Przemiana zamiast smutku
Mar03

Przemiana zamiast smutku

"Czemu pościliśmy, a Ty nie wejrzałeś? Umartwialiśmy siebie, a Ty tego nie uznałeś?" Otóż w dzień waszego postu wy znajdujecie sobie zajęcie i uciskacie wszystkich swoich robotników. Otóż pościcie wśród waśni i sporów, i wśród niegodziwego walenia pięścią. Nie pośćcie tak, jak dziś czynicie, żeby się rozlegał zgiełk wasz na wysokości. Czyż to jest post, jaki Ja uznaję, dzień, w którym się człowiek umartwia? Czy zwieszanie głowy jak sitowie i użycie woru z popiołem za posłanie – czyż to nazwiesz postem i dniem miłym Panu? Czyż nie jest raczej postem, który Ja wybieram: rozerwać kajdany zła, rozwiązać więzy niewoli, wypuścić na wolność uciśnionych i wszelkie jarzmo połamać; dzielić swój chleb z głodnym, do domu wprowadzić biednych tułaczy, nagiego, którego ujrzysz, przyodziać i nie odwrócić się od współziomków. Wtedy twoje światło wzejdzie jak zorza i szybko rozkwitnie twe zdrowie. Sprawiedliwość twoja poprzedzać cię będzie, chwała Pańska iść będzie za tobą. Wtedy zawołasz, a Pan odpowie, wezwiesz pomocy, a On rzeknie: „Oto jestem!”» (Iz 58, 1-9a) Zdaje się, że Kościół dyktuje nam stan emocjonalny w jakim mamy egzystować. I nie piszę tego z wyrzutem, czy w jakiejś negatywnej konotacji. Po prostu: okresy w roku liturgicznym są tak poukładane, że wiemy kiedy mamy się radować, kiedy smucić; kiedy oczekiwać w radości, a kiedy umartwiać wyrzeczeniami. Wielki Post z reguły kojarzony jest ze smutkiem. Fakt – wspominamy w tym czasie Mękę Pańską i wszystko co wycierpiał Jezus za nasze grzechy. Raczej nie jest to powód do wesołkowania. Warto jednak spojrzeć na Wielki Post nieco inaczej. Problem często leży w samym fundamencie przeżywania tego czasu. Posmucimy się przez te 40 dni, jakieś wyrzeczenia sobie ustalimy, zrezygnujemy ze słodyczy na ten czas czy z kawy albo z alkoholu. A potem powrót do radości, do codziennych przyzwyczajeń. Uff, post się skończył, mogę zeżreć czekoladę albo wypić piwo. Nareszcie! Trzeba więc nam na to spojrzeć nieco inaczej. Przede wszystkim skupić się na tym, że Post to nie tylko czas smutku i ciągłego umartwiania się, ale przede wszystkim przemiany – diametralnej, trwałej, bezwzględnej. Rezygnacja z czegoś na wielkopostny czas powinna być pierwszym krokiem do zmian w życiu, w postępowaniu, powinna stanowić odwrócenie się od tego, co złe i grzeszne. I w końcu trzeba nam pamiętać, że Wielki Post składa się z trzech elementów: postu, modlitwy i jałmużny. Bez nich, odpowiednio dozowanych, cały ten okres nie ma tak naprawdę sensu. W ramach postu decydujemy się na jakieś wyrzeczenia, a w ramach modlitwy uczestniczymy w nabożeństwach wielkopostnych. W ramach jałmużny okazujemy miłosierdzie innym i wypełniamy dobre uczynki. Całość ma stać się początkiem naszego nawrócenia, aby po kolejnym Wielkim Poście w naszym życiu odczuć realne zmiany na...

