Czym najlepiej słodzić nasze posiłki? (cz. 1)
Sty19

Czym najlepiej słodzić nasze posiłki? (cz. 1)

W zimną, szarą pogodę wielu najchętniej usiadłoby w przytulnym domu, okryło się miękkim kocykiem, przytuliło z drugą połówką, posadziło kotka lub pieska na kolanach, a w rękach trzymało kubek parującej herbaty, kakao lub kawy. Piękna wizja, aczkolwiek nasuwa się jedno pytanie: czym te napoje można posłodzić tak, aby nie martwić się o rosnące boczki albo choroby zwyrodnieniowe? I czy musi to być cukier? Oczywiście znajdą się tacy, którzy nie słodzą w ogóle i chwała im za to, ale są również osoby, które cukru zawsze używały dużo. Większość wie, że nie jest to zbyt zdrowe, ale nawet jeśli chcą z tego zrezygnować, to nie przychodzi to z dnia na dzień.  Temat ten jest na tyle obszerny, że dla Twojej wygody podzieliłem go na trzy artykuły. W tej części opowiem o białym, brązowym i nierafinowanym cukrze, w następnej – o sztucznych słodzikach, a w ostatniej – o tych naturalnych. Dziś poruszymy następujące kwestie: który cukier będzie lepszy do naszych napojów? Który z nich mniej nam zaszkodzi? Jak nasz organizm wchłania i przetwarza cukier? Dlaczego nie biały cukier? Jeśli chodzi o słodzenie czegokolwiek, to pierwszą opcją, która nasuwa się przeciętnemu Kowalskiemu, jest biały cukier. Niestety, delikatne mówiąc, nie należy on do najlepszych wyborów. Ktoś może powiedzieć, że przecież są różne rodzaje cukru białego – np. produkowany z buraków cukrowych albo z trzciny cukrowej. Problem w tym, że nie ma to absolutnie żadnego znaczenia, gdyż i tu, i tu po procesie rafinacji mamy prawie 100% sacharozy, która jest taka sama w obu tych roślinach. Co więcej, podczas produkcji usuwa się absolutnie wszystko poza tą sacharozą, przez co powstaje cukier pozbawiony jakichkolwiek towarzyszących enzymów lub witamin (w przeciwieństwie do słodyczy zawartej w owocach, warzywach, miodzie). Czy to dobrze? Absolutnie nie, ponieważ taki cukier jest zdecydowanie trudniejszy do przetworzenia dla naszego organizmu. Ciało odbiera go jako coś nienaturalnego, więc stara się go pozbyć. Co więcej… taka biała słodycz błyskawicznie podnosi poziom cukru we krwi – zdecydowanie szybciej niż inne słodziki. Dlaczego? Taki cukier w naszym układzie pokarmowym niemal natychmiast zostaje rozbity do glukozy i fruktozy (dwóch cukrów prostych), a następnie od razu wchłonięty do krwiobiegu. W takiej sytuacji poziom cukru we krwi dramatycznie wzrasta powyżej bezpiecznych wartości. Aby temu przeciwdziałać, “wystraszona” trzustka wyrzuca nadmierną porcję insuliny, która powoduje szybkie wchłanianie cukru zarówno do wątroby, jak i do tkanek, dzięki czemu spada jego poziom we krwi. Wspominałem, że ilość insuliny była nadmierna. Co się dzieje w takiej sytuacji? Cukier zostaje wchłonięty w zbyt dużej ilości, więc jego poziom we krwi staje się zbyt niski… i jesteśmy głodni (dlatego niedługo po zjedzeniu np. batona znów odczuwamy potrzebę zerknięcia do lodówki). Ale to jeszcze nie koniec. Poziom cukru we krwi...

