Niewolnicy zegarka
Wrz12

Niewolnicy zegarka

Brak czasu, zwłaszcza tego wolnego, to plaga współczesności. Biegniemy do tramwaju, nie wyrabiamy się z pracą, nie zdążamy odpisać na wszystkie maile ani przeglądnąć zdjęć z wakacji. Wiecznie gonią nas jakieś terminy, a zegarek bezlitośnie odmierza chwile, które pozostały nam do deadline’ów, podkręcając poziom stresu do maksimum. Czy naprawdę to jedyny scenariusz dla człowieka XXI wieku? Czas był, jest i będzie ponad oraz poza nami. Widzimy tylko skutki jego upływu. On sam wymyka się naszej percepcji, przekracza nasze kategorie. Nie bez powodu nazywamy Boga „Panem czasu”, podkreślając, że On jako jedyny ma nad nim władzę. Czas jest wyjątkowo sprawiedliwy. W żadnym momencie historii dana sekunda nie trwała ani krócej, ani dłużej niż jakakolwiek inna. Obiektywnie patrząc, wszyscy jesteśmy w konfrontacji z czasem niezaprzeczalnie równi. Jednak każdy człowiek posiada również swoje subiektywne poczucie jego upływu. Co do tego nie ma raczej wątpliwości. Zastanawiam się jednak, czy wyrażenie „mieć czas” (zawierające czasownik wskazujący na posiadanie) lub brak czasu, brzmiące w wielu językach analogicznie, nie jest jakąś ironiczną iluzją, za pomocą której ludzkość postanowiła się łudzić przez całe wieki. Może to tylko szukanie językowych niuansów nieistotne dla całego problemu. Nie mogę się mimo wszystko oprzeć wrażeniu, że tak dobrze znane nam zdanie „Nie mam czasu” oprócz funkcji sloganu ma jeszcze swój głębszy sens. Podświadomie wyrażamy w ten sposób swoją bezradność wobec upływającego czasu przyznając, iż nie jesteśmy wcale jego właścicielami. Niewolnikami  też nie. Przynajmniej nie powinniśmy być. PARANOJA WYDAJNOŚCI Abstrahując od filozoficznych zawiłości można powiedzieć, że wolności nam raczej nie brakuje. Rozwijamy się, uczymy, pracujemy, podróżujemy, wydajemy pieniądze, podejmujemy setki decyzji i wolno nam naprawdę dużo. Łączy nas jednak jedno zniewolenie. Jego narzędziem jest mały przedmiot noszony przez większość ludzi na nadgarstku albo wbudowany w każde elektroniczne urządzenie. Zegarek. Tykające wskazówki i migające cyfry w pełni nami sterują. Mówią, kiedy wstać, wyjść do pracy, zjeść obiad, kiedy nam brak czasu na coś itd. Kiedy nie wiemy, która jest godzina, ogarnia nas panika. Nasze życie jest zaplanowane zazwyczaj co do minuty. A kiedy coś/ktoś się spóźnia i plan przestaje działać, zaczyna się duży problem, przeradzający się zazwyczaj w całą serię mocno niefortunnych wydarzeń. Może nie byłoby to nawet takie złe, gdyby nie paranoja wydajności, w którą popadliśmy. Nie można przecież zmarnować ani chwili, więc trzeba ciągle coś robić − coś pożytecznego i produktywnego. Sen i odpoczynek to domena emerytów. Przecież zawsze można jeszcze dopisać dwa zdania do pracy zaliczeniowej, przeczytać jeszcze jedną publikację, poprawić to i owo, a na urlopie trzeba koniecznie zaliczyć wszystkie zabytki opisane w przewodniku. Chcąc wykorzystać w pełni czas, zaczynamy się zachowywać jak chomik w kołowrotku. Biegniemy, przyspieszamy, ale czasu ani trochę nie przybywa, cały czas cierpimy na brak...

