O co chodzi z tym coachingiem?
Lut22

O co chodzi z tym coachingiem?

Coaching to coraz powszechniejsza forma skłaniająca ludzi do samorozwoju. Jest metodą, na której pracuje coraz więcej Polaków. Co to jest coaching i na czym polega? O tym rozmowa z Joanną Zientek. Emilia Ciuła: Opowiedz mi krótko o sobie. Co robisz na co dzień, od ilu lat pracujesz jako coach? Joanna Zientek: Jestem wieloletnim menadżerem korporacyjnym. Zarządzanie ludźmi było dla mnie dużym wyzwaniem i zarazem satysfakcją.  Jako szef szukałam różnych metod rozwoju dla siebie i swoich ludzi. W 2004 roku trafiłam na pierwszy w życiu kurs coachingu, po którym zaczęłam używać metod coachingowych w zarządzaniu. Z czasem zaczęłam prowadzić indywidualne sesje coachingowe jednocześnie nie zaprzestając nauki. Uważam, ze metoda to jest dobra skuteczna i nastawiona na przyszłość i rezultaty, czyli wszystko to, co lubię. Na co dzień używam różnych form rozwojowych  prowadzę szkolenia, doradzam, konsultuje, czasami wykładam na uczelni, ale i tak najbardziej lubię indywidualne sesje z klientami.   Jak zaczęła się twoja przygoda z coachingiem? Coaching to taka moja 3 nutka zawodowa. Całe życie byłam szefem w dużych korporacjach. Kilka lat temu zdecydowałam , że chcę odpocząć od wielkiej odpowiedzialności menadżerskiej. Chciałam mieć więcej czasu dla dzieci i zaczęłam pracować jako trener biznesu. W miedzy czasie rozwijałam się jako coach. Nie ma polskiego odpowiednika nazwy coaching. Jest straszne zamieszanie jeśli chodzi o nazewnictwo i określenie, co to tak naprawdę jest. Postanowiłam sobie to uporządkować, chciałam się dowidzieć, czym on się różni od szkoleń, terapii i od działań rozwojowych. W takim razie, co to jest coaching? Coaching to pomoc ludziom w dokonywaniu zmian w taki sposób, w jaki tego oczekują oraz w podążaniu w kierunku, który obrali. Coaching pomaga ludziom na każdym poziomie ich życia, w stawaniu się tym, kim chcą i w byciu najlepszym jak to tylko możliwe. Jest to metoda pracy z klientami, która nie zawsze się sprawdza – zwłaszcza w Polce. Dlaczego? Po pierwsze, klienci nie wiedza co to jest, ciężko im to wytłumaczyć. Po drugie, nie są gotowi to takich metod pracy. Po trzecie, my w Polsce wolimy narzekać niż szukać rozwiązań. Co niestety blokuje ludzi i hamuje ich rozwój. Jednak są wyjątki. Czym różni się coaching od terapii? Dla jasności, terapia zajmuje się przeszłością – od dzisiaj do narodzenia wydarzyły się różne rzeczy, które w jakiś sposób wpływają na człowieka. Podczas sesji wraca do tych zdarzeń, analizuje się je, stara się im przyjrzeć i zaakceptować.  Tym coaching nie jest. Coaching nie jest również doradztwem, nie wolno mi, pracując metoda coachingową z klientem, mu doradzić. Jeśli podałabym mu moje rozwiązanie, które mnie się wydaje dobre, to ono będzie moje, nie jego. Coaching nie jest również uczeniem, nie uczy się klienta. Cała sztuka polega na tym, żeby...

Read More
Po co komu dziennikarze?
Lut22

Po co komu dziennikarze?