Read More
Dobry patent na miłość
Sty19

Dobry patent na miłość

Relacje damsko-męskie to temat rzeka a seks to jeden z ważniejszych elementów związku. Od jakiegoś czasu trwa spór między Kościołem a światem o to, jak najlepiej pokierować sprawami miłości i małżeństwa. Czy mieszkać razem przed ślubem, czy dopiero po? Czy współżycie seksualne warto rozpocząć dopiero z małżonkiem, czy też wcześniej należałoby wypróbować jak najwięcej partnerów? Najwyższy czas rozstrzygnąć kwestię. "Znajduj radość w żonie" – zachęca Pismo Święte – "jej piersią upajaj się zawsze, w miłości jej stale czuj rozkosz!" (Prz 5,18-19). Seks jest pięknym darem i potężną siłą. Ale czy jest sens żyć w dziewictwie aż do ślubu? Super glue Podczas stosunku seksualnego w mózgu wytwarzana jest oksytocyna, nazywana przez biochemików i psychologów "super glue". Wytwarza ona bardzo silne uczucia zaufania i przywiązania, "sklejając" emocjonalnie dwie osoby. To ciekawe, ale poznając ludzki organizm pod względem fizjologicznym, można odnieść wrażenie, że ludzka seksualność została zaprojektowana do miłości w związku monogamicznym na całe życie. Badania wykazały, że gdy mąż i żona są sobie wierni, z roku na rok poziom oksytocyny w ich organizmach stopniowo wzrasta! Co ciekawe, małżonkowie z długim stażem wywierają bardzo pozytywny wpływ na siebie na wzajem, np. dotyk męża lub żony zmniejsza napięcie i  łagodzi reakcję na ból. Niesamowite! Jednak częsta zmienia partnerów seksualnych niszczy ten cudowny potencjał i osłabia zdolność do trwałego zaangażowania. Człowiek może też być wewnętrznie rozdarty, gdy jest "sklejony" emocjonalnie z osobą niezdolną do trwałego związku. To jest zbyt cenne Wybitny seksuolog, prof. Zbigniew Lew-Starowicz, potwierdza, że pierwszy seks ma duże znaczenie dla naszego życia: "Prawo pierwszych połączeń polega na tym, że styl, forma, sposób przebiegu pierwszego kontaktu seksualnego ma skłonność do utrwalania się". Warto więc zacząć współżycie w małżeństwie, z jedyną, ukochaną osobą.  "Prawo generalizacji" – pisze profesor – "polega na tym, że zwykle aktowi płciowemu towarzyszy odpowiedni klimat psychiczny, odpowiednie nastawienie, które rzutuje na późniejszy stosunek do płci odmiennej i do sfery seksu w ogóle. (…) Świadomość, że druga strona nie miała najlepszych intencji, że kierowała się ciekawością, pożądaniem, pragnieniem zaspokojenia napięcia, rodzi stan frustracji". Dlatego randki i narzeczeństwo to dobry czas, żeby spokojnie się poznać i obgadać wiele spraw, zanim powiemy uroczyste: TAK.  Seks powinien być domeną tylko małżeństwa, tak jak ogień powinien płonąć tylko w kominku, a nie na stole czy dywanie. To, co jest ozdobą, źródłem ciepła i światła, może stać się niszczącym żywiołem. Chodzi nie tylko o choroby weneryczne czy nieplanowaną ciążę, ale zranione serce oraz utrwalone niewłaściwe wzorce myślenia i zachowania. Po przebadaniu 3793 kobiet dr Antony Paik wykazał, że kobiety, które rozpoczęły współżycie seksualne jako nastolatki, rozwodzą się znacznie częściej niż te, które odłożyły inicjację seksualną na później. Czy mieszkać razem przed ślubem? Specjaliści twierdzą, że pary,...

Read More
Przeciwko systemowi
Sty19

Przeciwko systemowi

Był 2007 rok. W Polsce nie działo się nic niezwykłego, no może poza faktem, że rządy najdziwniejszej koalicji XXI wieku chyliły się ku upadkowi, co doprowadziło do przyspieszonych wyborów. Natomiast świat ogarnęła panika, jednak nie z powodu przepychanek Kaczyńskiego, Giertycha i Leppera, a z powodu wielkiego kryzysu finansowego. Kryzys, kryzys, kryzys! – krzyczały do nas media ze wszystkich stron, a tak naprawdę większość z nas nawet nie zdawała sobie sprawy, z czym on się wiązał. Zresztą nic dziwnego, był problemem głównie Amerykanów, jednak biorąc pod uwagę, że cały zachodni świat jest od Amerykanów uzależniony, to wkradł się również do Europy. Nas stosunkowo oszczędził, dlatego słysząc zewsząd o kryzysie, nie mogliśmy tak naprawdę zrozumieć, czym on się przejawia. I o tym właśnie opowiada nominowany do Oscara film Adama McKay'a "Big Short". Zrealizowany w dość luźnej formule komediodramatu, przedstawia nam wydarzenia sprzed wybuchu kryzysu. Bohaterami jest grupa ludzi, wręcz wyrzutków ekonomicznych, którzy wcześniej niż wszyscy odkryli, że cały system się zapadnie, dzięki czemu udało im się zbić fortunę. Reżyser umiejętnie przeprowadza nas przez historie poszczególnych bohaterów, stawiając nam przejrzysty obraz, kim są ludzie, którym udało się wykiwać system. Mamy tu tak naprawdę trzy odrębne historie, które jednak w pewien sposób zostały połączone. Główną siłą tego filmu jest jego formuła – nie został zrobiony jak sztampowa produkcja pokroju Spielberga, skrojona pod Oscary. McKay bawi się z widzem. Tam, gdzie pada mnóstwo skomplikowanych wyrażeń ekonomicznych, przy których nasze mózgi zaczynają parować, nagle na ekranie pojawia się np. Margot Robbie w wannie tłumacząca nam “na ludzki”, o co tak naprawdę chodzi. Chociaż przypuszczam, że w tej konkretnej scenie większość mężczyzn i tak będzie mieć problem ze skupieniem się na tym, co akurat Robbie mówi. Aktorsko jest to najwyższy poziom hollywoodzki – najlepsi są Christian Bale i Steve Carell: ten pierwszy jako człowiek genialny, a jednocześnie będący typowym introwertykiem, który nie umie za bardzo odnaleźć się w świecie, a drugi grający znerwicowanego, kompletnie rozstrojonego faceta wściekłego na system, który przeżył wielką tragedię. Carell zresztą tą rolą ponownie udowadnia, że świetnie sprawdza się również w rolach dramatycznych. Przez lata uważany prawie wyłącznie za czołowego amerykańskiego komika pokazuje, że niesłusznie został zaszufladkowany. "Big short" to na pewno jeden z lepszych filmów minionego roku, nic dziwnego, że został doceniony przez Akademię pięcioma nominacjami. W miarę przystępny sposób przedstawia, na czym polegał cały krach na giełdzie w 2007 roku, do czego doprowadziła chciwość, rozrzutność i bezmyślność banków. A na czym ucierpieli oczywiście nie wysoko postawieni panowie w garniturach, tylko ci...

