„Aspergerowcy”
Kwi28

„Aspergerowcy”

Termin „niepełnosprawność”, jak sama nazwa wskazuje, określa osobę, która nie jest w pełni sprawna. Człowiek sam ustalił zasady, kto jest „normalny”, a kto – „inny”. Mało kto zdaje sobie sprawę, że niepełnosprawność to po prostu inny sposób funkcjonowania i postrzegania świata. Osoby z zaburzeniami ze spektrum autyzmu kojarzą się często z ludźmi wycofanymi, żyjącymi w „swoim świecie”. Jednym z zaburzeń, które zaliczane są do autyzmu jest zespół Aspergera. Różnica pomiędzy autyzmem a zespołem Aspergera (AS) jest taka, że u dziecka z AS mowa i zdolności są w normie intelektualnej, a w niektórych przypadkach nawet i powyżej niej. Nie znaczy to jednak, że dziecko, u którego zdiagnozowano autyzm, nie osiągnie sprawnego funkcjonowania w środowisku społecznym i nie poradzi sobie w dorosłym życiu. Jest wiele metod pracy z dziećmi autystycznymi, które otwierają je na innych ludzi, blokują „zafiksowania” i uczą mówienia o swoich potrzebach i relacjach w środowisku społecznym. Autyzm ma różne nasilenie, a zadziwiające jest to, że w niektórych przypadkach po prostu znika. Uważa się, że prawie 30-50% dorosłych osób z zespołem Aspergera nigdy nie zostało zdiagnozowanych. Często nazywa się takie osoby ekscentrykami bądź dziwakami.   Wiedza opisana w książkach to zazwyczaj doświadczenia i naukowców i ludzi obserwujących funkcjonowanie osób z autyzmem. Jak człowiek z zespołem Aspergera widzi rzeczywistość? Jak funkcjonuje w społeczeństwie? Jak wygląda jego emocjonalność i sposób myślenia? Na te wszystkie pytania odpowiada dokument Alyssy Huber – „Through Our Eyes: Living with Asperger’s”, w którym wypowiada się trójka młodych ludzi dotkniętych AS, w tym sama twórczyni dokumentu. Autorka informuje, że ok. 1% ludzkości ma tę przypadłość, dlatego tak ważne jest uczulanie ludzi na to, jak funkcjonują takie osoby. Dokument został podzielony na kilka części ukazujących sposób życia i odbiór świata przez osoby z AS. Alyssa opisuje swoje próby wyjścia do społeczeństwa. Stwierdza, że jest to bardzo trudne nie dlatego, że się boi, ale dlatego, że jej mózg funkcjonuje w inny sposób. Widzi swoją inność i różnice pomiędzy nią a innymi ludźmi. Jak sama mówi: „czasem czuję się, jakbym pochodziła z innej planety”. Autorka mówi, że intensywne światła, dźwięki itd. mogą być bardzo przytłaczające dla osób z AS. Również poznawanie nowych ludzi jest trudne, ponieważ „aspergerowcy” mają problemy ze zrozumieniem języka ciała oraz mimiki. Wiele ich zachowań jest po prostu próbą kopiowania świata. Katie McKellar (najlepsza przyjaciółka twórczyni dokumentu) opowiadając o momencie, kiedy dowiedziała się, że jest jedną z osób z zespołem Aspergera, myślała, że jest po prostu „idiotką”. Katie ma dużą nadwrażliwość na dźwięki. Nie potrafi tego kontrolować, więc doprowadza ją to do szaleństwa. Zwraca uwagę na najmniejsze szmery, takie jak tykanie zegara, latanie muchy, dźwięk ołówka piszącego po kartce czy upadku książki z ławki, dlatego jest taka...

Read More
„Jezus mógł zejść z krzyża, ale wolał powstać z grobu.”
Kwi28

„Jezus mógł zejść z krzyża, ale wolał powstać z grobu.”