Read More
W objęciach mediów
Lut28

W objęciach mediów

Współczesne media mają to do siebie, że liczy się w nich news. Gorący temat, który pobudzi wyobraźnię odbiorcy musi być naprawdę bardzo interesujący, by przyciągnąć widza/słuchacza/czytelnika. Walka między redakcjami jest prawdziwą wojną – taką na śmierć i życie. Trudno ocenić, kto ma w niej większą władzę – media, które mogą kreować rzeczywistość czy odbiorca, który może w każdej chwili zmienić stację, przełączyć kanał lub przestać kupować konkretny tytuł gazety. Utrata  konsumenta to największa porażka, jaka może spotkać redakcję. Lawinowa utrata konsumenta to już krawędź przepaści oznaczającej medialny niebyt, a w konsekwencji – bankructwo firmy. Właśnie dlatego media robią wszystko, by spełnić podstawowy cel ich działania: przyciągnąć, utrzymać, a potem wpływać na swojego odbiorcę. W tym celu wyszukują interesujące tematy pobudzające dyskusje, mnożące kontrowersje, które nie ucichną po kilku chwilach. Mniej więcej taki jest powód przyjęcia we wszystkich stacjach bardzo podobnego scenariusza przebiegu dziennika telewizyjnego. Najpierw – wiadomo! – telegraficzny skrót wszystkich wiadomości, potem najważniejsza informacja dnia, dalej ze trzy, cztery informacje o tym, co się wydarzyło w Polsce i na świecie. Następnie jeszcze tylko tragedia ludzka lub niesprawiedliwość państwa i na koniec – mój zdecydowany faworyt – „news z ZOO w Australii o narodzinach pingwinka-albinosa”. Albo coś w tym stylu – koniecznie musi być to temat lekki, najczęściej dotyczy zwierząt, ale nigdy nie ma bezpośrednio związku z naszym „tu i teraz” i teoretycznie nikogo nie powinien interesować. Jaki jest więc fenomen ostatniego newsa w każdym dzienniku? Naprawdę, Drogi Czytelniku, nigdy Ci się nie zdarzyło się, że rodzice oglądający wiadomości wołali Cię (siedzącego w innym pokoju) słowami: „Chodź, zobaczysz, jaki w telewizji jest duży wieloryb/ładny niedźwiadek/śmieszny pingwin”? Przecież ostatni temat w wiadomościach wcale nie jest po to, by rozluźnić atmosferę po pełnym nerwów oglądaniu informacji! On ma przyciągnąć do telewizora dziecko, które oswaja się z tym, że rodzice oglądają dziennik. Latorośl przyzwyczaja się do tego, że oglądanie wiadomości to coś normalnego, może nawet obowiązkowego, skoro robi się to codziennie… Nie mówiąc już o  tym, że we współczesnym społeczeństwie przybywa nam wtórnych analfabetów – ludzi, którzy potrafią czytać i pisać, ale zrozumienie i interpretacje rozkładu jazdy autobusów jest dla nich trudnością nie do przeskoczenia. Natłok informacji, liczb, statystyk i sformułowań z zakresu prawniczej nowomowy jest tak ogromny, że trudno im wyciągnąć wnioski z tego, co przed chwilą zobaczyli. Ba, ciężko nawet powtórzyć to, co zostało powiedziane. To właśnie dla nich jest ostatni news w wydaniu wiadomości – żeby mieli o czym opowiedzieć znajomym, żeby nazajutrz w pracy mogli odkryć, że inni też TO widzieli. Dzięki temu zyskują świadomość, że oglądanie telewizji ich rozwija i pozytywnie wpływa na relacje z ludźmi. „No, więc skoro telewizja jest tak dobra, to dziś wieczorem też...

Read More
Lepiej mieć, niż nie mieć?
Lut24

Lepiej mieć, niż nie mieć?

Każdy z nas zna osobę, która jest źródłem powiedzeń, aforyzmów i mądrości życiowych. Jedne z nich są sensowne, drugie troszkę mniej. Jedne z nich uczą, inne bawią. Mądrości te nie zawsze mają cokolwiek wspólnego z rzeczywistością, ale zazwyczaj powtarza się je wtedy, gdy nie wiadomo, co powiedzieć. Tak jest z "lepiej mieć, niż nie mieć". Kiedy w szale ostatniej kumulacji Lotto siedzieliśmy ze znajomymi przed telewizorem, czekając na wyniki losowania, do gorączkowego oczekiwania dołączyła moja babcia. Wszyscy po kolei, ściskając w spoconej dłoni swój kupon, opowiadali o marzeniach i planach, które będą mogli zrealizować za pomocą pieniędzy z wygranej. Na szczęście nie musieliśmy być nadto kreatywni, gdyż od kilku dni wszystkie media wskazywały, na co będzie stać szczęśliwego zwycięzcę losowania. Mieć kilka mieszkań bądź też duży dom z basenem, świetny samochód, mały jacht lub zwyczajne odłożenie forsy na lokatę i życie z odsetek – oto najczęściej wysnuwane scenariusze. Kiedy tak opowiadaliśmy o swoim przyszłym życiu oligarchy, do żywej dyskusji włączyła się babcia, która powiedziała, że z takimi pieniędzmi to przecież same kłopoty. „Z rana, jak poszłam do kiosku po gazetę to i owszem, dałam się ponieść i kupiłam dwa zakłady, ale po południu wszystko przemyślałam i  wyrzuciłam kupon. No bo co ja bym zrobiła z taką forsą? Zgłupiałabym!”. Oczywiście początkowo nikt nie podzielił jej zdania, ale gdy już okazało się, że absolutnie żadna z naszych liczb nie pokrywa się z tymi z maszyny losującej, nawet się ucieszyliśmy. Co prawda babcia co najmniej od dwudziestu pięciu lat powtarza, że „lepiej mieć niż nie mieć” ale przecież „co za dużo to i świnia nie zje”. W jednej chwili staliśmy się szczęśliwsi, zażarta wojna między zwolennikami inwestycji w obligacje i zakupu nieruchomości poszła w niepamięć. Przestaliśmy zastanawiać się nad niuansami podatkowymi i prawnymi i mogliśmy powrócić do życia TU i TERAZ. Swoją drogą interesującą wizję przedstawiła jedna z naszych koleżanek, której tak bardzo przypadł do gustu pewien piłkarzy polskiej ekstraklasy, że sprawdziła na portalu transferowym jego cenę rynkową i chciała go sobie wykupić na własność z któregoś z klubów piłkarskich. Całe szczęście, że „za marzenia nie karzą”. Osobną grupę mądrości stanowią zaklęcia i czary, których używamy (raczej mniej niż bardziej świadomie) w przeróżnych sytuacjach życia codziennego. Oczywistym jest, że nie przechodzimy pod drabiną i unikamy czarnych kotów przechodzących przez drogę. Ale przecież nie każdy mężczyzna wie, że widząc siostrę zakonną, winien po trzykroć splunąć przez lewe ramię, żeby nie zostać starym kawalerem (o tym fakcie niżej podpisany dowiedział się chyba zbyt późno, a że dość często widuje idące ulicą siostry, to daleko mu do ożenku. No… Chyba że wszystko przez to, że kiedyś usiadł przy narożniku stołu – wtedy nawet nie ma...

