Mafia – gra czy narzędzie naukowe?
Sty12

Mafia – gra czy narzędzie naukowe?

Codzienność proponuje nam nienaturalny i zmyślony model świata zaś tych, którzy usiłują wnieść do niego kilka elementarnych prawd nazywa się przewrotnie idealistami. Nie potrafimy jeszcze odpowiedzieć na pytanie „jak zmienić świat?”, lecz możemy coś powiedzieć o narzędziach, którymi dysponujemy. Poniższy tekst będzie o psychice człowieka i bazuje on na doświadczeniu autora z popularnej gry pt. Mafia. Mafia jest grą grupową, odbywającą się „na żywo”. Bardzo ważne jest, aby wszyscy uczestnicy widzieli się nawzajem bezpośrednio i przebywali w tym samym pomieszczeniu bez rozpraszaczy. W podstawowej wersji gry spotykamy dwie frakcje: miasto i mafię. Mafia działa w ukryciu i oficjalnie przedstawia się jako miasto. Inaczej mówiąc, na początku rozgrywki tylko członek mafii wie, kto do niej należy. Rozgrywka podzielona jest na dwie naprzemiennie występujące tury: dzień i noc. W dzień wszystkie działania są jawne i każdy (żyjący) uczestnik może zabrać głos. W nocy wszyscy mają zamknięte oczy z wyjątkiem tych, którzy są aktualnie wywoływani przez mistrza gry. Tak więc mafia poznaje się w nocy i o tej porze działa, wskazując ofiarę, która nie dożyje poranka. W dzień miasto debatuje nad tym, kto jest w mafii i na koniec tury musi zabić jedną osobę. Oczywiście stara się zabić mafioza. Oprócz tego miasto dysponuje szeryfem, który raz na noc przez wskazanie gracza dowiaduje się czy jest w mafii. W wersji rozszerzonej dochodzą inne postacie, nad którymi nie będziemy się teraz rozwodzić. Gra posiada dwie płaszczyzny: logiczną i psychiczną. Innymi słowy do tego, kto jest w mafii można dojść na drodze logicznego rozumowania oraz przeczucia wywoływanego tym, że komuś źle z oczu patrzy. Niestety później musimy przekonać do tego innych, co już może być trudniejszym zadaniem, jeżeli nie posiadamy sensownych przesłanek. W grze można powiedzieć wszystko, włącznie z rzekomym zdradzeniem pełnionej funkcji, nie można jedynie ujawnić swojej karty postaci. Mogę więc powiedzieć, że jestem szeryfem, ale muszę być przy tym przekonujący… bo każdy tak może powiedzieć, zwłaszcza jeśli jest w mafii. Możemy zatem teraz przejść do korzyści, jakie przynosi nam ta genialna gra. Przede wszystkich łącząc logikę z psychiką, uczymy nasz mózg rozpoznawać nie tylko faktycznego kłamcę, ale także czynimy go wrażliwym na wiele innych subtelnych sygnałów wysyłanych nieświadomie przez innych ludzi. Możemy więc czerpać wiedzę o mowie ciała z podręczników, a potem pamiętać, żeby analizować każdy ruch naszego rozmówcy, podczas gdy zagorzały gracz analizę taką przeprowadza za każdym razem odruchowo i nieświadomie. To jak z jazdą „bez trzymanki” na rowerze. Na początku trzeba myśleć nad tym, żeby nie stracić równowagi, później ciało samo wie, jak się ma zachować nawet na wyboistym terenie. Czego jednak uczy nas Mafia o człowieku? Wielu rzeczy poczynając od jednostki kończąc na tłumie. Poprawność polityczna każe nam sądzić, że...