Zdanie typowe dla Augustyna – wielkiego myśliciela, czciciela, ale przede wszystkim chrześcijanina. Obraz typowy dla Kościoła pierwszych wieków, a także mistyków lat późniejszych oraz ojców soborowych XX wieku. Ładnie brzmi, tak doniośle. Daje nadzieję na lepsze jutro – wzór nagrody za cnotę – jedną z trudniejszych do uzyskania – posłuszeństwo woli. Niby nic, a jednak coś. Choć czasem to coś to o wiele za mało. Skąd taki wniosek? Porusza to wielu, wiele osób dzięki temu żyje bądź żyło – równie tylu przyprawiło to o śmierć. I nie jest to przesada. Perpetua i Felicyta, ojciec Pio – z drugiej strony Nick Vujicic, ojciec Bashobora. Przykłady mnożą się w głowie, że jakby wszystkie je tutaj wypisać miejsca na księgi na całym globie by nie starczyło. Czy On wolał wstać z grobu? Czy nie prościej było zejść z krzyża? A co z modlitwą w Ogrójcu? Co z pytaniem o możliwość rezygnacji – czyż nie chciał zrezygnować? Chciał jak najbardziej – jak każdy normalny człowiek. Jednak w Nim było coś więcej co i teraz każdy ma z nas nie będąc tego świadomym. Wszyscy bowiem zostaliśmy zrodzeni z Ducha. Jeżeli nie przez chrzest to przez małżeństwo rodziców. Jezus miał Ducha, bowiem jest z Nim w komunii – podobnie jak nasi rodzice. Jednak czy Duch był sprawcą tego, że pozostał do końca? Myślę, że nie całkiem. Wola bowiem odgrywa tutaj znaczącą rolę – stąd ten determinizm u wielu towarzyszy Słowa. Słowo niby broń obosieczna zadało śmierć śmierci. Ironia. Czyżby? A któż tego miał dokonać jak nie On, Strażnik grobowej deski, który znał śmierć od początku, znał każdą jej tajemnice… Widział nawet moment, w którym wdarła się do łoża małżonków w Raju – nieodłączna kochanka ludzi. Strażnik grobowej deski – ironia. Ten, który przyniósł życie stał się Strażnikiem jego końca. To nie może być ironia – to przenajlepszy w świecie trick. Swoisty dance macabre. Już słyszę oburzenie, ale kto odwraca wzrok śmierci, gdy ludzie się nawracają? Kto kradnie tych, których nikt ukraść nie mógł? Dawca życia, który wychodzi ze śmierci. Nadal jest zgorszeniem – nawet większym niż u początku swej ziemskiej wędrówki. Wielu bowiem na dźwięk jego imienia ugina nam kolana, wrzuca w taniec, w którym Partner nas matuje i nie zezwala wejść weń. Nie ma jednak Mu równego, dlatego śmierć nawet nie zauważa, że cały czas tańczy z jednym Człowiekiem przez tyle miliardów istnień. Życie dał nie raz. Jednak wszyscy czekają na ten trzeci etap, gdy na głos Jego ust powstaniemy na wzór tego co sam w grobowcu uczynił. Ekscytacja sięga zenitu – żywi się cieszą, martwi liczą dni, godziny, lata. Pamiętaj człowiecze, że już nic ci nie grozi – popatrz za siebie. Co widzisz?...

Read More
Tradycje, nakazy religijne, stereotypy…
Kwi28

Tradycje, nakazy religijne, stereotypy…

Żyjemy, wierzymy, poznajemy nowych ludzi, nowe kultury, przyjmujemy nowe informacje… I tak non stop – od narodzin do śmierci. Już w gimnazjum wiemy więcej niż przeciętny człowiek jeszcze 150 lat temu. Jednak cały czas popełniamy podstawowy błąd w relacjach międzykulturowych – przenosimy zasady wynikające z kultury na obowiązki religijne. Najwięcej spotykamy wyznawców czterech religii. Związane jest to zarówno z modą jak i z geografią naszego regionu oraz ekspansywnością Europejczyków. Jednak nie każdy człowiek nadąża za całym światem, który gna coraz szybciej. Naturalne. Zobaczmy zatem co nas zaskoczy, a co wiedzieliśmy już od dawna. CHRZEŚCIJAŃSTWO Religia kulturowo nam najbliższa. Tutaj w wielu przypadkach kończy się wiedza większości Polaków, o Europejczykach nie wspominając. Osoby szczerze wyznające wiarę w trójjedynego Boga z każdej denominacji postrzegani są przez pryzmat tego, co kiedyś zasłyszeli bądź parę razy widzieli. I tak – zasadniczo jako katolik winienem być emerytem, bez z wykształceniem zawodowym lub co najwyżej średnim. Do tego bawić się w detektywa i śledzić wszystko, by za chwilę wytknąć: to sprawka Szatana. Wszystko w rytm Radia Maryja. Cóż – z żadnym z tych nie mam ja, ani szerokie grono moich znajomych, nic wspólnego. Poza tym – katolicy nie modlą się do świętych. Proszą ich o modlitwę, co oznacza świętych obcowanie. Wskazuje na to jedna z najpopularniejszych katolickich modlitw – ”Zdrowaś Maryjo”. Jeśli już jesteśmy przy tej modlitwie – różaniec nie jest tylko naszą domeną. Jest to dobro całego chrześcijaństwa. Jeżeli już wspomnieliśmy o reszcie wyznawców Chrystusa – protestanci głównego nurtu wierzą w świętych. Ich świątynie to niekoniecznie białe, surowe ściany z organami i ewentualnymi drewnianymi wstawkami. Idealnym przykładem świątyni luterańskiej w pełni barokowej jest parafia pod wezwaniem świętej Trójcy w Świdnicy. Kościół ten został w takim stylu zbudowany, a nie przejęty od katolików. Najwięcej jednak łączy nas ze wschodem. Pamiętam kiedyś rozmowę z moim nauczycielem geografii w liceum, który twierdził, że grekokatolicy to odłam prawosławia i do niego go trzeba zaliczać. Niestety nie dało się go przekonać, że są to tacy katolicy jak my. Jeden z elementów, który nas różni, to kwestia żonatych księży. Grekokatolicy mogą pozostawać w związku sakramentalnym z kobietą, ale tylko gdy zawarli związek małżeński przed święceniami diakonatu. Później już nie mają takiej możliwość. Tak samo jest w Kościele Prawosławnym. Innym sakramentem, który wygląda inaczej we wschodnim chrześcijaństwie, jest małżeństwo. Panuje błędna opinia, że uznają oni rozwody. Dla nich również jest to sakrament dożywotni, a w pewnych warunkach zezwalają na zawarcie ponownego związku. Tę kwestię rozwiązuje sąd biskupi. W kanonach prawosławnych jest również mowa, że osoba nie może zawrzeć "związku małżeńskiego" więcej niż trzy razy.  JUDAIZM Współczesny judaizm to wiara starsza niż chrześcijaństwo, z którym ma wspólnego przodka. Zgadza się – to nie są nasi starsi...