O współczesnym dziennikarstwie mówi się tylko na dwa sposoby: zachwycając się wolnością słowa lub płacząc nad niskim poziomem przekazów medialnych. Możemy się zastanawiać nad tym, jak to działa: czy to media ogłupiają odbiorców, czy raczej niski poziom intelektualny bezkrytycznej mass-publiczności powoduje, że dziennikarze już nawet nie muszą udawać, że starają się utrzymywać dobrą jakość przekazów. Możemy spierać się o to, którzy dziennikarze są rzetelni, a którzy nie oraz dzielić media na te bardziej i mniej zależne. Możemy również powielać jałowe spory o obiektywizm, walczyć o wolność i wysoki poziom mediów, ale… czy na dobrą sprawę współcześnie potrzebujemy jeszcze konwencjonalnych środków przekazu? Prawdziwi dziennikarze nigdy nie powiedzą tego wprost, bo któż plułby we własne gniazdo, ale wkroczyliśmy właśnie w erę, w której zatarł się wyraźny dotąd podział na celebrytów, środki masowego przekazu i publiczność. Dziś każdy z nas za pomocą mediów społecznościowych może zaistnieć w świadomości szerokiego grona odbiorców. Chcesz pokazać ludziom jak ćwiczysz? Wyjawić swe sekrety kulinarne? Przekazać autorski sposób wymiany dętki w rowerze? A może piszesz o związkach damsko-męskich? Tematyka jest drugorzędna. Właśnie dziś możesz spełnić proroctwo Andy’ego Warhola, który stwierdził, że w przyszłości każdy będzie sławny przez 15 minut. To jest twój czas! Domorośli komentatorzy życia publicznego, modelki-amatorki… Któż z nas nie ma w znajomych choć kilku takich osób? Szybko zdobywają popularność, zaskarbiają sobie przychylność odbiorców i robią karierę na portalach społecznościowych, tworząc coś w rodzaju minishow-biznesu. Czy w czasach, w których każdy ma w ręku narzędzia pozwalające dotrzeć do ludzi na całym świecie, jest jeszcze miejsce na osoby, które będą nam mówiły, jak mamy żyć i co powinniśmy myśleć? Przyczyn upadku prestiżu współczesnego dziennikarstwa doszukiwałbym się w tym, że obiektywizm w mediach kończy się na prognozie pogody. Wszystkie inne treści muszą zgadzać się z linią programową redakcji. Nie ma już prawdziwej polemiki na łamach prasy, bo wszystkie dyskusje opierają się na wielkich emocjach i za każdym razem prowadzą ostatecznie do argumentów ad personam. A sami dziennikarze? Znikają bezpowrotnie prawdziwi „artyści słowa”, rzetelni i odpowiedzialni za prezentowane treści. Ci, którzy tworzą z prawdziwym kunsztem i smakiem, nie zyskują uznania od odbiorcy spragnionego taniej sensacji. Współczesna publicystyka i programy typu talk-show ukierunkowane są już tylko na show, zamiast na rzeczową dyskusję. Nie liczy się to, co ma do powiedzenia gość audycji. Istotne jest tylko to, by nadąć ego prowadzącego i dać mu szansę na bycie gwiazdą. O ile w programach rozrywkowych ma to jeszcze jakiś sens, o tyle w politycznych stają się kanałem indoktrynacji mas. Czasem mam wrażenie, że dziennikarze w pewnym momencie swojej kariery biorą sobie do serca motto taty Rysia z „Czasu surferów”, który powiedział że życie to wielka impreza – rób wszystko, żeby nie być...