Read More
Dlaczego singiel ma w Kościele przechlapane
Cze30

Dlaczego singiel ma w Kościele przechlapane

Pismo Święte mówi: „Źle jest, żeby człowiek był sam” (Rdz 2, 18). Z wielu stron, również w Kościele, da się słyszeć, że singiel to po prostu jeszcze jeden sposób na szczęście. Że bycie singlem jest wspaniałe i nie można na nikim wywierać ślubnej presji.   Nie ma miejsca w Kościele na samotność. Niektórzy mistycy mówią, że na tym polega piekło. Na samotności, poczuciu całkowitego osamotnienia. Człowiek natomiast jest przez Boga stworzony i powołany do wspólnoty – komunii. W różnych formach i w różnym stopniu, ale nie ulega wątpliwości, że źle jest, aby człowiek był sam. Tylko tworząc relacje: z Bogiem i  z drugim człowiekiem (w tej właśnie kolejności) można osiągnąć szczęście, a nie jako singiel.  Ksiądz to nie singiel Zdarza się jednak słyszeć o powołaniu do samotności. Nawet, zdawałoby się, poważne autorytety kościelne wspominają o takim (po)tworze. Jest to oczywista bzdura. Celibat to nie samotność. Jest wręcz jego zaprzeczeniem. Singiel decyduje się nie wchodzić w związek małżeński, bo chce być sam. Ktoś, kto z rozeznając  swoje powołanie, decyduje się zrezygnować z małżeństwa, robi to ze względu na większe dobro. W pierwszym rzędzie chodzi o księży i żyjących w zakonach. W ich wypadku celibat jest trochę narzucony z góry. Nikt się ich nie pyta, czy chcą być w celibacie, bo takie pragnienie świadczy o jakimś problemie. Szerzej pisałem o tym tu. To już lepiej z byle kim? Oczywiście zdarzają się sytuacje, kiedy chłopak lub dziewczyna nie zawiera małżeństwa z prostego (lecz dramatycznego) powodu – nie ma z kim. Nie spotkał/a odpowiedniego kandydata. Broń Boże, nikt nie powinien twierdzić, żeby na łapu-capu wiązać się z kim popadnie, bo latka lecą. Dr Jacek Pulikowski, jeden ze świeckich audytorów podczas ostatniego synodu o rodzinie, mówi, że w takiej sytuacji należy realizować naturalne powołanie do relacji w inny sposób. Np. tak, jak to robią członkowie zgromadzeń zakonnych. Współcześnie jednak problemem jest brak zdecydowania. Niemożność podjęcia decyzji. Znajomy ma już z pewną kobietą trzecie dziecko. Jak dotąd nie wzięli ślubu, bo „wciąż nie wiedzą, czy się kochają”. Mając głowy pełne wizji z romantycznych filmów, potrzebujemy otrzeźwiającego bodźca ze strony naszych bliskich. Potrzebujemy społecznej presji. Ale po co, skoro nie chcę? Zresztą, społeczeństwo ma święte prawo oczekiwać od każdego, że założy rodzinę i będzie miał dzieci. Choć zadeklarowany singiel na taki argument tylko się oburzy (co potwierdzi tezę, że to po prostu egoista), nakazuje to choćby pragmatyczna ekonomia. Zresztą, każdy potrzebuje kogoś, kto na starość poda herbatę i przykryje kocem, a po śmierci pochowa i zadba o grób. Nie da się ukryć, że pierwsze zapisane w Biblii przykazanie, brzmi: „Bądźcie płodni i rozmnażajcie się”. Księża czy zakonnice mogą się usprawiedliwić tym, że wybrali celibat, aby bardziej poświęcić się...

Read More
Obym się  mylił – Nie uwierzysz!
Cze06

Obym się mylił – Nie uwierzysz!

