Refleksje spod zardzewiałej zbroi
Mar02

Refleksje spod zardzewiałej zbroi

Małe dziewczynki zawsze chcą być pięknymi księżniczkami, młodzi chłopcy – mężnymi rycerzami, którzy będą je zdobywać. I nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie to, że życie nie zawsze chce być kolorową bajką. Cudownie jest być dzieckiem. Patrzy się na świat przez różowe okulary, nie trzeba podejmować trudnych decyzji. Można żyć, tak po prostu, z dnia na dzień! Wielu oddałoby mnóstwo, by móc wrócić do tego pięknego czasu. Dlaczego? Bo dziś widzą, że życie troszeczkę zmodyfikowało ich plany i zamierzenia. Gdy byliśmy młodzi, każdy z nas miał jasny pomysł na siebie: zostać lekarzem, piłkarzem, muzykiem, policjantem albo chociaż prezydentem. Niestety, nie zrobiliśmy zupełnie nic, by osiągnąć swoje cele. Czy siedziałbym teraz w jesienno-deszczowym sercu Polski ze wzrokiem wpatrzonym w słupki Excela, gdybym parę lat temu zdecydował się na spełnienie swoich marzeń? Już chyba zawsze będę miał do siebie pretensje o to, że nie spróbowałem. Byli też tacy, którzy się starali. Bez powodzenia. Ci siedzą teraz pełni goryczy, że nikt im wtedy nie powiedział, jak wygląda prawdziwy świat. Płacą wysoką cenę za spełnienie swoich marzeń. Jak Wojtek, kombatant, uczestnik 2 misji zagranicznych. Z przeoraną przez odłamki ręką, która nigdy już nie będzie w pełni sprawna, siedzi w biurze gdzieś pod Londynem, popołudniami chodząc do terapeuty. Gdy w dzieciństwie chciał zostać żołnierzem, marzył o prowadzeniu czołgu – „Będę jak czterej pancerni i pies” – powtarzał. Nigdy by nie przypuszczał, że aby ratować własne życie, będzie musiał zabić człowieka, który do niego celował. Że ojczyzna, której służył się na niego wypnie. I że dla ludzi będzie najemnikiem, a nie bohaterem. Czy zatem mamy zabraniać dzieciom zabawy? Nigdy! Beztroska i radość to ich święte prawa. Jednak potrzebujemy kogoś, kto w porę pomoże nam się usamodzielnić, bo zawsze chcemy wyrosnąć ze świata dziecięcej wyobraźni i utopijnych marzeń o tym, że na świecie nie ma zła, a księżyc ma tylko jasną stronę. Dziś mam wrażenie, że nasze pokolenie żyje zamknięte w złotej klatce. Nazywamy egzotyką to, co było normą dla naszych rodziców, z wyższością i obrzydzeniem patrząc na ich zwyczaje. Przerażają nas nawet niektóre wyroby mięsne na wystawie w supermarkecie, bo nie możemy sobie wyobrazić, że ktoś może to kupować i podać rodzinie. Żyjemy w warunkach sterylnych i nikomu nie pozwalamy zbliżyć się do naszej nietykalnej przestrzeni. Prawdziwe życie przejeżdża z prędkością Pendolino przez stację, na której siedzimy wpatrzeni w życie gwiazd na naszych smartfonach. Szukamy tylko własnej korzyści, robimy wszystko ekonomicznie: byle jak najmniej się zmęczyć, byle przypadkiem nie włożyć w coś odrobiny siebie. Kodeks rycerski, mówiący o wielkoduszności i miłosierdziu wobec słabych i pokonanych, zapodział się nam na półce gdzieś pomiędzy „Jesteś zwycięzcą” a poradnikiem „Jak zarobić milion dolarów”. Oglądamy w Internecie...