Read More
Bękarty na Dzikim Zachodzie
Lut22

Bękarty na Dzikim Zachodzie

Wielka szkoda, że Tarantino ma nakręcić jeszcze tylko dwa filmy w karierze. Tym bardziej, że „Nienawistna ósemka” pozostawia niedosyt i – chociaż powoduje skrajne recenzje wśród krytyków wszelkiej maści – to dla fanów reżysera będzie to wyśmienita rozrywka. Zapewne wielu nie mogło się doczekać premiery najnowszego, już ósmego filmu Quentina Tarantino. Tym razem reżyser bierze na warsztat western. Jednak zamiast pustynnych krajobrazów, pękających od słońca ust i wypieków na twarzach bohaterów dostajemy morderczą śnieżycę i łowców głów. Jednym z nich jest John Ruth (Kurt Russel), który do Red Rock wiezie w swoim powozie znaną morderczynię, bardzo złą kobietę, Daisy Domergue (Jennifer Jason Leigh), która poszukiwana jest martwa, albo żywa. Na swojej drodze spotykają innego łowcę, Majora Marquisa Warrena (Samuel L. Jackson), który również ma swoje sprawunki w mieście i potrzebuje podwózki. Zgodnie z zasadą, że im więcej, tym weselej, zgarniają po drodze również samozwańczego Szeryfa Chrisa Mannixa (Walton Goggins). Zmuszeni przez śmiercionośną śnieżycę, zatrzymują się w „Pasmanterii Minnie” gdzie czeka już na nich kilku nieznajomych: Bob (Demian Bichir), który opiekuje się lokalem pod nieobecność właścicieli, kat z Red Rock Oswaldo Mobray (Tim Roth), kowboj Joego Gage'a (Michael Madsen) i były konfederacki generał Sanford Smithers (Bruce Dern). Sytuacja się zagęszcza, kiedy John Ruth zaczyna podejrzewać, że jeden z nieznajomych jest w zmowie z jego więźniarką. Reżyser ma bardzo ciekawą formę ekspresji, która ma zarówno wiernych fanów, jak i zagorzałych przeciwników. Chodzi tutaj o dialogi, które w filmach Tarantino zdecydowanie dominują. Słowne potyczki pomiędzy bohaterami to swego rodzaju znak rozpoznawczy twórcy, dlatego dziwią opinie, że film jest „przegadany”. On właśnie taki ma być i trudno mieć pretensję do reżysera, że zdecydował się nakręcić film po swojemu. Natomiast same dyskusje protagonistów, przeplatane wzajemnymi uszczypliwościami są poprowadzone z wyczuciem i wciągają odbiorcę. Błyskotliwe odpowiedzi na błyskotliwe pytania stają się prawdziwą szermierką, w której jednak trudno wyznaczyć zwycięzcę. Bo kiedy szala przechyla się na korzyść jednego bohatera, przychodzi kontra i punkt dla przeciwnika. Jednak nie tylko o dialogi się tutaj rozchodzi. Tarantino bardzo przemyślanie dobiera aktorów. W tej kwestii trochę się wycwanił – sięga bowiem po twarze znane i już przez niego sprawdzone. Tim Roth i Michael Madsen świetnie sprawdzili się we „Wściekłych psach” (1992). Samuel L. Jackson z kolei zagrał w aż pięciu filmach reżysera (najlepsze kreacje w „Pulp Fiction” i „Jackie Brown”) i za każdym razem pokazuje prawdziwą klasę. Swój debiut u Tarantino zaliczyli natomiast Kurt Russell, Demián Bichir, Jennifer Jason Leigh i… Channing Tatum. Ten ostatni, chociaż wydawało się, że na planie filmu znalazł się chyba przez przypadek, spisał się w swojej roli całkiem dobrze. Co nie zmienia faktu, że do wczesniej wymienionych gwiazd sporo mu brakuje. Najbardziej zaskakuje – w...

Read More
Kodeks dziennikarza
Lut22

Kodeks dziennikarza

Wbrew pozorom dziennikarze mają zasady. Są one zawarte w prawie prasowym. Jako że różni redaktorzy trzymają się rozmaitych reguł – bo są również i te niepisane w każdej redakcji – warto zapoznać się z tymi zapisanymi, które obowiązują każdego dziennikarza. Każdy, kto rozpoczyna pracę w tym zawodzie albo chciałby to zrobić, musi przeczytać ustawę Prawo prasowe. Obojętnie, co sobie potem o niej pomyśli, ale znać musi. Dziennikarza powinien zainteresować też drugi podobny akt prawny – ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych. Uzupełni ona jego wiedzę przede wszystkim w kwestii plagiatów i tego, co z nimi związane. Prawo prasowe to stary akt prawny – został on przyjęty w 1984 r., a więc jeszcze w PRL-u, a później był tylko nowelizowany. Mimo że ta ustawa nie powinna rodzić pola do interpretacji, to jednak… znajdzie się w niej kilka niedookreśleń, z których dziennikarze chętnie korzystają, a których prawnicy nie zmienią, bo są dla wszystkich wygodne. PODSTAWOWY SZACUNEK Ustawa przywołuje 3 bardzo ważne zasady, bez których nie można mienić się dziennikarzem. Są to zasady zapisane, ale nie ma chyba redakcji, w której nie byłyby one po prostu oczywistością. Redaktor musi „zachować szczególną staranność i rzetelność przy zbieraniu i wykorzystaniu materiałów prasowych, zwłaszcza sprawdzić zgodność z prawdą uzyskanych wiadomości lub podać ich źródło”, ponadto należy do jego obowiązków ochrona „działających w dobrej wierze informatorów i innych osób, które okazują mu zaufanie” i dbanie o poprawność językową między innymi poprzez nieużywanie wulgaryzmów (art. 12). Dziennikarz nie ma obowiązku podania danych informatora i w redakcjach jest na to kładziony duży nacisk – wręcz jest to zabraniane. Sam redaktor powinien oczywiście znać te dane (nie brać pod uwagę anonimów), jednak jeśli taka osoba sobie tego życzy, należy zachować je tylko i wyłącznie do wiadomości redakcji. Z mojego doświadczenia wynika, że ludzie często nie chcą podawać swojego nazwiska, ale w momencie informowania ich, że nie będzie one opublikowane, zgadzają się przedstawić. INFORMACJA PUBLICZNA Każdy obywatel ma prawo dostępu do informacji publicznej – gwarantuje mu to ustawa z 2001 r. o podobnej nazwie. Dziennikarze, działając w interesie obywatela, mogą przekazywać wszelkie informacje dotyczące działalności organów publicznych lub pełniących funkcje publiczne. Mogą np. prześwietlać oświadczenia majątkowe urzędników państwowych (co zwykle robią, dodając do tego kąśliwy komentarz) i relacjonować posiedzenia rad wszystkich szczebli – krajowych, wojewódzkich, powiatowych, miejskich, gminnych. Radny nie może zakazać dziennikarzowi robienia mu zdjęć podczas sesji Rady Miejskiej, nikt też nie może wytknąć mu cytowania i nagrywania wypowiedzi wszystkich osób uczestniczących w takim zebraniu. Prawo prasowe mówi, że przedsiębiorcy i „podmioty niezaliczone do sektora finansów publicznych” (osoby prywatne, firmy) oraz instytucje „niedziałające w celu osiągnięcia zysku” (fundacje, stowarzyszenia) muszą udzielać prasie informacji o swojej działalności, o ile...

