O. Jan Góra – wspomnienie i refleksje

Od prawie dekady o. Jan Góra pozostawał dla mnie człowiekiem jednocześnie  fascynującym i intrygującym. Wiadomość o jego śmierci zasmuciła mnie tym bardziej, że nigdy nie udało mi się go osobiście poznać. Ojciec Jan W. Góra podczas konferencji poświęconej Spotkaniu Młodych Lednica 2012. źródło: PAP / Andrzej Hrechorowicz Kilkukrotnie była ku temu okazja, a ja zawsze z jakichś powodów ją odrzucałem. Kolejnej nie będzie (przynajmniej na tym świecie), więc pozostanę sam ze swoimi wspomnieniami, przemyśleniami i pytaniami na temat o. Góry. Na samym początku muszę przyznać się do tego, że to Lednica rozpoczęła pierwsze znaczące zmiany w moim życiu. Był rok 2006, żyłem sobie na tym świecie już prawie 17 lat. W tym czasie przeżyłem wypadek samochodowy, leczenie w kilku szpitalach i sanatorium, operację, śmierć babci, jeden i drugi szkolny wyjazd… Przystąpiłem do komunii, do bierzmowania, w miarę możliwości działałem w swojej parafii, od kilku ładnych lat byłem ministrantem. Ciągle mieszkałem w tym samym domu z rodzicami i dwójką młodszego rodzeństwa, ucząc się w różnych szkołach. Standardowe życie nastolatka z wierzącej rodziny w małej miejscowości. Gdy na to wszystko patrzę z perspektywy czasu widzę, że było to bliższe wegetacji niż prawdziwemu życiu z Bogiem. Pierwszą poważną decyzję o nawróceniu podjąłem właśnie na Lednicy, w początku czerwca 2006 roku. Co prawda znajomi namawiali mnie już wcześniej na różne pielgrzymki czy rekolekcje, ale wszystkie one wydawały mi się spotkaniami oszołomów, dodatkowo przygotowanymi w bardzo ubogi i nieciekawy sposób. Za to Lednica zapowiadała się ciekawej – w końcu jakaś impreza przygotowana  rozmachem – dla dziesiątków tysięcy ludzi, którą można zobaczyć w telewizji, ma ciekawą stronę internetową, niebanalny program i wielu poważnych gości, a nawet własną muzykę… Pojechałem tam skuszony medialnością tego wydarzenia. Gdy wracałem, byłem już innym człowiekiem. Człowiekiem, który w wieku 17 lat wreszcie zaczął zadawać sobie pytania. O to, jak i po co żyć, po co nam Pan Bóg, jak traktować Jego i innych ludzi, po co mi Kościół, Pismo Święte, sakramenty, czy po tym życiu na pewno jest coś innego… Zobaczyłem tam coś, czego nie miałem na co dzień – tłumy rówieśników, którzy wyglądali na prawdziwe wierzących w Kogoś, kto jest blisko nich i co najważniejsze – szczęśliwych z tego powodu! Nie mieściło mi się to jeszcze wówczas w głowie, ale liczyłem, że znajdę odpowiedź na postawione wcześniej pytania i być może sam przeżyję to, co tamci ludzie. Potem wszystko toczyło się dalej – wyjazdy, rekolekcje, wspólnoty, spowiednicy, kierownicy duchowi, duszpasterstwa… Gdyby nie ten pierwszy wyjazd na Lednicę nie wiem, kiedy i gdzie zadałbym sobie te pytania i świadomie postanowił zadbać o swoją relację z Bogiem. I czy w ogóle by to nastało? Już wówczas, prawie dziesięć lat temu, o....