Read More
Wielkopostne szaleństwa
Lut12

Wielkopostne szaleństwa

„Ty zaś, gdy chcesz się modlić, wejdź do swojej izdebki, zamknij drzwi i módl się do Ojca twego, który jest w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie. Kiedy pościcie, nie bądźcie posępni jak obłudnicy” Mt 6, 16-17 Stoimy u progu kolejnego Wielkiego Postu. Być może już masz listę wyrzeczeń, jakie podejmiesz. Być może będzie ich kilka: nie będę tyle plotkować, nie będę jeść słodyczy, ograniczę zerkanie do smartfona… do Wielkanocy. „Przez cały Wielki Post nie będę…” A potem? Co potem? Efekt jo-jo? Wrócisz do słodyczy, do plotek też? A co, gdyby podejść do Wielkiego Postu „na bogato”? Przejść na dietę wysokokaloryczną… duchowo? 40 dni. 40 szans na otwieranie Bogu drzwi. Masz do wyboru tyle opcji. Zaszalej! Jesteś długodystansowcem? Może Nowenna Pompejańska? Jesteś staromodny? Idź na Gorzkie Żale. Wolisz nowoczesne rozwiązania? Masz mnóstwo aplikacji, które odczytają dla Ciebie bieżące czytania z Pisma Świętego. Jesteś z tych, co wolą krótko i na temat? Proponuję Ci zaprzyjaźnić się z Ojcem Dolindo i jego „Jezu, ty się ty zajmij” albo świętą Faustyną i Koronką do Miłosierdzia Bożego. Lubisz czytać? A czytałeś już „Dzienniczek”? Postawmy sprawę jasno – nie podważam tutaj zasadności postu jako takiego, w sensie „umartwiania ciała”. Setki lat tradycji Kościoła dysponuje niepodważalnymi argumentami na niezbędność tego elementu w rozwoju duchowości, ale może warto spojrzeć na Post jako post od siebie – w sensie wygospodarowania ze swojego czasu wolnego chwil na kontakt z Bogiem. Taki „Post na tak.” Może na miarę szaleństwa zakrawać będzie fakt, że nastawisz budzik 10 minut wcześniej (!), powstrzymasz się od włączenia opcji „drzemka” i poświęcisz czas na wybraną dłuższą modlitwę? Już masz wyrobiony zwyczaj modlitwy, nie masz kłopotu z regularnością i udaje Ci się nie przysnąć na „drugiej dziesiątce” Różańca? Brawo! Wejdź na kolejny poziom! Śmiało! Może Lectio Divina? Spróbuj! Z modlitwą, która choć z pozoru jest cichutka, odprawiona w swojej izdebce, jest jak z dobrą dietą. Nikt nie musi widzieć jak zajadasz sałatki i wszystkie fit-wynalazki. Ale efektów nie da się ukryć – w przypadku diety – smukła linia, zdrowa cera, błysk w oku. A dzięki modlitwie – najpierw skorzystasz Ty, w drugiej kolejności Twoje otoczenie. Zrośniesz się z niebiańską rzeczywistością poprzez totalne zanurzenie i ani się obejrzysz, jak każda Twoja myśl – prośba czy dziękczynienie będą same płynąć do Ojca. Wtedy już tylko krok do Świadczenia przez duże „Ś”. Choć łatwo nie będzie. Jezusowi w drodze na Golgotę też nie było łatwo, upadał, ale się nie poddał bo miał swój cel. On tylko czeka na Twoje próby. Jeśli tylko powierzysz mu się w najprostszej modlitwie, On Cię poprowadzi, pomoże pokonać zniechęcenie, zmęczenie. Obiecał wyraźnie, a słowa zawsze dotrzymuje: „A Ojciec twój,...

