Dobre pytania o dobro i dobra
Lut24

Dobre pytania o dobro i dobra

Dobro i zło wydają się być łatwe do rozróżnienia. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że posiadamy robimy to w sposób intuicyjny. Zupełnie jakbyśmy mieli dostęp do wyroczni podpowiadającej nam ocenę, choć często zmieniającej zdanie w zależności od czynników zewnętrznych. Gdy jednak przenosimy sąd na płaszczyznę rozumu okazuje się, że to, co wydawało się oczywiste, staje się nierozwiązywalne. Dobro i zło przestają być łatwe do rozdzielenia.  Może na początku warto przyjrzeć się chwilę owej wyroczni, która zazwyczaj zdaje się wiedzieć, co jest dobre, a co złe. Nie jest to byt tak bardzo tajemniczy, człowiek odkrył go w sobie już dawno i nazwał sumieniem, choć współcześnie łatwo znaleźć takich, którzy będą woleli symbolikę serca. Problemem jednak nie jest to, jak nazwiemy naszą wyrocznię, tylko jak wytłumaczymy jej pochodzenie. Bez popadania w sprzeczność można powiedzieć, że sumienie jest środkiem komunikacji pomiędzy człowiekiem a Duchem Świętym oraz że jest jakąś funkcją mózgu, za którą odpowiedzialne są neurony formowane pod wpływem czynników zewnętrznych. Czynniki zewnętrzne mogą być bardzo niekorzystne, przez co dobro i zło będą się zlewać. Chrześcijanin będzie mówił wtedy o źle uformowanym sumieniu, mimo wszystko będzie jednak się go słuchał. Jak jednak można takie sumienie przeformować? Być może właśnie odnosząc się do rozumu. Zakładając, że rzeczywiście istnieje obszar w mózgu odpowiedzialny za nasze oceny moralne i znając nieco zasadę działania neuronów, możemy wyobrazić sobie sytuację, w której nasze sumienie podda ocenie moralnej coś, co według rozumu nie powinno jej podlegać. Znane są przypadki słyszenia kolorów. Dzieje się tak, kiedy sygnał pochodzący od bodźca wzrokowego w jakiś sposób pobudza obszar w mózgu interpretujący dźwięki. Jest to oczywiście rzadki i anormalny przypadek. Wyobraźmy sobie teraz, że ze zmysłem wzroku połączony jest obszar dokonujący oceny moralnej. Wtedy dowolny przedmiot bylibyśmy w stanie ocenić jako dobry lub zły. Podobne wyobrażenia można przenieść na wszystkie zmysły. Rodzi się jeszcze jeden istotny problem. Załóżmy, że mózg potrafi ocenić dowolny przedmiot jako dobry i zły. Na jakiej podstawie to robi? Taka funkcja w mózgu może być albo zaprogramowana tak jak cała obsługa naszego organizmu, albo wyuczona. Gdyby była w całości zaprogramowana, nie zmieniałaby się w trakcie życia i pod wpływem takich czynników jak kultura, gdyby była w całości wyuczona potrzebowałaby jakiegoś kryterium uczącego. Takiego kryterium mógłby dostarczać rozum. Istnieje jednak możliwość, że pierwotnie zaprogramowane neurony potrafią się douczać pod wpływem czynników zewnętrznych. Znów rozum mógłby być takim czynnikiem. Powyższe rozważania, mimo że więcej stawiają pytań, niż dają odpowiedzi, rzucają nieco światła na to, skąd się biorą problemy ze złem i dobrem, kiedy próbujemy je jakoś rozumowo usystematyzować. Podejmując już raz temat, którego głównym wątkiem jest dobro i zło, uzasadniliśmy pogląd, że zło jest niezgodnością z wolą Bożą, która była pierwsza....

Read More
Czy człowiek stanął na księżycu?
Lut20

Czy człowiek stanął na księżycu?