Read More
O stanowieniu prawa
Sty28

O stanowieniu prawa

Jednym z problemów podczas urządzania państwa jest rozstrzyganie legalności prawa. Kiedy ludzie tworzą prawo, pojawia się słuszne pytanie: dlaczego ktokolwiek miałby go przestrzegać? Można również spytać, które z dwóch wykluczających się praw jest bardziej sprawiedliwe. Poniżej znajduje się próba wywodu, który ma rozstrzygnąć, jakie kryterium sprawiedliwości powinniśmy obrać, tworząc nowe prawo. Tak jak źródłem Prawa Bożego jest Bóg, tak źródłem prawa ludzkiego są ludzie. Prawo Boże objawione zostało w Jego Słowie oraz naturze. Jeśli ktoś nie przyjmuje Słowa Bożego z powodu braku wiary, powinien przynajmniej uznawać prawo naturalne za nadrzędne wobec prawa ustanowionego przez ludzi. Prawo ustanowione przez ludzi musi być zgodne z prawem naturalnym i współdziałać z nim w drodze do uszlachetniania człowieka. Prawo naturalne odczytać można bezpośrednio ze stworzenia, które mu podlega. Prawo naturalne dotyczące człowieka jest co do natury tym samym, czym są prawa fizyki, z tą różnicą, że w przeciwieństwie do ciał martwych człowiek obdarzony jest wolną wolą w związku z czym wola ta, choć ma nad sobą prawo, nie musi się do niego stosować w ten sam sposób, co materia nieożywiona. To jednak w człowieku, co składa się z materii nieożywionej, podlega prawom natury, tak jak każdy niewolny byt. Tak więc ciało nie może sprzeciwić się prawom, które go dotyczą. Nie może postanowić, że przestanie podlegać np. grawitacji. Wola natomiast może przeciwstawić się prawom, które ma nad sobą. Skoro wola nie zostaje zmuszona do postępowania według prawa, musi jakoś poznać prawo, które jej dotyczy. Stąd też mówimy o prawie naturalnym człowieka, które powinno przestrzegać to, co w człowieku jest wolne. Stąd też używamy innych pojęć, mówiąc o prawie, które dotyczy istot wolnych. Materia nieożywiona musi przestrzegać zasad natury. Ponieważ jej postępowanie jest konieczne i nie zależy od niej, nie dotyczą jej pojęcia związane z moralnością, takie jak dobro i zło. Wolna wola, mając możliwość postępowania niezgodnego z prawem, podlega sądom moralnym. Zatem obok prawa naturalnego, które stanowi również to, co w człowieku pozostaje podległe fizyce, powinniśmy mówić o prawie moralnym stanowiącym o tym, co jest dobre lub złe dla woli. Pamiętając przy tym, że prawo moralne dla woli jest tym samym, czym dla materii nieożywionej fizyka. Ponieważ nie znamy prawa moralnego w całości, a tylko posiadamy zaszczepione pewne przesłanki – wiemy np. że zabijanie jest złe, ale czasami konieczne – musimy badać prawo moralne i uwzględniać je w prawie stanowionym przez człowieka. Możemy więc powiedzieć, że prawo stanowione jest w takim stopniu sprawiedliwe, w jakim jest zgodne z prawem moralnym będącym częścią prawa naturalnego, które jest tym samym, co Prawo Boże lub wynika z niego bezpośrednio – spór o to zostawmy na inną okazję. Zatem prawo moralne jest jedynym dobrym punktem odniesienia wartościującym prawo...

Read More
Wszystko (nie) jest na sprzedaż
Sty28

Wszystko (nie) jest na sprzedaż

Lubię czasem wrócić do starszych filmów. Ostatnio przyszła pora na odświeżenie twórczości Adriana Lyne’a i jego „Niemoralnej propozycji” (1993). Śledząc filmowe poczynania Lyne’a można mieć wątpliwość, czy wszystko z nim w porządku. Przeszło 70-letni reżyser ma w swoim dorobku kilka filmów traktujących o trudnych relacjach damsko-męskich. Problem jednak w tym, że żadna z tych relacji nie jest zbyt normalna. W „Dziewięć i pół tygodnia” (1986) główny bohater dąży do całkowitej dominacji nad swoją partnerką. W „Fatalnym zauroczeniu” (1987) Michael Douglas jako Dan Gallagher musi radzić sobie z obsesją byłej kochanki. W „Lolicie” (1997), będącej ekranizacją prozy Nabokova, oglądamychorą relację podstarzałego mężczyzny ze swoją nastoletnią pasierbicą. Z kolei „Niemoralna propozycja” (1993) to dzieło, które stara się odpowiedzieć na odwieczne pytanie, czy za pieniądze można wszystko kupić. Widzimy więc młode małżeństwo, przed którym w cudowny sposób pojawia się rozwiązanie ich problemów finansowych. Ale po kolei. Diana (Demi Moore) i David (Woody Harrelson) są w sobie bardzo zakochani i stanowią małżeństwo, które obiektywnie można uznać za udane. Ona jest agentem nieruchomości, on – dobrze zapowiadającym się architektem. Mieszkają w niewielkim domu, snując plany na przyszłość, budując nowy dom i spełniając własne marzenia. Spokój zostaje jednak bardzo szybko zachwiany i brak funduszy okazuje się poważną przeszkodą dalszej szczęśliwości. David wpada na szalony pomysł, by pojechać do Las Vegas i wygrać potrzebne pieniądze. Tam spotykają miliardera (Robert Redford), który składa im niecodzienną propozycję – w zamian za milion dolarów chce spędzić noc z piękną Dianą. Małżonkowie podejmują trudną decyzję, która ma zaważyć na ich dalszym życiu. Trudno jest zbudować dobry film na bardzo słabych fundamentach. W przypadku „Niemoralnej propozycji” mizerne podwaliny stanowi scenariusz, kulejący zarówno w prowadzeniu całej historii, jak i marnych dialogach. Po pierwsze: fabuła. Powiedzieć, że jest naiwna, to tak naprawdę nic nie powiedzieć. Schemat bowiem jest bardzo prosty: spłukana para, piękna kobieta, zafascynowany miliarder, seksualna propozycja, moralny dylemat. Łatwo jest powiązać jedno z drugim i domyśleć się, jak to wszystko się skończy. Po drugie: dialogi. Nie dziwi, że Amy Holden Jones za scenariusz do tego filmu zgarnęła Złotą Malinę. Rozmowy pomiędzy bohaterami nie mają w sobie żadnej iskry, nie stanowią błyskotliwej walki, są wyjątkowo pozbawione wyrazistości. Kiedy w tle rozgrywają się emocjonujące wydarzenia, my słyszymy z ust bohaterów puste slogany. Trudne wymiany zdań ograniczają się do drętwych zwrotów kierowanych do siebie nawzajem na zasadzie: „jeden o chlebie, drugi o niebie”. Trudno znieść beznamiętność słów, z jakich sklejone są dialogi. To z kolei prowadzi do marnych kreacji aktorskich. Scenarzystka nie pozostawiła zbytniego pola manewru dla swoich aktorów i rzuciła im raptem ochłap, z którego niewiele dało się wykrzesać. A szkoda, bo obsada zapowiadała widowisko. Na wysokości zadania stanęła tutaj tylko Demi Moore,...