Read More
8 spraw, którymi warto się zająć bardziej, niż pluszowym Jezusem
Gru14

8 spraw, którymi warto się zająć bardziej, niż pluszowym Jezusem

Jeśli pluszowy Jezus to profanacja, to może powinienem się wyspowiadać z tego, że w przedszkolu malując na religii kolorowanki z Panem Jezusem dość często wyjeżdżałem za linie. Czy nie mamy ważniejszych problemów? Podpowiem… Pewna firma wypuściła na polski rynek nowy produkt i jest nim pluszowy Jezus. W pierwszym odruchu żal patrzeć. Połączenie Osoby Zbawiciela z pluszem dość nieprzyjemnie gryzie oczy, serce i umysł. Ale jeśli o ten ostatni chodzi, zaraz się zreflektowałem, że ocenianie świata w oparciu o pierwsze odruchy, bez krytycznej analizy, trochę nie przystoi dorosłemu człowiekowi. Biorąc rzecz na chłodno – przecież nie ja jestem grupą docelową dla tej zabawki, a dzieci do lat – powiedzmy – kilku. Nie mnie to ma się podobać. Nie moją wiarę ma rozwijać, to rzeczywiście trochę nie ten poziom. Czego by pluszowemu Jezusowi nie zarzucić, wciąż jest to trzy poziomy wyżej od Smoka Niedzielaka. Można oczywiście się oburzać, że taka zabawka to profanacja. Że prać w pralce (podobno co jakiś czas trzeba to zafundować pluszakom, które mają kontakt z małymi dziećmi) to tak trochę nie wypada. Że dziecko przecież może gryźć i ślinić, a nawet rzucać Panem Jezusem po podłodze. Cóż, w takim razie może ja powinienem się wyspowiadać z tego, że w przedszkolu malując na religii kolorowanki z Panem Jezusem dość często wyjeżdżałem za linie. A zdarzało się i pomalować włosy na niebiesko. To dopiero profanacja. Jedyne, co mnie w całej (szumnie mówiąc) sprawie może niepokoić, to reakcje tzw. internautów, które pluszowy Jezus spowodował. Czy tak marginalnej sprawie rzeczywiście trzeba poświęcać tyle uwagi? Podpowiem: nie. Za to jest wiele spraw, w których moja uwaga i zaangażowanie przyda się bardziej. Przykładowo: 1. Święta. Trwa Adwent, co znaczy, że już niedługo Boże Narodzenie. To wymaga przygotowania przede wszystkim od strony duchowej. Przygotowanie samego siebie już jest sporym wyzwaniem, ale przecież chrześcijaństwo jest zaprzeczeniem egoizmu, nie mogę więc poprzestać na jedynie przygotowaniu samego siebie. Więc jak już się zmobilizujesz do pójścia na roraty czy rekolekcje adwentowe, może warto pomyśleć, żeby wziąć ze sobą kogoś jeszcze? 2. Księża. Pewne kontrowersje w ostatnich dniach wzbudziła osoba ks. Piotra Glasa i kilka komunikatów jemu poświęconych. Abstrahując od tej konkretnej sprawy, co pewien czas robi się zamieszanie wokół jakiegoś duchownego. Lemański, Międlar, Stryczek, Kramer, Boniecki, Pieronek proboszcz z Kasiny, czy wielu, wielu innych. Ksiądz też człowiek. Też może popełnić głupstwo, nieważne ile świętych olejów na niego wylać. Może więc warto się o księdza z najbliższej parafii zatroszczyć? To nie jest tak, że oni są pasterzami, a my tylko biernymi owieczkami. Oni również wymagają naszej troski. Jeśli nie znam wystarczająco danego księdza, to warto wykorzystać wizytę duszpasterską: „skoro już ksiądz wpadł, to może opowie, co u niego słychać. Może...

Read More
Trzeba mieć wyczucie
Mar24

Trzeba mieć wyczucie

Niektórzy ludzie wysysają to z mlekiem matki, inni otrzymują to w ramach starannego wychowania w szkole. Są tacy, którzy uczą się na błędach i doświadczeniach życiowych. Dziś jednak będzie o tych, co to się nigdy nie nauczą… Kiedy ma się lat kilkanaście, wychodzenie ze schematów i łamanie konwencji jest jednym z głównych życiowych celów. Garnitury i krawaty, kwiecista mowa i stosowanie się do skomplikowanych zasad savoir-vivre to dla młodych buntowników oznaka słabości. Bezkompromisowość – albo białe, albo czarne – bez dyskusji! Wolność, żyć „tak jak chcę”, bez zginania karku, bez patrzenia na innych – każdy ma do tego prawo. Jednak bunt ma swoje granice – mój bunt się kończy, gdy zaczyna gorszyć i negatywnie ingerować w życie drugiego człowieka. Niestety, często o tym zapominamy. Przestajemy pamiętać o drugim człowieku i robimy z siebie przysłowiowy pępek świata. Dwa razy pomyśl zanim zrobisz – mówiła babcia. I miała rację. Dzięki niej nauczyłem się, że to, co robię wpływa nie tylko na mnie, ale też na moje otoczenie. To jednak wcale nie oznacza, że jestem jakiś wyjątkowy. To tylko zwykła grzeczność, umiejętność współżycia społecznego. Tak już się jakoś utarło, że otaczamy należytym szacunkiem starszych – ustępujemy im miejsca w tramwaju, mówimy do nich zrozumiałym językiem, bez wtrącania zbyt wielu terminów obcojęzycznych. Raczej unikamy wchodzenia do świątyni, będąc ubranym w strój kąpielowy. To chyba normalne, że przychodząc zimą do czyjegoś domu, nie kładziemy na kanapie swoich zabłoconych butów. Że wchodząc między wrony, staramy się zanadto nie wyróżniać, szanować obowiązujące tam zasady, a gdy zrobimy coś nie tak jak należy – po prostu przepraszamy. To niewytłumaczalne…  Tak po prostu jest! Nie starajmy się jednak zmienić całego świata. To się nie uda! Zawsze znajdzie się ktoś, kto ze swojej wady będzie chciał zrobić zaletę. Nie przyzna się do popełnionego błędu, ale uczyni ze swego wykolejenia znak rozpoznawczy. Uzależniony od alkoholu nie przyzna się do swojego nałogu – będzie mówił o sobie, że co tydzień jest królem melanżu. Zwolniony z pracy bankier nie przyzna, że jest oszustem i złodziejem. Kierowca zatrzymany za przekroczenie prędkości nie powie o sobie, że jest piratem drogowym. On przecież tak świetnie potrafi prowadzić samochód, że te wszystkie ograniczenia są niepotrzebne. Takie jest życie! Tak jak znany piosenkarz nie przeprosi za to, że gra z playbacku (on przecież tylko dba o gardło!), tak ksiądz, który ujawni na konferencji prasowej, że jest w związku ze swoim partnerem/partnerką, nie przyzna się do błędu i złamania zasad, ale nazwie się rewolucjonistą, symbolem odwagi, wiatrem odnowy dla Kościoła. Świata nie zmienisz – mówiła babcia – ale dwa razy pomyśl, zanim coś...

