Przyczynek do tematu o aborcji
Mar03

Przyczynek do tematu o aborcji

Aborcja jest bardzo niewdzięcznym tematem i chyba ostatnio niechętnie dyskutowanym. Wydaje się jakby to co miało zostać powiedziane już dawno wybrzmiało. Wszyscy wszystko wiedzą, tylko się ze sobą nie zgadzają. Obwarowawszy się na swoich stanowiskach rozpoczęli walkę kulturową na emocje, slogany, akcje oraz ilustracje – słowem propaganda zamiast argumentów. Być może za pomocą propagandy można zdziałać wiele, a temat jest na tyle ważny, że warto choć na chwilę przekonać innych do swoich racji. Jednak w dłuższym rozliczeniu będzie domagał się solidnego uzasadnienia, a tego nie dadzą nam slogany i gry emocjonalne. Zacznijmy więc od przedstawienia stanowiska bronionego w tym artykule. Aborcja jest zabójstwem. Dalej będziemy próbowali to udowodnić. Powszechnie panuje opinia, że odpowiedzi na pytanie, czy aborcja jest zabójstwem, czy nie powinna dostarczyć medycyna lub religia. Obie drogi posiadają pewne poważne wady, które uniemożliwiają dojście stronom do porozumienia. Religia przede wszystkim jest kryterium nieobiektywnym. Często można spotkać się z opinią, że żądanie zakazu aborcji jest narzucaniem swojej religii. Podczas gdy religia w temacie aborcji mówi tylko “nie zabijaj”, a z tym wszyscy się zgadzają. Nawet jeśli istnieją argumenty wynikające z wiary, a mówiące o tym, że aborcja jest zabójstwem, to po pierwsze, ateisty nie przekonają, po drugie – można się bez nich obyć. Jeżeli religia próbuje ustalić moment, w którym momencie na świecie pojawia się nowy człowiek za pomocą objawienia i teologii, to medycyna stara się podejść do tematu od strony czysto funkcjonalnej. Na podstawie wcześniej zdefiniowanych pojęć takich jak “życie” i “człowiek” stara się ustalić, w którym momencie płód zaczyna spełniać wymagane kryteria. Jest to o tyle niewłaściwe, że pojęcia definiuje się na potrzeby teorii, a teoria może jedynie aproksymować rzeczywistość. Przykładowo, można zdefiniować człowieka jako istotę myślącą, ale trzeba by wtedy odmówić człowieczeństwa politykom. Której drogi by nie objąć zawsze sprowadzają się one do próby odpowiedzi na pytanie: “kiedy pojawia się człowiek”. Doprowadza to więc do groteskowego wniosku, który mówi, że np. w poniedziałek możemy mieć do czynienia z płodem, a we wtorek z Tomkiem. W poniedziałek moglibyśmy go jeszcze usunąć, ale we wtorek byłoby to już zabójstwem. Problem w tym, że próba odpowiedzi na postawione wyżej pytanie to ślepy zaułek. Wystarczy przeprowadzić zaskakująco proste rozumowanie, że w sposób czysto filozoficzny dojść do przekonania, że aborcja jest zabójstwem. Aby to wykazać wystarczy przyjąć odpowiednią definicję zabójstwa, na którą jednak łatwo przystać. Zdefiniujmy więc zabójstwo jako pozbawienie życia osoby. Spróbujmy najpierw zastanowić się nad przypadkiem, od którego będziemy prowadzić analogię. Załóżmy, że zamawiamy przez internet jakiś produkt. W którym momencie możemy powiedzieć, że jest nasz? Wtedy, kiedy za niego zapłacimy, czy wtedy kiedy dostaniemy go do ręki? Kiedy zapłacimy za produkt, on staje się naszą własnością nawet jeśli...