Read More
Ten cały katolicyzm trudny jest do przeżycia
Sty28

Ten cały katolicyzm trudny jest do przeżycia

Domowe rozmowy małżeńskie prowadzą nierzadko do ciekawych wniosków. Jednym z ostatnich było stwierdzenie mojego lubego, że „ten cały katolicyzm trudny jest do przeżycia”. Początkowe oburzenie z mojej strony, pod tytułem „jak możesz tak w ogóle mówić?!” dość szybko ustąpiło miejsca zrozumieniu. Po chwili zastanowienia, która nie pomogła w znalezieniu żadnych sensownych argumentów przeciwnych tej tezie, musiałam z moim małżonkiem się zgodzić. To z kolei sprowokowało głębsze rozmyślenia nad tym, jak to właściwie z tymi różnymi katolickimi zasadami jest i dlaczego tak trudno żyć w zgodzie z nimi. Może życie człowieka wierzącego byłoby o wiele łatwiejsze bez tych wszystkich „rzeczy zabronionych”? Kto wie, być może wtedy więcej osób przekonałoby się do Boga. NIE DLA KAŻDEGO Nie czarujmy się – wiara katolicka i związane z nią podążanie szlakiem wytyczonym przez Magisterium Kościoła (pośrednio przez samego Jezusa) nie jest dla mięczaków i nie każdy może dać sobie z tym radę. Problem zaczyna się już od podstaw: miłuj Boga i bliźniego, jak siebie samego. Potem jest jeszcze bardziej pod górkę, a sam Dekalog to już w ogóle nic tylko rzucanie nam pod nogi coraz większych kłód: dzień święty trzeba święcić, nie kłamać, nikogo nie obgadywać, nikomu nic nie zabierać, nawet nie pragnąć za bardzo czegoś, co ma bliźni! Gwoździem do trumny jest moralność seksualna kształtowana na wzór podany przez Kościół: seks tylko po ślubie, pożycie małżeńskie tylko w zgodzie z naturą, żadnej antykoncepcji ani łóżkowych udziwnień. Wszelkie możliwe zakazy, nakazy i inne drogowskazy dotyczące tego, jak żyć w zgodzie z sumieniem, często są ponad ludzkie siły. Wydaje się, że Bóg bardzo wysoko ustawił poprzeczkę i człowiek nie dość, że ciągle ją zrzuca, to czasem w ogóle nie może jej dosięgnąć. To z kolei prowadzi do zniechęcenia – coraz trudniej jest nam podążać za katolickim nauczaniem. A kolejnym krokiem jest obrzydzenie – do Kościoła, że tak restrykcyjnie układa nam życie, a w końcu i nawet do Boga, że chce nam odebrać naszą wolność. KOŚCIÓŁ TERRORYSTA Wydaje mi się, że pierwszy problem polega na tym, że wielu ludzi postrzega zasady wyznaczone przez Ewangelię jako zamach na wolność. Kościół traktowany jest tutaj jako wróg, który coś chce odebrać, przywłaszczyć sobie. Zasady, zgodnie z którymi katolik powinien żyć, to nie tyle drogowskazy czy instrukcje, ale bezlitosne komendy, które trzeba nam wypełniać. Takie podejście rodzi bunt, bo przecież nikt nie lubi, kiedy dyktuje mu się, mu jak ma postępować. Nikt też nie lubi, kiedy coś mu się zabiera, a terrorystyczny Kościół dąży właśnie do tego, aby wszystko człowiekowi zabrać – całą z życia przyjemność, wszystko, co w tym życiu jest dobre, każde ułatwienie, jakie zagwarantował nam do tej pory postęp cywilizacyjny. WSZYSTKO MI WOLNO Teraz napiszę coś, co...