Read More
W objęciach mediów
Lut28

W objęciach mediów

Współczesne media mają to do siebie, że liczy się w nich news. Gorący temat, który pobudzi wyobraźnię odbiorcy musi być naprawdę bardzo interesujący, by przyciągnąć widza/słuchacza/czytelnika. Walka między redakcjami jest prawdziwą wojną – taką na śmierć i życie. Trudno ocenić, kto ma w niej większą władzę – media, które mogą kreować rzeczywistość czy odbiorca, który może w każdej chwili zmienić stację, przełączyć kanał lub przestać kupować konkretny tytuł gazety. Utrata  konsumenta to największa porażka, jaka może spotkać redakcję. Lawinowa utrata konsumenta to już krawędź przepaści oznaczającej medialny niebyt, a w konsekwencji – bankructwo firmy. Właśnie dlatego media robią wszystko, by spełnić podstawowy cel ich działania: przyciągnąć, utrzymać, a potem wpływać na swojego odbiorcę. W tym celu wyszukują interesujące tematy pobudzające dyskusje, mnożące kontrowersje, które nie ucichną po kilku chwilach. Mniej więcej taki jest powód przyjęcia we wszystkich stacjach bardzo podobnego scenariusza przebiegu dziennika telewizyjnego. Najpierw – wiadomo! – telegraficzny skrót wszystkich wiadomości, potem najważniejsza informacja dnia, dalej ze trzy, cztery informacje o tym, co się wydarzyło w Polsce i na świecie. Następnie jeszcze tylko tragedia ludzka lub niesprawiedliwość państwa i na koniec – mój zdecydowany faworyt – „news z ZOO w Australii o narodzinach pingwinka-albinosa”. Albo coś w tym stylu – koniecznie musi być to temat lekki, najczęściej dotyczy zwierząt, ale nigdy nie ma bezpośrednio związku z naszym „tu i teraz” i teoretycznie nikogo nie powinien interesować. Jaki jest więc fenomen ostatniego newsa w każdym dzienniku? Naprawdę, Drogi Czytelniku, nigdy Ci się nie zdarzyło się, że rodzice oglądający wiadomości wołali Cię (siedzącego w innym pokoju) słowami: „Chodź, zobaczysz, jaki w telewizji jest duży wieloryb/ładny niedźwiadek/śmieszny pingwin”? Przecież ostatni temat w wiadomościach wcale nie jest po to, by rozluźnić atmosferę po pełnym nerwów oglądaniu informacji! On ma przyciągnąć do telewizora dziecko, które oswaja się z tym, że rodzice oglądają dziennik. Latorośl przyzwyczaja się do tego, że oglądanie wiadomości to coś normalnego, może nawet obowiązkowego, skoro robi się to codziennie… Nie mówiąc już o  tym, że we współczesnym społeczeństwie przybywa nam wtórnych analfabetów – ludzi, którzy potrafią czytać i pisać, ale zrozumienie i interpretacje rozkładu jazdy autobusów jest dla nich trudnością nie do przeskoczenia. Natłok informacji, liczb, statystyk i sformułowań z zakresu prawniczej nowomowy jest tak ogromny, że trudno im wyciągnąć wnioski z tego, co przed chwilą zobaczyli. Ba, ciężko nawet powtórzyć to, co zostało powiedziane. To właśnie dla nich jest ostatni news w wydaniu wiadomości – żeby mieli o czym opowiedzieć znajomym, żeby nazajutrz w pracy mogli odkryć, że inni też TO widzieli. Dzięki temu zyskują świadomość, że oglądanie telewizji ich rozwija i pozytywnie wpływa na relacje z ludźmi. „No, więc skoro telewizja jest tak dobra, to dziś wieczorem też...