Read More
8 spraw, którymi warto się zająć bardziej, niż pluszowym Jezusem
Gru14

8 spraw, którymi warto się zająć bardziej, niż pluszowym Jezusem

Jeśli pluszowy Jezus to profanacja, to może powinienem się wyspowiadać z tego, że w przedszkolu malując na religii kolorowanki z Panem Jezusem dość często wyjeżdżałem za linie. Czy nie mamy ważniejszych problemów? Podpowiem… Pewna firma wypuściła na polski rynek nowy produkt i jest nim pluszowy Jezus. W pierwszym odruchu żal patrzeć. Połączenie Osoby Zbawiciela z pluszem dość nieprzyjemnie gryzie oczy, serce i umysł. Ale jeśli o ten ostatni chodzi, zaraz się zreflektowałem, że ocenianie świata w oparciu o pierwsze odruchy, bez krytycznej analizy, trochę nie przystoi dorosłemu człowiekowi. Biorąc rzecz na chłodno – przecież nie ja jestem grupą docelową dla tej zabawki, a dzieci do lat – powiedzmy – kilku. Nie mnie to ma się podobać. Nie moją wiarę ma rozwijać, to rzeczywiście trochę nie ten poziom. Czego by pluszowemu Jezusowi nie zarzucić, wciąż jest to trzy poziomy wyżej od Smoka Niedzielaka. Można oczywiście się oburzać, że taka zabawka to profanacja. Że prać w pralce (podobno co jakiś czas trzeba to zafundować pluszakom, które mają kontakt z małymi dziećmi) to tak trochę nie wypada. Że dziecko przecież może gryźć i ślinić, a nawet rzucać Panem Jezusem po podłodze. Cóż, w takim razie może ja powinienem się wyspowiadać z tego, że w przedszkolu malując na religii kolorowanki z Panem Jezusem dość często wyjeżdżałem za linie. A zdarzało się i pomalować włosy na niebiesko. To dopiero profanacja. Jedyne, co mnie w całej (szumnie mówiąc) sprawie może niepokoić, to reakcje tzw. internautów, które pluszowy Jezus spowodował. Czy tak marginalnej sprawie rzeczywiście trzeba poświęcać tyle uwagi? Podpowiem: nie. Za to jest wiele spraw, w których moja uwaga i zaangażowanie przyda się bardziej. Przykładowo: 1. Święta. Trwa Adwent, co znaczy, że już niedługo Boże Narodzenie. To wymaga przygotowania przede wszystkim od strony duchowej. Przygotowanie samego siebie już jest sporym wyzwaniem, ale przecież chrześcijaństwo jest zaprzeczeniem egoizmu, nie mogę więc poprzestać na jedynie przygotowaniu samego siebie. Więc jak już się zmobilizujesz do pójścia na roraty czy rekolekcje adwentowe, może warto pomyśleć, żeby wziąć ze sobą kogoś jeszcze? 2. Księża. Pewne kontrowersje w ostatnich dniach wzbudziła osoba ks. Piotra Glasa i kilka komunikatów jemu poświęconych. Abstrahując od tej konkretnej sprawy, co pewien czas robi się zamieszanie wokół jakiegoś duchownego. Lemański, Międlar, Stryczek, Kramer, Boniecki, Pieronek proboszcz z Kasiny, czy wielu, wielu innych. Ksiądz też człowiek. Też może popełnić głupstwo, nieważne ile świętych olejów na niego wylać. Może więc warto się o księdza z najbliższej parafii zatroszczyć? To nie jest tak, że oni są pasterzami, a my tylko biernymi owieczkami. Oni również wymagają naszej troski. Jeśli nie znam wystarczająco danego księdza, to warto wykorzystać wizytę duszpasterską: „skoro już ksiądz wpadł, to może opowie, co u niego słychać. Może...