Wbrew pozorom to pytanie nie ma wprowadzać w teorie spiskowe Stanów Zjednoczonych. Możemy swobodnie przyjąć, że stanął na nim Neil Armstrong, który należał do gatunku ludzkiego, lecz czy możemy przypisywać to osiągnięcie ludzkości jako całości? Czy możemy powiedzieć, że to człowiek stanął na Księżycu? Czym dokładnie jest ten “Człowiek” przez wielkie “C”? Ten, który stworzył tyle wspaniałych dzieł i rozwinął dobra tego świata w sposób, przyznajmy to, imponujący. Czym jest Człowiek stojący na księżycu, który wynalazł pismo, komputery, buduje miasta, zdobywa szczyty i zdolny jest zniszczyć świat, w którym żyje w czasie o wiele krótszym, niż by sam tego chciał? Czy mówiąc “Człowiek”, mamy na myśli gatunek ludzki? Człowieczeństwo jako takie? Czy może ideę człowieka, której jesteśmy tylko odblaskami? Niewątpliwie możemy w ludziach znaleźć pewne cechy uznawane za wspólne, ale nie możemy przeważnie uznać ich za regułę. Bo jeśli powiemy, że człowiek ma dwie nogi i dwie ręce, to odmawiamy człowieczeństwa niepełnosprawnym. Jeśli uznamy, że musi mieć świadomy rozum, to jaką mamy pewność, że zwierzęta takiego nie mają? Dalej, jaką mamy pewność, że wszystkie osobniki gatunku ludzkiego posiadają świadomy rozum, skoro potrafimy już budować komputery zdolne oszukać nas, że są świadomymi istotami – a stoimy dopiero u początku rozwoju robotyki i sztucznej inteligencji. Wszak sądzimy, że inni są świadomi wyłącznie na podstawie analizy naszych mózgów, które podpowiadają nam, że są oni tacy jak my. Mózgów, o których wiemy, że łatwo nas mogą mylić. Dosyć łatwo natomiast możemy wyróżnić człowieka, na płaszczyźnie biologicznej, tak samo jak potrafimy odróżnić od siebie inne gatunki. Problem pojawia się, kiedy staramy się odpowiedzieć na pytanie: “Co nas wyróżnia?”. Nie chodzi tu o proste pytanie – czym różni się nasz gatunek od innych, ale raczej o to, jak jesteśmy lepsi od innych gatunków? Czy jesteśmy od innych zwierząt lepsi jakościowo? Inaczej mówiąc, czy istnieje taka cecha wspólna wszystkim, bez wyjątku, osobnikom gatunku ludzkiego, która jest niemożliwa do wykształcenia przez ewolucję? Jeśli wszystkie cechy, jakie są dla nas wspólne, zostały wykształcone w drodze ewolucji, to musimy się zgodzić na to, że możliwym jest dla natury wykształcenie innego, niespokrewnionego z nami, gatunku ludzkiego z jakiegoś gatunku zwierzęcego. To znaczy, że jeśli mielibyśmy być jakościowo lepsi od zwierząt, to musi istnieć taka cecha wspólna nam wszystkim, która nie powstała w drodze ewolucji, ale została nam nadana w jakiś inny sposób. Jeśli takiej cechy nie ma, to znaczy, że jesteśmy zwierzętami, które wprawdzie wyewoluowały w dość szczęśliwym i praktycznym kierunku, ale wciąż są tylko zwierzętami. Jedną z cech naszych ludzkich mózgów jest utożsamianie siebie z grupą. Kibic, który nawet nie pofatygował się, żeby pójść na mecz, oglądając go w telewizji, po zwycięstwie drużyny związanej z grupą ludzi, do której...

Read More
Czy mamy jeszcze jakąś ojczyznę?
Sty19

Czy mamy jeszcze jakąś ojczyznę?