Read More
Refleksje spod zardzewiałej zbroi
Mar02

Refleksje spod zardzewiałej zbroi

Małe dziewczynki zawsze chcą być pięknymi księżniczkami, młodzi chłopcy – mężnymi rycerzami, którzy będą je zdobywać. I nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie to, że życie nie zawsze chce być kolorową bajką. Cudownie jest być dzieckiem. Patrzy się na świat przez różowe okulary, nie trzeba podejmować trudnych decyzji. Można żyć, tak po prostu, z dnia na dzień! Wielu oddałoby mnóstwo, by móc wrócić do tego pięknego czasu. Dlaczego? Bo dziś widzą, że życie troszeczkę zmodyfikowało ich plany i zamierzenia. Gdy byliśmy młodzi, każdy z nas miał jasny pomysł na siebie: zostać lekarzem, piłkarzem, muzykiem, policjantem albo chociaż prezydentem. Niestety, nie zrobiliśmy zupełnie nic, by osiągnąć swoje cele. Czy siedziałbym teraz w jesienno-deszczowym sercu Polski ze wzrokiem wpatrzonym w słupki Excela, gdybym parę lat temu zdecydował się na spełnienie swoich marzeń? Już chyba zawsze będę miał do siebie pretensje o to, że nie spróbowałem. Byli też tacy, którzy się starali. Bez powodzenia. Ci siedzą teraz pełni goryczy, że nikt im wtedy nie powiedział, jak wygląda prawdziwy świat. Płacą wysoką cenę za spełnienie swoich marzeń. Jak Wojtek, kombatant, uczestnik 2 misji zagranicznych. Z przeoraną przez odłamki ręką, która nigdy już nie będzie w pełni sprawna, siedzi w biurze gdzieś pod Londynem, popołudniami chodząc do terapeuty. Gdy w dzieciństwie chciał zostać żołnierzem, marzył o prowadzeniu czołgu – „Będę jak czterej pancerni i pies” – powtarzał. Nigdy by nie przypuszczał, że aby ratować własne życie, będzie musiał zabić człowieka, który do niego celował. Że ojczyzna, której służył się na niego wypnie. I że dla ludzi będzie najemnikiem, a nie bohaterem. Czy zatem mamy zabraniać dzieciom zabawy? Nigdy! Beztroska i radość to ich święte prawa. Jednak potrzebujemy kogoś, kto w porę pomoże nam się usamodzielnić, bo zawsze chcemy wyrosnąć ze świata dziecięcej wyobraźni i utopijnych marzeń o tym, że na świecie nie ma zła, a księżyc ma tylko jasną stronę. Dziś mam wrażenie, że nasze pokolenie żyje zamknięte w złotej klatce. Nazywamy egzotyką to, co było normą dla naszych rodziców, z wyższością i obrzydzeniem patrząc na ich zwyczaje. Przerażają nas nawet niektóre wyroby mięsne na wystawie w supermarkecie, bo nie możemy sobie wyobrazić, że ktoś może to kupować i podać rodzinie. Żyjemy w warunkach sterylnych i nikomu nie pozwalamy zbliżyć się do naszej nietykalnej przestrzeni. Prawdziwe życie przejeżdża z prędkością Pendolino przez stację, na której siedzimy wpatrzeni w życie gwiazd na naszych smartfonach. Szukamy tylko własnej korzyści, robimy wszystko ekonomicznie: byle jak najmniej się zmęczyć, byle przypadkiem nie włożyć w coś odrobiny siebie. Kodeks rycerski, mówiący o wielkoduszności i miłosierdziu wobec słabych i pokonanych, zapodział się nam na półce gdzieś pomiędzy „Jesteś zwycięzcą” a poradnikiem „Jak zarobić milion dolarów”. Oglądamy w Internecie...