Read More
O niebo lepsze małżeństwo
Sty19

O niebo lepsze małżeństwo

Małżeństwo jest tym z sakramentów, który chyba najbardziej angażuje świeckich w przebieg obrzędu. Jest to przecież jedyny, którego nie mogą udzielać duchowni. Kapłan je tylko błogosławi. Z jego zawarciem związane są różne lokalne zwyczaje. W ostatnich latach folklor zastępuje jednak popkultura – „Wielka miłość”, czy „Alleluja” Cohena śpiewane w trakcie uroczystości przez celebransów są najjaskrawszymi przykładami zjawiska. Wynika to z niezrozumienia, czy wręcz nieznajomości tego, co proponuje Kościół. A Ten proponuje rzeczy o niebo lepsze. Zanim się zacznie Instytucja małżeństwa funkcjonuje chyba w każdej kulturze. Kościół uczy, jednakże to Bóg ustanowił związek mężczyzny i kobiety – i jest to związek tak mocny, że nie zniweczył go ani grzech pierworodny, ani potop. Dlatego też tę instytucję podniósł do rangi sakramentu – widzialnego znaku Swej łaski. A do przyjęcia każdego sakramentu należy się przygotować. Również aby owocnie zawrzeć małżeństwo katolickie, nieodzowne jest zapoznanie się z teologią tego sakramentu. Przygotowanie to ma mieć różne formy. To przede wszystkim odpowiednia katecheza dzieci, młodzieży i dorosłych, ze szczególnym naciskiem położonym na wykorzystanie środków społecznego przekazu – tak, o tym wprost mówi wWprowadzenie teologiczno-pastoralne Obrzędów Małżeństwa (księgi liturgicznej, według której sprawowany jest obrzęd).  Wszystko po to, by zanim ktokolwiek pomyśli w ogóle o tym, by coś komuś przysiąc przed ołtarzem, wcześniej wiedzieć, jakie znaczenie ma małżeństwo i co się z tym wiąże. Następny etap przygotowania obejmuje okres narzeczeństwa, który ma przysposobić ją i jego do wspólnego a świętego podążania nową drogą życia. Również sama liturgia małżeństwa jest takim przygotowaniem – i tych, którzy w trakcie niej zawierają związek małżeński, ale też dla tych, dla których jest to dopiero opcja na przyszłość. Przygotowanie do małżeństwa nie kończy się w chwili udzielenia tego sakramentu. Z nowo zawartego związku wyjdą bowiem kolejni kandydaci do małżeństwa. Dlatego Kościół obejmuje troską całość życia rodzinnego i małżeńskiego, jako pomoc małżonkom w wypełnianiu ich obowiązków. Gdy ona i on poczują w końcu wolę Bożą ku sobie i udadzą się do duszpasterza, ten ma zadanie przypomnieć im katolicką naukę o małżeństwie, a także wprowadzić ich w znaczenie obrzędu. Jeśli bowiem nie będą wiedzieli, czemu ksiądz zwiąże im ręce stułą, to trudno mówić o świadomie przyjętym sakramencie. Równie ważne jest, aby upewnić się, że nie ma żadnych przeszkód co do zawarcia takiego związku. Jeżeli jednak narzeczeni wyraźnie i formalnie oświadczają, że mają inną wizję małżeństwa niż Kościół, kapłan nie może dopuścić ich do obrzędu, gdyż to sami narzeczeni w takiej sytuacji stanowią przeszkodę do zawarcia związku. Rytuał sugeruje, aby ten sam kapłan zajął się przygotowaniem narzeczonych, wygłosił homilię w trakcie sprawowania liturgii, przyjął zgodę małżonków oraz odprawił mszę świętą. Za zgodą biskupa lub proboszcza można upoważnić do błogosławieństwa małżeństw diakona, a w nadzwyczajnych sytuacjach,...