Read More
Jak radzić sobie z przeziębieniem?
Kwi28

Jak radzić sobie z przeziębieniem?

Chyba każdy z nas już to kiedyś przechodził: zatkany nos, gorączka, osłabienie, kaszel. Niby nic poważnego – zwykłe przeziębienie, a jednak trudno normalnie funkcjonować… Jest to najpewniej najpopularniejsze schorzenie i jednocześnie najczęstsza dziecięca wymówka, by nie iść do szkoły. W tym artykule opiszę Ci, czym jest, a czym nie jest przeziębienie, a także z czym ludzie często je mylą i jak je odróżnić od innych chorób. Później dowiesz się, jakie postępowanie zaleca medycyna konwencjonalna oraz przytoczę kilka metod medycyny niekonwencjonalnej – może zechcesz wypróbować? Przy okazji odpowiem na pytania: kiedy należy zacząć się martwić? Czy sięgnąć po antybiotyk? Jak sobie poradzić, gdy pomimo kiepskiego stanu musimy wyjść z domu? Na początek wyjaśnijmy, czym w ogóle jest przeziębienie? Najkrócej mówiąc: zakaźną chorobą wirusową górnych dróg oddechowych, szczególnie nosa. Bywa także nazywane zapaleniem nosogardła (lub błony śluzowej gardła). Towarzyszy mu najczęściej delikatny kaszel, niewielka gorączka i katar. Razem z ostatnim może występować ból głowy – szczególnie w przypadku zapalenia zatok. Dlaczego pojawiają się te objawy? Otóż układ immunologiczny nie chce, żeby wirusy zniszczyły nasze tkanki, więc z nimi walczy, a odczuwalnym dla nas skutkiem tego pojedynku są znane nam symptomy. Po co nam katar? Powstaje śluz, z którym można usunąć wirusy i zarażone komórki. Po co nam kaszel? Zapobiega inwazji infekcji na dolne drogi oddechowe. Po co gorączka? Stwarza komórkom odpornościowym lepsze warunki do pracy, dzięki czemu działają szybciej i wydajniej. Jak przebiega przeziębienie? Chyba każdy z nas je przeszedł, ale dla porządku omówmy i to. Na początku jesteśmy trochę zmęczeni, mamy dreszcze, kichamy, pałęta się jakiś delikatny ból głowy… pewnie wiesz, o co chodzi. Taki stan trwa ok. 1-2 dni i to jest ten okres „nie-wiem-co-mi-jest”, czy „kiepsko-się-czuję”. Stwierdza,my, że to nic takiego, po czym dalej jedziemy na 100%. A potem już wiemy, że to przeziębienie, bo pojawia się zatkany nos, katar, kaszel i myśl, że już chyba wolimy zostać bezrobotni, niż wyjść z ciepłego łóżka, by w szaroburą pogodę pędzić do pracy lub szkoły. Oprócz tego zdarzają się czasem drobne bóle mięśniowe lub delikatna utrata apetytu… Gorączka raczej nie występuje u dorosłych, ale za to zdarza się u niemowląt i dzieci. Osobiście nie znam nikogo, kto by nigdy tego nie przeżył i nic w tym dziwnego, bo dorosła osoba przechodzi tę przypadłość 2-5 razy w roku, a dzieci nawet do 12 razy. Całość trwa ok. 5-10 dni (najczęściej 7), choć zdarza się, że i 3 tygodnie – zwłaszcza, gdy ktoś ignoruje chorobę i nie robi nic, by się wyleczyć. Skąd bierze się przeziębienie? Może je wywołać wiele rodzajów wirusów – nawet ponad 200, ale nie jest to specjalnie istotne w tak lekkiej przypadłości. Jak można się zarazić? Bardzo łatwo...