Read More
„Misjonarz na post” – modlitewna akcja wielkopostna
Lut13

„Misjonarz na post” – modlitewna akcja wielkopostna

Projekt Misjonarz na post jest to akcja zorganizowana na czas Wielkiego Postu przez portal misyjne.pl. Projekt ma na celu wsparcie misjonarzy, którzy poświęcają swoje życie, na pomaganie najbardziej potrzebującym, poza granicami kraju. W ubiegłym roku w akcji wzięło udział ponad 12 tys. osób. Organizatorzy Misjonarz na post już po raz piąty zapraszają do wzięcia udziału w akcji i zaangażowania się w modlitwę. Czas Wielkiego Postu to niezwykle ważny okres dla nas wszystkich. To czas przygotowania się do Wielkanocy i Zmartwychwstania Pańskiego. Większość z nas w tym okresie robi pewne wyrzeczenia, niektórzy poświęcają czas na modlitwę, a inni mają postanowienia. Misjonarz na post to idealny sposób na przeżycie Wielkiego Postu. Robiąc coś dla siebie, również dajemy coś drugiej osobie, która bardzo tego potrzebuję. Co należy zrobić by wziąć udział? Wystarczy odwiedzić stronę: www.misjonarznapost.pl, podać swoje imię, nazwisko i adres mail. Na ekranie ukażą nam się dane naszego misjonarza, otrzymamy także maila z potwierdzeniem. Udział może wziąć każdy, bez względu na wiek i płeć. Akcja nie wymaga żadnych inwestycji ani wysiłku fizycznego. Co dalej? Naszego misjonarza możemy wspierać na dowolny przez nas sposób. Poprzez modlitwę, ofiarowanie cierpienia, dobrowolną formę postu czy dobre postanowienie. Wystarczy poświęcić chwilę w ciągu dnia, by pomyśleć o sobie, którą nam wybrano, pomodlić się za nią i wesprzeć duchowo. To wspaniała akcja, w którą warto się zaangażować. Misjonarze bardzo są wdzięczni, za każdą modlitwę oraz wsparcie, to niezwykła pomoc w ich codziennej pracy. Na całym świecie pracuje aż 2050 polskich misjonarzy, to znacznie więcej niż w ubiegłym roku, dlatego twórcy apelują, o jak największe zaangażowanie w sprawę. Pokażmy, że pamiętamy o nich i tak jak oni, chcemy nieść dobro i pomoc. To tak wiele, a nic nie...

Read More
Wielkopostne szaleństwa
Lut12

Wielkopostne szaleństwa

„Ty zaś, gdy chcesz się modlić, wejdź do swojej izdebki, zamknij drzwi i módl się do Ojca twego, który jest w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie. Kiedy pościcie, nie bądźcie posępni jak obłudnicy” Mt 6, 16-17 Stoimy u progu kolejnego Wielkiego Postu. Być może już masz listę wyrzeczeń, jakie podejmiesz. Być może będzie ich kilka: nie będę tyle plotkować, nie będę jeść słodyczy, ograniczę zerkanie do smartfona… do Wielkanocy. „Przez cały Wielki Post nie będę…” A potem? Co potem? Efekt jo-jo? Wrócisz do słodyczy, do plotek też? A co, gdyby podejść do Wielkiego Postu „na bogato”? Przejść na dietę wysokokaloryczną… duchowo? 40 dni. 40 szans na otwieranie Bogu drzwi. Masz do wyboru tyle opcji. Zaszalej! Jesteś długodystansowcem? Może Nowenna Pompejańska? Jesteś staromodny? Idź na Gorzkie Żale. Wolisz nowoczesne rozwiązania? Masz mnóstwo aplikacji, które odczytają dla Ciebie bieżące czytania z Pisma Świętego. Jesteś z tych, co wolą krótko i na temat? Proponuję Ci zaprzyjaźnić się z Ojcem Dolindo i jego „Jezu, ty się ty zajmij” albo świętą Faustyną i Koronką do Miłosierdzia Bożego. Lubisz czytać? A czytałeś już „Dzienniczek”? Postawmy sprawę jasno – nie podważam tutaj zasadności postu jako takiego, w sensie „umartwiania ciała”. Setki lat tradycji Kościoła dysponuje niepodważalnymi argumentami na niezbędność tego elementu w rozwoju duchowości, ale może warto spojrzeć na Post jako post od siebie – w sensie wygospodarowania ze swojego czasu wolnego chwil na kontakt z Bogiem. Taki „Post na tak.” Może na miarę szaleństwa zakrawać będzie fakt, że nastawisz budzik 10 minut wcześniej (!), powstrzymasz się od włączenia opcji „drzemka” i poświęcisz czas na wybraną dłuższą modlitwę? Już masz wyrobiony zwyczaj modlitwy, nie masz kłopotu z regularnością i udaje Ci się nie przysnąć na „drugiej dziesiątce” Różańca? Brawo! Wejdź na kolejny poziom! Śmiało! Może Lectio Divina? Spróbuj! Z modlitwą, która choć z pozoru jest cichutka, odprawiona w swojej izdebce, jest jak z dobrą dietą. Nikt nie musi widzieć jak zajadasz sałatki i wszystkie fit-wynalazki. Ale efektów nie da się ukryć – w przypadku diety – smukła linia, zdrowa cera, błysk w oku. A dzięki modlitwie – najpierw skorzystasz Ty, w drugiej kolejności Twoje otoczenie. Zrośniesz się z niebiańską rzeczywistością poprzez totalne zanurzenie i ani się obejrzysz, jak każda Twoja myśl – prośba czy dziękczynienie będą same płynąć do Ojca. Wtedy już tylko krok do Świadczenia przez duże „Ś”. Choć łatwo nie będzie. Jezusowi w drodze na Golgotę też nie było łatwo, upadał, ale się nie poddał bo miał swój cel. On tylko czeka na Twoje próby. Jeśli tylko powierzysz mu się w najprostszej modlitwie, On Cię poprowadzi, pomoże pokonać zniechęcenie, zmęczenie. Obiecał wyraźnie, a słowa zawsze dotrzymuje: „A Ojciec twój,...