Drogi Czytelniku! Na pewno natknąłeś się w Internecie na reklamy magicznych sposobów na odchudzanie. Wystarczy łykać regularnie tabletki, żeby mieć wymarzoną figurę. Ostatnio zainteresowałem się jedną z takich substancji ciekawy, czy to w ogóle ma prawo działać. Okazało się, o dziwo, że tak – inne żródła niesłużące reklamie potwierdzały działanie tego specyfiku. Oczywiście postanowiłem sprawdzić to na własnej skórze. Kiedy jednak podzieliłem się pomysłem z innymi, dowiedziałem się, że taka tabletka być może wspomaga odchudzanie, ale ja też muszę włożyć w to wysiłek. Muszę zwiększyć swoją aktywność fizyczną, bo nie da się po prostu czegoś łykać i chudnąć. Tutaj zaczyna się moja refleksja. Być może to prawda, nie od dziś wiadomo, że odchudzanie jest pożywką dla szarlatanów. Chodzi mi jednak o argumenty. Bo czy ktokolwiek z tych, co mi mówili, że to się nie uda, próbował? Nie! Z góry założyli fiasko, bo… to nie może być takie proste!. Można by pomyśleć, drogi Czytelniku, że gdyby ktoś wynalazł kiedyś taką tabletkę, zarobiłby fortunę. Otóż nie! W czym problem? Wzięto by go za szarlatana i nikt by mu nie uwierzył. Zastanawiasz się pewnie, drogi Czytelniku, dlaczego w ogóle o tym piszę. Otóż pojawił się swojego czasu Człowiek, który wziął chleb i powiedział, że to Jego ciało, kto je będzie spożywał nie umrze, ale będzie żył wiecznie. Czy to może być tak proste? Dalej, ktoś kto wynalazłby sposób na nieśmiertelność, powinien zarobić jeszcze większą fortunę niż ten od odchudzania, a tymczasem umarł na krzyżu. Nawet my, katolicy, w to specjalnie nie wierzymy. Czemu? Bo czy nie twierdzimy, że to nie wystarczy, że potrzeba do zbawienia jeszcze dobrych uczynków, które są jak cegiełki budujące nam dom w niebie? Traktujemy Ciało Boże nie jako zbawienną substancję, a suplement diety, który wspomaga nasze wysiłki do czynienia dobra, kóre dopiero ma nas zbawić. Otóż, drogi Czytelniku, mój wniosek jest taki, że ten sam mechanizm, który sprawia, że nie wierzymy szarlatanom przeszkadza nam w uwierzeniu w Boga. Dlatego, że naszych kryteriów skuteczności nie spełnia zarówno magiczna tabletka odchudzająca, jak i Najświętszy...

Read More
Obym się mylił – pokolenie durni
Maj18

Obym się mylił – pokolenie durni

Drogi Czytelniku, maj to jak wiadomo czas pierwszych komunii. Z tej okazji w mediach “światłego” nurtu pojawia się mnóstwo artykułów antykościelnych. Mój wniosek po ich lekturze jest następujący: rośnie nam pokolenie durni. Rozchodzi się o to, że dziecko przystępujące po raz pierwszy do sakramentu komunii jest jeszcze za młode, żeby cokolwiek zrozumieć. Wybacz mi, Drogi Czytelniku, ostre słowa, ale jeśli to jest prawda, to nie pozostaje wiele możliwości. Takie dziecko musi być wtedy albo umysłowo upośledzone, albo ma głupich rodziców. Prawdę mówiąc, żeby zrozumieć sakrament komunii może nie wystarczyć życia, ale z całą pewnością dziewięcioletnie dziecko da się do niego dobrze przygotować. Ja byłem dobrze przygotowany. Moi koledzy też nie wykazywali braku zrozumienia, a wiara w nich niejednokrotnie była silniejsza wtedy niż w późniejszym okresie życia, kiedy zaczęły ich pociągać pokusy tego świata. Jeśli jednak prawdą jest, że współczesnych dzieci nie da się dobrze przygotować do sakramentu komunii, to nie wróżę nam niczego dobrego w przyszłości. Oznacza to bowiem, że potencjał intelektualny naszego społeczeństwa drastycznie spada. Później okaże się, że takie dziecko jest jeszcze za młode na wybór szkoły, studiów, potem pracy, małżeństwa, założenia rodziny i śmierci. Będziemy mieli wtedy do czynienia z pokoleniem wiecznie za młodym na...