Mówiliśmy już wiele o miłości do ojczyzny. Jest to temat o tyle smutny, że służący propagandzie i mamieniu umysłów. Czy rzeczywiście mamy jeszcze jakąś ojczyznę? Czy mamy ją tu na ziemi? Czy możemy mówić, że ojczyzną naszą jest kraj, w którym nie mamy nic na własność? Który miast gwarantować nam jej nienaruszalność znajduje wymówki, żeby ją odebrać? Skupmy się na tym, czym jest ojczyzna. Zacznijmy od przykładu biblijnego. Kiedy Mojżesz wyprowadzał Izraelitów z Egiptu do Ziemi Obiecanej, nie wyprowadzał ich do żadnej obcej, czy nowej ziemi. Przodkowie Izraela opuścili ziemię, którą mieli na własność i uciekli przed głodem do Egiptu gdzie się osiedlili. Osiedlenie się na ziemi jednak nie oznacza posiadania jej. Wyjście Izraelitów z Egiptu było jednocześnie powrotem do domu. Ziemia, którą kupili ich przodkowie od ludzi miała być dana przez Boga. Jednak koncepcja własności ziemi wcale nie jest jedyną. Wiemy, że są miejsca na świecie, do których nie zagościła. Co więcej istnieje jakiś rodzaj patriotyzmu, który jest mniej przywiązaniem do ziemi, a bardziej do konkretnej grupy ludzi. Widać to na przykładzie ludów koczowniczych oraz grup społecznych w krajach wysoko rozwiniętych. Na jakimś rodzaju przywiązania bazują wszak kluby piłkarskie, firmy, subkultury itp. Jest jednak wspólny mianownik, który łączy te rodzaje przywiązania, choć może nie być widoczny na pierwszy rzut oka. Jest nim dziedzictwo. Gdybyśmy na początku tych rozważań mieli powiedzieć wprost, czym jest ojczyzna, najprostrzą odpowiedzią byłoby: “jest to ziemia naszych ojców”. Ta odpowiedź mimo swej prostoty kryje w sobie niezwykłą głębię. Człowiek posiada naturalną tendencję do osiedlania się. Jeżeli lud jest koczowniczy, to dlatego, że sytuacja go zmusza do bycia takim. Ziemia jałowieje, przestaje żywić, staje się niebezpieczna, niewystarczająca dla rosnącej społeczności. Zmieniamy firmę, w której pracujemy między innymi wtedy, kiedy rosną nasze potrzeby finansowe, a jest to jedyna szansa na znaczącą podwyżkę lub ogólnie rzecz biorąc chcemy poprawić swój byt. Jednak na każdej nowej ziemi, w każdej nowej grupie, czy firmie, myślimy raczej o tym, żeby zagrzać miejsce niż o tym, żeby się szybko wynosić. Pomimo swojego rodzaju koczowniczego trybu życia, szukamy raczej miejsca na stałe. Nie zawsze jednak zdajemy sobie sprawę z tego, że ta tendecja idzie o wiele dalej. Jeżeli dane miejsce jest atrakcyjne wtedy, kiedy rokuje, że będziemy mogli w nim zostać i żyć dostatnio, to będzie ono tym atrakcyjniejsze, jeżeli będziemy wiedzieć, że to samo dotyczy naszych dzieci i wnuków. Dzisiaj w praktyce ciężko o firmę, w której opłacałoby się pracować do końca życia, tym ciężej nam sobie wyobrazić, że mogłyby w niej pracować całe pokolenia. Jednak gydbyśmy wiedzieli, że jakaś firma pozwoli się bogadzić nam, naszym dzieciom i wnukom. Gdybyśmy wiedzieli, że ta firma będzie dbała o interes całego naszego rodu....

Read More
Lepsze czasy
Paź19

Lepsze czasy

Ci, którzy mówią, że “za komuny było lepiej” grzeszą w sposób oczywisty i niewielu znajdzie się takich, którzy będą mieli co do tego wątpliwości. Czy jednak ci, którzy każą chwalić zmiany, które się dokonały, nie popełniają grzechu bałwochwalstwa? O przemianach ustrojowych, które dokonały się w Polsce po upadku Związku Radzieckiego piszą przeważnie ci, którzy te przemiany przeżyli. Ci młodsi, urodzeni już za czasów demokratycznych, uważani są nierzadko za żółtodziobów niegodnych, żeby na ten temat zabierać głos. Chyba, że wyrażają wdzięczność starszemu pokoleniu za jego wkład w owe przemiany. Czym jednak różni się “wolna Polska” od PRL oczami człowieka, który nigdy w PRL nie mieszkał? Oczywiste jest, że zestawić może jedynie relacje starszego pokolenia z własnymi obserwacjami. Ci, którzy przemiany widzieli na własne oczy bronić będą prawdopodobnie opinii, że różnica jest nie do porównania. Jednak po wysłuchaniu opowieści o szarych czasach na pierwszy plan wysuwają się półki w sklepie, kolejki, kartki i swoboda poruszania się po świecie. Nie można, co prawda, tej listy ograniczyć jedynie do wspomnianych elementów. Jednak ciężko oprzeć się wrażeniu, że to wysławiane “lepsze” życie w nowym systemie jest zwyczajnie życiem wygodniejszym. Wygodniejszym nie tylko dla rządzonych, ale i rządzących. Ci, którzy nie odnajdują się w nowych układach i nie radzą sobie w polskiej demokracji mogą zawsze liczyć na największe dobrodziejstwo przypisywane powszechnie Unii Europejskiej, czyli otwarte granice. Zwyczajnie pozwolono nam wyjechać za chlebem, jeśli nie możemy znaleźć go u siebie. Dawniej rzeczywiście trudniej było uciec. Dzięki temu ci, którzy nami rządzą, nie muszą się obawiać kumulacji ludzi ambitnych, dla których zabrakło miejsc pracy, a którzy, jak to miało miejsce właśnie podczas przemian ustrojowych, rozsadziliby ten system od środka. Ci ludzie dzisiaj po prostu emigrują, zamiast domagać się w stolicy lepszego traktowania. Żyje się nam wygodniej nie tylko dlatego, że jesteśmy zapychani cukierkami, egzotycznymi owocami i całym dobrodziejstwem supermarketów, w których znaleźć można o wiele więcej niż ocet i musztardę − i to bez miesięcznego przydziału na kartkach. Technologia również poszła do przodu. Poszłaby ona jednak niezależnie od przemian ustrojowych, więc to, że dziś w każdym domu znajduje się po kilka komputerów z dostępem do Internetu, a urządzenia posiadają funkcje, o których w PRL ludziom się nie śniło, niekoniecznie jest owocem przejścia z komunizmu do demokracji. Wymiar technologiczny to jednak nie wszystko. Żyje się nam wygodniej również na płaszczyźnie moralnej. Kolejne ekipy rządzące, zwłaszcza w okresach przedwyborczych, starają się podsycać nasze popędy, aby je wykorzystać, oferując spełnienie lub krzycząc głośno, jak bardzo się ono nam należy. Tak więc należy nam się prawo do panowania nad własnym ciałem, które przejawiać ma się nie w wolności woli od pożądań, lecz w możliwości usunięcia tego, co w tym ciele nagle...