Read More
Trudne sprawy
Kwi28

Trudne sprawy

Niedawno w Kościele obchodzony był Tydzień Modlitw o Jedność Chrześcijan. W wielu miastach odbyły się ekumeniczne nabożeństwa, spotkania i prelekcje z udziałem chrześcijan różnych wyznań. Czy jedność wyznawców Chrystusa możliwa jest jednak tylko przez jeden tydzień w roku? Przez te kilka dni sporo się działo i padło wiele pięknych słów o tym, ile nas łączy. Różnice zeszły nieco na dalszy plan, a wydawać się mogło, że jedność chrześcijan jest na wyciągnięcie ręki. Dlaczego zatem wciąż trzeba się o nią modlić? Czemu na co dzień tak trudno nam znaleźć nam wspólny język? Może jest to tylko utopijna wizja, która w konfrontacji z rzeczywistością okazuje się tylko marzeniem ściętej głowy? Te pytania nie dają mi spokoju, zwłaszcza że o jedność uczniów prosił w Modlitwie Arcykapłańskiej sam Jezus. Może zatem da się ją osiągnąć i utrzymać dłużej niż przez ten styczniowy tydzień? POCZĄTKI Dwie wielkie schizmy (1054 r. i 1517 r.) skutecznie podzieliły Kościół na trzy wielkie odłamy: katolicyzm, prawosławie i protestantyzm. Przez setki lat chrześcijanie różnych wyznań wzajemnie się zwalczali, prześladowali, a w najlepszym razie nie utrzymywali ze sobą kontaktów. Każdy sobie rzepkę skrobał, aż na początku  XX w. pojawiły się w obrębie wspólnot anglikańskich oraz protestanckich nieśmiałe próby dialogu. Tuż po drugiej wojnie światowej odbyło się w Amsterdamie pierwsze wielkie spotkanie przedstawicieli 147 Kościołów, które zaowocowało powstaniem Światowej Rady Kościołów. Kościół Katolicki oficjalnie włączył się w ruch ekumeniczny (z gr. oikumene – zamieszkana ziemia) po Soborze Watykańskim II. W obradach uczestniczyli w charakterze zaproszonych gości przedstawiciele wyznań niekatolickich, a sam Sobór wydał 3 dokumenty dotyczące stanowiska wobec ekumenizmu. Od tego czasu papieże wielokrotnie spotykali się z chrześcijanami innych wyznań, a dialog pomimo istotnych różnic jest nieustannie prowadzony. TRZY MODELE RELACJI W historii wzajemnych stosunków wyznań chrześcijańskich można wyróżnić trzy koncepcje interakcji. Pierwszy zakłada, że poszczególne Kościoły próbują przekonać pozostałych do przyjęcia swojej wizji, jako że każdy uważa się za ten „najwłaściwszy”. Przypomina to wzajemne przeciąganie liny i rzadko kiedy prowadzi do czegoś konstruktywnego. Drugi model to próba dialogu zakończona wspólnym wnioskiem, że różnice są nie do przeskoczenia, a podziały między chrześcijanami przypominają mury, odgradzające nas od siebie. Dialog jest niby możliwy, ale mocno ograniczony. Trzeci sposób kształtowania relacji między Kościołami to zbliżanie się do siebie poprzez nawrócenie. Zakłada ono, że każda wspólnota, zbliżając się coraz bardziej do Chrystusa, przybliża się także do innych chrześcijan. Ma to dawać realną szansę pojednania między Kościołami, a także zacieśniać więzy jedności uczniów Chrystusa. Piękne słowa, ale czy to jest w ogóle wykonalne? NOWA DROGA Trzeci model próbuje realizować od przeszło 40 lat Chemin Neuf (z franc. nowa droga). Pod tą nazwą kryje się powstała we Francji katolicka wspólnota o powołaniu ekumenicznym, jak sama się...

Read More
Skąd przyszliśmy, dokąd zmierzamy?
Kwi28

Skąd przyszliśmy, dokąd zmierzamy?