Read More
Pozytywne zmiany w małżeństwie są jego ratunkiem
Sty19

Pozytywne zmiany w małżeństwie są jego ratunkiem

Praca nad małżeństwem to ciężki kawałek chleba, jednak bez tego jesteśmy skazani na porażkę. Jakość naszego związku małżeńskiego nie musi być byle jaka, jeśli tylko zechcemy się o nią postarać. „To jakość relacji z najbliższymi, nie zaś fakt ich tworzenia, sprawia, że jesteśmy zdrowsi i szczęśliwi” – przekonuje Marlena Bessman-Paliwoda, założycielka grupy „Małżeństwo – mamy się dobrze”. Anna Zemełka: Skąd pomysł na założenie grupy dla małżeństw? Marlena Bessman-Paliwoda: Pod koniec 2014 roku założyłam stronę www.MamySie.pl. Na łamach bloga pokazuję, że szczęśliwe małżeństwo jest możliwe. Za cel stawiam sobie walkę ze stereotypem małżeństwa wypalającego miłość dwojga ludzi, którzy się na nie zdecydowali, ale także chcę zachęcać do pracy nad swoim małżeństwem, poznawania siebie nawzajem, pogłębiania relacji. Teraz słyszy się, że związek małżeński to „współczesna forma niewolnictwa”. Kojarzy się z utratą wolności, spisaną na straty próbą utrzymania uczuć i tym, że „dalej tak pięknie nie będzie”. W rzeczywistości to tylko stereotypy… – Tak. Swoje odzwierciedlenie mają w spadającej liczbie zawieranych małżeństw (tendencja ta widoczna jest od 2008 roku). Do tego małżeństwa się rozpadają – w 2013 r. rozwiodło się ponad 66 tysięcy par małżeńskich – o 1,6 tysiąca więcej niż w 2012 roku. Dlaczego tak się dzieje? Po pierwsze, nie przygotowujemy się odpowiednio do małżeństwa, po drugie, biernie w nim trwamy. Jego stanem zajmujemy się dopiero wtedy, gdy zaczyna się rozpadać lub przechodzi kryzys. Właśnie dlatego zaczęłam prace nad programem profilaktyki dla małżeństw, którą szczególnie kieruję do młodych małżonków i osób myślących w niedalekiej przyszłości o zawarciu związku małżeńskiego. Tu pojawił się pomysł założenia grupy dla małżeństw (ale także narzeczonych) na Facebooku: „Małżeństwo – mamy się dobrze”. Tam wspólnie podejmujemy pracę warsztatową. Miałaś jakieś obawy, że to się nie przyjmie? – Na samym początku obawiałam się, że będę w tej grupie sama. Jednak rozrastała się ona z minuty na minutę. Dziś liczy ponad pół tysiąca osób. Myślę, że wyróżnia ją wysoki poziom zaufania i życzliwości. Są w niej ludzie o różnych poglądach, jednak zawsze potrafimy się kulturalnie nimi wymienić i wspierać. Jak wygląda struktura grupy? – Grupa zaczęła się kształtować na bazie wyzwania dla małżeństw, które stworzyłam. Po jego zakończeniu wprowadziłam tygodniowy cykl życia, na który składa się określony z góry temat dyskusji, małe zadanie na dany dzień dla małżeństw, dzielenie się twórczymi sposobami na rozwiązanie jakiegoś problemu. Mamy też dzień dzielenia się wartościowymi treściami. Dostaję wiele sygnałów, że te narzędzia pomagają w zbliżeniu się do siebie małżonków. Ważne są tu także przykład i motywacja, jakimi obdarzają siebie wzajemnie małżonkowie z grupy. Podpowiadają sobie różne rozwiązania, proponują, co warto w danej sytuacji wypróbować. Ci ludzie to siła napędowa grupy. Czyli warto pracować nad swoim małżeństwem? – Oczywiście, że tak! Potwierdzają to...