Read More
Państwo – dobro czy narzędzie ucisku?
Wrz13

Państwo – dobro czy narzędzie ucisku?

Z jednej strony państwo jawi się nam jako rozszerzenie gospodarstwa domowego i służy obywatelom, z drugiej pokazuje oblicze demona, który trzyma człowieka w niewoli systemu. Mówi się, że jako aparat ucisku jest niezbędne do utrzymania porządku i wprowadza ograniczenia wolności, na które wszyscy się godzimy. Czy państwo tworzone przez ludzi dla wspólnych korzyści i państwo zniewalające, to dwie strony tej samej monety? Mowa już była niejednokrotnie o tym jak powinno wyglądać państwo, że mając człowieka u źródła i u celu powinno być dla niego środowiskiem wzrostu w drodze do szlachetności między innymi gwarantując mu wolność i broniąc jego własności. Czy mieliśmy kiedyś w historii takie państwa? Obserwacje zdają się temu przeczyć. Wydaje się jakby nauki o cnotach, które ma wspierać państwo nie zostały na czas ukończone. Państwa istniały już zanim zaczęliśmy się zastanawiać czym są i czemu służą. Wskazuje to na jakiś naturalny proces przypisany człowiekowi. Można by więc rzec: “Nie ingerujmy w rozwój państw i pozwólmy im rozwijać się w sposób naturalny”. Z drugiej strony ludzki rozum też jest naturalny i nie ma powodu, go nie używać nadając państwom kierunek rozwoju. Ponadto współczesne państwa nie mają już wiele ze swojej naturalności i to wydaje się być poważnym problemem. Państwa nie zaczęły powstawać dlatego, że filozof wymyślił, że są dobre i przynoszą korzyść. W większości przypadków miały być właśnie jakimś zalegalizowaniem władzy jednych ludzi nad drugimi. Państwa feudalne wydają się najbardziej naturalne, gdyż proces ich powstawania da się łatwo wytłumaczyć za pomocą znanej wiedzy o ludzkiej psychice. Jednak relacja pan – poddany zdaje się stać w niezgodzie z gwarancją wolności dla każdego. Relacja ta oparta jest albo na sile, albo na złudzeniu, które karze sądzić człowiekowi, że bez niej świat, a zwłaszcza cywilizacja, zawaliłby się w posadach. Zatem albo mamy do czynienia z dominacją jednego człowieka lub grupą ludzi nad innymi opartą na zabobonie, albo z jakąś ideologią, która kazała urządzić ustrój tak, a nie inaczej. Ostatecznie dowolna ideologia oparta jest na założeniu, że państwo jest człowiekowi potrzebne w takim stopniu, że bez niego przestałby niemalże istnieć, a przynajmniej jego życie straciłoby mocno na jakości. W myśl, że każdy porządek nawet taki, który popycha nas do niewoli jest lepszy od kompletnego chaosu ludzie starają się usprawiedliwiać zastany stan rzeczy. Jest to w pewnym sensie odwrócenie przyczyny ze skutkiem. Czy państwa muszą istnieć? Nie muszą, ale tworzą się prędzej czy później. Skoro jednak nie muszą, to znaczy, że ich istnienie domaga się usprawiedliwienia. Skoro nie muszą, to dlaczego powstają? Punktem wyjścia w odpowiedzi na to pytanie jest uświadomienie sobie, że państwa tworzą ludzie dla samych siebie. W innym wypadku państwo jest raczej jak getto, do którego zostaliśmy siłą wciągnięci i...