Read More
Co to jest szczęście?
Sty28

Co to jest szczęście?

Co to jest szczęście? Gdzie go szukać? Phil Bosmans mówi: „Ze szczęściem cza­sami by­wa tak jak z oku­lara­mi, szu­ka się ich, a one siedzą na nosie”. Czy rzeczywiście szczęście jest na wyciągnięcie dłoni? Być może wystarczy tylko rozejrzeć się dookoła? Każdy ma swoją definicję szczęścia. To, jak odczuwa się emocje, zależy od subiektywnego odbioru doświadczeń, które spotykają człowieka. Dla jednych jest to satysfakcja z pięcia się po szczeblach kariery i osiągania kolejnych awansów, dla innych uczucie pojawiające się podczas spędzania czasu z rodziną i przyjaciółmi. Co daje młodym ludziom poczucie szczęścia i gdzie go szukają? Zapytałam o to kilku znajomych, a ich odpowiedzi wcale mnie nie zaskoczyły – być może dlatego, że częściowo pokrywają się z tym, co sama bym odpowiedziała. Niektóre zagadnięte przeze mnie osoby wspomniały o Bogu, który jest dawcą szczęścia. To on uwrażliwia człowieka na jego odczuwanie, daje narzędzia, by je przeżywać i talenty, które można rozwijać, co prowadzi do spotęgowania tego uczucia. Jeden z moich kolegów – Oliwier (24 lata) – na moje pytanie odpowiedział w następujący sposób: „Mam 2 definicje szczęścia. Szczęściem ziemskim jest dla mnie moje życie – to że żyję, że mogę poznawać świat i ludzi. Wzrastać, dążąc do tego celu, w który wierzę, pragnę być jego częścią, a którym jest szczęście wieczne, gdzie spotkam Tego, który mnie powołał do tego życia. Szczęściem jest także codzienne przeżywanie mojego życia i to, w jaki sposób mogę z niego czerpać”. „Szczęście to miara tego, co możemy dać ludziom dookoła nas. Co sprawia, że jestem szczęśliwy? Odpowiedź jest prosta: miłość, muzyka, Bóg i przyjaciele” – tak z kolei wypowiedział się Mateusz (24 lata). Odmienną definicję ma moja koleżanka Justyna (28 lat) – świeżo upieczona mama. Jak każda kobieta posiadająca małe dziecko, cierpi na brak wolnego czasu i chwili wytchnienia. Według niej „szczęście to poczucie, że wszystko w życiu jest takie, jakie być powinno. Szczęśliwa jestem, gdy znajdę małą chwilkę dla siebie”. A co z realizacją swoich pragnień i celów? „Szczęście (według mnie) to uczucie samospełnienia, bycia potrzebnym. Człowiek został stworzony, by nieść szczęście innym ludziom. Co mi daje szczęście? Może to trochę egoistyczne, ale czuje się szczęśliwy, gdy spełniam wewnętrzne cele. Kiedy widzę, że moja dziewczyna się uśmiecha, bo sprawiłem jej radość lub gdy tylko mnie widzi. Kiedy osiągnę swój cel, kiedy czuję, że wykonałem kawał dobrej roboty i komuś tym samym pomogłem” – odpowiada Radek (19 lat). Lecz czym byłoby szczęście, gdyby nie bliskość i wsparcie ze strony tych, na których najbardziej zależy człowiekowi – jego rodziny i przyjaciół? Małgosia (23 lata): „Szczęściem jest mieć szczęśliwą rodzinę, osobę, która cię kocha. Ponad to jest ono dla mnie również spełnianiem się zawodowo oraz posiadaniem przyjaciół,...