Read More

Na Północy wcale nie jest zimno

Jaki wpływ na twoje życie ma temperatura i to, ile dni w roku słupek rtęci znacznie przekracza temperaturę powyżej zera? Reżyser Dany Boon w wyrazisty i zabawny sposób pokazuje, że dla niektórych może to być jedyny wyznacznik szczęścia. Przy okazji ukazuje też, że uleganie stereotypom może być bardzo krzywdzące, a kłamstwo ma naprawdę krótkie nogi. Francuska komedia „Jeszcze dalej niż Północ” (2008), którą prawdopodobnie obejrzał co czwarty Francuz, w sposób lekki i przyjemny dla widza pokazuje, jak często sami utrudniamy sobie życie. Mocno przerysowane przykłady powierzchownego oceniania ludzi czy ukazanie, że praktycznie kłamstwo zawsze ma krótkie nogi i może przysporzyć nam znacznie więcej trudności, niż byśmy sobie tego życzyli – to właśnie kwintesencja tej produkcji. Ciekawostką jest również to, że w jednej z głównych ról zobaczymy samego reżysera filmu (wcześniej wspomnianego Dany’ego Boona). Naczelnik poczty – Philippe – pracujący na południu Francji zostaje oddelegowany do małego miasteczka na Północy. A z czym wszystkim mieszkańcom Południa kojarzy się ta straszliwa Północ? Oczywiście z zimnem, zamarzniętymi palcami u stóp i nieokrzesanymi, nieobytymi ludźmi mówiącymi innym dialektem, którego w ogóle nie da się przecież zrozumieć. Jeśli ktoś dostaje przeniesienie na Północ, to jest to praktycznie równoznaczne z nieustannym cierpieniem i chłodem. Naturalnie Philippe stara się uniknąć tego jak tylko może, wpada więc na (z pozoru) sprytny pomysł, który pozwoli mu ustrzec się przed wyrokiem związanym z przeniesienia do zimnej krainy. Niestety, jak później się okazuje, jedyne co udaje mu się zdziałać, to poważnie sobie zaszkodzić. Jego żona jest oczywiście mocno zdruzgotana wizją mieszkania razem z mężem w tym zdziczałym miasteczku, do którego jedzie, więc zostaje na ciepłym Południu. Niemniej jednak bardzo kocha męża i jak dalej się okaże, za wszelką cenę będzie chciała pomóc mu przetrwać 2 lata pracy z daleka od słonecznego wybrzeża. Cała historia potoczy się całkowicie nie po myśli biednego Philippe’a – w końcu zacznie plątać się w swoich kłamstwach, co wpędzi go w nie małe kłopoty. Dany Boon na pewno nauczy nas, że nie należy osądzać bliźnich po pozorach, a przede wszystkim plotkach i opowieściach innych, bo możemy być mocno zaskoczeni, gdy poznamy prawdę. „Jeszcze dalej niż Północ” wciąż wydaje się zaskakiwać w dobry sposób. Ci dzicy, nieokrzesani mieszkańcy Północy okazują się być ludźmi bardzo życzliwymi, gościnnymi i pomocnymi, a między nimi Philippe odnajduje się lepiej niż w domu. Do tego wcale nie mieszkają w kopalniach i nie jedzą obrzydliwych rzeczy jak myślą wszyscy z Południa. W końcu także pesymistycznie nastawiony główny bohater zaczyna dogadywać się z miejscowymi, ucząc się powoli ich specyficznego dialektu i przejmując zarówno ich zwyczaje, jak i sposób okazywania innym sympatii. Na pozór prosta fabuła dostarcza mnóstwa rozrywki. Być może porusza także panującą wśród...