Read More
Lepiej mieć, niż nie mieć?
Lut24

Lepiej mieć, niż nie mieć?

Każdy z nas zna osobę, która jest źródłem powiedzeń, aforyzmów i mądrości życiowych. Jedne z nich są sensowne, drugie troszkę mniej. Jedne z nich uczą, inne bawią. Mądrości te nie zawsze mają cokolwiek wspólnego z rzeczywistością, ale zazwyczaj powtarza się je wtedy, gdy nie wiadomo, co powiedzieć. Tak jest z "lepiej mieć, niż nie mieć". Kiedy w szale ostatniej kumulacji Lotto siedzieliśmy ze znajomymi przed telewizorem, czekając na wyniki losowania, do gorączkowego oczekiwania dołączyła moja babcia. Wszyscy po kolei, ściskając w spoconej dłoni swój kupon, opowiadali o marzeniach i planach, które będą mogli zrealizować za pomocą pieniędzy z wygranej. Na szczęście nie musieliśmy być nadto kreatywni, gdyż od kilku dni wszystkie media wskazywały, na co będzie stać szczęśliwego zwycięzcę losowania. Mieć kilka mieszkań bądź też duży dom z basenem, świetny samochód, mały jacht lub zwyczajne odłożenie forsy na lokatę i życie z odsetek – oto najczęściej wysnuwane scenariusze. Kiedy tak opowiadaliśmy o swoim przyszłym życiu oligarchy, do żywej dyskusji włączyła się babcia, która powiedziała, że z takimi pieniędzmi to przecież same kłopoty. „Z rana, jak poszłam do kiosku po gazetę to i owszem, dałam się ponieść i kupiłam dwa zakłady, ale po południu wszystko przemyślałam i  wyrzuciłam kupon. No bo co ja bym zrobiła z taką forsą? Zgłupiałabym!”. Oczywiście początkowo nikt nie podzielił jej zdania, ale gdy już okazało się, że absolutnie żadna z naszych liczb nie pokrywa się z tymi z maszyny losującej, nawet się ucieszyliśmy. Co prawda babcia co najmniej od dwudziestu pięciu lat powtarza, że „lepiej mieć niż nie mieć” ale przecież „co za dużo to i świnia nie zje”. W jednej chwili staliśmy się szczęśliwsi, zażarta wojna między zwolennikami inwestycji w obligacje i zakupu nieruchomości poszła w niepamięć. Przestaliśmy zastanawiać się nad niuansami podatkowymi i prawnymi i mogliśmy powrócić do życia TU i TERAZ. Swoją drogą interesującą wizję przedstawiła jedna z naszych koleżanek, której tak bardzo przypadł do gustu pewien piłkarzy polskiej ekstraklasy, że sprawdziła na portalu transferowym jego cenę rynkową i chciała go sobie wykupić na własność z któregoś z klubów piłkarskich. Całe szczęście, że „za marzenia nie karzą”. Osobną grupę mądrości stanowią zaklęcia i czary, których używamy (raczej mniej niż bardziej świadomie) w przeróżnych sytuacjach życia codziennego. Oczywistym jest, że nie przechodzimy pod drabiną i unikamy czarnych kotów przechodzących przez drogę. Ale przecież nie każdy mężczyzna wie, że widząc siostrę zakonną, winien po trzykroć splunąć przez lewe ramię, żeby nie zostać starym kawalerem (o tym fakcie niżej podpisany dowiedział się chyba zbyt późno, a że dość często widuje idące ulicą siostry, to daleko mu do ożenku. No… Chyba że wszystko przez to, że kiedyś usiadł przy narożniku stołu – wtedy nawet nie ma...