Różnice między ludźmi sprawiają, że często mamy do siebie wzajemne pretensje o to, że ktoś jest taki, jaki jest, lub – o zgrozo! – nie jest taki, jak byśmy tego oczekiwali. Od kogo więc mamy oczekiwać zmian: od siebie czy od wszystkich dookoła? Gdy w piątek wieczorem byłem z narzeczoną w kinie, młody chłopak siedzący za mną położył stopy na oparciu mojego fotela i zaczął mną bujać. Bardzo chciałem myśleć, że to zwykły przypadek i ta farsa rodem z podstawówki zaraz się skończy. Niestety, mijały kolejne reklamy, a huśtaniu nie było końca. Jednak zamiast mężnie, acz grzecznie poprosić, żeby przestał, milczałem. A agresja we mnie rosła i rosła… Gdy już postanowiłem zainterweniować, zamiast uprzejmej prośby, wyszła mi z ust taka wiązanka nienawiści, że myśląc o niej dziś, nadal rumienię się ze wstydu. Złośliwi powiedzą, że była to kalka z klasycznego przykładu komunikacji między kobietą i mężczyzną: ja nic nie powiem, bo powinnaś się domyślić o co mi chodzi. Lubimy sobie ponarzekać na postęp, nowoczesność, no i na to, że ludzie już prawie się nie spotykają, bo wolą porozmawiać w cyberprzestrzeni. Mówią, że jak się wejdzie między wrony, to się małpuje ich zwyczaje… i coś w tym jest! Specyfika mojej pracy sprawia, że przez kilka godzin dziennie jestem skazany na ślęczenie w internecie. Widzieliście tam ostatnio jakąś ciekawą, grzeczną i rzeczową wymianę opinii? Jakieś merytoryczne argumenty? No, bo ja też nie. Zauważyłem za to, że nie umiem już normalnie dyskutować „w realu”. Moje rozmowy są coraz częściej jak modelowe komentarze internetowe – szybkie, celne, punktujące przeciwnika. Minimum słów, maksimum przekazu. Nie ma już miejsca na zwykłe, luźne pogadanki czy kurtuazyjne dialogi przy kawie. Nigdy nie diagnozowałem siebie  jako przypadku wymagającego zmian, ale ostatnio widywana sporadycznie koleżanka zwróciła mi uwagę, że w rozmowach z kolegami nie mówimy już sobie, że nam się coś podoba. Unosimy tylko kciuki, rzucamy hasło „lubię to!” i nie myślimy nawet, by jakkolwiek dosadniej wyrazić nasz zachwyt. Co za granda! Najgorsze jest to, że łatwiej mi napisać o tym na łamach „Może coś Więcej”, niż stanąć przed znajomymi i zaproponować jakieś mocne postanowienie poprawy. Od jutra się zmienię, obiecuję! Mówi się, że portale społecznościowe to miejsce, w którym każdy może się dowartościować. Im więcej lajków, tym większe ego. Specjaliści już alarmują, że spadek liczby zawieranych małżeństw i wzrost popularności modelu życia w singielstwie (podobno jest takie słowo!) spowodowany jest tym, że u przysłowiowych fejsbukowiczów lawinowo wzrasta samoocena. Z drugiej strony – trudno potem w świecie realnym odnaleźć drugą połówkę, która choć po części byłaby odzwierciedleniem tego, czego naoglądaliśmy się w sieci. Obawiam się, że gdyby Jan Pietrzak pisał słynny przebój dla Danuty Rinn dzisiaj, to refren mógłby...