Read More
Obym się mylił
Maj05

Obym się mylił

Drogi Czytelniku, nie jest dobrze i będzie jeszcze gorzej. Świat staje się co raz bardziej postępowy i gna do przodu niczym nieszczęśnik zbiegający z wysokiej góry nie mający na tyle siły żeby zwolnić. Póki biegnie ma jeszcze nadzieję, że uda mu się jakoś zatrzymać mimo, że ciągle przyspiesza. A my patrzymy z góry i wiemy jak to się skończy. W tym cyklu krótkich arykułów, który właśnie rozpoczynam chciałbym Ci, drogi Czytelniku, przybliżyć nieco przyszłość. Jak ją poznałem? Czy ktoś mi ją objawił? Czy wszedłem w posiadanie jakichś tajnych akt lub nagrań? Nie! Jestem zwyczajnie polskim redaktorem, stąd chcąc nie chcąc, jakby z założenia, muszę być najmądrzejszy i wszechwiedzący. Nie jestem jednak wróżbitą Maciejem i nie wróżę z kart. Używam rozumu, wiedzy i intuicji, dlatego często się mylę. Cóż, nie wierzę w predestynację, więc wszystko się może zdarzyć, jednak kierunek zdarzeń zawsze da się jakoś oszacować. Choć często lepiej się mylić. Przyszłość rysował Ci będę, drogi Czytelniku, raczej w ciemnych barwach, ale miej nadzieję. Czy Kasandra przepowiadałaby upadek Troi, gdyby mimo klątwy, nie wierzyła, że ktoś jej w końcu uwierzy? Nikt przecież niczego nie robi bez nadziei, że osiągnie cel. Ja też, drogi Czytelniku, mimo pesymistycznego tonu mam na horyzoncie nadzieję. Nadzieję, że będę się...

Read More
Obrączkę to Ty szanuj!
Maj04

Obrączkę to Ty szanuj!

Dziwna moda przywędrowała do nas nie wiadomo skąd. Na serdecznych palcach młodych ludzi zaczęły się pojawiać srebrne obrączki, mające świadzyć o powadze ich związków. I ja się pytam: po co? Fora internetowe dostarczają różnorakich odpowiedzi. Że to forma wzajemnej przynależności, że to obietnica bycia ze sobą na dobre i złe, albo zdeklarowanie życia w czystości. Ostatnie, choć sensowne najbardziej, pojawia się jednak bardzo rzadko. Najczęściej chodzi o to, że jak ktoś już ze sobą jest dłużej i chce się zobowiązać, ale do ślubu mu jeszcze nieśpieszno, to zakłada sobie i swojej połówce srebrną obrączkę na serdeczny palec. Jest w tym wszystkim swego rodzaju paradoks, albo wybitna fobia przed zawarciem związku małżeńskiego. Podobnych odpowiedzi dostarczają pytania zadane bezpośrednio osobom, które taką obrączką się szczycą – ma ona być znakiem głębszego zaangażowania w związek, poświadczenia swojej „zajętości” i deklaracji względem ukochanej / ukochanego. Za moich czasów – jakkolwiek dziwnie to brzmi, wychodząc spod klawiatury 24-letniej kobiety, będącej w małżeństwie niecały rok – wszystko miało swój czas i miejsce. I było to naprawdę piękne! Związek z drugą osobą był czasem jej poznania. Potem następowała deklaracja ze strony mężczyzny i pytanie: czy spędzisz ze mną resztę życia? Pierścionek zaręczynowy stanowił zobowiązanie, a ślub i nałożenie sobie obrączek jego wypełnienie i utwierdzenie. Tymczasem, młodzi zdają się zabierać za to od – za przeproszeniem – tyłka strony i znajdują sobie marny substytut, będący namiastką tej deklaracji. Z jednej strony nie chcą się jeszcze aż tak zobowiązywać, żeby wypowiedzieć to przed ołtarzem, a z drugiej pragną utwierdzić samych siebie i otoczenie, że trwają w poważnym związku. Być może jestem trochę uprzedzona do tego typu udziwnień i podchodzę do nich niesprawiedliwie. Może wynika to też z tego, że złota obrączka jest dla mnie niemal świętością i nałożenie jej w innych okolicznościach, niż ślubując sobie w obliczu Boga stanowi dziecinny kaprys i kpinę. Małżonkowie, nakładając sobie pobłogosławione przez kapłana obrączki na palce mówią sobie nawzajem, że jest ona znakiem ich miłości i wierności. Najważniejsze jest jednak to, co dodaje się potem: w imię Ojca, i Syna, i Ducha Świętego. I to stanowi o ogromnej wartości tego złotego krążka i domaga się szacunku! Jest to przecież znak sakramentu, znak Bożej łaski i przypieczętowanie wzajemnej miłości, które mówi, że od teraz, choćby nie wiem co się w życiu działo, mąż będzie przy żonie, a żona przy mężu. Na swoich obrączkach z mężem mamy wygrawerowaną wewnątrz sentencję: „W drogę z nami, wyrusz Panie…” co dla nas stanowi całą kwintesencję sakramentu małżeństwa i obrączki samej w sobie. Jest ona dla nas, nie tyle symbolem dozgonnej miłości, ale tego, że przez cały czas jej trwania, obecny jest przy nas Bóg, towarzyszący nam w tej drodze, momentami...