Read More
Dobre pytania o dobro i dobra
Lut24

Dobre pytania o dobro i dobra

Dobro i zło wydają się być łatwe do rozróżnienia. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że posiadamy robimy to w sposób intuicyjny. Zupełnie jakbyśmy mieli dostęp do wyroczni podpowiadającej nam ocenę, choć często zmieniającej zdanie w zależności od czynników zewnętrznych. Gdy jednak przenosimy sąd na płaszczyznę rozumu okazuje się, że to, co wydawało się oczywiste, staje się nierozwiązywalne. Dobro i zło przestają być łatwe do rozdzielenia.  Może na początku warto przyjrzeć się chwilę owej wyroczni, która zazwyczaj zdaje się wiedzieć, co jest dobre, a co złe. Nie jest to byt tak bardzo tajemniczy, człowiek odkrył go w sobie już dawno i nazwał sumieniem, choć współcześnie łatwo znaleźć takich, którzy będą woleli symbolikę serca. Problemem jednak nie jest to, jak nazwiemy naszą wyrocznię, tylko jak wytłumaczymy jej pochodzenie. Bez popadania w sprzeczność można powiedzieć, że sumienie jest środkiem komunikacji pomiędzy człowiekiem a Duchem Świętym oraz że jest jakąś funkcją mózgu, za którą odpowiedzialne są neurony formowane pod wpływem czynników zewnętrznych. Czynniki zewnętrzne mogą być bardzo niekorzystne, przez co dobro i zło będą się zlewać. Chrześcijanin będzie mówił wtedy o źle uformowanym sumieniu, mimo wszystko będzie jednak się go słuchał. Jak jednak można takie sumienie przeformować? Być może właśnie odnosząc się do rozumu. Zakładając, że rzeczywiście istnieje obszar w mózgu odpowiedzialny za nasze oceny moralne i znając nieco zasadę działania neuronów, możemy wyobrazić sobie sytuację, w której nasze sumienie podda ocenie moralnej coś, co według rozumu nie powinno jej podlegać. Znane są przypadki słyszenia kolorów. Dzieje się tak, kiedy sygnał pochodzący od bodźca wzrokowego w jakiś sposób pobudza obszar w mózgu interpretujący dźwięki. Jest to oczywiście rzadki i anormalny przypadek. Wyobraźmy sobie teraz, że ze zmysłem wzroku połączony jest obszar dokonujący oceny moralnej. Wtedy dowolny przedmiot bylibyśmy w stanie ocenić jako dobry lub zły. Podobne wyobrażenia można przenieść na wszystkie zmysły. Rodzi się jeszcze jeden istotny problem. Załóżmy, że mózg potrafi ocenić dowolny przedmiot jako dobry i zły. Na jakiej podstawie to robi? Taka funkcja w mózgu może być albo zaprogramowana tak jak cała obsługa naszego organizmu, albo wyuczona. Gdyby była w całości zaprogramowana, nie zmieniałaby się w trakcie życia i pod wpływem takich czynników jak kultura, gdyby była w całości wyuczona potrzebowałaby jakiegoś kryterium uczącego. Takiego kryterium mógłby dostarczać rozum. Istnieje jednak możliwość, że pierwotnie zaprogramowane neurony potrafią się douczać pod wpływem czynników zewnętrznych. Znów rozum mógłby być takim czynnikiem. Powyższe rozważania, mimo że więcej stawiają pytań, niż dają odpowiedzi, rzucają nieco światła na to, skąd się biorą problemy ze złem i dobrem, kiedy próbujemy je jakoś rozumowo usystematyzować. Podejmując już raz temat, którego głównym wątkiem jest dobro i zło, uzasadniliśmy pogląd, że zło jest niezgodnością z wolą Bożą, która była pierwsza....