Read More
Moda na Orient
Kwi28

Moda na Orient

Co jest takiego w religiach i filozofiach Dalekiego Wschodu, że są nad Wisłą coraz popularniejsze? Dlaczego nauki Buddy są w oczach Europejczyków ciekawsze od treści Dobrej Nowiny? Idąc ulicą typowego polskiego miasta – niekoniecznie wielkiego ośrodka – można natrafić na plakaty zachęcające do uprawiania jogi, ćwiczenia mantr czy innej aktywności rodem z Indii czy innego dalekiego kraju. Co jakiś czas głośno jest o sektach mających swój rodowód właśnie w duchowości czy to hinduskiej czy buddyjskiej.  Dlaczego wielu Europejczyków wybiera te nauki, a odrzuca Kościół? ZACHÓD I WSCHÓD Być może odpowiedź leży w osiągnięciach nauk religiologicznych i we wnioskach misjologów katolickich. R. Zehner mówi o podziale na religie Wschodu i Zachodu. Różnią się one pod wieloma względami – w religiach Wschodu pierwszym punktem zapoczątkowania uczucia religijnego jest wola człowieka. To on wychodzi na poszukiwania bóstwa i to on szuka sposobu na zjednoczenie z nim. Bóstwo pozostaje czymś nieokreślonym, niekoniecznie osobowym, jakąś siłą wykraczająca poza ziemskie doznania. Zachodnie religie (islam, judaizm) wychodzą do objawienia – Abraham czy Mahomet spotykają Boga, który wychodzi im naprzeciw, inicjuje kontakt z człowiekiem. Jest Osobą, przekracza ziemskie możliwości, ale nie jest wobec świata obcy czy wrogi. Transcendencja i nastawienie na duchowość religii Wschodu powodują, że ciało staje się balastem, ciężarem dla duszy. Cierpienie ciała – starzejącego się, chorującego, doznającego bólu – staje się wrogiem numer jeden, przed którym trzeba uciec. Cały świat (jak w wierzeniach i filozofiach greckich) stale się odradza po kolejnych zagładach. Każdy nowy świat z biegiem czasu jedynie ulega zepsuciu, dąży do kolejnego unicestwienia. Ta kosmiczna reinkarnacja jest nie do pogodzenia z wiarą w religiach Zachodu w stworzenie z niczego, dążące do wypełnienia się w przyszłym wieku. Wschód ma też inne podejście do prawdy. Zachód – z racji samej relacji z Bogiem, który się objawia i tym samym ukazuje też prawdę o człowieku i o świecie – dopuszcza dojście do niej. Choć wierzy się w jedną, transcendentną i uniwersalną prawdę, to nie jest możliwe jej pełne zrozumienie. Stąd każdy ma swoją rację, stanowiącą co najwyżej próbę dojścia do tego, co jedne dla wszystkich. Dzięki temu religie wschodnie są bardzo podatne na synkretyzm, chętnie adaptują to, co obce i pozornie nie do przyjęcia. Jeden mistrz powie tak, a inny inaczej. I koniec. Nauczają oni swojej własnej doktryny na temat bóstwa, na podstawie własnego przeżycia. Prorocy Zachodu są tylko pośrednikami, przekazującymi orędzie Boga. Chrześcijaństwo stanowi niejako most między tymi dwoma tendencjami. Choć nie skupia się na doczesności tak mocno jak judaizm, nie popada też w czystą duchowość. Ciało dla chrześcijanina nie jest więzieniem duszy, ale jednym z elementów człowieczeństwa. Nie oczekujemy zlania się z Bogiem, ale zmartwychwstania w ciele. Dlatego nie palimy zwłok niczym zdjęcia...

Read More
Narodzić się na nowo
Kwi28

Narodzić się na nowo

Kiedy film po seansie wywołuje w człowieku skrajne emocje, to znaczy, że wszystko poszło dobrze. Tak też się stało z „Pokojem” (2015) w reżyserii Lenny’ego Abrahamsona. Twórca upodobał sobie psychikę ludzką pokiereszowaną traumatycznymi, życiowymi doświadczeniami. Co więcej – przedstawia ją w sposób niemal mistrzowski. Analizując po kolei sposób dostosowywania się ludzi do zmieniających się wokół sytuacji, Abrahamson wychodzi obronną ręką. Stwarza obrazy wzbudzające emocje do tego stopnia, że odbiorca wszystko przeżywa razem z bohaterami. Wcześniejszy film reżysera, „Frank” (2014) z kapitalnym Michaelem Fassbenderem w roli głównej, przeszedł bez echa. Chociaż kilka nagród zebrał, to jednak ominął Galę Oskarową. Teraz, Akademia zdaje się wynagradzać Abrahamsonowi to niedopatrzenie i jego najnowsza produkcja pt. „Pokój” zgarnęła cztery nominacje: za najlepszą reżyserię, za najlepszy scenariusz adaptowany, za najlepszą aktorkę pierwszoplanową i – najważniejszą w tym zestawieniu – za najlepszy film. Czy irlandzki dramat ma szansę? Trudno powiedzieć, wszak konkurencja bardzo mocna. Bardzo cieszyłoby mnie gdyby jednak jakaś statuetka pojawiła się na koncie twórców. „Pokój” to historia dwudziestoparoletniej kobiety, która została porwana i od siedmiu lat jest przetrzymywana wbrew swojej woli przez Starego Nicka (Sean Bridgers). Wraz z nią przetrzymywany jest również jej pięcioletni synek Jack (Jacob Tremblay). Ich więzieniem jest niewielki pokój, w którym przebywają cały czas, bez szans na ucieczkę, która grozi śmiercią. Mały Jack wychowywany jest w przekonaniu, że poza pokojem nie istnieje żaden inny świat, a za ścianami jest tylko pustka. W końcu przychodzi czas, kiedy Joy (Brie Larson) decyduje się powiedzieć synowi prawdę, namawiając go do ryzykownego planu, który może przynieść im upragnioną wolność. Jednak nie jest to film o próbie ucieczki od sadystycznego tyrana. To nie ucieczka i jej powodzenie stanowi bezpośrednie zakończenie filmu, chociaż narracje może to sugerować. Bo przecież czegóż chcieć więcej, skoro trauma już się skończyła, przykre doświadczenia zniknęły a zwyrodnialec skończył, tam gdzie jego miejsce. Wszystko kończy się dobrze, szczęśliwe zakończenie nastąpiło. Joy wróciła do rodziców, może kontynuować swoje życie. Jednak dla Lenny’ego Abrahamsona te wszystkie wydarzenia to tylko punkt wyjścia do właściwej fabuły filmu. Najważniejsze staje się to, w jaki sposób bohaterowie dostosują się do nowych sytuacji, do nowego życia. A okazuje się, że to właśnie jest o wiele trudniejsze od ucieczki. Mały Jack musi zmienić postrzeganie świata, który nagle staje się o wiele większy niż zostało mu to wpojone. Dla Joy świat też zmienia się nie do poznania – to już nie to samo, co siedem lat temu, przed porwaniem. Oboje muszą narodzić się na nowo, zacząć żyć na nowo i na nowo dostosować świadomość do otaczających ich rzeczy, na nowo poznawać świat. Tę wyjątkową treść filmu dopełnia forma, która w każdym calu współgra z fabułą. Skondensowane kadry, autorstwa Danny’ego Cohena (nominowanego...