Read More
Skąd przyszliśmy, dokąd zmierzamy?
Kwi28

Skąd przyszliśmy, dokąd zmierzamy?

Różnice między ludźmi sprawiają, że często mamy do siebie wzajemne pretensje o to, że ktoś jest taki, jaki jest, lub – o zgrozo! – nie jest taki, jak byśmy tego oczekiwali. Od kogo więc mamy oczekiwać zmian: od siebie czy od wszystkich dookoła? Gdy w piątek wieczorem byłem z narzeczoną w kinie, młody chłopak siedzący za mną położył stopy na oparciu mojego fotela i zaczął mną bujać. Bardzo chciałem myśleć, że to zwykły przypadek i ta farsa rodem z podstawówki zaraz się skończy. Niestety, mijały kolejne reklamy, a huśtaniu nie było końca. Jednak zamiast mężnie, acz grzecznie poprosić, żeby przestał, milczałem. A agresja we mnie rosła i rosła… Gdy już postanowiłem zainterweniować, zamiast uprzejmej prośby, wyszła mi z ust taka wiązanka nienawiści, że myśląc o niej dziś, nadal rumienię się ze wstydu. Złośliwi powiedzą, że była to kalka z klasycznego przykładu komunikacji między kobietą i mężczyzną: ja nic nie powiem, bo powinnaś się domyślić o co mi chodzi. Lubimy sobie ponarzekać na postęp, nowoczesność, no i na to, że ludzie już prawie się nie spotykają, bo wolą porozmawiać w cyberprzestrzeni. Mówią, że jak się wejdzie między wrony, to się małpuje ich zwyczaje… i coś w tym jest! Specyfika mojej pracy sprawia, że przez kilka godzin dziennie jestem skazany na ślęczenie w internecie. Widzieliście tam ostatnio jakąś ciekawą, grzeczną i rzeczową wymianę opinii? Jakieś merytoryczne argumenty? No, bo ja też nie. Zauważyłem za to, że nie umiem już normalnie dyskutować „w realu”. Moje rozmowy są coraz częściej jak modelowe komentarze internetowe – szybkie, celne, punktujące przeciwnika. Minimum słów, maksimum przekazu. Nie ma już miejsca na zwykłe, luźne pogadanki czy kurtuazyjne dialogi przy kawie. Nigdy nie diagnozowałem siebie  jako przypadku wymagającego zmian, ale ostatnio widywana sporadycznie koleżanka zwróciła mi uwagę, że w rozmowach z kolegami nie mówimy już sobie, że nam się coś podoba. Unosimy tylko kciuki, rzucamy hasło „lubię to!” i nie myślimy nawet, by jakkolwiek dosadniej wyrazić nasz zachwyt. Co za granda! Najgorsze jest to, że łatwiej mi napisać o tym na łamach „Może coś Więcej”, niż stanąć przed znajomymi i zaproponować jakieś mocne postanowienie poprawy. Od jutra się zmienię, obiecuję! Mówi się, że portale społecznościowe to miejsce, w którym każdy może się dowartościować. Im więcej lajków, tym większe ego. Specjaliści już alarmują, że spadek liczby zawieranych małżeństw i wzrost popularności modelu życia w singielstwie (podobno jest takie słowo!) spowodowany jest tym, że u przysłowiowych fejsbukowiczów lawinowo wzrasta samoocena. Z drugiej strony – trudno potem w świecie realnym odnaleźć drugą połówkę, która choć po części byłaby odzwierciedleniem tego, czego naoglądaliśmy się w sieci. Obawiam się, że gdyby Jan Pietrzak pisał słynny przebój dla Danuty Rinn dzisiaj, to refren mógłby...