Read More
Trzeba mieć wyczucie
Mar24

Trzeba mieć wyczucie

Niektórzy ludzie wysysają to z mlekiem matki, inni otrzymują to w ramach starannego wychowania w szkole. Są tacy, którzy uczą się na błędach i doświadczeniach życiowych. Dziś jednak będzie o tych, co to się nigdy nie nauczą… Kiedy ma się lat kilkanaście, wychodzenie ze schematów i łamanie konwencji jest jednym z głównych życiowych celów. Garnitury i krawaty, kwiecista mowa i stosowanie się do skomplikowanych zasad savoir-vivre to dla młodych buntowników oznaka słabości. Bezkompromisowość – albo białe, albo czarne – bez dyskusji! Wolność, żyć „tak jak chcę”, bez zginania karku, bez patrzenia na innych – każdy ma do tego prawo. Jednak bunt ma swoje granice – mój bunt się kończy, gdy zaczyna gorszyć i negatywnie ingerować w życie drugiego człowieka. Niestety, często o tym zapominamy. Przestajemy pamiętać o drugim człowieku i robimy z siebie przysłowiowy pępek świata. Dwa razy pomyśl zanim zrobisz – mówiła babcia. I miała rację. Dzięki niej nauczyłem się, że to, co robię wpływa nie tylko na mnie, ale też na moje otoczenie. To jednak wcale nie oznacza, że jestem jakiś wyjątkowy. To tylko zwykła grzeczność, umiejętność współżycia społecznego. Tak już się jakoś utarło, że otaczamy należytym szacunkiem starszych – ustępujemy im miejsca w tramwaju, mówimy do nich zrozumiałym językiem, bez wtrącania zbyt wielu terminów obcojęzycznych. Raczej unikamy wchodzenia do świątyni, będąc ubranym w strój kąpielowy. To chyba normalne, że przychodząc zimą do czyjegoś domu, nie kładziemy na kanapie swoich zabłoconych butów. Że wchodząc między wrony, staramy się zanadto nie wyróżniać, szanować obowiązujące tam zasady, a gdy zrobimy coś nie tak jak należy – po prostu przepraszamy. To niewytłumaczalne…  Tak po prostu jest! Nie starajmy się jednak zmienić całego świata. To się nie uda! Zawsze znajdzie się ktoś, kto ze swojej wady będzie chciał zrobić zaletę. Nie przyzna się do popełnionego błędu, ale uczyni ze swego wykolejenia znak rozpoznawczy. Uzależniony od alkoholu nie przyzna się do swojego nałogu – będzie mówił o sobie, że co tydzień jest królem melanżu. Zwolniony z pracy bankier nie przyzna, że jest oszustem i złodziejem. Kierowca zatrzymany za przekroczenie prędkości nie powie o sobie, że jest piratem drogowym. On przecież tak świetnie potrafi prowadzić samochód, że te wszystkie ograniczenia są niepotrzebne. Takie jest życie! Tak jak znany piosenkarz nie przeprosi za to, że gra z playbacku (on przecież tylko dba o gardło!), tak ksiądz, który ujawni na konferencji prasowej, że jest w związku ze swoim partnerem/partnerką, nie przyzna się do błędu i złamania zasad, ale nazwie się rewolucjonistą, symbolem odwagi, wiatrem odnowy dla Kościoła. Świata nie zmienisz – mówiła babcia – ale dwa razy pomyśl, zanim coś...

Read More
Umiłowani w Chrystusie
Mar04

Umiłowani w Chrystusie

Jezus powiedział do swoich uczniów: Jak Mnie umiłował Ojciec, tak i Ja was umiłowałem. Wytrwajcie w miłości mojej! Jeśli będziecie zachowywać moje przykazania, będziecie trwać w miłości mojej, tak jak Ja zachowałem przykazania Ojca mego i trwam w Jego miłości. To wam powiedziałem, aby radość moja w was była i aby radość wasza była pełna. To jest moje przykazanie, abyście się wzajemnie miłowali, tak jak Ja was umiłowałem. Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich. Wy jesteście przyjaciółmi moimi, jeżeli czynicie to, co wam przykazuję. Już was nie nazywam sługami, bo sługa nie wie, co czyni pan jego, ale nazwałem was przyjaciółmi, albowiem oznajmiłem wam wszystko, co usłyszałem od Ojca mego. Nie wyście Mnie wybrali, ale Ja was wybrałem i przeznaczyłem was na to, abyście szli i owoc przynosili, i by owoc wasz trwał – aby wszystko dał wam Ojciec, o cokolwiek Go poprosicie w imię moje. To wam przykazuję, abyście się wzajemnie miłowali. (J 15, 9-17) Jezus nakazuje nam byśmy się wzajemnie miłowali tak, jak on nas umiłował. Chodzi tu o to, abyśmy potrafili się kochać, żywić do siebie dobroć i sobie pomagać. Syn Boży przekazuje nam swoją miłość i oczekuję, że tak jak on będziemy się nią dzielić z innymi. Oddał życie za nasze grzechy i tym samym nazwał nas swoimi przyjaciółmi. My również powinniśmy stawiać się za drugim człowiekiem, otaczać go taką samą troską. Nie my jego wybraliśmy, ale to on wybrał nas abyśmy głosili słowo boże i przekazywali miłość pańską. Jeśli będziemy podążać za nim, wytrwamy w jego miłości,  jeśli zachowamy jego przykazania, otrzymamy życie wieczne. Jezus chce żebyśmy radowali się jego bliskością i dzielili nią z innymi. Zostaliśmy przez niego wybrani by owoc przynosić, to owoc dobra, umiłowania i miłosierdzia. Przetrwa on wówczas, gdy spełnimy przykazania...