Read More
Tabloid – Ciemna Strona Dziennikarstwa
Lut22

Tabloid – Ciemna Strona Dziennikarstwa

Dziennikarstwo jest jak Moc z „Gwiezdnych wojen” – jest wszędzie, otacza nas i pozwala nam jako tako żyć. Niestety, ma także swoją ciemną stronę i swoich Mrocznych Jedi – tabloidy. Nie wyobrażamy sobie obecnie życia bez dziennikarstwa w tej czy innej formie: dzięki gazetom, portalom internetowym, telewizjom poznajemy świat i dowiadujemy się  informacji niezbędnych do funkcjonowania w nim. Znamy teoretycznie kanony zachowania rzetelnego, prawdomównego, wyważonego i obiektywnego dziennikarza. To Jasna Strona, która jest może i dobra, ale śmiertelnie nudna dla niektórych. I stąd pojawia się na scenie dziennikarstwo brukowe, tabloidowe, rewolwerowe, Ciemna Strona, która kusi swoją poczytnością i prostotą formułowania przekazu… Czy jest ona skazana na sukces? Tabloid nasz powszedni Idziemy do kiosku, chcemy kupić bilet lub czasopismo. I musimy je zobaczyć – czerwone, tłuste litery, wielkie rozmazane niekiedy zdjęcia twarzy znanych i lubianych, krzykliwe tytuły, w których najwięcej miejsca zajmują wykrzykniki… Wyeksponowane na specjalnych wywieszkach, często z ciekawymi dodatkami tabloidy mają chyba najskuteczniejszą reklamę wśród obecnych na rynku czasopism. Jednocześnie są dość powszechnie uznawane za najczystsze zło, raka trawiącego prasę od zarania dziejów. Wynika to poniekąd z bardzo niskiego poziomu rzetelności tych tytułów. Bulwarówka ma się przede wszystkim sprzedać, następnie ma być często wspominana, a dopiero na trzecim czy czwartym miejscu przekazać informacje. Już sam format „Faktu” czy innego „Super Expressu” pozwala zauważyć, że nie jest to lektura, z którą można spokojnie siąść w domu. Arkusz jest mały, aby można było poczytać w miejscu zatłoczonym, przy okazji komentując treść. W tabloidzie proporcje są odwrócone – kultura obrazkowa zmusza do minimalizowania liczby literek a zwiększania powierzchni obrazków. Przy czym obrazki nie mogą być nudne i czarno-białe. Muszą przyciągać wzrok, a aby to osiągnąć stosują wolną amerykankę. Zdjęcia z miejsca zbrodni, ze śladami krwi? Za mało. Zdjęcia ofiar z symbolicznym czarnym paskiem na oczach? Świetnie! Brakuje takowych? To inscenizacja komputerowa. Także język tabloidu różni się od języka standardowej gazety. Pełno w nim przymiotników narzucających moralną ocenę prezentowanego wydarzenia czy zjawiska. Bill Gates nie jest bogaty a „obrzydliwie bogaty”, przestępca (a raczej „zbrodniarz”) zawsze „podstępny”, „bezlitosny”, ofiara zaś „niewinna”, „bezbronna” i tak dalej. Wszystko jest przedstawione jednostronnie, by nie pozostawić czytelnikowi cienia wątpliwości, że przez wielkich tego świata został skrzywdzony prosty człowiek, a dzielny redaktor stanął w jego obronie. W Polsce bardzo często żerują tabloidy na absurdach urzędniczych, tworząc wśród czytelników postawę niezadowolenia i wręcz wrogości wobec państwa, a zwłaszcza jego reprezentantów. Kto kiedykolwiek przeczytał w bulwarówce o dobrym pracowniku administracji państwowej? Dobro nie interesuje tego typu dziennikarzy, żyją głównie z pokazywania zła, więc i rzeczywistości, jakie przedstawiają swoim czytelnikom najczęściej przypominają karykaturę świata realnego. Jednocząc w złym Aby osiągnąć dobre wyniki sprzedaży tabloid musi dotrzeć do jak najszerszej masy odbiorców....

Read More
Dlaczego warto pomagać?
Lut22

Dlaczego warto pomagać?