Read More
O słoniu, który nadepnął na ucho… igielne
Lut20

O słoniu, który nadepnął na ucho… igielne

Co ma wspólnego bogactwo ze śpiewem? Wśród wielu minusów, jakie zauważamy u naszych znajomych, jest coś, co boli za każdym razem, gdy gromadzimy się na większych lub mniejszych uroczystościach. Nieważne, czy akurat mamy podczas apelu zaintonować hymn narodowy, czy tylko proste sto lat na imieninach babci, zawsze powstaje w towarzystwie lekka konsternacja – kto zacznie? Problem można uznać za niebyły, jeśli jest wśród nas wujek-wodzirej (to taki typ człowieka, który na każdej imprezie – przede wszystkim na weselu! – wyczekuje chwili, gdy wreszcie ucichnie muzyka i będzie można przejąć inicjatywę i zacząć tradycyjne biesiadne przyśpiewki). Co jednak, jeśli nie ma wujka-wodzireja? Śpiew półszeptem z zimnym potem na skroni, stres lub grobowa cisza. No, albo ten niemiłosierny fałsz, bo przecież „śpiewać każdy może”. A przecież „inni to tak ładnie potrafią, a w cerkwi to nawet na głosy umieją”, a u nas ciągle tylko łamiące się w pół taktu nuty starszych pań. A już nie daj Boże, żeby ktoś w zgromadzonym towarzystwie potrafił naprawdę dobrze śpiewać – wtedy musi być solistą, bo przy takim Jankielu nikt nie śmie nawet ust otworzyć, bo przecież „ja to nie mam słuchu”. Jak to się dzieje, że nie śpiewamy? Czy naprawdę odważnymi wokalistami możemy być jedynie po dwóch głębszych lub podczas „Pieśni o małym rycerzu” w katowickim Spodku? To przecież niemożliwe, żeby istniał aż tak ogromny słoń, który nadepnąłby na uszy całemu narodowi! Może gdyby edukacja muzyczna była u nas „bardziej muzyczna” i w szkole zamiast historii opery uczylibyśmy się podstaw emisji głosu… Może gdyby „sztuka” w  szkołach była czymś więcej, niż rzeźbieniem z masy solnej… W przeszłości człowiek dobrze wykształcony, aspirując do elit, musiał, oprócz znajomości klasycznych przedmiotów, być obytym muzycznie, przynajmniej uczęszczać do opery, a najlepiej grać (choć trochę!) na wybranym instrumencie. A dziś? Słyszymy tylko narzekania, że kultura u nas umiera… No, ale po co ma żyć, dla kogo, skoro już coraz mniej ludzi się na niej zna? Po co żyć? – co za głupie pytanie… W samym środku wakacyjnej sielanki wydarzyła się rzecz, która zszokowała polską opinię publiczną: jak grom z jasnego nieba spadła na społeczeństwo informacja, że bogactwo jednak nie zapewnia człowiekowi nieśmiertelności! Jedni przejęli się tym faktem bardziej, inni mniej, ale absolutnie każdy, kto poruszał temat śmierci Jana Kulczyka, określał go jednym mianem: miliarder, najbogatszy Polak. Z ogromnym zainteresowaniem śledziłem przekazy medialne dotyczące odejścia z tego świata człowieka dysponującego ogromnym majątkiem, którego bogactwo wspominano przy każdej okazji, właśnie po to, by zobaczyć w nich… człowieka (sic!). Bardzo dotknęło mnie to, że dosłownie wszystkie wiadomości dotyczące faktu zgonu słynnego przedsiębiorcy zaczynały się od zdefiniowania go jako człowieka majętnego, biznesmena, bogacza, miliardera… W dalszej kolejności pojawiały się jego dokonania, kolosalne liczby, nazwy...

Read More
Czy człowiek stanął na księżycu?
Lut20

Czy człowiek stanął na księżycu?