Read More
Tam dom twój, gdzie serce twoje
Sty19

Tam dom twój, gdzie serce twoje

Nominowany do zeszłorocznych Oscarów za najlepszy film „Brooklyn” (2015) to opowieść cicha, spokojna, bez nagłych zwrotów akcji, spektakularnych pościgów czy kontrowersyjnych scen. To przede wszystkim historia młodej kobiety, która próbuje odnaleźć swoje miejsce w świecie. Fabuła jest bardzo prosta. Przenosimy się do niewielkiej mieściny w Irlandii, gdzie młoda dziewczyna szykuje się do wyjazdu do Stanów Zjednoczonych. Ta wyprawa ma być dla niej ogromnym krokiem w przód, momentem decydującym, który przyczyni się do ustatkowania. Za oceanem czeka na nią praca i wykształcenie. Czeka na nią przyszłość. Opuszcza więc matkę i starszą siostrę, aby znaleźć szczęście na innym kontynencie. Pomimo początkowej tęsknoty i problemów z asymilacją, Ellis Lacey z czasem odnajduje się w nowym miejscu, głównie za sprawą przystojnego młodzieńca, z którym przeżywa romantyczne chwile. Niestety w pewnym momencie, po tragicznych wydarzeniach w domu rodzinnym, Ellis musi wrócić do Irlandii i zdecydować, co dalej ma robić ze swoim życiem. Film przede wszystkim próbuje przekonać widza do starej prawdy, że dom człowieka znajduje się tam, gdzie jego serce. Nie musi to być miejsce urodzenia albo dojrzewania, dom rodzinny czy miejsce wychowania. Nie jest on związany z żadną konwencją, wypracowanym modelem czy powielanym stereotypem. Człowiek sam musi zdecydować, gdzie czuje się „jak w domu”, co nierzadko jest bardzo trudne do rozstrzygnięcia. Zmagania Ellis dotyczą każdego i w pewnym momencie wszyscy musimy dokonać wyboru. Inny przekaz filmu mówi, że niekoniecznie wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej. Czasem miejsce, do którego wydaje ci się, że przynależysz, okazuje się wrogie i prędzej czy później cię odtrąci. Co więcej, nie od samego początku może to być oczywiste. Chociaż „Brooklyn” (2015) może skończyć się na dwa sposoby i odbiorca ma tego świadomość, to żaden z nich nie jest od początku do końca tym pewnym. Ellis ma do podjęcia bardzo ważną decyzję zaważającą na jej życiu, jednak właściwie do samego finału trudno przewidzieć, jaki będzie werdykt. Przesłanki często się zmieniają i kiedy już wydaje się, że decyzja dziewczyny będzie taka, a nie inna, następuje coś, co zmienia sytuację o 180⁰. To jeszcze dobitniej pokazuje, z jak trudnym dylematem boryka się główna bohaterka i jakie opory budzi w niej podjęcie konkretnego wyboru. Prosta historia ubrana jest w jeszcze prostszą formę. Brak tutaj zapierającej dech w piersiach akcji, zmieniających się jak w kalejdoskopie kadrów, udziwnionych ujęć czy kontrowersyjnych scen. Nawet erotyczne uniesienia pomiędzy bohaterami zostały ukazane z dobrym smakiem, bez zbędnej nagości czy szokujących elementów. Dla niektórych film może wiać nudą, bo sceny zdają się być wydłużane. Dostajemy analizę psychologiczną bohaterów zamiast wartkiej akcji. Jednak dla wielu ta delikatność będzie stanowiła mocną stronę całej produkcji. Dopełnieniem wszystkiego jest ścieżka dźwiękowa autorstwa Michaela Brooka. Kanadyjski kompozytor znany jest przede wszystkim z muzyki...