Czy zdarzyło ci się kiedyś poczuć nagłą wewnętrzną potrzebę pomagania innym? Nie ważne komu i w jaki sposób, byle pomagać, tak po prostu. A może była to zaplanowana i dobrze przemyślana pomoc? Może jest też tak, że nigdy na to nie wpadłeś lub uważasz, że to bez sensu i zmienisz zdanie, dopiero czytając ten artykuł. Niezależnie od twoich doświadczeń zapraszam cię do zadania sobie tego ważnego pytania! Nad chęcią pomocy nie należy się zbyt długo zastanawiać. Bardzo często znacznie trudniejszym wyzwaniem okazuje się zamiana chęci na konkretne czyny. W kwestii pomocy i pomagania innym tylko one tak naprawdę się liczą. Nie mówię, że musisz od razu zbawiać cały świat, bo tego po prostu nie da się zrobić i jedyne co grozi przy takiej postawie, to ciężka depresja. Chodzi o to, żeby zrobić cokolwiek. Niektórzy z pewnością reprezentują postawę, w której wydaje im się, że przecież sami nie są w stanie nic zrobić i ich czyny nie będą miały większego znaczenia – otóż jest wręcz przeciwnie. Każdy pojedynczy czyn jest ważny i się liczy, gdyż zrobienie czegokolwiek jest zawsze lepsze od nie zrobienia niczego. I jest to prawda uniwersalna dotycząca nie tylko pomagania bliźnim. A dlaczego w ogóle warto? Pomagając komuś, zawsze pomagasz też sobie. Nie ważne, jak bardzo byś się opierał i udawał przed sobą, że nie ma to na ciebie wpływu. Osoba, dla której zdecydujesz się zrobić coś więcej, zawsze wywoła w tobie jakąś zmianę i może się to stać na milion różnych sposobów. Pewne jest też, że w większości przypadków będzie to zmiana na lepsze – po prostu ty staniesz się lepszym człowiekiem, ucząc się od kogoś, na pozór słabszego, jak być silnym, jak się nie poddawać i dawać sobie radę w trudnych sytuacjach. Może się okazać, że pomagając komuś, odnajdziesz w sobie cechy, o których nie miałeś pojęcia albo takie, które nie były jeszcze dobrze wykształcone (empatia i wrażliwość na drugiego człowieka – tak bardzo potrzebna w naszym świecie!), a to na pewno wspomoże  pozytywne przemiany i budowanie charakteru. A co z motywacją? Jak robić to regularnie i z zapałem (nie tym słomianym!)? Wszystko zależy od formy pomagania, jaką wybierzesz i od tego, komu chcesz pomóc. Na pewno nie powinieneś robić tego na pokaz czy dla czyjejś wdzięczności, bo nie o to tutaj chodzi. Często może nie być podziękowań, a robiąc coś, szukając poklasku będzie to jak każdy inny zwykły czyn, wtedy twoja pomoc nie będzie różniła się od wyniesienia śmieci, czy zrobienia prania, a już na pewno nic tobie nie da, ponieważ nie będzie to do końca szczere. Jeśli postanawiasz zrobić coś dobrego, nie powinno to płynąć z chęci zdobycia podziwu innych ludzi. Jak mądrze pomagać?...