Read More
Przemiana zamiast smutku
Mar03

Przemiana zamiast smutku

"Czemu pościliśmy, a Ty nie wejrzałeś? Umartwialiśmy siebie, a Ty tego nie uznałeś?" Otóż w dzień waszego postu wy znajdujecie sobie zajęcie i uciskacie wszystkich swoich robotników. Otóż pościcie wśród waśni i sporów, i wśród niegodziwego walenia pięścią. Nie pośćcie tak, jak dziś czynicie, żeby się rozlegał zgiełk wasz na wysokości. Czyż to jest post, jaki Ja uznaję, dzień, w którym się człowiek umartwia? Czy zwieszanie głowy jak sitowie i użycie woru z popiołem za posłanie – czyż to nazwiesz postem i dniem miłym Panu? Czyż nie jest raczej postem, który Ja wybieram: rozerwać kajdany zła, rozwiązać więzy niewoli, wypuścić na wolność uciśnionych i wszelkie jarzmo połamać; dzielić swój chleb z głodnym, do domu wprowadzić biednych tułaczy, nagiego, którego ujrzysz, przyodziać i nie odwrócić się od współziomków. Wtedy twoje światło wzejdzie jak zorza i szybko rozkwitnie twe zdrowie. Sprawiedliwość twoja poprzedzać cię będzie, chwała Pańska iść będzie za tobą. Wtedy zawołasz, a Pan odpowie, wezwiesz pomocy, a On rzeknie: „Oto jestem!”» (Iz 58, 1-9a) Zdaje się, że Kościół dyktuje nam stan emocjonalny w jakim mamy egzystować. I nie piszę tego z wyrzutem, czy w jakiejś negatywnej konotacji. Po prostu: okresy w roku liturgicznym są tak poukładane, że wiemy kiedy mamy się radować, kiedy smucić; kiedy oczekiwać w radości, a kiedy umartwiać wyrzeczeniami. Wielki Post z reguły kojarzony jest ze smutkiem. Fakt – wspominamy w tym czasie Mękę Pańską i wszystko co wycierpiał Jezus za nasze grzechy. Raczej nie jest to powód do wesołkowania. Warto jednak spojrzeć na Wielki Post nieco inaczej. Problem często leży w samym fundamencie przeżywania tego czasu. Posmucimy się przez te 40 dni, jakieś wyrzeczenia sobie ustalimy, zrezygnujemy ze słodyczy na ten czas czy z kawy albo z alkoholu. A potem powrót do radości, do codziennych przyzwyczajeń. Uff, post się skończył, mogę zeżreć czekoladę albo wypić piwo. Nareszcie! Trzeba więc nam na to spojrzeć nieco inaczej. Przede wszystkim skupić się na tym, że Post to nie tylko czas smutku i ciągłego umartwiania się, ale przede wszystkim przemiany – diametralnej, trwałej, bezwzględnej. Rezygnacja z czegoś na wielkopostny czas powinna być pierwszym krokiem do zmian w życiu, w postępowaniu, powinna stanowić odwrócenie się od tego, co złe i grzeszne. I w końcu trzeba nam pamiętać, że Wielki Post składa się z trzech elementów: postu, modlitwy i jałmużny. Bez nich, odpowiednio dozowanych, cały ten okres nie ma tak naprawdę sensu. W ramach postu decydujemy się na jakieś wyrzeczenia, a w ramach modlitwy uczestniczymy w nabożeństwach wielkopostnych. W ramach jałmużny okazujemy miłosierdzie innym i wypełniamy dobre uczynki. Całość ma stać się początkiem naszego nawrócenia, aby po kolejnym Wielkim Poście w naszym życiu odczuć realne zmiany na...