Read More
Długość dźwięku samotności
Kwi28

Długość dźwięku samotności

Filmowych wersji biografii znanego na całym świecie współzałożyciela Apple już trochę powstało. Wszystkie starały się pokazać geniusz i wyjątkowość Steve’a Jobsa, gloryfikując wszystko, co stworzył. Jednak najnowsza produkcja duetu Boyle-Sorkin pokazuje go przede wszystkim jako człowieka. „Steve Jobs” (2015) powstał na podstawie biografii napisanej przez Waltera Isaacsona – wybitnego amerykańskiego pisarza i biografa, który stworzył życiorysy m.in. Benjamina Franklina i Alberta Einsteina. 2-godzinny film nie jest tylko przeskakiwaniem pomiędzy poszczególnymi wydarzeniami z życia prezesa Apple – scenarzysta wybrał 3 najważniejsze zdarzenia, wokół których skondensował całe życie Jobsa (Michael Fassbender) i jego relacje z innymi. Sorkinowi udało się to świetnie, ale niestety jego praca nie została wystarczająco doceniona (m.in. przez brak nominacji do tegorocznych Oskarów za najlepszy scenariusz adaptowany). Film podzielony jest na 3 główne części, które zbudowane zostały na strategicznych momentach biografii Steve’a. Pierwsza część to 1984 r., kiedy miał miejsce debiut Maca. Przed prezentacją Macintosha poznajemy najbliższych współpracowników Jobsa, jego byłą partnerkę Chrisann Brennan oraz jego córkę, której ojcostwa długo się wypierał. Po tej części następuje przeskok czasowy i przenosimy się do roku 1988, kiedy odbyła się premiera komputera z systemem operacyjnym NeXT. Kolejne dramaty życiowe Steve’a i jego relacje z ludźmi przedstawione są tuż przed prezentacją nowego sprzętu. Ostatni fragment historii skupiony jest wokół debiutu iMaca (1998 r.), co dopełnia filmowe losy Jobsa. Po raz kolejny dostajemy porcję skomplikowanych relacji współzałożyciela Apple’a, jego problemów z bliskimi mu osobami i wizjonerskich rozwiązań, których nikt nie potrafił zrozumieć. Oczywiście trudno uwierzyć w to, że najważniejsze wydarzenia w życiu Jobsa rozgrywały się bezpośrednio przed prezentacjami poszczególnych projektów. Co więcej, taki sąd byłoby co najmniej naiwny. Jednak Aaron Sorkin wierzy w inteligencję odbiorców filmu i serwuje im historię świetnie zbudowaną na pomysłowym szkielecie. Zamiast bezsensownie skakać od jednego zdarzenia do drugiego, tworząc swego rodzaju filmowe CV danej postaci, scenarzysta decyduje się na krok bardziej ryzykowny i zagęszcza cały życiorys do 3 pojedynczych epizodów, które stają się kamieniami milowymi w karierze Steve’a Jobsa. Co więcej, Sorkin jest w tym wszystkim bardzo konsekwentny. Skrupulatnie dobrane postaci przewijają się w każdej z części filmu, zaś gospodarzem widowiska, zapowiadającym i dopuszczającym kolejnym rozmówców do głosu, staje się Joanna Hoffman (Kate Winslet), będąca cieniem samego Jobsa i w specyficzny sposób „zarządzająca” jego poszczególnymi krokami. I tak przed prezentacją, w przerwach między dopinaniem wszystkiego na ostatni guzik, główny bohater odbywa rozmowy z takimi osobistościami jak John Sculley (Jeff Daniels), Steve Wozniak (Seth Rogen), Andy Hertzfeld (Michael Stuhlbarg) czy Chrisann Brennan (Katherine Waterston). Forma filmu niestety nie każdemu przypadnie do gustu. Teatralny scenariusz sprawia, że dla wielu może wydawać się on „przegadany”. Jednak dla wielbicieli tego typu produkcji będą to z kolei mile spędzone 2 godziny ciągłych rozmów...