Read More
Nie kieruj się sercem
Lut22

Nie kieruj się sercem

Jest to trudne do przyjęcia dla współczesnego człowieka, którego świat wciąż pyta o uczucia i wmawia, że najważniejsze jest życie pod dyktando serca. W filmach, serialach, książkach, wypowiedziach popularnych osób można spotkać się z przekonaniem, że zawsze należy się nim kierować. Według nich, jeśli nie wiesz, co robić – zajrzyj w głąb siebie i spytaj, co czujesz. Nic bardziej mylnego. Ustalmy najpierw, co znaczy kierować się sercem. Mówimy wszak o pewnej symbolice, a nie organie pompującym krew. Według niej serce, które jest gorące, stoi zawsze w opozycji do chłodnego rozumu pojmowanego jako czyste wyrachowanie. Rozróżnienie to od razu wprowadza nas w błąd i nie ma w nim miejsca dla moralności. Nie może ona się mieścić ani w sercu, które będąc siedliskiem uczuć, wyłącznie nimi się kieruje i według nich rozpoznaje dobro i zło, ani w domenie rozumu, który waży zyski i straty. Dobrem według serca jest to, co wywołuje w nas pozytywne uczucia, w pewien sposób pociąga, żeby nie powiedzieć kusi. Jeżeli odczuwa ono przyjemność z powodu jakiejś rzeczy, wtedy uznaje ją za dobro. Z tego powodu nie ma w nim miejsca dla sumienia. Widać to wyraźnie na typowym przykładzie rodem z komedii romantycznych. Tani model miłości, który powtarza się w nich nazbyt często, można w skrócie opisać następująco: kobieta i mężczyzna są ze sobą od długiego czasu, jeżeli nie są małżeństwem to żyją jak małżeństwo. Nie układa się im, bo on jest nieudacznikiem, a kobieta przez to czuje się nieszczęśliwa. Następnie poznaje ona nowego mężczyznę, w którym ostatecznie się zakochuje, zostawiając byłego. Wszystko usprawiedliwiają uczucia, bo najważniejsze jest to, co czujesz. Gdyby model filmowy przełożyć na życie, to łatwo zauważyć, że uczucia potrafią wyjaśniać to, co sumienie nazywa zdradą i zaniedbaniem małżeństwa. Gdyby kierować się sercem, wtedy dobrem staje się zostawienie męża lub żony i pójście za kimś, przy kim aktualnie czujemy przyjemność – wszak naprawa związku małżeńskiego wymaga wysiłku, który nie wiąże się z przyjemnymi uczuciami. Jest to jeden z najbardziej czytelnych dla nas przykładów, ale podobne sprzeczności pomiędzy sercem a moralnością lub sumieniem pojawiają się w niemal każdej dziedzinie życia. Tymczasem… „Plami człowieka to co z niego wychodzi. Z wnętrza bowiem, z serca ludzkiego pochodzą złe myśli i nieczystości, i kradzieże, i zabójstwa, i cudzołóstwa, i chciwość, i przewrotność, i podstęp, i wyuzdanie, i zazdrość, i bluźnierstwo, i pycha, i głupota. Całe to zło pochodzi z wnętrza człowieka i czyni go nieczystym” (Mk 8, 20-22). Jak więc naprawdę wygląda podział na kierownictwo serca albo rozumu w prawdziwym świecie, a nie tym wykreowanym przez złych lub głupich ludzi? Serce to uczucia, a rozum… to nie wyłącznie rachowanie. Rozum przede wszystkim poznaje Prawdę, która może być wybrana przez...

Read More
Dyktat umowy społecznej
Lut22

Dyktat umowy społecznej

Co jakiś czas powraca w dyskusjach nad prawem czy moralnością hasło „umowa społeczna”. Zdaje się ona być swoistym dogmatem po wielu stronach sceny politycznej. Czy słusznie? Umową społeczną zajmowali się filozofowie wszystkich niemal epok. Miała być ona źródłem prawa, jego zaczątkiem, metodą utrzymania porządku społecznego… Czy jednak nie jest ona czasem stawiana na piedestale wyższym niż na to zasługuje? Pytanie to wynika z dwóch źródeł: pierwsza, to moja rozmowa na twitterze z dwoma panami, liberałami na temat aborcji, druga – wywiad, jakiego Onetowi udzieliła pani Bratkowska. Pierwsi twierdzili, że kwestię uczłowieczenia płodu może dyktować prawo w oderwaniu od nauk empirycznych, bo prawo nie z nimi nic wspólnego, za to ważna jest umowa społeczna. Pani Bratkowska zaś oskarżała biskupów o to, że prezentują swoje poglądy bez podparcia autorytetem (a jakże) umowy społecznej. Obrona mniejszości Zaskakującym jest sposób, w jaki na umowę społeczną powołują się zwolennicy idei raczej niszowych. Wybory w ubiegły roku pokazały, że lewica ma na razie w Polsce pod górkę, podobnie jak zwolennicy prawa minimalnego, stanowiącego jedynie gwarancję wykorzystania pełnych i niczym nieograniczonych swobód obywatelskich. Tak więc, lewica obyczajowa domaga się, by prawo opierało się na konsensusie, a nie obiektywnych źródłach naszej wiedzy o ludzkiej kondycji i biologii. Tylko taki układ gwarantuje zwolennikom aborcji, homoseksualizmu czy seksualnego wyzwolenia jakąś podstawę do wysuwania postulatów prawnych. Jeśli coraz więcej danych wskazuje na to, że się mylą, muszą odnosić się do opinii społecznej jako autorytetu nadrzędnego w demokracji. Niestety, bardzo często lewicowiec nie potrafi uwierzyć w to, że opinia społeczna nie jest skłonna umówić się tak, jak on chce. Z kolei dla liberałów umowa społeczna nabiera znaczenia symbolu, gdyż odrywa jednostkę od jakiegoś wyższego autorytetu, który narzucałby jednoznaczny kanon postępowania. Dane społeczeństwo może po prostu ustalić, jakimi zasadami będą się kierować jego członkowie. W ten sposób każdy jest wolny do znalezienia sobie takiej społeczności, która by mu odpowiadała, a jeśli zmienią się warunki, społeczność może dostosować do nich zasady moralne. Normy moralne ustalane są przez ludzi, którzy ewentualnie mogą odnieść się do Boga, ale nie mogą narzucić jej nikomu. Kto się umawia? Cały problem umowy społecznej rozbija się o twardy i niewzruszony mur realiów. Spytajmy na początek: co to jest „społeczeństwo”? Możemy otrzymać wiele odpowiedzi, ale na potrzeby dyskusji o umowie społecznej przyjmijmy, że społeczność oznacza grupę ludzi związanych pewną wspólną cechą, na przykład żyjących według tych samych zasad lub na tym samym terenie. Z tym, że tutaj można zauważyć rozbieżność teorii z praktyką. Czy Polacy są społeczeństwem – żyją wszak na jednym terenie i podlegają jednemu prawu? A jednak są miejsca i grupy, gdzie to prawo w sumie nie obowiązuje. Państwo stara się takie miejsca eliminować, a jednak nie jest...