Read More
Polska, 1050 lat po chrzcie
Kwi14

Polska, 1050 lat po chrzcie

Kolejna, może nie okrągła, rocznica chrztu Polski każe nam spojrzeć na to, co Polska zrobiła z tym dziedzictwem. Czy Polska jest krajem chrześcijańskim? Czy można nazwać katolickim kraj, gdzie ludzie uważają wiarę za prywatną sprawę, nie mając odwagi przeżegnać się czy pomodlić na różańcu w publicznym autobusie? Czy jest katolickim naród, który wybaczanie zostawia Bogu, dla siebie zaś rezerwując wymierzenie kary wszelkim wrogom Polski? Czy Polacy są narodem katolickim, czy to nasz katolicyzm jest tylko dodatkiem do patriotyzmu? Czy można poważnie traktować wiarę, która potrzebuje zapewnień o wielkiej, dziejowej roli Polski przy jednoczesnym uwielbieniu Polaków dla swoich wad i przywar? Czy można nazwać głęboką wiarę narodu, który rozpacza, że jak zamknie się galerie handlowe, to w niedzielę nie będzie co robić? Przecież i tak nieco ponad połowa wpada w niedzielę do kościoła, a gdzie kupić mąkę, jak braknie do obiadu, jak nie w Tesco. Czy można nazwać katolicki naród, który lubuje się w stawianiu pomników „kochanemu papieżowi-Polakowi”, ale wielu jego członków nie potrafi wymienić jednej jego encykliki, bo i tak przez ćwierć wieku zapamiętali tylko kremówki i Msze na kajakach? Czy można poważnie traktować chrześcijan, którzy najchętniej kupują plotkarskie gazety, a od obmowy bliźnich nie mogą się powstrzymać nawet w kościele? Czy naprawdę świadkami Chrystusa mogą być ludzie, którzy śmieją się z zapału sterczących na dworze ze swoimi stojaczkami Świadków Jehowy, a sami nawet nie przeżegnają się w autobusie mijając kościół? Czy wychowuje po katolicku dzieci naród, który w ramach przygotowań do I Komunii w pierwszej kolejności wynajął już dawno temu wszystkie sale weselne i limuzyny i bardziej się przejmuje tym, kogo zaprosić, a nie obecnym w Najświętszym Sakramencie Chrystusie? Czy można poważnie traktować naród, który świętuje 1050-lecie chrztu, a mury jego miast są pełne obelżywych haseł tworzonych przez „wiernych kibiców”, reklam „night clubów”, a gazety – dwuznacznych ogłoszeń o „przywracaniu miesiączki”? To pokazuje na co jest popyt w „katolickiej Polsce”. Czy można nazwać katolickim kraj, którego władza powołuje się na wiarę wtedy, gdy to zgodne z politycznym interesie, a gdy z nim sprzeczne – zawiesza wiarę na kołku przed gabinetem, a lud temu przyklaskuje? Czy silna jest wiara w Kościół, gdy wielu jego członków deklarację „jestem katolikiem” uzupełnia o krótkie, ale wielce znaczące „ale”? Antyklerykałowie nie mają powodu do zmartwień. Polska nie jest krajem katolickim, a jeśli już to głównie nominalnie. I długo tak będzie, jeśli polscy chrześcijanie będą zapatrzeni jedynie w swoje sukcesy, ale zobaczą także ogromne pole do pracy. I jeśli zechcą się...