Read More
O słoniu, który nadepnął na ucho… igielne
Lut20

O słoniu, który nadepnął na ucho… igielne

Co ma wspólnego bogactwo ze śpiewem? Wśród wielu minusów, jakie zauważamy u naszych znajomych, jest coś, co boli za każdym razem, gdy gromadzimy się na większych lub mniejszych uroczystościach. Nieważne, czy akurat mamy podczas apelu zaintonować hymn narodowy, czy tylko proste sto lat na imieninach babci, zawsze powstaje w towarzystwie lekka konsternacja – kto zacznie? Problem można uznać za niebyły, jeśli jest wśród nas wujek-wodzirej (to taki typ człowieka, który na każdej imprezie – przede wszystkim na weselu! – wyczekuje chwili, gdy wreszcie ucichnie muzyka i będzie można przejąć inicjatywę i zacząć tradycyjne biesiadne przyśpiewki). Co jednak, jeśli nie ma wujka-wodzireja? Śpiew półszeptem z zimnym potem na skroni, stres lub grobowa cisza. No, albo ten niemiłosierny fałsz, bo przecież „śpiewać każdy może”. A przecież „inni to tak ładnie potrafią, a w cerkwi to nawet na głosy umieją”, a u nas ciągle tylko łamiące się w pół taktu nuty starszych pań. A już nie daj Boże, żeby ktoś w zgromadzonym towarzystwie potrafił naprawdę dobrze śpiewać – wtedy musi być solistą, bo przy takim Jankielu nikt nie śmie nawet ust otworzyć, bo przecież „ja to nie mam słuchu”. Jak to się dzieje, że nie śpiewamy? Czy naprawdę odważnymi wokalistami możemy być jedynie po dwóch głębszych lub podczas „Pieśni o małym rycerzu” w katowickim Spodku? To przecież niemożliwe, żeby istniał aż tak ogromny słoń, który nadepnąłby na uszy całemu narodowi! Może gdyby edukacja muzyczna była u nas „bardziej muzyczna” i w szkole zamiast historii opery uczylibyśmy się podstaw emisji głosu… Może gdyby „sztuka” w  szkołach była czymś więcej, niż rzeźbieniem z masy solnej… W przeszłości człowiek dobrze wykształcony, aspirując do elit, musiał, oprócz znajomości klasycznych przedmiotów, być obytym muzycznie, przynajmniej uczęszczać do opery, a najlepiej grać (choć trochę!) na wybranym instrumencie. A dziś? Słyszymy tylko narzekania, że kultura u nas umiera… No, ale po co ma żyć, dla kogo, skoro już coraz mniej ludzi się na niej zna? Po co żyć? – co za głupie pytanie… W samym środku wakacyjnej sielanki wydarzyła się rzecz, która zszokowała polską opinię publiczną: jak grom z jasnego nieba spadła na społeczeństwo informacja, że bogactwo jednak nie zapewnia człowiekowi nieśmiertelności! Jedni przejęli się tym faktem bardziej, inni mniej, ale absolutnie każdy, kto poruszał temat śmierci Jana Kulczyka, określał go jednym mianem: miliarder, najbogatszy Polak. Z ogromnym zainteresowaniem śledziłem przekazy medialne dotyczące odejścia z tego świata człowieka dysponującego ogromnym majątkiem, którego bogactwo wspominano przy każdej okazji, właśnie po to, by zobaczyć w nich… człowieka (sic!). Bardzo dotknęło mnie to, że dosłownie wszystkie wiadomości dotyczące faktu zgonu słynnego przedsiębiorcy zaczynały się od zdefiniowania go jako człowieka majętnego, biznesmena, bogacza, miliardera… W dalszej kolejności pojawiały się jego dokonania, kolosalne liczby, nazwy...

Read More
Samotność w wielkim mieście
Sty19

Samotność w wielkim mieście

Życie potrafi płatać figle. Niektórzy gonią za miłością jak za jedynym sensem życia. A co z samotnością? Jak w wielkim mieście odnaleźć się mogą ludzie samotni? Wszyscy przyzwyczaili się do tego, że inni narzucają im swoje zdanie. Przy wigilijnym stole słychać pojękiwania babci: „A kawalera ty już jakiegoś masz?”, co tylko zwiększa presję, aby szybko kogoś znaleźć. Niestety nie zawsze jest tak kolorowo, jak mogłoby się wydawać. Współcześnie społeczeństwo (jeśli chodzi o sprawy sercowe) dzieli się na kilka typów. Niektóre z nich to: szczęśliwe pary, nieszczęśliwie zakochani, karierowicze, poszukujący i samotni z wyboru. Szczęśliwe pary Tym tylko pozazdrościć. Nie muszą znać się od lat, ale każdy, kto na nich spojrzy, powie – tak, oni zostaną ze sobą na zawsze. Cała rodzina już zaciera ręce, snując weselne plany. Niektórzy widząc prawdziwą miłość, będą złorzeczyć i zazdrościć. Mówić, że wcześniej czy później ich relacja się odmieni, ponieważ każdy z czasem się zmienia. Nie mówię, że jest to niemożliwe, ale znam wiele par, które po ślubie jeszcze bardziej rozkwitły, wspólnie pokonywały przeszkody i teraz mają wspaniałe rodziny. Ale o nich w innym artykule. Nieszczęśliwe zakochani/poszukujący Być z kimś, to znaczy troszczyć się o niego i poświęcać się dla drugiej strony, nie zatracając przy tym siebie i swoich potrzeb. Jeśli sam/sama nie jesteś w stanie się pokochać i zaakceptować, to nawet jeśli spotkasz inną osobę, która odda ci bardzo wiele, nie będzie ona w stanie zapełnić tej pustki. Wielu młodych ludzi uważa, że drugi człowiek jest w stanie uleczyć każdą ranę. Spotykam się nawet ze stwierdzeniem kolegów: „Znajdę żonę i wszystko się ułoży”. Ale jak można znaleźć żonę i zgodnie z nią żyć, skoro jest ona jedynym celem w życiu? Żaden człowiek nie jest w stanie znieść tak wielkiej odpowiedzialności. Każdy powinien odpowiadać sam za siebie, a łączyć się we wspólnym działaniu. Jeśli ludzie nie są gotowi do związku oraz mają pewne wewnętrzne rany, wynikające z sytuacji rodzinnej, samooceny itd., to dopóki sami się z nimi nie uporają, będą tworzyli toksyczne więzi. Jak mówił o. Tomasz Franc OP na jednym z czwartkowych wykładów, ludzie szukają w innych wypełnienia siebie, swoich zawiedzionych ambicji i podziwu. Wszystko gra dopóki para zapatrzona jest w siebie nawzajem, jednak po czasie coś zaczyna się psuć. Radość ze wspólnego przebywania zmienia się w frustrację, lekka zazdrość – w chorobliwe więzienie. Dopóki człowiek wiąże się z drugą osobą po to, by go uleczyła, nigdy nie będzie to szczęśliwa relacja. Karierowicze Karierowicze to kolejna grupa ukształtowana przez współczesne trendy. Dominuje tu zasada – Fast Car, Fast Sex i Fast Food. Wszystko ma być szybko i na teraz. Związki mają być najlepiej chwilowe i bez zobowiązań, bo najpierw kariera, później rodzina. Wszystko...