Read More
W objęciach mediów
Lut28

W objęciach mediów

Współczesne media mają to do siebie, że liczy się w nich news. Gorący temat, który pobudzi wyobraźnię odbiorcy musi być naprawdę bardzo interesujący, by przyciągnąć widza/słuchacza/czytelnika. Walka między redakcjami jest prawdziwą wojną – taką na śmierć i życie. Trudno ocenić, kto ma w niej większą władzę – media, które mogą kreować rzeczywistość czy odbiorca, który może w każdej chwili zmienić stację, przełączyć kanał lub przestać kupować konkretny tytuł gazety. Utrata  konsumenta to największa porażka, jaka może spotkać redakcję. Lawinowa utrata konsumenta to już krawędź przepaści oznaczającej medialny niebyt, a w konsekwencji – bankructwo firmy. Właśnie dlatego media robią wszystko, by spełnić podstawowy cel ich działania: przyciągnąć, utrzymać, a potem wpływać na swojego odbiorcę. W tym celu wyszukują interesujące tematy pobudzające dyskusje, mnożące kontrowersje, które nie ucichną po kilku chwilach. Mniej więcej taki jest powód przyjęcia we wszystkich stacjach bardzo podobnego scenariusza przebiegu dziennika telewizyjnego. Najpierw – wiadomo! – telegraficzny skrót wszystkich wiadomości, potem najważniejsza informacja dnia, dalej ze trzy, cztery informacje o tym, co się wydarzyło w Polsce i na świecie. Następnie jeszcze tylko tragedia ludzka lub niesprawiedliwość państwa i na koniec – mój zdecydowany faworyt – „news z ZOO w Australii o narodzinach pingwinka-albinosa”. Albo coś w tym stylu – koniecznie musi być to temat lekki, najczęściej dotyczy zwierząt, ale nigdy nie ma bezpośrednio związku z naszym „tu i teraz” i teoretycznie nikogo nie powinien interesować. Jaki jest więc fenomen ostatniego newsa w każdym dzienniku? Naprawdę, Drogi Czytelniku, nigdy Ci się nie zdarzyło się, że rodzice oglądający wiadomości wołali Cię (siedzącego w innym pokoju) słowami: „Chodź, zobaczysz, jaki w telewizji jest duży wieloryb/ładny niedźwiadek/śmieszny pingwin”? Przecież ostatni temat w wiadomościach wcale nie jest po to, by rozluźnić atmosferę po pełnym nerwów oglądaniu informacji! On ma przyciągnąć do telewizora dziecko, które oswaja się z tym, że rodzice oglądają dziennik. Latorośl przyzwyczaja się do tego, że oglądanie wiadomości to coś normalnego, może nawet obowiązkowego, skoro robi się to codziennie… Nie mówiąc już o  tym, że we współczesnym społeczeństwie przybywa nam wtórnych analfabetów – ludzi, którzy potrafią czytać i pisać, ale zrozumienie i interpretacje rozkładu jazdy autobusów jest dla nich trudnością nie do przeskoczenia. Natłok informacji, liczb, statystyk i sformułowań z zakresu prawniczej nowomowy jest tak ogromny, że trudno im wyciągnąć wnioski z tego, co przed chwilą zobaczyli. Ba, ciężko nawet powtórzyć to, co zostało powiedziane. To właśnie dla nich jest ostatni news w wydaniu wiadomości – żeby mieli o czym opowiedzieć znajomym, żeby nazajutrz w pracy mogli odkryć, że inni też TO widzieli. Dzięki temu zyskują świadomość, że oglądanie telewizji ich rozwija i pozytywnie wpływa na relacje z ludźmi. „No, więc skoro telewizja jest tak dobra, to dziś wieczorem też...

Read More
Lepiej mieć, niż nie mieć?
Lut24

Lepiej mieć, niż nie mieć?