Read More
Moja, twoja czy święta?
Lut22

Moja, twoja czy święta?

W dziennikarstwie prawda to wartość absolutna. Ale z czym to się je? Jest rzeczywiście tylko jedna prawda? A może każdy ma swoją? Stary dowcip opowiada o redaktorze, który przeprowadzał w Edenie wywiad z Panem Bogiem. Kiedy Stwórca skończył mówić, dziennikarz zwrócił się do węża, mówiąc: „A teraz wysłuchamy drugiej strony”. To dosyć jaskrawy przykład dziennikarskiego obiektywizmu, choć mnie osobiście on poruszył. Redaktor nie wysilił się co prawda przy myśleniu, ale za to skrupulatnie zadbał o dokładne przedstawienie całej sprawy. Rzetelność powinna bowiem być pierwszym przykazaniem dziennikarza. Coś poszło jednak nie tak i standardem stało się zdanie: „Telewizja kłamie”, przy czym telewizja to tylko symbol wszystkich innych mediów, którym już się nie wierzy. Na ile media nami manipulują? Czego oko nie widziało Wiedza stanowi nasze okno na świat. Dzięki niej kształtujemy swój światopogląd, przyjmujemy konkretne postawy oraz działamy. Zadaniem dziennikarzy jest przekazywanie informacji, by odbiorca dowiedział się czegoś nowego, a także uzyskał możliwie pełny obraz sytuacji. Zdarza się jednak, że pewnych treści się po prostu nie publikuje. Może to być np. przeciwstawny pogląd, albo okoliczności, mające istotny wpływ na wydźwięk całej sprawy. Jest to idealny sposób manipulowania świadomością, ponieważ przeciętny człowiek nie ma wyrobionego zdania w kwestii, o której istnieniu nie ma nawet bladego pojęcia. Prominentny przykład to wydarzenia ostatniego tygodnia w Niemczech. Próbowano tam zatuszować sprawę napaści na tle seksualnym na kobiety, jakie miały miejsce w noc sylwestrową. Problem wybitnie drażliwy, bo chodzi najprawdopodobniej o emigrantów (uchodźców?), dlatego media próbowały skierować uwagę opinii publicznej na inne wydarzenia. Dziennikarze są osobami decydującymi, o czym mówi w danym momencie cały kraj ponieważ to oni dokonują selekcji newsów, jakie trafiają do serwisów informacyjnych. A stamtąd do świadomości pozostałych zjadaczy chleba. Ochroną przed tą formą manipulacji będzie zwyczajne krytyczne myślenie i pytanie się: po co oni o tym mówią i co chcą w ten sposób osiągnąć? Płachta na byka Świat polityki to jeden z głównych obszarów zainteresowania dziennikarzy. Świetnie działa tu zresztą zasada popytu i podaży. Obywatele chcą wiedzieć, co wyprawia ich rząd, politycy potrzebują społecznego mandatu oraz poparcia, a łączącym ich ze sobą elementem są w znacznej mierze media. Od lat narzekamy na poziom debaty politycznej i ośmielam się twierdzić, że za tę mizerną jakość w dużym stopniu odpowiadają dziennikarze. Łatwo zorganizować program, gdzie spotkają się sprawni retorycznie (żeby nie powiedzieć agresywni) przedstawiciele dwóch nieznoszących się ugrupowań, którzy będą się wzajemnie obrażać, przekrzykiwać i nigdy nie dojdą do konstruktywnych wniosków. Na takie byki nie trzeba nawet specjalnie płachty. W ten sposób promuje się z jednej strony skrajności (wszak publiczna jatka jest nadzwyczaj atrakcyjna), a z drugiej zniechęca zwykłych obywateli do udziału w życiu publicznym, do kontroli polityków i rozliczania ich z mandatu...

Read More