieszczono też dodatek poświęcony debacie naukowej wynikłej z opracowania tekstu źródłowego. Podejrzewam, że niektóre naprawdę istniejące manuskrypty Ojców Kościoła, czy antycznych poetów nie doczekały się tak rzetelnego opisu jak to, co wymyślił Crichton. Oczywiście, wystarczy trochę wysiłku, by dociec, że „Necronomicon” pojawiający się w bibliografii nigdy nie istniał (jednak miał stanowić dla autora inspirację), a i niektóre nazwiska badaczy nie są prawdziwe. Sam Ahmad ibn Fadlan jednak istniał. Rzeczywiście był posłem abbasydzkiego kalifa do Bułgarów w latach 20. X wieku. Rzetelnie przekazywał on obyczaje i cechy ludów północy. O Rusach pisał, że są wysocy jak palmy daktylowe (co pojawia się u Crichtona) i codziennie myją głowy (a to już nie). Crichton zapożyczył pewne cechy tego dyplomaty i stworzył postać poety, który z powodu skoku w bok zostaje właściwie wygnany z państwa w dzikie krainy. Pierwsze rozdziały książki to przede wszystkim notatki podróżnika, u którego widać żyłkę nie tyle dyplomaty, co etnografa. Opisuje on budowę osiedli, zachowanie, religię i zwyczaje odwiedzanych ludów. Patrzy na tubylców przede wszystkim z perspektywy muzułmanina, więc szczególnie wytyka brak higieny, rozwiązłość czy zjadanie świń. Takie zewnętrzne spojrzenie sprawia, że mają sens długie opisy  – gdyby sprawozdawca pochodził z plemienia Normanów napisałby tylko, że bohaterowie zeszli po linach z klifu, dla Araba jest to już spore przeżycie, które warto zanotować. ARAB W KRAINIE WIKINGÓW Fabularnie książka nie odbiega znacząco od ekranizacji, jednak warto ją streścić, gdyż przede wszystkim, jest thrillerem. Klimat jest mroczny, ponury, a relacja cywilizowany Arab – barbarzyńscy Normanowie nadaje mu posmaku dzikości nie tylko obyczajowej. Ahmad ibn Fadlan, ze względu na popełnione cudzołóstwo zostaje wysłany, a właściwie zesłany, do kraju Bułgarów zainteresowanych islamem. Należy pamiętać, że był to okres, gdy lud ten zamieszkiwał nie tereny obecnej Bułgarii, a raczej tereny wokół środkowego odcinka Wołgi. Nic dziwnego, że w tym rejonie ibn Fadlan był świadkiem rozbicia obozu przez Normanów, śmierci ich króla, Wyglifa, oraz jego pogrzebu. Dwaj pretendenci do tronu, Byliwyf i Thorkel, zostają jednak poproszeni o pomoc przez ich kuzyna, króla Rothgara, którego ziemie są atakowane przez potwory, których Normanowie boją się tak bardzo, że nawet nie wymawiają ich imienia. Buliwyf zostawia Thorkelowi tron i sam udaje się na północ, jednak za...

Read More
Eugenika – zły owoc z dobrego drzewa
Gru02

Eugenika – zły owoc z dobrego drzewa

Wydawać by się mogło, że chęć usunięcia ze świata chorób i nędzy jest szlachetnym pragnieniem, godnym pochwały i wsparcia, a owa chęć wynika z miłosierdzia. Jak się okazuje, ta piękna panna ma bardzo brzydką i wredną córkę – eugenikę. OWOC POSTĘPU Niektórzy twierdzą, że eugenika narodziła się wraz z chwilą, gdy opat augustianów o. Gregor Johann Mendel OSA odkrył zasady, na jakich organizmy rodzicielskie przekazują swoje cechy potomstwu. Nie była to wielka nowość – zawsze starano się przy hodowli koni czy owiec dobierać do rozrodu osobniki zdrowe, posiadające atrakcyjne przymioty: ładną sierść, skoczność, odpowiednią wełnę czy rozmiary. Swoje dołożyła teoria ewolucji Darwina, która wprowadziła do ludzkiej mentalności ideę rozwoju gatunku – wcześniej powszechne było mniemanie, że w żaden sposób się one nie rozwijają i zawsze na ziemi żyły współczesne krowy i konie.  To właśnie krewny brytyjskiego uczonego jako pierwszy w XIX wieku zaproponował eugenikę – czyli selektywne rozmnażanie ludzi i zwierząt, którą potem podzielił na eugenikę pozytywną (zachęta do rozrodu organizmów posiadających pożądane cechy) i negatywną (zniechęcenia do rozrodu organizmów słabych, chorych itd.). Wcześniej postulował ją Platon, sugerując, by wszyscy obywatele uczestniczyli w ustawionej z góry loterii dopuszczającej do rodzicielstwa. Wygrywaliby tylko ci, których za odpowiednich uznałyby władze, reszta zaś po prostu myślałaby, że ma pecha. Z czasem prawa Mendla zaczęto stosować do ludzi – co też nie było wielkim szokiem. Od zawsze wiedziano, że społeczności odizolowane powodują większy odsetek ludzi chorych, jednak nie wiązano tego szczególnie ze zwyczajem małżeństw wśród bliskich krewnych. Dotykało to wielkich rodów, jak i bieszczadzkich górali. Jedni szukali pomocy u szamanów i szarlatanów pokroju Rasputina, by wyleczyć wynikającą z polityki dynastycznej hemofilię − „chorobę królów”, drudzy stawiali kapliczki ku czci św. Walentego, patrona epileptyków, w osadach, gdzie chęć utrzymania ojcowizny w jednym kawałku i ograniczone możliwości spotykania się z innymi społecznościami skutkowały właśnie chorobą św. Wita. Znane od wieków zasady zostały naukowo wyjaśnione. Wraz z coraz większym rozumieniem ludzkiego genomu coraz lepiej wiemy, jak funkcjonują choroby dziedziczne, skąd się one biorą, więc rodzi się nadzieja na ich wyleczenie.  Odrodzenie wiary w genetykę wiązało się z jednoczesnym odrodzeniem się wiary w eugenikę, czyli pseudonaukę zakładającą, że poprzez selekcję osobników gatunku ludzkiego uda się wytworzyć gatunek ludzi doskonałych, a przynajmniej zdrowszych i silniejszych niż dzisiejsi. Obecnie już nikt nie krępuje się mówić, że in vitro to szansa na dziecko z wymarzonymi cechami – wszak katalogi dawców spermy czy komórek jajowych zawierają cechy, które mogą sugerować, że jego potomstwo także będzie zdrowe i mądre. Pamiętajmy, że nauka ta rodziła się na przełomie wieków, gdy powszechnym widokiem wielu europejskich miast byli ludzie chorzy, często umysłowo, posiadający wiele dzieci i  żyjący w nędzy. Ze swoich salonów wykształceni i wychowani...

Read More