Wbrew pozorom to pytanie nie ma wprowadzać w teorie spiskowe Stanów Zjednoczonych. Możemy swobodnie przyjąć, że stanął na nim Neil Armstrong, który należał do gatunku ludzkiego, lecz czy możemy przypisywać to osiągnięcie ludzkości jako całości? Czy możemy powiedzieć, że to człowiek stanął na Księżycu? Czym dokładnie jest ten “Człowiek” przez wielkie “C”? Ten, który stworzył tyle wspaniałych dzieł i rozwinął dobra tego świata w sposób, przyznajmy to, imponujący. Czym jest Człowiek stojący na księżycu, który wynalazł pismo, komputery, buduje miasta, zdobywa szczyty i zdolny jest zniszczyć świat, w którym żyje w czasie o wiele krótszym, niż by sam tego chciał? Czy mówiąc “Człowiek”, mamy na myśli gatunek ludzki? Człowieczeństwo jako takie? Czy może ideę człowieka, której jesteśmy tylko odblaskami? Niewątpliwie możemy w ludziach znaleźć pewne cechy uznawane za wspólne, ale nie możemy przeważnie uznać ich za regułę. Bo jeśli powiemy, że człowiek ma dwie nogi i dwie ręce, to odmawiamy człowieczeństwa niepełnosprawnym. Jeśli uznamy, że musi mieć świadomy rozum, to jaką mamy pewność, że zwierzęta takiego nie mają? Dalej, jaką mamy pewność, że wszystkie osobniki gatunku ludzkiego posiadają świadomy rozum, skoro potrafimy już budować komputery zdolne oszukać nas, że są świadomymi istotami – a stoimy dopiero u początku rozwoju robotyki i sztucznej inteligencji. Wszak sądzimy, że inni są świadomi wyłącznie na podstawie analizy naszych mózgów, które podpowiadają nam, że są oni tacy jak my. Mózgów, o których wiemy, że łatwo nas mogą mylić. Dosyć łatwo natomiast możemy wyróżnić człowieka, na płaszczyźnie biologicznej, tak samo jak potrafimy odróżnić od siebie inne gatunki. Problem pojawia się, kiedy staramy się odpowiedzieć na pytanie: “Co nas wyróżnia?”. Nie chodzi tu o proste pytanie – czym różni się nasz gatunek od innych, ale raczej o to, jak jesteśmy lepsi od innych gatunków? Czy jesteśmy od innych zwierząt lepsi jakościowo? Inaczej mówiąc, czy istnieje taka cecha wspólna wszystkim, bez wyjątku, osobnikom gatunku ludzkiego, która jest niemożliwa do wykształcenia przez ewolucję? Jeśli wszystkie cechy, jakie są dla nas wspólne, zostały wykształcone w drodze ewolucji, to musimy się zgodzić na to, że możliwym jest dla natury wykształcenie innego, niespokrewnionego z nami, gatunku ludzkiego z jakiegoś gatunku zwierzęcego. To znaczy, że jeśli mielibyśmy być jakościowo lepsi od zwierząt, to musi istnieć taka cecha wspólna nam wszystkim, która nie powstała w drodze ewolucji, ale została nam nadana w jakiś inny sposób. Jeśli takiej cechy nie ma, to znaczy, że jesteśmy zwierzętami, które wprawdzie wyewoluowały w dość szczęśliwym i praktycznym kierunku, ale wciąż są tylko zwierzętami. Jedną z cech naszych ludzkich mózgów jest utożsamianie siebie z grupą. Kibic, który nawet nie pofatygował się, żeby pójść na mecz, oglądając go w telewizji, po zwycięstwie drużyny związanej z grupą ludzi, do której...

Read More
Duńska Partia Ludowa: Muzułmanie mają świętować narodziny Chrystusa
Lut20