Read More
Samotność w wielkim mieście
Sty19

Samotność w wielkim mieście

Życie potrafi płatać figle. Niektórzy gonią za miłością jak za jedynym sensem życia. A co z samotnością? Jak w wielkim mieście odnaleźć się mogą ludzie samotni? Wszyscy przyzwyczaili się do tego, że inni narzucają im swoje zdanie. Przy wigilijnym stole słychać pojękiwania babci: „A kawalera ty już jakiegoś masz?”, co tylko zwiększa presję, aby szybko kogoś znaleźć. Niestety nie zawsze jest tak kolorowo, jak mogłoby się wydawać. Współcześnie społeczeństwo (jeśli chodzi o sprawy sercowe) dzieli się na kilka typów. Niektóre z nich to: szczęśliwe pary, nieszczęśliwie zakochani, karierowicze, poszukujący i samotni z wyboru. Szczęśliwe pary Tym tylko pozazdrościć. Nie muszą znać się od lat, ale każdy, kto na nich spojrzy, powie – tak, oni zostaną ze sobą na zawsze. Cała rodzina już zaciera ręce, snując weselne plany. Niektórzy widząc prawdziwą miłość, będą złorzeczyć i zazdrościć. Mówić, że wcześniej czy później ich relacja się odmieni, ponieważ każdy z czasem się zmienia. Nie mówię, że jest to niemożliwe, ale znam wiele par, które po ślubie jeszcze bardziej rozkwitły, wspólnie pokonywały przeszkody i teraz mają wspaniałe rodziny. Ale o nich w innym artykule. Nieszczęśliwe zakochani/poszukujący Być z kimś, to znaczy troszczyć się o niego i poświęcać się dla drugiej strony, nie zatracając przy tym siebie i swoich potrzeb. Jeśli sam/sama nie jesteś w stanie się pokochać i zaakceptować, to nawet jeśli spotkasz inną osobę, która odda ci bardzo wiele, nie będzie ona w stanie zapełnić tej pustki. Wielu młodych ludzi uważa, że drugi człowiek jest w stanie uleczyć każdą ranę. Spotykam się nawet ze stwierdzeniem kolegów: „Znajdę żonę i wszystko się ułoży”. Ale jak można znaleźć żonę i zgodnie z nią żyć, skoro jest ona jedynym celem w życiu? Żaden człowiek nie jest w stanie znieść tak wielkiej odpowiedzialności. Każdy powinien odpowiadać sam za siebie, a łączyć się we wspólnym działaniu. Jeśli ludzie nie są gotowi do związku oraz mają pewne wewnętrzne rany, wynikające z sytuacji rodzinnej, samooceny itd., to dopóki sami się z nimi nie uporają, będą tworzyli toksyczne więzi. Jak mówił o. Tomasz Franc OP na jednym z czwartkowych wykładów, ludzie szukają w innych wypełnienia siebie, swoich zawiedzionych ambicji i podziwu. Wszystko gra dopóki para zapatrzona jest w siebie nawzajem, jednak po czasie coś zaczyna się psuć. Radość ze wspólnego przebywania zmienia się w frustrację, lekka zazdrość – w chorobliwe więzienie. Dopóki człowiek wiąże się z drugą osobą po to, by go uleczyła, nigdy nie będzie to szczęśliwa relacja. Karierowicze Karierowicze to kolejna grupa ukształtowana przez współczesne trendy. Dominuje tu zasada – Fast Car, Fast Sex i Fast Food. Wszystko ma być szybko i na teraz. Związki mają być najlepiej chwilowe i bez zobowiązań, bo najpierw kariera, później rodzina. Wszystko...

Read More
Rzeczpospolita Polska Malkontencka
Sty19

Rzeczpospolita Polska Malkontencka

Jedną z najciekawszy cech Polaków jest ich stosunek do narzekania. Z jednej strony ganimy je, uznając za irytujące, z drugiej tak weszło nam ono w krew, że nie potrafimy bez niego żyć. Jeśli Polak nie narzeka, to zapewne chory. Albo naiwny optymista. Albo jakiś agent, podpłacony przez wrogów narodu. A jeśli narzeka – pesymista, idiota, który nie widzi tylu pięknych rzeczy, które dzieją się wokół, wampir energetyczny. Nie wyobrażamy sobie spotkań towarzyskich, rozmów w pracy czy w internecie bez wbicia komuś szpilki i zamanifestowania swojego sceptycyzmu. Kontakt z drugim człowiekiem rzadko kiedy może obejść się bez wyrażenia powątpiewania w działania władz państwowych, samorządowych czy kościelnych. Czasem wręcz trzeba wyrazić irytację z powodu tego, co wyczynia ten lub tamten gwiazdor czy inny „autorytet”, lub też cicho ubolewać nad zachowaniem społeczeństwa, wyczynami naszych przełożonych, znajomych, rodziny, sąsiadów. To wszystko jest niestety pokłosiem naszej historii, i śmiesznej, i dziwnej, i (przede wszystkim) tragicznej jednocześnie. Mamy dobre tradycje narzekania, poświadczone przez obserwatorów sprzed kilkuset lat. Już średniowieczni kaznodzieje i moraliści narzekali na to, jak krytycznie prowadziło się ówczesne społeczeństwo, uważając to za obowiązek, wynikający z ich powołania. Potem przyszło odrodzenie i reformacja, której piewcy musieli dogryzać ludowi wiernemu papieżowi i co rusz oficjalnie wątpić w jakieś prawdy, przekazywane przez Kościół katolicki. Polacy w czasach I Rzeczpospolitej narzekali przede wszystkim na rządy (jedni na zbyt słabe, drudzy – na dążące doz byt dużej potęgi) i ciągłe wojny, pustoszące państwo. W końcu XVI wieku nasz wielki poeta Jan Kochanowski w Pieśni o spustoszeniu Podola narzekał na niski poziom obronności kraju. „Wieczna sromota i nienagrodzona/Szkoda, Polaku: ziemia spustoszona Podolska leży/[…]/ Zbójce, niestety, zbójce nas wojują/ Którzy ani miast, ani wsi budują” (w tym, a także w kolejnych cytatach, została zachowana pisownia oryginalna). W latach sześćdziesiątych XVII wieku działało w Rzeczpospolitej bardzo silne stronnictwo profrancuskie, zwane właśnie malkontentami. Reprezentowali je przede wszystkim hetman wielki i marszałek wielki koronny, przyszły król Jan Sobieski oraz prymas Mikołaj Prażmowski. Ich ulubionym zajęciem była walka z wrogim stronnictwem pro habsburskim i popierającym je królem Michałem Korybutem Wiśniowieckim. W najlepszym wypadku malkontenci poddawali publicznie w wątpliwość wszystkie tezy i dążenia przeciwników, w najgorszym – bardzo niemile je ośmieszali, czego dowodem jest choćby bardzo niewybredny paszkwil Jana Wielopolskiego List szlachcica polskiego do sąsiada po sejmie coronationis z Krakowa Anno 1669. Osiemnastowieczna szlachta, a przynajmniej ta, która chciała uchodzić za uświadomioną politycznie i zatroskaną losami Rzeczpospolitej, wręcz prześcigała się w tworzeniu mniej lub bardziej krytycznych dzieł na temat stanu państwa. Jedni byli optymistami, jedni pesymistami, jedni zachowywali w nich pewien poziom, inni – obraźliwie równali z ziemią wszystkich, którzy się nawinęli. Zresztą nie tylko stan szlachecki lubił sobie ponarzekać – ksiądz Benedykt Chmielowski, w swej...