Każdy z nas zna osobę, która jest źródłem powiedzeń, aforyzmów i mądrości życiowych. Jedne z nich są sensowne, drugie troszkę mniej. Jedne z nich uczą, inne bawią. Mądrości te nie zawsze mają cokolwiek wspólnego z rzeczywistością, ale zazwyczaj powtarza się je wtedy, gdy nie wiadomo, co powiedzieć. Tak jest z "lepiej mieć, niż nie mieć". Kiedy w szale ostatniej kumulacji Lotto siedzieliśmy ze znajomymi przed telewizorem, czekając na wyniki losowania, do gorączkowego oczekiwania dołączyła moja babcia. Wszyscy po kolei, ściskając w spoconej dłoni swój kupon, opowiadali o marzeniach i planach, które będą mogli zrealizować za pomocą pieniędzy z wygranej. Na szczęście nie musieliśmy być nadto kreatywni, gdyż od kilku dni wszystkie media wskazywały, na co będzie stać szczęśliwego zwycięzcę losowania. Mieć kilka mieszkań bądź też duży dom z basenem, świetny samochód, mały jacht lub zwyczajne odłożenie forsy na lokatę i życie z odsetek – oto najczęściej wysnuwane scenariusze. Kiedy tak opowiadaliśmy o swoim przyszłym życiu oligarchy, do żywej dyskusji włączyła się babcia, która powiedziała, że z takimi pieniędzmi to przecież same kłopoty. „Z rana, jak poszłam do kiosku po gazetę to i owszem, dałam się ponieść i kupiłam dwa zakłady, ale po południu wszystko przemyślałam i  wyrzuciłam kupon. No bo co ja bym zrobiła z taką forsą? Zgłupiałabym!”. Oczywiście początkowo nikt nie podzielił jej zdania, ale gdy już okazało się, że absolutnie żadna z naszych liczb nie pokrywa się z tymi z maszyny losującej, nawet się ucieszyliśmy. Co prawda babcia co najmniej od dwudziestu pięciu lat powtarza, że „lepiej mieć niż nie mieć” ale przecież „co za dużo to i świnia nie zje”. W jednej chwili staliśmy się szczęśliwsi, zażarta wojna między zwolennikami inwestycji w obligacje i zakupu nieruchomości poszła w niepamięć. Przestaliśmy zastanawiać się nad niuansami podatkowymi i prawnymi i mogliśmy powrócić do życia TU i TERAZ. Swoją drogą interesującą wizję przedstawiła jedna z naszych koleżanek, której tak bardzo przypadł do gustu pewien piłkarzy polskiej ekstraklasy, że sprawdziła na portalu transferowym jego cenę rynkową i chciała go sobie wykupić na własność z któregoś z klubów piłkarskich. Całe szczęście, że „za marzenia nie karzą”. Osobną grupę mądrości stanowią zaklęcia i czary, których używamy (raczej mniej niż bardziej świadomie) w przeróżnych sytuacjach życia codziennego. Oczywistym jest, że nie przechodzimy pod drabiną i unikamy czarnych kotów przechodzących przez drogę. Ale przecież nie każdy mężczyzna wie, że widząc siostrę zakonną, winien po trzykroć splunąć przez lewe ramię, żeby nie zostać starym kawalerem (o tym fakcie niżej podpisany dowiedział się chyba zbyt późno, a że dość często widuje idące ulicą siostry, to daleko mu do ożenku. No… Chyba że wszystko przez to, że kiedyś usiadł przy narożniku stołu – wtedy nawet nie ma...

Read More
Dobre pytania o dobro i dobra
Lut24

Dobre pytania o dobro i dobra

Dobro i zło wydają się być łatwe do rozróżnienia. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że posiadamy robimy to w sposób intuicyjny. Zupełnie jakbyśmy mieli dostęp do wyroczni podpowiadającej nam ocenę, choć często zmieniającej zdanie w zależności od czynników zewnętrznych. Gdy jednak przenosimy sąd na płaszczyznę rozumu okazuje się, że to, co wydawało się oczywiste, staje się nierozwiązywalne. Dobro i zło przestają być łatwe do rozdzielenia.  Może na początku warto przyjrzeć się chwilę owej wyroczni, która zazwyczaj zdaje się wiedzieć, co jest dobre, a co złe. Nie jest to byt tak bardzo tajemniczy, człowiek odkrył go w sobie już dawno i nazwał sumieniem, choć współcześnie łatwo znaleźć takich, którzy będą woleli symbolikę serca. Problemem jednak nie jest to, jak nazwiemy naszą wyrocznię, tylko jak wytłumaczymy jej pochodzenie. Bez popadania w sprzeczność można powiedzieć, że sumienie jest środkiem komunikacji pomiędzy człowiekiem a Duchem Świętym oraz że jest jakąś funkcją mózgu, za którą odpowiedzialne są neurony formowane pod wpływem czynników zewnętrznych. Czynniki zewnętrzne mogą być bardzo niekorzystne, przez co dobro i zło będą się zlewać. Chrześcijanin będzie mówił wtedy o źle uformowanym sumieniu, mimo wszystko będzie jednak się go słuchał. Jak jednak można takie sumienie przeformować? Być może właśnie odnosząc się do rozumu. Zakładając, że rzeczywiście istnieje obszar w mózgu odpowiedzialny za nasze oceny moralne i znając nieco zasadę działania neuronów, możemy wyobrazić sobie sytuację, w której nasze sumienie podda ocenie moralnej coś, co według rozumu nie powinno jej podlegać. Znane są przypadki słyszenia kolorów. Dzieje się tak, kiedy sygnał pochodzący od bodźca wzrokowego w jakiś sposób pobudza obszar w mózgu interpretujący dźwięki. Jest to oczywiście rzadki i anormalny przypadek. Wyobraźmy sobie teraz, że ze zmysłem wzroku połączony jest obszar dokonujący oceny moralnej. Wtedy dowolny przedmiot bylibyśmy w stanie ocenić jako dobry lub zły. Podobne wyobrażenia można przenieść na wszystkie zmysły. Rodzi się jeszcze jeden istotny problem. Załóżmy, że mózg potrafi ocenić dowolny przedmiot jako dobry i zły. Na jakiej podstawie to robi? Taka funkcja w mózgu może być albo zaprogramowana tak jak cała obsługa naszego organizmu, albo wyuczona. Gdyby była w całości zaprogramowana, nie zmieniałaby się w trakcie życia i pod wpływem takich czynników jak kultura, gdyby była w całości wyuczona potrzebowałaby jakiegoś kryterium uczącego. Takiego kryterium mógłby dostarczać rozum. Istnieje jednak możliwość, że pierwotnie zaprogramowane neurony potrafią się douczać pod wpływem czynników zewnętrznych. Znów rozum mógłby być takim czynnikiem. Powyższe rozważania, mimo że więcej stawiają pytań, niż dają odpowiedzi, rzucają nieco światła na to, skąd się biorą problemy ze złem i dobrem, kiedy próbujemy je jakoś rozumowo usystematyzować. Podejmując już raz temat, którego głównym wątkiem jest dobro i zło, uzasadniliśmy pogląd, że zło jest niezgodnością z wolą Bożą, która była pierwsza....