Duńska Partia Ludowa: Muzułmanie mają świętować narodziny Chrystusa

Chodzenie do kościoła, może sprawić, że ci ludzie znajdą się na właściwej ścieżce – tak tłumaczy pomysł Martin Henriksen, ekspert Dansk Folkeparti do spraw imigracji. Pomysł zakłada, że imigranci powinni obchodzić tradycyjne święta, takie jak Boże Narodzenie i Wielkanoc, by zintegrować się z duńskim społeczeństwem i jego kulturą. – Aby ją zrozumieć, trzeba zrozumieć chrześcijaństwo i jego znaczenie dla Duńczyków. Imigrant musi uczestniczyć w tej części naszego życia, by doświadczyć tego, co łączy Duńczyków – wyjaśniał Henriksen, wywołując ostre reakcje centrum i lewicy. DWIE WIZJE Plany Henriksena i antyimigranckiej partii opierają się na założeniu, że imigranci, zmuszeni w ten czy inny sposób do uczestnictwa we mszy, nasiąkną kulturą duńską, lepiej ją zrozumieją i w ten sposób staną się bardziej „duńscy”. Muzułmanie powinni odwiedzać chrześcijańskie świątynie w ramach celebracji najważniejszych uroczystości. Ma to pozwolić uniknąć powstania subkultury zupełnie sprzecznej z wartościami, jakie wyznają Duńczycy. Na reakcje polityków proimigranckich i po prostu sceptycznych nie trzeba było długo czekać. Główny problem dostrzegają oni w łączeniu „duńskości” z religią. Taki zarzut postawili Laura Lindahl z Sojuszu Liberalnego i socjaldemokrata Dan Jorgensen, który dodał, że elementem „duńskości” jest raczej niemieszanie się w poglądy innych. Dania, choć posiadająca własny protestancki Kościół narodowy od XVI w., obecnie należy do najbardziej zsekularyzowanych społeczeństw Zachodu, jednak w parlamencie stałe miejsce od lat 90. ma Duńska Partia Ludowa, postulująca zaostrzenie przepisów imigracyjnych, polepszenie warunków życiowych starszych i niepełnosprawnych oraz zaostrzenie kar za przestępstwa seksualne i przemoc wobec zwierząt. NALEWAĆ Z PUSTEGO Rozwiązanie proponowane przez Henriksen balansuje na granicy absurdu i herezji. Rację ma duńska lewica, że w obecnej sytuacji trwałe wiązanie duńskich wartości z chrześcijaństwem mija się z celem. Przy procencie uczęszczających na niedzielne nabożeństwa na poziomie 5%, w społeczeństwie, gdzie tylko 18% badanych w 2010 r. uznało Jezusa za Zbawiciela, a 25% za Syna Bożego, naprawdę trudno zrozumieć aspiracje DF do utożsamiania Kościoła z Danią. Oznaczałoby to uznanie, że trzy piąte obywateli są oderwane od narodowej tożsamości. Jakby nie dość było problemów z czysto świeckim rozumieniem Bożego Narodzenia i Wielkiejnocy jako czasów prezentów i rodzinnych spotkań, teraz może to jeszcze być czas podbijania indeksów i testu z wiedzy o narodowych świętych. Jeśli pomysł zostanie wprowadzony w życie, oprócz ateistów uczęszczających na śluby i pogrzeby frekwencję będą sztucznie zawyżać imigranci nie chcący utracić profitów.  Ponadto pachnie to zupełną kompromitacją chrześcijaństwa, które tyle mówiąc o wolnej woli, potrzebuje ustawy, by zagonić ludzi do kościoła, zamiast ich tam skutecznie zaprosić i dowieść wyższości nauki Jezusa nad Koranem. Zamiast zastanowić się, dlaczego Kościół Danii ledwo zipie, konserwatyści chcą zrzucić mu na głowę nowy ciężar i nowe wyzwanie. Jak wspólnota, do której wypada należeć, ale niekoniecznie już trzeba wierzyć w jej przesłanie ma...