Read More
Recepta na szczęście – endorfiny
Sty28

Recepta na szczęście – endorfiny

Ludzie od wieków próbowali odkryć tajemnicę ludzkiego organizmu. Godzinami dumali nad budową człowieka i starali się zrozumieć zachodzące w nim zmiany. Rozwój techniczny powoli szedł do przodu i dzięki niemu, choć dopiero w 1975 roku, odkryto endorfiny – szczęście, które samemu można wytworzyć. Endorfiny (hormon szczęścia) to jeden z hormonów wytwarzanych w przysadce mózgowej. Bezpośrednio wpływa na samopoczucie człowieka – jego obecność powoduje uczucie szczęścia, radości i gotowość do działania. Dodatkowo łagodzi ból poprzez tłumienie jego odczuwania. Ciekawe jest to, że humor można poprawić sobie – ot tak – w każdej chwili. Wystarczy sprawić, by poziom endorfin w organizmie się podniósł. A jak to zrobić? Oto kilka pomysłów. Śmiech od dawien dawna kojarzony jest z uczuciem zadowolenia i radości. Tak jest i w tym przypadku. Lepsze samopoczucie może zapewnić solidna dawka śmiechu, a dla tych, którzy akurat nie mają na to ochoty, wystarczy sama myśl o nim. Wiele osób uśmiecha się, gdy widzi innych śmiejących się ludzi. Nic w tym dziwnego, bo hormon szczęścia uwalnia się już podczas samego patrzenia na śmiech. Kolejnym sposobem na poprawienie sobie samopoczucia jest wysiłek fizyczny. Ostatnio można się spotkać również z tego typu leczeniem sugerowanym przez terapeutów osobom chorym na depresję – obowiązkowo 30 minut ćwiczeń dziennie. Wbrew wszystkim spekulacjom, oprócz zmęczenia i bólu (jest on jednak często zagłuszany przez zwiększoną dawkę endorfin – ten proces można zaobserwować przy trudnych rozgrywkach, gdy sportowcy pokonują wszelkie bariery na drodze do złotego medalu) człowiek odczuwa nagły przypływ sił i energii. Co kto lubi. Ja wolę zjeść czekoladę, która również zbawiennie wpływa na nastrój poprzez znajdujące się w niej składniki psychoaktywne. Podobnie działają ostre przyprawy, które drażnią przełyk, wywołując pieczenie, co stymuluje mózg do działań mających na celu łagodzenie tych objawów. W efekcie produkowane są hormony, których zadaniem jest osłabianie bólu – do akcji ruszają więc endorfiny. Szczęście, tak jak i miłość, ma swój zapis chemiczny. Właśnie podczas przeżywania uczucia zwanego miłością („odurzenie” drugą osobą, brak apetytu, motyle w brzuchu) produkowane są endorfiny. Tak samo jest z seksem, w czasie którego wyrzucane są ogromne ilości endorfin powodujące stan przypominający ekstazę. Dlaczego ludzie, którzy spędzili urlop nad morzem są nie tylko opaleni, ale i szczęśliwi? Ponieważ oprócz tego, że zażywali kąpieli morskich, to również i słonecznych. Promienie słońca działają na organizm bardzo korzystnie – nie tylko poprzez produkcję witaminy D, ale również stymulację wydzielania hormonu szczęścia. Nic więc dziwnego, że w krajach, gdzie słońce widuje się bardzo rzadko liczba osób chorych na depresję i samobójców jest ogromna. Opcją dla leniwych jest słuchanie muzyki. Jak mówią naukowcy, wystarczy przez ok. 30 minut dziennie wsłuchiwać się w kojące, łagodne, przyjemne dźwięki, a ilość endorfin w organizmie wzrośnie i będzie...