Read More
O słoniu, który nadepnął na ucho… igielne
Lut20

O słoniu, który nadepnął na ucho… igielne

Co ma wspólnego bogactwo ze śpiewem? Wśród wielu minusów, jakie zauważamy u naszych znajomych, jest coś, co boli za każdym razem, gdy gromadzimy się na większych lub mniejszych uroczystościach. Nieważne, czy akurat mamy podczas apelu zaintonować hymn narodowy, czy tylko proste sto lat na imieninach babci, zawsze powstaje w towarzystwie lekka konsternacja – kto zacznie? Problem można uznać za niebyły, jeśli jest wśród nas wujek-wodzirej (to taki typ człowieka, który na każdej imprezie – przede wszystkim na weselu! – wyczekuje chwili, gdy wreszcie ucichnie muzyka i będzie można przejąć inicjatywę i zacząć tradycyjne biesiadne przyśpiewki). Co jednak, jeśli nie ma wujka-wodzireja? Śpiew półszeptem z zimnym potem na skroni, stres lub grobowa cisza. No, albo ten niemiłosierny fałsz, bo przecież „śpiewać każdy może”. A przecież „inni to tak ładnie potrafią, a w cerkwi to nawet na głosy umieją”, a u nas ciągle tylko łamiące się w pół taktu nuty starszych pań. A już nie daj Boże, żeby ktoś w zgromadzonym towarzystwie potrafił naprawdę dobrze śpiewać – wtedy musi być solistą, bo przy takim Jankielu nikt nie śmie nawet ust otworzyć, bo przecież „ja to nie mam słuchu”. Jak to się dzieje, że nie śpiewamy? Czy naprawdę odważnymi wokalistami możemy być jedynie po dwóch głębszych lub podczas „Pieśni o małym rycerzu” w katowickim Spodku? To przecież niemożliwe, żeby istniał aż tak ogromny słoń, który nadepnąłby na uszy całemu narodowi! Może gdyby edukacja muzyczna była u nas „bardziej muzyczna” i w szkole zamiast historii opery uczylibyśmy się podstaw emisji głosu… Może gdyby „sztuka” w  szkołach była czymś więcej, niż rzeźbieniem z masy solnej… W przeszłości człowiek dobrze wykształcony, aspirując do elit, musiał, oprócz znajomości klasycznych przedmiotów, być obytym muzycznie, przynajmniej uczęszczać do opery, a najlepiej grać (choć trochę!) na wybranym instrumencie. A dziś? Słyszymy tylko narzekania, że kultura u nas umiera… No, ale po co ma żyć, dla kogo, skoro już coraz mniej ludzi się na niej zna? Po co żyć? – co za głupie pytanie… W samym środku wakacyjnej sielanki wydarzyła się rzecz, która zszokowała polską opinię publiczną: jak grom z jasnego nieba spadła na społeczeństwo informacja, że bogactwo jednak nie zapewnia człowiekowi nieśmiertelności! Jedni przejęli się tym faktem bardziej, inni mniej, ale absolutnie każdy, kto poruszał temat śmierci Jana Kulczyka, określał go jednym mianem: miliarder, najbogatszy Polak. Z ogromnym zainteresowaniem śledziłem przekazy medialne dotyczące odejścia z tego świata człowieka dysponującego ogromnym majątkiem, którego bogactwo wspominano przy każdej okazji, właśnie po to, by zobaczyć w nich… człowieka (sic!). Bardzo dotknęło mnie to, że dosłownie wszystkie wiadomości dotyczące faktu zgonu słynnego przedsiębiorcy zaczynały się od zdefiniowania go jako człowieka majętnego, biznesmena, bogacza, miliardera… W dalszej kolejności pojawiały się jego dokonania, kolosalne liczby, nazwy...