Read More
Czy mamy jeszcze jakąś ojczyznę?
Sty19

Czy mamy jeszcze jakąś ojczyznę?

Mówiliśmy już wiele o miłości do ojczyzny. Jest to temat o tyle smutny, że służący propagandzie i mamieniu umysłów. Czy rzeczywiście mamy jeszcze jakąś ojczyznę? Czy mamy ją tu na ziemi? Czy możemy mówić, że ojczyzną naszą jest kraj, w którym nie mamy nic na własność? Który miast gwarantować nam jej nienaruszalność znajduje wymówki, żeby ją odebrać? Skupmy się na tym, czym jest ojczyzna. Zacznijmy od przykładu biblijnego. Kiedy Mojżesz wyprowadzał Izraelitów z Egiptu do Ziemi Obiecanej, nie wyprowadzał ich do żadnej obcej, czy nowej ziemi. Przodkowie Izraela opuścili ziemię, którą mieli na własność i uciekli przed głodem do Egiptu gdzie się osiedlili. Osiedlenie się na ziemi jednak nie oznacza posiadania jej. Wyjście Izraelitów z Egiptu było jednocześnie powrotem do domu. Ziemia, którą kupili ich przodkowie od ludzi miała być dana przez Boga. Jednak koncepcja własności ziemi wcale nie jest jedyną. Wiemy, że są miejsca na świecie, do których nie zagościła. Co więcej istnieje jakiś rodzaj patriotyzmu, który jest mniej przywiązaniem do ziemi, a bardziej do konkretnej grupy ludzi. Widać to na przykładzie ludów koczowniczych oraz grup społecznych w krajach wysoko rozwiniętych. Na jakimś rodzaju przywiązania bazują wszak kluby piłkarskie, firmy, subkultury itp. Jest jednak wspólny mianownik, który łączy te rodzaje przywiązania, choć może nie być widoczny na pierwszy rzut oka. Jest nim dziedzictwo. Gdybyśmy na początku tych rozważań mieli powiedzieć wprost, czym jest ojczyzna, najprostrzą odpowiedzią byłoby: “jest to ziemia naszych ojców”. Ta odpowiedź mimo swej prostoty kryje w sobie niezwykłą głębię. Człowiek posiada naturalną tendencję do osiedlania się. Jeżeli lud jest koczowniczy, to dlatego, że sytuacja go zmusza do bycia takim. Ziemia jałowieje, przestaje żywić, staje się niebezpieczna, niewystarczająca dla rosnącej społeczności. Zmieniamy firmę, w której pracujemy między innymi wtedy, kiedy rosną nasze potrzeby finansowe, a jest to jedyna szansa na znaczącą podwyżkę lub ogólnie rzecz biorąc chcemy poprawić swój byt. Jednak na każdej nowej ziemi, w każdej nowej grupie, czy firmie, myślimy raczej o tym, żeby zagrzać miejsce niż o tym, żeby się szybko wynosić. Pomimo swojego rodzaju koczowniczego trybu życia, szukamy raczej miejsca na stałe. Nie zawsze jednak zdajemy sobie sprawę z tego, że ta tendecja idzie o wiele dalej. Jeżeli dane miejsce jest atrakcyjne wtedy, kiedy rokuje, że będziemy mogli w nim zostać i żyć dostatnio, to będzie ono tym atrakcyjniejsze, jeżeli będziemy wiedzieć, że to samo dotyczy naszych dzieci i wnuków. Dzisiaj w praktyce ciężko o firmę, w której opłacałoby się pracować do końca życia, tym ciężej nam sobie wyobrazić, że mogłyby w niej pracować całe pokolenia. Jednak gydbyśmy wiedzieli, że jakaś firma pozwoli się bogadzić nam, naszym dzieciom i wnukom. Gdybyśmy wiedzieli, że ta firma będzie dbała o interes całego naszego rodu....