Read More
Samotność w wielkim mieście
Sty19

Samotność w wielkim mieście

Życie potrafi płatać figle. Niektórzy gonią za miłością jak za jedynym sensem życia. A co z samotnością? Jak w wielkim mieście odnaleźć się mogą ludzie samotni? Wszyscy przyzwyczaili się do tego, że inni narzucają im swoje zdanie. Przy wigilijnym stole słychać pojękiwania babci: „A kawalera ty już jakiegoś masz?”, co tylko zwiększa presję, aby szybko kogoś znaleźć. Niestety nie zawsze jest tak kolorowo, jak mogłoby się wydawać. Współcześnie społeczeństwo (jeśli chodzi o sprawy sercowe) dzieli się na kilka typów. Niektóre z nich to: szczęśliwe pary, nieszczęśliwie zakochani, karierowicze, poszukujący i samotni z wyboru. Szczęśliwe pary Tym tylko pozazdrościć. Nie muszą znać się od lat, ale każdy, kto na nich spojrzy, powie – tak, oni zostaną ze sobą na zawsze. Cała rodzina już zaciera ręce, snując weselne plany. Niektórzy widząc prawdziwą miłość, będą złorzeczyć i zazdrościć. Mówić, że wcześniej czy później ich relacja się odmieni, ponieważ każdy z czasem się zmienia. Nie mówię, że jest to niemożliwe, ale znam wiele par, które po ślubie jeszcze bardziej rozkwitły, wspólnie pokonywały przeszkody i teraz mają wspaniałe rodziny. Ale o nich w innym artykule. Nieszczęśliwe zakochani/poszukujący Być z kimś, to znaczy troszczyć się o niego i poświęcać się dla drugiej strony, nie zatracając przy tym siebie i swoich potrzeb. Jeśli sam/sama nie jesteś w stanie się pokochać i zaakceptować, to nawet jeśli spotkasz inną osobę, która odda ci bardzo wiele, nie będzie ona w stanie zapełnić tej pustki. Wielu młodych ludzi uważa, że drugi człowiek jest w stanie uleczyć każdą ranę. Spotykam się nawet ze stwierdzeniem kolegów: „Znajdę żonę i wszystko się ułoży”. Ale jak można znaleźć żonę i zgodnie z nią żyć, skoro jest ona jedynym celem w życiu? Żaden człowiek nie jest w stanie znieść tak wielkiej odpowiedzialności. Każdy powinien odpowiadać sam za siebie, a łączyć się we wspólnym działaniu. Jeśli ludzie nie są gotowi do związku oraz mają pewne wewnętrzne rany, wynikające z sytuacji rodzinnej, samooceny itd., to dopóki sami się z nimi nie uporają, będą tworzyli toksyczne więzi. Jak mówił o. Tomasz Franc OP na jednym z czwartkowych wykładów, ludzie szukają w innych wypełnienia siebie, swoich zawiedzionych ambicji i podziwu. Wszystko gra dopóki para zapatrzona jest w siebie nawzajem, jednak po czasie coś zaczyna się psuć. Radość ze wspólnego przebywania zmienia się w frustrację, lekka zazdrość – w chorobliwe więzienie. Dopóki człowiek wiąże się z drugą osobą po to, by go uleczyła, nigdy nie będzie to szczęśliwa relacja. Karierowicze Karierowicze to kolejna grupa ukształtowana przez współczesne trendy. Dominuje tu zasada – Fast Car, Fast Sex i Fast Food. Wszystko ma być szybko i na teraz. Związki mają być najlepiej chwilowe i bez zobowiązań, bo najpierw kariera, później rodzina. Wszystko...

Read More
Czy mamy jeszcze jakąś ojczyznę?
Sty19

Czy mamy jeszcze jakąś ojczyznę?

Mówiliśmy już wiele o miłości do ojczyzny. Jest to temat o tyle smutny, że służący propagandzie i mamieniu umysłów. Czy rzeczywiście mamy jeszcze jakąś ojczyznę? Czy mamy ją tu na ziemi? Czy możemy mówić, że ojczyzną naszą jest kraj, w którym nie mamy nic na własność? Który miast gwarantować nam jej nienaruszalność znajduje wymówki, żeby ją odebrać? Skupmy się na tym, czym jest ojczyzna. Zacznijmy od przykładu biblijnego. Kiedy Mojżesz wyprowadzał Izraelitów z Egiptu do Ziemi Obiecanej, nie wyprowadzał ich do żadnej obcej, czy nowej ziemi. Przodkowie Izraela opuścili ziemię, którą mieli na własność i uciekli przed głodem do Egiptu gdzie się osiedlili. Osiedlenie się na ziemi jednak nie oznacza posiadania jej. Wyjście Izraelitów z Egiptu było jednocześnie powrotem do domu. Ziemia, którą kupili ich przodkowie od ludzi miała być dana przez Boga. Jednak koncepcja własności ziemi wcale nie jest jedyną. Wiemy, że są miejsca na świecie, do których nie zagościła. Co więcej istnieje jakiś rodzaj patriotyzmu, który jest mniej przywiązaniem do ziemi, a bardziej do konkretnej grupy ludzi. Widać to na przykładzie ludów koczowniczych oraz grup społecznych w krajach wysoko rozwiniętych. Na jakimś rodzaju przywiązania bazują wszak kluby piłkarskie, firmy, subkultury itp. Jest jednak wspólny mianownik, który łączy te rodzaje przywiązania, choć może nie być widoczny na pierwszy rzut oka. Jest nim dziedzictwo. Gdybyśmy na początku tych rozważań mieli powiedzieć wprost, czym jest ojczyzna, najprostrzą odpowiedzią byłoby: “jest to ziemia naszych ojców”. Ta odpowiedź mimo swej prostoty kryje w sobie niezwykłą głębię. Człowiek posiada naturalną tendencję do osiedlania się. Jeżeli lud jest koczowniczy, to dlatego, że sytuacja go zmusza do bycia takim. Ziemia jałowieje, przestaje żywić, staje się niebezpieczna, niewystarczająca dla rosnącej społeczności. Zmieniamy firmę, w której pracujemy między innymi wtedy, kiedy rosną nasze potrzeby finansowe, a jest to jedyna szansa na znaczącą podwyżkę lub ogólnie rzecz biorąc chcemy poprawić swój byt. Jednak na każdej nowej ziemi, w każdej nowej grupie, czy firmie, myślimy raczej o tym, żeby zagrzać miejsce niż o tym, żeby się szybko wynosić. Pomimo swojego rodzaju koczowniczego trybu życia, szukamy raczej miejsca na stałe. Nie zawsze jednak zdajemy sobie sprawę z tego, że ta tendecja idzie o wiele dalej. Jeżeli dane miejsce jest atrakcyjne wtedy, kiedy rokuje, że będziemy mogli w nim zostać i żyć dostatnio, to będzie ono tym atrakcyjniejsze, jeżeli będziemy wiedzieć, że to samo dotyczy naszych dzieci i wnuków. Dzisiaj w praktyce ciężko o firmę, w której opłacałoby się pracować do końca życia, tym ciężej nam sobie wyobrazić, że mogłyby w niej pracować całe pokolenia. Jednak gydbyśmy wiedzieli, że jakaś firma pozwoli się bogadzić nam, naszym dzieciom i wnukom. Gdybyśmy wiedzieli, że ta firma będzie dbała o interes całego naszego rodu....