Read More
Kard. Marx: „Nie można zabraniać błogosławienia związków homoseksualnych”
Lut07

Kard. Marx: „Nie można zabraniać błogosławienia związków homoseksualnych”

W rocznicę objęcia arcybiskupstwa w Monachium w odpowiedzi na pytanie dziennikarzy bawarskiego radia kard. Reinhard Marx stwierdził, że księża powinni błogosławić pary związki homoseksualne. Pytanie dotyczyło „suplementów witaminowych”, jakie podsuwają niektórzy katolicy na ożywienie Kościoła. Według tłumaczenia wywiadu zamieszczonego przez Catholic News Agency, Karin Wendlinger wymieniła tu także diakonat kobiet, czy zniesienie celibatu, zaznaczając, że Kościół nie wychodzi naprzeciw tym oczekiwaniom. Co powiedział? Kard. Reinhard Marx powiedział, że nie wierzy, że to najważniejsza potrzeba Kościoła, jednak „musimy brać pod uwagę sytuację pojedynczej osoby, jego historię życia, jego biografie, trudności, jakie przechodzi,, nadzieje, które się pojawiają, związki, w których on – lub ona żyje. Musimy wziąć to bardziej na poważnie i mocniej towarzyszyć im w w ich okolicznościach życia. To jest prawda także w stosunku do spraw, które wspomniałeś, to odnosi się też do homoseksualistów. Musimy być po pastersku blisko tych, którzy są w potrzebie pastoralnej troski i także chcą jej. I ona musi zachęcać księży i pracowników duszpasterskich, by dawać ludziom w konkretnych sytuacjach poparcie. Zupełnie odrębną kwestią jest jak to ma się odbywać publicznie i liturgicznie. To są sprawy, na które musisz uważać i rozważać je w dobry sposób. KW: „Więc naprawdę możesz wyobrazić sobie sposób na błogosławienie związków homoseksualnych w Kościele”? KRM: „Tak, ale nie ma ogólnych rozwiązań. To nie byłoby dobre, tak sądzę. To kwestia pasterskiej troski o indywidualne przypadki, i ma zastosowanie tak samo na innych obszarach, których nie możemy regulować, gdzie nie ma zestawów zasad. To nie znaczy, że to się nie dzieje. Ale naprawdę muszę zostawić to duszpasterzowi na miejscu i danej osobie pod opieka duszpasterską. Tu możesz debatować nad sprawą, tak obecnie się nad nimi debatuje i stwierdzić: jak pracownik duszpasterstwa ma sobie z tym poradzić? Jednak naprawdę zdecydowanie zostawiłbym to szczególnemu, indywidualnemu przypadkowi, jaki się trafia a nie wymagał znów jakiegokolwiek zestawowi zasad – to są sprawy, które nie mogą być regulowane”. Nietypowy kardynał Kard. Reinhard Marx jest specyficznym duchownym. Swoje nazwisko wykorzystał, by polemizować z marksizmem w książce „Kapitał. Mowa w obronie człowieka”, w której przestrzegał, że drapieżny kapitalizm może doprowadzić do odnowienia komunizmu. Jest stanowczym przeciwnikiem aborcji. W innych sprawach, jak pokazuje powyższa wypowiedź, jest praktycystą. Akceptacja związków homoseksualnych przez Kościół, mająca się wyrażać w ich błogosławieniu, a więc uznaniu za dobre jest sprzeczne z nauczaniem Katechizmu, przede wszystkim z wizja płciowości człowieka, czy małżeństwa. Ponadto, jak zauważa wielu komentatorów, mocno idzie w stronę subiektywizacji pojęcia grzechu: czy związek homoseksualny jest dobry, czy nie decyduje zespół „okoliczności łagodzących”: osobowość danej osoby, czy trudne przeżycia. Co więcej, te okoliczności zostają posunięte znacznie dalej: do czynników nobilitujących i umożliwiających błogosławienie. Wychodząc od złej praktyki zostawiania homoseksualistów samym sobie, kard. Reinhard Marx...