Read More
Piąta Ewangelia
Sty28

Piąta Ewangelia

O czym w ogóle mowa? Przecież ewangelie są cztery, nie mniej, nie więcej. Otóż piątą ewangelią nazwać można z pełną odpowiedzialnością Ziemię Świętą znajdującą się oczywiście na terenie obecnego Izraela. Dlaczego tak właśnie uważam i w pełni popieram to określenie używane na przykład przez papieża Pawła VI? Piąta ewangelia dlatego, że uzupełnia pozostałe cztery w sposób można by rzec namacalny, fizycznie możliwy do zobaczenia. Przebywanie w Ziemi Świętej pozwala nam na lepsze zobrazowanie sobie prawdziwych realiów biblijnych nie naruszonych przez kulturowe naleciałości np. w Europie. Ktoś mógłby zapytać. Jakie naleciałości? Przecież święta Bożego Narodzenia kojarzą się w większości ze śniegiem (chociaż to ostatnio akurat zmienia się w Polsce wraz z klimatem…), uroczystą kolacją, przejedzeniem, miłym lub niemiłym spotkaniem rodzinnym no i z grubym Panem z białą brodą w czerwonym ubraniu, a Święta Wielkanocne, to tylko jedzenie jajek i wyjście ze święconką. To wszystko przyćmiewa prawdziwy sens świąt i świętowania. Często nie mamy wyobrażenia jak naprawdę wyglądał świat i otoczenie Jezusa, a to bardzo ułatwia zrozumienie ewangelii i pozwala odkryć nowe wcześniej nie zauważalne przesłanie w Słowie Bożym. Przede wszystkim, pozwala lepiej dostrzec autentyczność biblijnych wydarzeń,  że nie miały one miejsca w jakimś bajkowym świecie, który znajduje się gdzieś tam na końcu świata, tylko właśnie w naszym świecie i możemy przebywać w tych samych miejscach, oglądać je i poznawać. Sam termin Ziemia Święta może być rozumiany na dwa sposoby. Może być nazywana Piątą Ewangelią ze względu na to, że uzupełnia pozostałe cztery ewangelie, albo ze względu na to, że jest uświęcona fizyczną obecnością Jezusa Chrystusa w danych miejscach. Można rozumieć go także w sposób geograficzny, czyli taki, gdzie miały miejsce opisane wydarzenia biblijne, wtedy byłyby to także tereny Grecji, Turcji, Iranu, Iraku, Libanu, a nawet Rzymu.  A jak to jest z tymi miejscami? Dzielą się na prawdziwe, prawdopodobne i nieprawdziwe. Te prawdziwe, to takie które zostały na przykład zniszczone lub nie przetrwały do dzisiejszych czasów w stanie początkowym, ale w jakiś sposób może być potwierdzona autentyczność ich lokalizacji. Dobrym przykładem może być tutaj zniszczony przez Rzymian Grób Pański, czy Golgota, a zrobili to, żeby po prostu zatrzeć ślady świętego miejsca. Nie do końca im to jednak wyszło, bo w ten sposób oznaczyli je na kolejne setki lat. Miejsca prawdopodobne to oczywiście te w których mógł być Jezus Chrystus, ale nie znana jest ich dokładna lokalizacja, chociaż można by się spierać czy taka dokładność co do metra ma dla nas katolików tak wielkie znaczenie. Przykładem może być kościół Dominus Flevit nawiązujący do płaczu Jezusa nad Jerozolimą, nie wiadomo, czy miało to miejsce gdzieś w okolicy tego kościoła, czy w odległości kilkuset metrów.  Mogą być też miejsca nieprawdziwe, którym tylko przypisuje się...

Read More

Szczęście wieczne czy doczesne?

Historia chrześcijaństwa zna bardzo dobrze konflikt między tym, co ziemskie i ulotne a tym, co duchowe i wieczne. Czy ze szczęściem jest tak samo? Czy dążenie do szczęścia wiecznego wyklucza radość z życia tu, na ziemi? Jednym z podstawowych założeń chrześcijaństwa jest to, że Bóg nie chce dla człowieka cierpienia i śmierci. Aby zaufać Stwórcy, musimy przyjąć, że Jego celem nie jest wykorzystanie nas, ale doprowadzenie ludzi do stanu pełnego zaspokojenia naszych potrzeb i spełnienia duchowego. Różne prądy w teologii, motywowane nieraz dualizmem, zaczęły jednak negować wartość szczęścia doczesnego jako niewartego trudu i zachodu, gdyż zdaniem ich przedstawicieli życie człowieka na ziemi to jedno wielkie pasmo nieszczęść, które służą tylko i wyłącznie temu, by zasłużyć na Niebo. Z drugiej strony nurty laickie często widzą w wierze właśnie przeszkodę do osiągnięcia szczęścia w tym życiu. Kto w tym sporze ma rację? Sięgnijmy do Biblii. ROBOTNIK I WŁADCA Zacznijmy od podstaw, czyli od tego, jaki był cel i zamysł Boga przy stwarzaniu człowieka. Czyli idziemy do Księgi Rodzaju, gdzie mamy dwa opisy stworzenia ludzi. Pierwszy (1, 26-31) jest bezpośrednio powiązany z opisem stworzenia świata (1, 1-25). Bóg stwarza najpierw świat czysto materialny – jednak ani światło, ani morze nie zasługują na to, by nazwać je dobrym. Fraza „A Bóg widział, że były dobre” pojawia się dopiero po wyłonieniu suchego lądu i pierwszego życia – roślin (1, 12). Wniosek: dobro w pojęciu Boga to życie, a nie martwota. Przejdźmy do pierwszego opisu stworzenia człowieka. Cel jest jasny: „Uczyńmy człowieka na Nasz obraz i podobnego Nam. Niech panuje nad rybami morskimi, nad ptactwem powietrznym, nad bydłem, nad ziemią i nad wszystkimi zwierzętami pełzającymi po ziemi” (1, 26). Bóg zarówno mężczyznę , jak i kobietę tworzy jako panów całego istniejącego świata – tak ożywionego, jak i nie. Gdy człowiek upada, grzeszy, jego władza odbija się na stworzeniu – ziemia (hebr. adamah) jest przeklęta ze względu na Adama (3,17). Po stworzeniu, Bóg daje ludziom nakaz, aby byli płodni i rozmnażali się (1, 27). A więc w pierwotnym Bożym zamyśle życie rajskie, szczęśliwe nie oznaczało życie aseksualnego! Człowiek jest stworzony także do osiągnięcia zaspokojenia w tej sferze. Bóg chciał widzieć Eden pełen ludzi (i być może tak było, a Adam i Ewa symbolizują bohaterów zbiorowych, skoro Kain chciał mieć ochronę przed innymi ludźmi – 4, 13). Celibat nie jest z tym sprzeczny – wszak nie jest rezygnacją z jakiejś gorszej drogi, ale poświęceniem jednego dobra (rodziny) dla dobra wyższego (służba Bogu). Istotny jest obraz łańcucha pokarmowego w Rdz 1, 30 – panuje powszechny wegetarianizm. Nawet wszystkie zwierzęta są roślinożerne. To stan pierwotnej, doskonałej harmonii, gdy żadne stworzenie nie dąży do krzywdy drugiego. Dopiero po Potopie pojawia...