Read More
Czy potrzeba inkwizycji, żeby spalić kogoś na stosie?
Kwi28

Czy potrzeba inkwizycji, żeby spalić kogoś na stosie?

Jesteśmy grzeszni, niedoskonali i posiadamy wiele przywar. Tak bardzo pragniemy dobrzy i sprawiedliwi, godni czci. Zabiegamy o szacunek i akceptację. Posiadamy przy tym pewną niezwykłą cechę. Nie potrafiąc sobie przebaczyć jesteśmy mistrzami w wybielaniu samych siebie. Choć łatwo nam przyznać się do pewnej ułomności, którą z konieczności trzeba przyznać gatunkowi ludzkiemu, to ponieważ znamy siebie, swoje myśli, uczucia, a zwłaszcza dobre chęci, uznajemy siebie za dobrych mimo wszystko. Czy jednak potrafimy być tak tolerancyjni wobec innych jak wobec siebie? Powiedzieć: “jestem człowiekiem grzesznym i niedoskonałym” jest czymś o wiele łatwiejszym niż przyznać się do popełniania konkretnych błędów. Błąd bowiem jest czymś indywidualnym, należącym do osoby, nie zaś gatunku jako takiego. Jeśli przeinaczamy fakty po to, żeby choć część naszej winy spłynęła na cokolwiek innego znaczy to, że nie umiemy sobie przebaczać. Żeby przebaczyć sobie błąd, trzeba się do niego przyznać. Próby wybielenia przybierają różne formy. Usprawiedliwiamy się okolicznościami, zrzucamy winę na tych, którzy nie mogą się w danej chwili obronić lub jesteśmy jak ten faryzeusz, który modlił się: “Panie, dziękuję Ci, że nie jestem jak ten grzesznik”. Tymczasem ów grzesznik modląc się o przebaczenie win leczył właśnie swoją duszę. Ta faryzejska postawa porównywania siebie do tych, którzy niezaprzeczalnie muszą być od nas gorsi przynosi nam właśnie najwięcej szkody zarówno osobistej, jak i społecznej. Nie mogąc osiągnąć szlachetności staramy się być przynajmniej lepsi od innych. Nie jednak przez zdobywanie sobie cnót, ale przez wykazywanie innym wad. Dlatego odruchowo widzimy w ludziach to co najgorsze. Kiedy na kogoś pada podejrzenie popełnienia zła jesteśmy perfekcyjni w wydawaniu odruchowego wyroku: “winny”. Domyślamy się winy nie szukając prawdy. Oskarżamy innych o zgorszenie, tymczasem gorszy nas własna głupota. Zgorszeniem dla głupiego będzie dziewczyna wychodząca młodo za mąż, gdyż pomyśli sobie, że to z powodu ciąży, Więcej nawet, będzie w stanie dojrzeć tę ciążę, nawet jeśli jej nie ma. Zgorszeniem będzie ksiądz, który za pozwoleniem papieża  bieże ślub i ma dzieci. Tymczasem zgorszenie to nie jest spowodowane decyzją księdza, ale niewiedzą i niechęcią do wiedzy tych, którzy się gorszą. Sami głupcy są więc dla siebie powodem zgorszenia. Bo jeśli ktoś oskarża kogoś o winę nie mając dowodów jest w istocie głupcem i sam siebie ośmiesza. Za dowód bowiem ma wyłącznie swoje domysły, które tworzy na podstawie mętnej opini, która mówi: “ze statystyki wynika, że prawdopodobnie tak jest”. Zjawisko to nie jest wcale nowe. Nie jest to ani znak naszych czasów, ani przywara wyłącznie jednego narodu. Naiwni wierzą, że sądy inkwizycyjne służyły znajdywaniu heretyków i paleniu ich na stosie. Wyobrażają sobie pewnie, że Kościół z umiłowaniem palił na stosach ludzi, których umęczony lud zawzięcie bronił i z odrazą i ubolewanie patrzył na ich cierpienie. Tymczasem wesołej gawiedzi...

Read More