Read More
Rotacje w Gościu Niedzielnym, czyli sztuka domysłów
Sty25

Rotacje w Gościu Niedzielnym, czyli sztuka domysłów

Informacja o zmianie na stanowisku redaktora naczelnego „Gościa Niedzielnego” wyciekła najpierw do mediów we wtorek, 25 stycznia, wisiała jako niepotwierdzona, generując teorie w prasie katolickiej, liberalnej, zwykłej i brukowej,  aż wreszcie w środę, 26 stycznia stał się faktem, choć więcej w sprawie spraw do sprostowania niż ogłoszenia. Kto jest kim? Fakty są takie: wieloletni redaktor naczelny tygodnika Gość Niedzielny, ks. Marek Gancarczyk został zwolniony z obowiązku pełnienia tej funkcji przez metropolitę katowickiego, abp. Wiktora Skworca. W ciągu piętnastu lat na tym stanowisku ks. Gancarczyk uczynił z tygodnika Gość Niedzielny liczący się na rynku tygodnik opinii, którego sprzedaż rosła nie tylko dlatego, że kolportowany był w kościołach.  Wcześniej podobna sztuka udała mu się z „Małym Gościem Niedzielnym”, który był na skraju bankructwa. Nowym naczelnym tygodnika został ks. dr. Adam Pawlaszczyk, prawnik, były kanclerz Kurii Metropolitalnej, zaangażowany w Katowicki Sąd Metropolitalny, uczestnik II Synodu Archidiecezji Katowickiej, według notatki na stronie Gościa „współpracował z Wydziałem Teologicznym Uniwersytetu Śląskiego i Wydziałem Duszpasterstwa Rodzin Kurii Metropolitalnej w Katowicach w ramach formacji duchownych i świeckich w zakresie kościelnego prawa małżeńskiego oraz teorii prawa kościelnego. Szczególnie zainteresowany literaturą i muzyką, autor poezji, tekstów pieśni religijnych, artykułów i felietonów, współpracował z TVP, Radiem Katowice, Radiem eM i «Gościem Niedzielnym»”.   Ks. Pawlaszczyk broni reform papieża Franciszka w procesach o stwierdzenie nieważności małżeństwa, wskazując że nie służą one ułatwieniu takiego „rozwodu kościelnego”, ale przyspieszeniu procesu przez zmniejszenie wymogów formalnych przy tych samych wymogach prawnych. Innymi słowy: proces może być krótki, ale może oznaczać szybsze potwierdzenie ważności małżeństwa. Jest to jedna z przyczyn, dla których nowy redaktor naczelny uważany jest za liberała. Nie wiemy, kiedy obaj redaktorzy naczelni, były już i obecny, dowiedzieli się o zmianach i w jakich nastrojach się one odbywały. Możliwe, że właśnie niezadowolenie redakcji ze zmiany przełożonego skutkowało wyciekiem informacji przed czasem, teraz jednak trudno, by pracownicy publicznie prali brudy. Wiemy jednak, ile fermentu wokół tej zmiany się wytworzyło. Zarzuty i insynuacje Swoistym spiritus movens całego zamieszania był Tomasz Terlikowski, naczelny Frondy, który tak w opublikowanym na stronie Małego Dziennika a okraszonym wielką pieczątką „ALERT” zapowiedział zmianę w redakcji GN: „Stało się to w sytuacji, gdy „GN” jest jedynym pismem, które wciąż rośnie w rankingach zdobywając wciąż nowych czytelników. Nie ma więc realnych powodów, by go zmienić. Jedynym może być chęć zarżnięcia pisma albo… radykalnej zmiany jego linii. Nie od dziś wiadomo, że arcybiskup Wiktor Skworc nie przepada za PiS-em, a choć Gość Niedzielny nie był apologetyczny wobec władzy, to tak go właśnie w kurialnych kręgach czytano. Nie jest też tajemnicą, że z Watykanu płynął jasne sygnały, by zmienić projanopawłową linię w nauczaniu o małżeństwie, a „Gość Niedzielny” zawsze bronił w tej sprawie ortodoksji. Czy to...

Read More
Mafia – gra czy narzędzie naukowe?
Sty12

Mafia – gra czy narzędzie naukowe?