Read More
Czy Kościół może być prawicowy?
Wrz06

Czy Kościół może być prawicowy?

Niczym yin i yang, dwie przeplatające się siły składają się na nasze współczesne pojmowanie polityki. Nazwaliśmy je prawicą i lewicą, konserwatyzmem i modernizmem, kapitalizmem i socjalizmem. Według czego nie dokonalibyśmy podziału, zawsze będzie to podział na dwa przeciwstawne prądy, które będą się przeplatać tworząc całą gamę odmian, ale nigdy nie będzie niczego poza nimi. Dwoistość pojmowania świata jest jakby naturalna: “tak” i “nie”, dobro i zło, prawda i fałsz. Nie zawsze jednak podział na dwoje oddaje pełnię prawdy. Przykładowo jeden punkt leżący na mapie na wschód od drugiego jednocześnie leży na jego zachodzie tylko, że dalej. Zło nie jest przeciwieństwem dobra, tylko jego brakiem, zimno nie jest osobną energią, tylko jest brakiem ciepła, a ciemność jest brakiem światła. Jedna rzecz nie może być bardziej prawdziwa od drugiej, pod warunkiem, że ta druga również jest prawdziwa, ale dobro może być większe lub mniejsze. Z kolei prawda nie musi być odkryta w całości. Stąd i politykę nauczyliśmy się dzielić na dwie części. Niestety jest to zawsze podział na młot i kowadło, pomiędzy którymi utknął człowiek, a który we współczesnych teoriach politycznych jest marginalizowany. W podziale na konserwatyzm i modernizm pierwsze skrzypce odgrywa pytanie o tempo zmian. Wszak poglądy opierające się zmianom, które człowiekowi przynoszą korzyść upierając się przy szkodliwych tradycjach byłyby z gruntu niewłaściwe. Z drugiej strony działania prowadzące do wyeliminowania tradycji służących człowiekowi wprowadzając na ich miejsce chaos obyczajów również sa godne potępienia. W świetle tej wiedzy powinno się być konserwatystą, czy modernistą? Jeśli zaś do głosu doszliby moderniści, którzy z biegiem czasu opracowaliby własną nową tradycję, to czy po kilku wiekach ludzie, którzy by się jej trzymali nie byliby konserwatystami? Widać więc, że dobro człowieka nie leży ani w postawie konserwatywnej, ani modernistycznej. Warto tu przytoczyć słowa świętego Pawła: “Wszystko badajcie, a to co dobre zachowujcie”. Postawa to modernistyczna, czy konserwatywna? Kapitalizm i socjalizm – przeciwstawne sobie systemy ucisku. Czyż za czasów kapitalizmu nie zarzucano mu wyzysku i zniewolenia? Czy nie dlatego socjalizm w ludziach ciemiężonych znalazł tak dobrą pożywkę? W końcu czy nie z powodu socjalizmu ludzie coraz chętniej zwracają się myślami w stronę kapitalistycznej dżungli? A gdzie jest człowiek? Zawsze w okowach tej czy innej machiny. Z jednej strony mamy jakiegoś “Wielkiego Dystrybutora”, który sam najlepiej wiedząc co się komu należy, trzymając w ryzach ludzkie pożądania będąc jedynym źródłem ich zaspokojenia przejmuje człowieka w posiadanie i odbiera mu wolność. Z drugiej niewola konsumpcjonizmu i poddanie człowieka wyższemu dobru jakim jest zysk i produkcja. Kapitalizm zysk stawia ponad człowieka. Zysk więc nie służy człowiekowi, ale człowiek składany jest w ofierze produkcji. Prawica i lewica – postawy niejednoznaczne, zależne od kontekstu kultury i czasu, ale zawsze skomponowane z kombinacji poglądów kapitalistycznych...

Read More
Czy Starkowi ścięto głowę?
Lip25

Czy Starkowi ścięto głowę?