Read More
Po co komu dziennikarze?
Lut22

Po co komu dziennikarze?

O współczesnym dziennikarstwie mówi się tylko na dwa sposoby: zachwycając się wolnością słowa lub płacząc nad niskim poziomem przekazów medialnych. Możemy się zastanawiać nad tym, jak to działa: czy to media ogłupiają odbiorców, czy raczej niski poziom intelektualny bezkrytycznej mass-publiczności powoduje, że dziennikarze już nawet nie muszą udawać, że starają się utrzymywać dobrą jakość przekazów. Możemy spierać się o to, którzy dziennikarze są rzetelni, a którzy nie oraz dzielić media na te bardziej i mniej zależne. Możemy również powielać jałowe spory o obiektywizm, walczyć o wolność i wysoki poziom mediów, ale… czy na dobrą sprawę współcześnie potrzebujemy jeszcze konwencjonalnych środków przekazu? Prawdziwi dziennikarze nigdy nie powiedzą tego wprost, bo któż plułby we własne gniazdo, ale wkroczyliśmy właśnie w erę, w której zatarł się wyraźny dotąd podział na celebrytów, środki masowego przekazu i publiczność. Dziś każdy z nas za pomocą mediów społecznościowych może zaistnieć w świadomości szerokiego grona odbiorców. Chcesz pokazać ludziom jak ćwiczysz? Wyjawić swe sekrety kulinarne? Przekazać autorski sposób wymiany dętki w rowerze? A może piszesz o związkach damsko-męskich? Tematyka jest drugorzędna. Właśnie dziś możesz spełnić proroctwo Andy’ego Warhola, który stwierdził, że w przyszłości każdy będzie sławny przez 15 minut. To jest twój czas! Domorośli komentatorzy życia publicznego, modelki-amatorki… Któż z nas nie ma w znajomych choć kilku takich osób? Szybko zdobywają popularność, zaskarbiają sobie przychylność odbiorców i robią karierę na portalach społecznościowych, tworząc coś w rodzaju minishow-biznesu. Czy w czasach, w których każdy ma w ręku narzędzia pozwalające dotrzeć do ludzi na całym świecie, jest jeszcze miejsce na osoby, które będą nam mówiły, jak mamy żyć i co powinniśmy myśleć? Przyczyn upadku prestiżu współczesnego dziennikarstwa doszukiwałbym się w tym, że obiektywizm w mediach kończy się na prognozie pogody. Wszystkie inne treści muszą zgadzać się z linią programową redakcji. Nie ma już prawdziwej polemiki na łamach prasy, bo wszystkie dyskusje opierają się na wielkich emocjach i za każdym razem prowadzą ostatecznie do argumentów ad personam. A sami dziennikarze? Znikają bezpowrotnie prawdziwi „artyści słowa”, rzetelni i odpowiedzialni za prezentowane treści. Ci, którzy tworzą z prawdziwym kunsztem i smakiem, nie zyskują uznania od odbiorcy spragnionego taniej sensacji. Współczesna publicystyka i programy typu talk-show ukierunkowane są już tylko na show, zamiast na rzeczową dyskusję. Nie liczy się to, co ma do powiedzenia gość audycji. Istotne jest tylko to, by nadąć ego prowadzącego i dać mu szansę na bycie gwiazdą. O ile w programach rozrywkowych ma to jeszcze jakiś sens, o tyle w politycznych stają się kanałem indoktrynacji mas. Czasem mam wrażenie, że dziennikarze w pewnym momencie swojej kariery biorą sobie do serca motto taty Rysia z „Czasu surferów”, który powiedział że życie to wielka impreza – rób wszystko, żeby nie być...

Read More