Read More
Jedyna słuszna opcja?
Sty28

Jedyna słuszna opcja?

Dziś nie wypada być nieszczęśliwym. Po prostu nie i już. A gdyby przemknął ci przez myśl, zachowaj Boże, taki straszny pomysł, to w pogotowiu zawsze czeka cały sztab specjalistów gotowych pospieszyć z pomocą twojemu zagrożonemu szczęściu. I jak tu nie być szczęśliwym? Kiedy mówimy o szczęściu, to przed oczami pojawia mi się klasyczny obrazek zza oceanu. Kiedy ktoś pyta Amerykanina, jak się miewa, ten zawsze odpowiada z hollywoodzkim uśmiechem, że świetnie. W rzeczywistości może być zupełnie inaczej, jednak nie wypada przyznać się przed kimś, nawet dobrym znajomym, że czegoś mu brakuje, albo coś się nie udało. Nie ma takiej opcji. Współczesna popkultura, bazująca ochoczo na amerykańskich wzorcach, wszczepia również nam przekonanie, iż każdy obligatoryjnie musi być szczęśliwy. Tu i teraz. A jeżeli tak nie jest, to koniecznie trzeba z tym coś zrobić. I to za wszelką cenę. Wtedy taki biedny człowiek rzuca się w pogoń za tym całym szczęściem, cokolwiek pod tym pojęciem rozumie i nie spocznie, dopóki go nie znajdzie. Chyba, że w którymś momencie stwierdzi, że ma już dosyć tego szaleństwa… KOŁOWROTEK Pragnienie szczęścia jest samo w sobie dobre i naturalne. Złożył je w naszych sercach (oraz zapewne mózgach) sam Bóg. Wyraża ono także wielką tęsknotę człowieka za pierwotną, nieskażoną niczym zażyłość ze Stwórcą, jakiej doświadczali w Edenie pierwsi ludzie. Niestety po drodze ludzkość zdążyła narobić mnóstwo głupot oraz uwierzyć w całą masę bzdur. I tak oto pojawiło się przekonanie, że człowiek ma prawo być szczęśliwy (to się akurat zgadza), a prawo wkrótce stało się obowiązkiem. Do tego jeszcze należałoby dodać kwestię skrajnego egocentryzmu, bo to przecież ja mam być szczęśliwy, a resztę świata mam w poważaniu. W ten sposób człowiek sam skonstruował sobie kołowrotek, wszedł do niego, zaczął biec i nie bardzo wie, jak się z tego wszystkiego wyplątać. MYDLANE BAŃKI Kolejny problem to definicja szczęścia, jaką się nam wmawia. Bazuje ona na popędach, najprostszych potrzebach i łatwym ich zaspokajaniu. Chcesz coś mieć, to sobie to kupujesz, zużywasz, a następnie wyrzucasz. Klient płaci, klient wymaga, więc ma być szybko, miło oraz profesjonalnie. Za pieniądze nabywa się odrobinę przyjemności, ułudę szczęścia, która po chwili pryska jak bańka mydlana i zostawia takiego biednego „szczęściarza” z poczuciem dotkliwej pustki, domagającej się zapełnienia, przeważnie tymi samymi bodźcami, tyle że z większą intensywnością. Coraz więcej, coraz mocniej, coraz częściej, aż w końcu dochodzi się do muru, z którym nie ma już nic. Przymus szczęścia zapędza w kozi róg, a wydostać się z niego graniczy z cudem. ZGODA NA TĘSKNOTĘ Na szczęście – nomen omen – nie musi stać się to udziałem wszystkich. Warto uświadomić sobie, że pełnia szczęścia na ziemi nie jest po prostu możliwa. Wiele może się udać, można spełnić...