Codzienność proponuje nam nienaturalny i zmyślony model świata zaś tych, którzy usiłują wnieść do niego kilka elementarnych prawd nazywa się przewrotnie idealistami. Nie potrafimy jeszcze odpowiedzieć na pytanie „jak zmienić świat?”, lecz możemy coś powiedzieć o narzędziach, którymi dysponujemy. Poniższy tekst będzie o psychice człowieka i bazuje on na doświadczeniu autora z popularnej gry pt. Mafia. Mafia jest grą grupową, odbywającą się „na żywo”. Bardzo ważne jest, aby wszyscy uczestnicy widzieli się nawzajem bezpośrednio i przebywali w tym samym pomieszczeniu bez rozpraszaczy. W podstawowej wersji gry spotykamy dwie frakcje: miasto i mafię. Mafia działa w ukryciu i oficjalnie przedstawia się jako miasto. Inaczej mówiąc, na początku rozgrywki tylko członek mafii wie, kto do niej należy. Rozgrywka podzielona jest na dwie naprzemiennie występujące tury: dzień i noc. W dzień wszystkie działania są jawne i każdy (żyjący) uczestnik może zabrać głos. W nocy wszyscy mają zamknięte oczy z wyjątkiem tych, którzy są aktualnie wywoływani przez mistrza gry. Tak więc mafia poznaje się w nocy i o tej porze działa, wskazując ofiarę, która nie dożyje poranka. W dzień miasto debatuje nad tym, kto jest w mafii i na koniec tury musi zabić jedną osobę. Oczywiście stara się zabić mafioza. Oprócz tego miasto dysponuje szeryfem, który raz na noc przez wskazanie gracza dowiaduje się czy jest w mafii. W wersji rozszerzonej dochodzą inne postacie, nad którymi nie będziemy się teraz rozwodzić. Gra posiada dwie płaszczyzny: logiczną i psychiczną. Innymi słowy do tego, kto jest w mafii można dojść na drodze logicznego rozumowania oraz przeczucia wywoływanego tym, że komuś źle z oczu patrzy. Niestety później musimy przekonać do tego innych, co już może być trudniejszym zadaniem, jeżeli nie posiadamy sensownych przesłanek. W grze można powiedzieć wszystko, włącznie z rzekomym zdradzeniem pełnionej funkcji, nie można jedynie ujawnić swojej karty postaci. Mogę więc powiedzieć, że jestem szeryfem, ale muszę być przy tym przekonujący… bo każdy tak może powiedzieć, zwłaszcza jeśli jest w mafii. Możemy zatem teraz przejść do korzyści, jakie przynosi nam ta genialna gra. Przede wszystkich łącząc logikę z psychiką, uczymy nasz mózg rozpoznawać nie tylko faktycznego kłamcę, ale także czynimy go wrażliwym na wiele innych subtelnych sygnałów wysyłanych nieświadomie przez innych ludzi. Możemy więc czerpać wiedzę o mowie ciała z podręczników, a potem pamiętać, żeby analizować każdy ruch naszego rozmówcy, podczas gdy zagorzały gracz analizę taką przeprowadza za każdym razem odruchowo i nieświadomie. To jak z jazdą „bez trzymanki” na rowerze. Na początku trzeba myśleć nad tym, żeby nie stracić równowagi, później ciało samo wie, jak się ma zachować nawet na wyboistym terenie. Czego jednak uczy nas Mafia o człowieku? Wielu rzeczy poczynając od jednostki kończąc na tłumie. Poprawność polityczna każe nam sądzić, że...