Sensowność pisania powieści fantasy łatwo jest podważyć. Historie dziejące się w alternatywnym świecie, w którym poziom technologiczny przeważnie zatrzymał się na epoce średniowiecza i urozmaicony został magią, niejednokrotnie nie przystają do rzeczywistości, w której współcześnie żyjemy. Można mieć więc wątpliwości, czy przesłanie, które za sobą niosą rzeczywiście do nas trafia i ma dla nas jakąkolwiek wartość. Wątpliwości nasilają się, kiedy uświadomimy sobie, że pewne twierdzenia są prawdziwe tylko w określonym kontekście, ponieważ świat fantasy zmienia przeważnie kontekst w sposób znaczący, stąd nie każdy wniosek, który będzie w nim prawdziwy musi być prawdziwy w rzeczywistości, tym bardziej, że świat fantasy w stosunku do rzeczywistości, mimo, że rozszerzony często o magię jest zawsze mocno uproszczony i ograniczony przez wyobraźnię autora. Magia właśnie wydaje się być najbardziej czuła na kontekst. W świecie rzeczywistym magia jest jednoznacznie zła, ale w jej miejsce posługujemy się siłami natury, które okiełznaliśmy za pomocą nauki. W świecie fantasy natomiast magia nie musi być zła, a często traktowana jest jak uzupełnienie technologii, jako kolejna siła natury. Jako siła natury zmienia sposób postrzegania świata, można ją opanować i wykorzystywać jak elektryczność. W rzeczywistości natomiast jeśli są siły, które zostały człowiekowi ukryte, to on swoją mocą nie będzie potrafił z nich korzystać. Jezus wszak gdy czynił cuda pytano: “czyją mocą?” Z drugiej strony przecież nikt nie uzna Gandalfa Szarego za sługę szatana, a przecież był czarodziejem. Kolejna częsta różnica kontekstów leży na płaszczyźnie wiary. Pod tym względem światy fantasy potrafią być rozmaite. Z jednej strony Boga może w ogóle nie być, z drugiej może być ich wielu, ludzie również mogą wierzyć lub nie wierzyć, wszystko to zależy od autora. Jest to jednak najistotniejszy kontekst, gdyż fakt istnienia Boga o określonych przymiotach, które również zależą od autora, determinuje całą resztę świata przedstawionego. Swoją drogą pokazuje to jak bardzo nieobojętne jest pytanie o Boga również w rzeczywistości. Dzięki odpowiednio stworzonemu środowisku autor może przedstawić dowolne twierdzenie jako prawdziwe, nawet najbardziej bzdurne. Jeśli świat przedstawiony będzie przez Boga z ludźmi, którzy w niego wierzą, można łatwo przedstawić wiarę jako zabobon ciemnego ludu, z drugiej strony można stworzyć świat, w którym Bóg istnieje, a ludzie mimo różnych znaków nie chcą w niego wierzyć. Wszystko więc zależy co autor chce powiedzieć. Można więc powieści fantasy wykorzystać jako przedstawienie pewnych procesów w odizolowanym układzie odniesienia, w sposób przystępny dla człowieka. Istnieje jednak groźba, że czytelnik wyciągnąwszy wniosek z historii przedstawionej w świecie zmyślonym nie uwzględni zmiany kontekstów i przeniesie go bezpośrednio w rzeczywistość, stąd przekaz autora zostanie przekłamany i to paradoksalnie sam autor się do tego przyczyni. Stąd jeśli chodzi o wartość intelektualną utworu fantasy jest ona bardzo zależna od autora, ale i odbiorcy. Trzeba jednak z...