Read More
Czy człowiek stanął na księżycu?
Lut20

Czy człowiek stanął na księżycu?

Wbrew pozorom to pytanie nie ma wprowadzać w teorie spiskowe Stanów Zjednoczonych. Możemy swobodnie przyjąć, że stanął na nim Neil Armstrong, który należał do gatunku ludzkiego, lecz czy możemy przypisywać to osiągnięcie ludzkości jako całości? Czy możemy powiedzieć, że to człowiek stanął na Księżycu? Czym dokładnie jest ten “Człowiek” przez wielkie “C”? Ten, który stworzył tyle wspaniałych dzieł i rozwinął dobra tego świata w sposób, przyznajmy to, imponujący. Czym jest Człowiek stojący na księżycu, który wynalazł pismo, komputery, buduje miasta, zdobywa szczyty i zdolny jest zniszczyć świat, w którym żyje w czasie o wiele krótszym, niż by sam tego chciał? Czy mówiąc “Człowiek”, mamy na myśli gatunek ludzki? Człowieczeństwo jako takie? Czy może ideę człowieka, której jesteśmy tylko odblaskami? Niewątpliwie możemy w ludziach znaleźć pewne cechy uznawane za wspólne, ale nie możemy przeważnie uznać ich za regułę. Bo jeśli powiemy, że człowiek ma dwie nogi i dwie ręce, to odmawiamy człowieczeństwa niepełnosprawnym. Jeśli uznamy, że musi mieć świadomy rozum, to jaką mamy pewność, że zwierzęta takiego nie mają? Dalej, jaką mamy pewność, że wszystkie osobniki gatunku ludzkiego posiadają świadomy rozum, skoro potrafimy już budować komputery zdolne oszukać nas, że są świadomymi istotami – a stoimy dopiero u początku rozwoju robotyki i sztucznej inteligencji. Wszak sądzimy, że inni są świadomi wyłącznie na podstawie analizy naszych mózgów, które podpowiadają nam, że są oni tacy jak my. Mózgów, o których wiemy, że łatwo nas mogą mylić. Dosyć łatwo natomiast możemy wyróżnić człowieka, na płaszczyźnie biologicznej, tak samo jak potrafimy odróżnić od siebie inne gatunki. Problem pojawia się, kiedy staramy się odpowiedzieć na pytanie: “Co nas wyróżnia?”. Nie chodzi tu o proste pytanie – czym różni się nasz gatunek od innych, ale raczej o to, jak jesteśmy lepsi od innych gatunków? Czy jesteśmy od innych zwierząt lepsi jakościowo? Inaczej mówiąc, czy istnieje taka cecha wspólna wszystkim, bez wyjątku, osobnikom gatunku ludzkiego, która jest niemożliwa do wykształcenia przez ewolucję? Jeśli wszystkie cechy, jakie są dla nas wspólne, zostały wykształcone w drodze ewolucji, to musimy się zgodzić na to, że możliwym jest dla natury wykształcenie innego, niespokrewnionego z nami, gatunku ludzkiego z jakiegoś gatunku zwierzęcego. To znaczy, że jeśli mielibyśmy być jakościowo lepsi od zwierząt, to musi istnieć taka cecha wspólna nam wszystkim, która nie powstała w drodze ewolucji, ale została nam nadana w jakiś inny sposób. Jeśli takiej cechy nie ma, to znaczy, że jesteśmy zwierzętami, które wprawdzie wyewoluowały w dość szczęśliwym i praktycznym kierunku, ale wciąż są tylko zwierzętami. Jedną z cech naszych ludzkich mózgów jest utożsamianie siebie z grupą. Kibic, który nawet nie pofatygował się, żeby pójść na mecz, oglądając go w telewizji, po zwycięstwie drużyny związanej z grupą ludzi, do której...

Read More