Read More
O Zenku Martyniuku i zacofanych Polaczkach
Sty03

O Zenku Martyniuku i zacofanych Polaczkach

Podobno Sylwester z Dwójką miał dwa razy większą oglądalność niż Sylwester z TVN. Ból nie do opisania przeżywają z tego powodu wszelkiej maści nowocześni, oświeceni i wykształceni dziennikarze z wielkich ośrodków. Publicyści sympatyzujący z okołoopozycyjną sferą polityczną doszukują się miliona powodów, dla których oglądalność prezentuje się tak, a nie inaczej. Wina oczywiście jest po stronie Polaczków-Cebulaczków, którzy wolą dysko-polo, a nie jakieś bardziej wysublimowane muzyczne klimaty. Winę próbuje się zwalić na PiS, Kurskiego i cały świat. Winy natomiast nie widzi się u siebie samych. Krzysztof Majak dla naTemat.pl spłodził nawet na ten temat tekst pt.: „Polska Chylińskiej kontra Polska Zenka Martyniuka. Ta pierwsza już w zasadzie nie istnieje”, w którym przedstawia swoje odkrywcze tezy. Zastanawia się on w swoim felietonie, dlaczego TVP2 znokautowała TVN, skoro wystawiła (zdaniem Majaka) swoje największe gwiazdy, gdy telewizja polska zdecydowała się na jakieś badziewie pokroju Zenka Martyniuka. Oczytany i wykształcony dziennikarz dochodzi do wniosku, że to przez Polaków spod znaku 500+ – tych niewykształconych, zacofanych, ciemnych, zamieszkujących wiejskie tereny, którzy są tak niewymagający, że sprzedadzą się za „Twe oczy zielone”. Tych Polaków, którzy zadowolą się byle czym, bo już dawno przestali wymagać czegoś więcej. Problem polega na tym, że ów tekst świetnie dostarcza zupełnie innych powodów, dla których ludzie wybrali Martyniuka, a nie Chylińską. Owym powodem jest wybujałe ego autora (jak i całej tej medialnej, uważającej się za lepszą intelektualnej masy pokroju portalu naTemat.pl i TVN-u) oraz poczucie, że inni są gorsi. Ci, których uważa się za głupszych, wcale tacy głupi nie są i doskonale mają świadomość tego, kiedy pluje się im w twarz. A narcyzm Majaka i poczucie wyższości to jeden z wielu powodów, dla których ludzie mają tego po prostu dosyć. Wołając nieustannie o podziałach, jakie aktualna władza powoduje między ludźmi, niektórzy nie zauważają, że sami te podziały tworzą. Ileż to powstało po ostatnich wyborach tekstów o tym, że PiS wygrał, bo głosowali na niego sami głupi, niewykształceni i w ogóle największa ciemnota! W końcu jak zauważa Majak: „Żyjemy w Polsce PiS-u, 500+ i Zenka Martyniuka. Efekt? Większość jest zadowolona, bo ludzie dostają to, czego chcą i co lubią”. Co można z tego wyczytać? Żyjemy w Polsce, gdzie większość ludzi to durnie, nie mający o niczym pojęcia. Samozwańczym „elitom” wydaje się, że mogą innych poniżać. Problem w tym, że takie elity długo się nie utrzymają i w końcu sięgną dna. Zaczyna być coraz bardziej widoczne, że tam się zbliżają, skoro Wyborcza traci czytelników, a TVN ma coraz niższą oglądalność. To nie wynika z tego, że ludzie są głupi. To wynika z tego, że ludzie nie chcą być traktowani jak nic niewarte śmieci. Póki niektóre środowiska nie nauczą się szacunku do drugiego człowieka,...