Read More
Własność intelektualna: wynagrodzenie
Cze13

Własność intelektualna: wynagrodzenie

Punktem zapalnym wszystkich problemów z tak zwaną własnością intelektualną jest to, od kogo i z jakiego tytułu twórca może otrzymać wynagrodzenie, oraz to, jak wysokie ono powinno być. Wydaje się, że samo pojęcie własności intelektualnej wzięło się właśnie z tego, że ludzie zaczęli wytwarzać dobra, które nie podlegają własności we właściwym sensie. Jeśli dobro nie podlega własności – inaczej mówiąc: nie da się go posiadać, zniszczyć, wyzbyć, ani nie ma się nad nim władzy –  to nie podlega również wymianie ani sprzedaży. Nie można nikomu sprzedać prawdy o świecie wypowiedzianej w postaci twierdzenia. Można najwyżej sprzedać wiedzę o tej prawdzie, o ile jest to moralne, ale to problem na inne rozważania. Można więc zadać pytanie, w jakim celu ludzie mieliby tworzyć dzieła, które nie podlegają wymianie na inne dobra, czyli takie, z które nie można dostać wynagrodzenie. Wiersz poety jest niewątpliwie dobrem, ale trudno utrzymać go przy sobie, skoro raz wypowiedziany może zostać powtórzony przez kogokolwiek. Poeta zaś potrzebuje innych dóbr, aby w ogóle żyć, nie mówiąc już o życiu godnym, zaś za wiersz tych dóbr nie nabędzie. To prowadzi nas do próby rozwiązania problemu tego typu dóbr w postaci własności intelektualnej. Od razu trzeba zwrócić uwagę na to, że dobra, które daje się posiadać we właściwym sensie, nie potrzebują pojęcia własności intelektualnej, stąd sensowne jest rozważać wyłącznie te, których nie da się w ten sposób posiadać – te, których nie ubywa podczas dzielenia i te, których bezpośrednio nie da się posiadać w ogóle, tak jak prawda o świecie. Należy również ustalić, że w tych rozważaniach pieniądz pełni rolę miary dóbr, nie jest natomiast sam w sobie dobrem. Przy tej definicji można powiedzieć, że każde dobro, które podlega własności, można liczyć w pieniądzach. Aby pokazać, że dóbr, które nie podlegają własności, nie można mierzyć w pieniądzach, można zastanowić się, jak wycenić wiersz poety, aby ten mógł otrzymać wynagrodzenie. Mówiąc o kradzieży własności intelektualnej mówimy często o kradzieży potencjalnych zysków. Rzeczywiście trudno jest ukraść poecie wiersz, który został już opublikowany pod jego nazwiskiem, natomiast łatwo jest go przedrukować lub powtarzać czerpiąc z niego zyski. Podobnie rzecz się ma filmem. Dzięki współczesnej technologii możemy kopiować dowolny film dowolną ilość razy. Czy skopiowanie filmu jest jego kradzieżą, skoro właścicielowi niczego w rzeczywistości nie ubyło? Mówimy, że ubyło mu z potencjalnych zysków, lecz jakie miałyby być te potencjalne zyski? Jeśli mamy do czynienia z dziełem, które zostało słabo rozreklamowane i zarobiło mało pieniędzy, a potem ktoś to dzieło “ukradł” i pod swoim szyldem rozreklamował jak należy i zarobił fortunę, to czy ta fortuna była potencjalnym zyskiem twórcy? Przecież ten twórca nie zarobiłby tych pieniędzy mimo wszystko. Należy zwrócić uwagę na jeszcze jeden element....

Read More

Własność intelektualna – nauka

O sprawach własności powiedzieliśmy sobie już wiele. Wiemy, że potrzebna jest ona do rozwijania cnót, zwłaszcza hojności. Znamy różnicę pomiędzy posiadaniem własności, korzystaniem z niej i władzą nad nią. Wiemy również, że państwo nie może ograniczać władzy nad posiadaną własnością, a nawet zmuszać właściciela do udostępnienia jego własności innym do korzystania. Powinno natomiast dążyć, żeby właściciel, nabywszy odpowiednich cnót, sam udostępniał swoją własność w odpowiedniej ilości, tak żeby jemu i innym służyła w dążeniu do szlachetności. Następnym problemem, jaki należy rozwiązać jest kwestia tego, co w ogóle podlega własności. Czy wszystko da się posiadać, czy są takie dobra, których nie da się posiadać na wyłączność, a jedynie przez wspólnotę? Dalej, czy wszystkie dobra można nabyć i w jakim stopniu oraz czy wszystkich można się wyzbyć? Problem podziału dóbr na rodzaje jest dość obszerny i będziemy jeszcze do niego wracać w przyszłości. Wiele sporów budzi własność, tak zwana intelektualna. Zacznijmy więc od pytania, czy przedmiot sporu jest w ogóle czymś, co można posiadać. Na początku trzeba powiedzieć, że powszechnie za własność intelektualną uznaje się to, co zostało w szerokim rozumieniu stworzone przez człowieka za pomocą zdolności twórczych jego rozumu. Za własność intelektualną nie uznaje się domu lub samochodu, mimo że oba te dobra zostały wytworzone przez człowieka. Chociaż w powszechnym rozumieniu samochód nie jest dziełem “intelektualnym”, pojawiają się próby zakwalifikowania go do takiego. Próby te w rzeczywistości mają na celu uniemożliwić dokonywanie napraw i wymian poszczególnych części przez firmy trzecie i nie można ich tłumaczyć inaczej, jak tylko chciwością. Pokazuje to, że pojęcie własności intelektualnej może być wykorzystane jako narzędzie do tworzenia monopolów w niezwykle nikczemny sposób. Nikczemność ta przejawia się tym, że czyny, które nie mają podstaw do bycia niemoralnymi, przedstawia się jako niemoralne i ściga z ramienia prawa. Wobec tego ważne jest bliższe zbadanie tego, co uważamy powszechnie za własność intelektualną. Już sama próba takiego badania pokazuje, na jak bardzo grząskim gruncie się poruszamy, gdyż dziedziny sztuki, do których się odnosi to pojęcie, tak dalece są od siebie odmienne, że nie powinny być rozpatrywane razem, a to właśnie czynimy, kiedy mówimy o własności intelektualnej. Już na wstępie można zauważyć, że nie wszystkie dobra wytwarzane za pomocą zdolności intelektualnych poddają się własności. Przykładem może być tu spora część nauki. Jeśli naukowiec zauważa jakieś właściwości, które kierują światem, nie staje się przecież ich właścicielem. Nawet jeśli zostaje autorem twierdzenia matematycznego, nie może posiąść na własność praw, które sprawiają, że to twierdzenie jest prawdziwe. Tym bardziej, że przecież prawda nie do niego należy, nawet jeśli to on ją odkrył. Z drugiej strony zaś nie może wyzbyć się autorstwa tegoż twierdzenia. Nie da się żadną siłą sprawić – i być wciąż w...