Read More
O Zenku Martyniuku i zacofanych Polaczkach
Sty03

O Zenku Martyniuku i zacofanych Polaczkach

Podobno Sylwester z Dwójką miał dwa razy większą oglądalność niż Sylwester z TVN. Ból nie do opisania przeżywają z tego powodu wszelkiej maści nowocześni, oświeceni i wykształceni dziennikarze z wielkich ośrodków. Publicyści sympatyzujący z okołoopozycyjną sferą polityczną doszukują się miliona powodów, dla których oglądalność prezentuje się tak, a nie inaczej. Wina oczywiście jest po stronie Polaczków-Cebulaczków, którzy wolą dysko-polo, a nie jakieś bardziej wysublimowane muzyczne klimaty. Winę próbuje się zwalić na PiS, Kurskiego i cały świat. Winy natomiast nie widzi się u siebie samych. Krzysztof Majak dla naTemat.pl spłodził nawet na ten temat tekst pt.: „Polska Chylińskiej kontra Polska Zenka Martyniuka. Ta pierwsza już w zasadzie nie istnieje”, w którym przedstawia swoje odkrywcze tezy. Zastanawia się on w swoim felietonie, dlaczego TVP2 znokautowała TVN, skoro wystawiła (zdaniem Majaka) swoje największe gwiazdy, gdy telewizja polska zdecydowała się na jakieś badziewie pokroju Zenka Martyniuka. Oczytany i wykształcony dziennikarz dochodzi do wniosku, że to przez Polaków spod znaku 500+ – tych niewykształconych, zacofanych, ciemnych, zamieszkujących wiejskie tereny, którzy są tak niewymagający, że sprzedadzą się za „Twe oczy zielone”. Tych Polaków, którzy zadowolą się byle czym, bo już dawno przestali wymagać czegoś więcej. Problem polega na tym, że ów tekst świetnie dostarcza zupełnie innych powodów, dla których ludzie wybrali Martyniuka, a nie Chylińską. Owym powodem jest wybujałe ego autora (jak i całej tej medialnej, uważającej się za lepszą intelektualnej masy pokroju portalu naTemat.pl i TVN-u) oraz poczucie, że inni są gorsi. Ci, których uważa się za głupszych, wcale tacy głupi nie są i doskonale mają świadomość tego, kiedy pluje się im w twarz. A narcyzm Majaka i poczucie wyższości to jeden z wielu powodów, dla których ludzie mają tego po prostu dosyć. Wołając nieustannie o podziałach, jakie aktualna władza powoduje między ludźmi, niektórzy nie zauważają, że sami te podziały tworzą. Ileż to powstało po ostatnich wyborach tekstów o tym, że PiS wygrał, bo głosowali na niego sami głupi, niewykształceni i w ogóle największa ciemnota! W końcu jak zauważa Majak: „Żyjemy w Polsce PiS-u, 500+ i Zenka Martyniuka. Efekt? Większość jest zadowolona, bo ludzie dostają to, czego chcą i co lubią”. Co można z tego wyczytać? Żyjemy w Polsce, gdzie większość ludzi to durnie, nie mający o niczym pojęcia. Samozwańczym „elitom” wydaje się, że mogą innych poniżać. Problem w tym, że takie elity długo się nie utrzymają i w końcu sięgną dna. Zaczyna być coraz bardziej widoczne, że tam się zbliżają, skoro Wyborcza traci czytelników, a TVN ma coraz niższą oglądalność. To nie wynika z tego, że ludzie są głupi. To wynika z tego, że ludzie nie chcą być traktowani jak nic niewarte śmieci. Póki niektóre środowiska nie nauczą się szacunku do drugiego człowieka,...

Read More