Read More
Dlaczego włosy i broda rosną cały czas, a brwi i rzęsy nie?
Sty28

Dlaczego włosy i broda rosną cały czas, a brwi i rzęsy nie?

Pytanie zawarte w tytule to jedna z tych kwestii, których każdy jest świadom, ale równocześnie takie pytania nas zaskakują. No bo przecież i tu włos, i tu włos, więc dlaczego jeden trzeba ścinać, a drugi sam przestaje rosnąć? Z tego artykułu dowiecie się przede wszystkim: czy to prawda, że brwi i rzęsy nie rosną powyżej pewnej długości? Jakie fazy wzrostu mają włosy i czy wszystkie są takie same? Jak szybko rośnie włos? Czy istnieje jego maksymalna długość? Wracając do pytania z tytułu: wszystkie włosy rosną, ale tylko niektóre z nich potrafią dorosnąć do swojej maksymalnej długości. Dlaczego tak się dzieje? Otóż w każdym miejscu naszego ciała rosną trochę inne włosy. Różnią się one od siebie długością swoich cykli życiowych, tempem wzrastania oraz czasem trwania fazy wzrostu. Na razie może brzmieć to skomplikowanie, ale zaraz postaram się wszystko dokładnie wyjaśnić.  Zacznijmy od początku, czyli od omówienia cyklu życia włosa, który jest dosyć oczywisty: utworzenie ‒ wzrost ‒ słabnięcie ‒ śmierć (czyli wypadnięcie). Co ciekawe, długość cyklu jest różna, ponieważ wynosi ona w przypadku brody 5‒10 lat, włosa na głowie ‒ 4‒7 lat, a brwi i rzęs ‒ zaledwie 8‒12 miesięcy. W całym cyklu wyróżniamy trzy fazy. FAZA WZROSTU Co ciekawe okres ten w odniesieniu do włosa na głowie trwa krócej u mężczyzn, bo tylko 2‒4 lat, podczas gdy u kobiet zajmuje on 4‒6 lat. Natomiast brwi i rzęsy są w tej fazie 4‒6 miesięcy. W tym czasie następuje najszybszy przyrost ‒ w przypadku włosów na głowie ok. 15 cm na rok. Jednocześnie w tym stadium rozwoju znajduje się ok. 80‒90% włosów na naszej głowie oraz twarzy, ale tylko ok. 40% na naszych skroniach i powiekach. FAZA PRZEJŚCIOWA Jest najkrótsza, bo trwa zaledwie od kilku dni do 2‒4 tygodni i znajduje się w niej tylko ok. 1% włosów. W tym czasie włos powoli traci kontakt ze swoim korzeniem. FAZA SPOCZYNKU W przypadku włosów na głowie trwa 3–4 tygodnie i dotyczy ok. 20% z nich, natomiast brwi oraz rzęsy są w tej fazie 6‒8 miesięcy, obejmując ok. 50‒60% całości. W tym okresie włos nie ma już kontaktu z korzeniem, ponieważ ten zaczął się regenerować. Łatwiej go też wtedy wyrwać. Gdy skończy się faza spoczynku, włos wypada (chyba, że wcześniej go wyrwaliśmy), robiąc miejsce dla swojego „następcy” wyrastającego z tego samego, zregenerowanego korzenia. Co ciekawe, z jednego korzenia może wyrosnąć nawet do 12 włosów jednocześnie (!), więc coś jest w tym stwierdzeniu, że jak wyrwiesz włos, to w jego miejsce wyrosną 2 następne. Obecnie są nawet prowadzone badania, które, wykorzystując powyższy fakt, walczą z łysieniem poprzez… wyrywanie włosów. Skoro już wiemy, jak wygląda i ile trwa cykl życia włosa, to podam Wam tempa...

Read More