Read More
8 spraw, którymi warto się zająć bardziej, niż pluszowym Jezusem
Gru14

8 spraw, którymi warto się zająć bardziej, niż pluszowym Jezusem

Jeśli pluszowy Jezus to profanacja, to może powinienem się wyspowiadać z tego, że w przedszkolu malując na religii kolorowanki z Panem Jezusem dość często wyjeżdżałem za linie. Czy nie mamy ważniejszych problemów? Podpowiem… Pewna firma wypuściła na polski rynek nowy produkt i jest nim pluszowy Jezus. W pierwszym odruchu żal patrzeć. Połączenie Osoby Zbawiciela z pluszem dość nieprzyjemnie gryzie oczy, serce i umysł. Ale jeśli o ten ostatni chodzi, zaraz się zreflektowałem, że ocenianie świata w oparciu o pierwsze odruchy, bez krytycznej analizy, trochę nie przystoi dorosłemu człowiekowi. Biorąc rzecz na chłodno – przecież nie ja jestem grupą docelową dla tej zabawki, a dzieci do lat – powiedzmy – kilku. Nie mnie to ma się podobać. Nie moją wiarę ma rozwijać, to rzeczywiście trochę nie ten poziom. Czego by pluszowemu Jezusowi nie zarzucić, wciąż jest to trzy poziomy wyżej od Smoka Niedzielaka. Można oczywiście się oburzać, że taka zabawka to profanacja. Że prać w pralce (podobno co jakiś czas trzeba to zafundować pluszakom, które mają kontakt z małymi dziećmi) to tak trochę nie wypada. Że dziecko przecież może gryźć i ślinić, a nawet rzucać Panem Jezusem po podłodze. Cóż, w takim razie może ja powinienem się wyspowiadać z tego, że w przedszkolu malując na religii kolorowanki z Panem Jezusem dość często wyjeżdżałem za linie. A zdarzało się i pomalować włosy na niebiesko. To dopiero profanacja. Jedyne, co mnie w całej (szumnie mówiąc) sprawie może niepokoić, to reakcje tzw. internautów, które pluszowy Jezus spowodował. Czy tak marginalnej sprawie rzeczywiście trzeba poświęcać tyle uwagi? Podpowiem: nie. Za to jest wiele spraw, w których moja uwaga i zaangażowanie przyda się bardziej. Przykładowo: 1. Święta. Trwa Adwent, co znaczy, że już niedługo Boże Narodzenie. To wymaga przygotowania przede wszystkim od strony duchowej. Przygotowanie samego siebie już jest sporym wyzwaniem, ale przecież chrześcijaństwo jest zaprzeczeniem egoizmu, nie mogę więc poprzestać na jedynie przygotowaniu samego siebie. Więc jak już się zmobilizujesz do pójścia na roraty czy rekolekcje adwentowe, może warto pomyśleć, żeby wziąć ze sobą kogoś jeszcze? 2. Księża. Pewne kontrowersje w ostatnich dniach wzbudziła osoba ks. Piotra Glasa i kilka komunikatów jemu poświęconych. Abstrahując od tej konkretnej sprawy, co pewien czas robi się zamieszanie wokół jakiegoś duchownego. Lemański, Międlar, Stryczek, Kramer, Boniecki, Pieronek proboszcz z Kasiny, czy wielu, wielu innych. Ksiądz też człowiek. Też może popełnić głupstwo, nieważne ile świętych olejów na niego wylać. Może więc warto się o księdza z najbliższej parafii zatroszczyć? To nie jest tak, że oni są pasterzami, a my tylko biernymi owieczkami. Oni również wymagają naszej troski. Jeśli nie znam wystarczająco danego księdza, to warto wykorzystać wizytę duszpasterską: „skoro już ksiądz wpadł, to może opowie, co u niego słychać. Może...