Read More
Próba ogniowa
Sty17

Próba ogniowa

Każde małżeństwo wcześniej czy później dosięga kryzys. Umiejętność komunikacji i zrozumienia drugiej strony pomaga przetrwać ten trudny czas. Aby go przezwyciężyć, być może na nowo trzeba nauczyć się kochać – miłością, która jest dana od Boga. Do czego zmierzają relacje, gdy opierają się na własnych egoistycznych pobudkach? W domu zamiast harmonii i szczęścia królują wzajemna wrogość i wymaganie nadmiernego szacunku. Te problemy to codzienność w małżeństwie Caleba i Catherine Holtów, o których opowiada film Alexa Kendricka „Fireproof”(„Próba ogniowa”). Caleb to młody strażak, który codziennie ryzykuje swoje życie po to, by ratować innych. Uważa się za dobrego człowieka, ponieważ niewiele osób odnalazłoby w sobie odwagę, by wejść do płonącego budynku i uratować wielu ludzi. Nie widzi, że gasząc jedne pożary, zapomina o tym najważniejszym, który spopiela miłość jego i Catherine. Ich małżeństwo stoi na granicy rozpadu. Catherine ma dość samotnego życia w czterech ścianach domu, nadmiernych obowiązków i braku wsparcia ze strony męża. Ponadto sama opiekuje się swoimi rodzicami, a sen z powiek spędza jej fakt, że matka, potrzebuje specjalistycznego sprzętu, który ułatwi jej codzienny wypoczynek i poruszanie się. Jej mąż, zamiast ją wesprzeć, odkłada pieniądze na łódź, z której nie zgadza się zrezygnować. Między małżonkami coraz częściej dochodzi do poważnych, gwałtownych konfliktów. W końcu podczas jednego z nich, czara goryczy się przelewa, Catherine nie wytrzymuje i postanawia zostawić męża. Zdenerwowany i sfrustrowany Caleb szuka wsparcia u swego ojca, który zadaje mu kluczowe pytanie: „Czy chcesz, aby to małżeństwo przetrwało?”. Strażak postanawia walczyć. Otrzymuje od ojca pamiętnik ze zbiorem „wyzwań miłośnych”, których realizacja ma potrwać 40 dni. Nie wierzy w to, że ta metoda pomoże mu uratować jego małżeństwo, pomimo to postanawia zaryzykować. Młody mężczyzna w końcu orientuje się, że musi na nowo nauczyć się kochać, poznać miłość daną od Boga po to, by tym bezwarunkowym uczuciem obdarzyć swoją żonę. Ma wsparcie nie tylko ze strony rodziny, ale również swojego przyjaciela – Michaela. To on pomaga mu odnaleźć się w wierze w Chrystusa. Sam niedawno się nawrócił, więc wie, jak trudno jest uwierzyć. Przeprowadza z mężczyzną szereg poważnych rozmów, w których stara się uświadomić mu, jak ważne jest dbanie o swojego współmałżonka. W jednej ze scen skleja ze sobą pieprzniczkę i solniczkę tłumacząc, że mimo iż są odmienne, to zawsze występują wspólnie. Na protest Caleba, że małżeństwo nie jest ognioodporne i można się sparzyć, odpowiada: „Rzeczy ognioodpornych też dosięga ogień, ale potrafią mu się oprzeć”. Początkowo Catherine nie potrafi odnaleźć się w nowej, nieznanej dla niej sytuacji. Nie wierzy w przemianę męża. On sam momentami załamuje się i przechodzi chwile kryzysu. Jego ojciec (który być może symbolizuje Boga) stara się go wesprzeć i zawsze jest gotów go wysłuchać. Podczas jednego...

Read More