Read More
Kilka refleksji o bożonarodzeniowej dobroci
Gru23

Kilka refleksji o bożonarodzeniowej dobroci

Święta to czas, kiedy powinniśmy być dla siebie nawzajem milsi. To czas, kiedy spory powinny milknąć, a podziały – zanikać. To taki wyjątkowy okres, w którym ludzie powinni stawać się lepsi. I w dużej mierze tak własnie jest! Świąteczny czas powoduje, że w ludziach uaktywniają się pokłady dobra. Skala zaangażowania w różnorakie charytatywne akcje z roku na rok przerasta najśmielsze oczekiwania. Wielu włączyło się w Szlachetną Paczkę, w wolontariat i przygotowywanie kolacji wigilijnych dla bezdomnych. Znaleźli się też tacy, którzy odwiedzali z mikołajkowymi prezentami domy dziecka. Inni organizują świąteczne spotkania dla samotnych i ubogich, jeszcze inni angażują się w pomoc bezdomnym zwierzętom. Przejawy ludzkiego dobra można by wymieniać i wymieniać. Święta stają się świetnym przełącznikiem szarej codzienności w codzienność przepełnioną cudami. Oprócz tego zdecydowanie milsi jesteśmy dla siebie nawzajem, w swoich wspólnotach, w swoim otoczeniu codziennym, w gronie rodzinnym. Obdarowujemy się prezentami, a także ciepłym słowem. Staramy się nie wchodzić w konflikty ze sobą, zażegnujemy dawne spory, zapominamy o tym, co było złe. Nie ma w nas niechęci do drugiego człowieka. Wspólnie spędzamy czas, niepoganiani żadnymi obowiązkami. W końcu najważniejszy staje się człowiek. Nawet w szaleństwie przedświątecznych zakupów i wszelakich przygotowań ludzie są dla siebie lepsi. Mimo że kolejki w sklepach zdają się niekończące, a korki na ulicach mogą doprowadzić do zwątpienia, to jednak świąteczna atmosfera pomaga sobie z tym poradzić. Okołoświątecznym zmaganiom zdecydowanie częściej towarzyszą serdecznie uśmiechy niż niekontrolowane wybuchy złości. Jest to fenomen, który uaktywnia się raz do roku, właśnie w tym wyjątkowym czasie i raczej trudno takie efekty uzyskać z jakiejś innej okazji. Wpatrzeni w mieniącą się światełkami choinkę, zatopieni w Małym Dzieciątku, leżącym w kościelnej stajence, odzyskujemy na nowo nadzieję, którą często życie codzienne nam pożera. Życie przestaje wydawać się takie trudne, problemy nieco bledną i liczy się tylko i wyłącznie ta jedna chwila – chwila, kiedy Miłość się rodzi. A w nas rodzi się pragnienie, aby się tą miłością ze wszystkimi dzielić. W ludziach rodzi się specyficzna potrzeba przebywania w czyimś towarzystwie i nikt nie chce być sam w te dni. Dzielenie się radością staje się zaraźliwe i reakcją łańcuchową dotyka kolejnych ludzi. I chyba to jest w tym wszystkim najpiękniejsze! Wyjść do drugiego człowieka, zarazić go radością, sprawić, by na jego twarzy zagościł uśmiech! Jest to wszystko w jakimś stopniu zrozumiałe. Święta Bożego Narodzenia mają tę szczególną aurę wyjątkowości i ciągle towarzyszy nam przeświadczenie o cudach, które mogą się wydarzyć i które są możliwe. To taki restart duchowy dla człowieka, wewnętrzne oczyszczenie. Radość sprawia myśl, że oto Bóg się rodzi, że przyjmuje nasz słabe, niedoskonałe ciało i staje się jednym z nas. Jak tu nie być dla siebie wyjątkowym, skoro Wszechmocny tak bardzo...

Read More