Read More
Trzeba mieć wyczucie
Mar24

Trzeba mieć wyczucie

Niektórzy ludzie wysysają to z mlekiem matki, inni otrzymują to w ramach starannego wychowania w szkole. Są tacy, którzy uczą się na błędach i doświadczeniach życiowych. Dziś jednak będzie o tych, co to się nigdy nie nauczą… Kiedy ma się lat kilkanaście, wychodzenie ze schematów i łamanie konwencji jest jednym z głównych życiowych celów. Garnitury i krawaty, kwiecista mowa i stosowanie się do skomplikowanych zasad savoir-vivre to dla młodych buntowników oznaka słabości. Bezkompromisowość – albo białe, albo czarne – bez dyskusji! Wolność, żyć „tak jak chcę”, bez zginania karku, bez patrzenia na innych – każdy ma do tego prawo. Jednak bunt ma swoje granice – mój bunt się kończy, gdy zaczyna gorszyć i negatywnie ingerować w życie drugiego człowieka. Niestety, często o tym zapominamy. Przestajemy pamiętać o drugim człowieku i robimy z siebie przysłowiowy pępek świata. Dwa razy pomyśl zanim zrobisz – mówiła babcia. I miała rację. Dzięki niej nauczyłem się, że to, co robię wpływa nie tylko na mnie, ale też na moje otoczenie. To jednak wcale nie oznacza, że jestem jakiś wyjątkowy. To tylko zwykła grzeczność, umiejętność współżycia społecznego. Tak już się jakoś utarło, że otaczamy należytym szacunkiem starszych – ustępujemy im miejsca w tramwaju, mówimy do nich zrozumiałym językiem, bez wtrącania zbyt wielu terminów obcojęzycznych. Raczej unikamy wchodzenia do świątyni, będąc ubranym w strój kąpielowy. To chyba normalne, że przychodząc zimą do czyjegoś domu, nie kładziemy na kanapie swoich zabłoconych butów. Że wchodząc między wrony, staramy się zanadto nie wyróżniać, szanować obowiązujące tam zasady, a gdy zrobimy coś nie tak jak należy – po prostu przepraszamy. To niewytłumaczalne…  Tak po prostu jest! Nie starajmy się jednak zmienić całego świata. To się nie uda! Zawsze znajdzie się ktoś, kto ze swojej wady będzie chciał zrobić zaletę. Nie przyzna się do popełnionego błędu, ale uczyni ze swego wykolejenia znak rozpoznawczy. Uzależniony od alkoholu nie przyzna się do swojego nałogu – będzie mówił o sobie, że co tydzień jest królem melanżu. Zwolniony z pracy bankier nie przyzna, że jest oszustem i złodziejem. Kierowca zatrzymany za przekroczenie prędkości nie powie o sobie, że jest piratem drogowym. On przecież tak świetnie potrafi prowadzić samochód, że te wszystkie ograniczenia są niepotrzebne. Takie jest życie! Tak jak znany piosenkarz nie przeprosi za to, że gra z playbacku (on przecież tylko dba o gardło!), tak ksiądz, który ujawni na konferencji prasowej, że jest w związku ze swoim partnerem/partnerką, nie przyzna się do błędu i złamania zasad, ale nazwie się rewolucjonistą, symbolem odwagi, wiatrem odnowy dla Kościoła. Świata nie zmienisz – mówiła babcia – ale dwa razy pomyśl, zanim coś...

Read More
Umiłowani w Chrystusie
Mar04

Umiłowani w Chrystusie

Jezus powiedział do swoich uczniów: Jak Mnie umiłował Ojciec, tak i Ja was umiłowałem. Wytrwajcie w miłości mojej! Jeśli będziecie zachowywać moje przykazania, będziecie trwać w miłości mojej, tak jak Ja zachowałem przykazania Ojca mego i trwam w Jego miłości. To wam powiedziałem, aby radość moja w was była i aby radość wasza była pełna. To jest moje przykazanie, abyście się wzajemnie miłowali, tak jak Ja was umiłowałem. Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich. Wy jesteście przyjaciółmi moimi, jeżeli czynicie to, co wam przykazuję. Już was nie nazywam sługami, bo sługa nie wie, co czyni pan jego, ale nazwałem was przyjaciółmi, albowiem oznajmiłem wam wszystko, co usłyszałem od Ojca mego. Nie wyście Mnie wybrali, ale Ja was wybrałem i przeznaczyłem was na to, abyście szli i owoc przynosili, i by owoc wasz trwał – aby wszystko dał wam Ojciec, o cokolwiek Go poprosicie w imię moje. To wam przykazuję, abyście się wzajemnie miłowali. (J 15, 9-17) Jezus nakazuje nam byśmy się wzajemnie miłowali tak, jak on nas umiłował. Chodzi tu o to, abyśmy potrafili się kochać, żywić do siebie dobroć i sobie pomagać. Syn Boży przekazuje nam swoją miłość i oczekuję, że tak jak on będziemy się nią dzielić z innymi. Oddał życie za nasze grzechy i tym samym nazwał nas swoimi przyjaciółmi. My również powinniśmy stawiać się za drugim człowiekiem, otaczać go taką samą troską. Nie my jego wybraliśmy, ale to on wybrał nas abyśmy głosili słowo boże i przekazywali miłość pańską. Jeśli będziemy podążać za nim, wytrwamy w jego miłości,  jeśli zachowamy jego przykazania, otrzymamy życie wieczne. Jezus chce żebyśmy radowali się jego bliskością i dzielili nią z innymi. Zostaliśmy przez niego wybrani by owoc przynosić, to owoc dobra, umiłowania i miłosierdzia. Przetrwa on wówczas, gdy spełnimy przykazania...

Read More