Read More
Czy potrzeba inkwizycji, żeby spalić kogoś na stosie?
Kwi28

Czy potrzeba inkwizycji, żeby spalić kogoś na stosie?

Jesteśmy grzeszni, niedoskonali i posiadamy wiele przywar. Tak bardzo pragniemy dobrzy i sprawiedliwi, godni czci. Zabiegamy o szacunek i akceptację. Posiadamy przy tym pewną niezwykłą cechę. Nie potrafiąc sobie przebaczyć jesteśmy mistrzami w wybielaniu samych siebie. Choć łatwo nam przyznać się do pewnej ułomności, którą z konieczności trzeba przyznać gatunkowi ludzkiemu, to ponieważ znamy siebie, swoje myśli, uczucia, a zwłaszcza dobre chęci, uznajemy siebie za dobrych mimo wszystko. Czy jednak potrafimy być tak tolerancyjni wobec innych jak wobec siebie? Powiedzieć: “jestem człowiekiem grzesznym i niedoskonałym” jest czymś o wiele łatwiejszym niż przyznać się do popełniania konkretnych błędów. Błąd bowiem jest czymś indywidualnym, należącym do osoby, nie zaś gatunku jako takiego. Jeśli przeinaczamy fakty po to, żeby choć część naszej winy spłynęła na cokolwiek innego znaczy to, że nie umiemy sobie przebaczać. Żeby przebaczyć sobie błąd, trzeba się do niego przyznać. Próby wybielenia przybierają różne formy. Usprawiedliwiamy się okolicznościami, zrzucamy winę na tych, którzy nie mogą się w danej chwili obronić lub jesteśmy jak ten faryzeusz, który modlił się: “Panie, dziękuję Ci, że nie jestem jak ten grzesznik”. Tymczasem ów grzesznik modląc się o przebaczenie win leczył właśnie swoją duszę. Ta faryzejska postawa porównywania siebie do tych, którzy niezaprzeczalnie muszą być od nas gorsi przynosi nam właśnie najwięcej szkody zarówno osobistej, jak i społecznej. Nie mogąc osiągnąć szlachetności staramy się być przynajmniej lepsi od innych. Nie jednak przez zdobywanie sobie cnót, ale przez wykazywanie innym wad. Dlatego odruchowo widzimy w ludziach to co najgorsze. Kiedy na kogoś pada podejrzenie popełnienia zła jesteśmy perfekcyjni w wydawaniu odruchowego wyroku: “winny”. Domyślamy się winy nie szukając prawdy. Oskarżamy innych o zgorszenie, tymczasem gorszy nas własna głupota. Zgorszeniem dla głupiego będzie dziewczyna wychodząca młodo za mąż, gdyż pomyśli sobie, że to z powodu ciąży, Więcej nawet, będzie w stanie dojrzeć tę ciążę, nawet jeśli jej nie ma. Zgorszeniem będzie ksiądz, który za pozwoleniem papieża  bieże ślub i ma dzieci. Tymczasem zgorszenie to nie jest spowodowane decyzją księdza, ale niewiedzą i niechęcią do wiedzy tych, którzy się gorszą. Sami głupcy są więc dla siebie powodem zgorszenia. Bo jeśli ktoś oskarża kogoś o winę nie mając dowodów jest w istocie głupcem i sam siebie ośmiesza. Za dowód bowiem ma wyłącznie swoje domysły, które tworzy na podstawie mętnej opini, która mówi: “ze statystyki wynika, że prawdopodobnie tak jest”. Zjawisko to nie jest wcale nowe. Nie jest to ani znak naszych czasów, ani przywara wyłącznie jednego narodu. Naiwni wierzą, że sądy inkwizycyjne służyły znajdywaniu heretyków i paleniu ich na stosie. Wyobrażają sobie pewnie, że Kościół z umiłowaniem palił na stosach ludzi, których umęczony lud zawzięcie bronił i z odrazą i ubolewanie patrzył na ich cierpienie. Tymczasem wesołej gawiedzi...

Read More