Umiłowani w Chrystusie
Mar04

Umiłowani w Chrystusie

Jezus powiedział do swoich uczniów: Jak Mnie umiłował Ojciec, tak i Ja was umiłowałem. Wytrwajcie w miłości mojej! Jeśli będziecie zachowywać moje przykazania, będziecie trwać w miłości mojej, tak jak Ja zachowałem przykazania Ojca mego i trwam w Jego miłości. To wam powiedziałem, aby radość moja w was była i aby radość wasza była pełna. To jest moje przykazanie, abyście się wzajemnie miłowali, tak jak Ja was umiłowałem. Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich. Wy jesteście przyjaciółmi moimi, jeżeli czynicie to, co wam przykazuję. Już was nie nazywam sługami, bo sługa nie wie, co czyni pan jego, ale nazwałem was przyjaciółmi, albowiem oznajmiłem wam wszystko, co usłyszałem od Ojca mego. Nie wyście Mnie wybrali, ale Ja was wybrałem i przeznaczyłem was na to, abyście szli i owoc przynosili, i by owoc wasz trwał – aby wszystko dał wam Ojciec, o cokolwiek Go poprosicie w imię moje. To wam przykazuję, abyście się wzajemnie miłowali. (J 15, 9-17) Jezus nakazuje nam byśmy się wzajemnie miłowali tak, jak on nas umiłował. Chodzi tu o to, abyśmy potrafili się kochać, żywić do siebie dobroć i sobie pomagać. Syn Boży przekazuje nam swoją miłość i oczekuję, że tak jak on będziemy się nią dzielić z innymi. Oddał życie za nasze grzechy i tym samym nazwał nas swoimi przyjaciółmi. My również powinniśmy stawiać się za drugim człowiekiem, otaczać go taką samą troską. Nie my jego wybraliśmy, ale to on wybrał nas abyśmy głosili słowo boże i przekazywali miłość pańską. Jeśli będziemy podążać za nim, wytrwamy w jego miłości,  jeśli zachowamy jego przykazania, otrzymamy życie wieczne. Jezus chce żebyśmy radowali się jego bliskością i dzielili nią z innymi. Zostaliśmy przez niego wybrani by owoc przynosić, to owoc dobra, umiłowania i miłosierdzia. Przetrwa on wówczas, gdy spełnimy przykazania...

Read More
Przemiana zamiast smutku
Mar03

Przemiana zamiast smutku

"Czemu pościliśmy, a Ty nie wejrzałeś? Umartwialiśmy siebie, a Ty tego nie uznałeś?" Otóż w dzień waszego postu wy znajdujecie sobie zajęcie i uciskacie wszystkich swoich robotników. Otóż pościcie wśród waśni i sporów, i wśród niegodziwego walenia pięścią. Nie pośćcie tak, jak dziś czynicie, żeby się rozlegał zgiełk wasz na wysokości. Czyż to jest post, jaki Ja uznaję, dzień, w którym się człowiek umartwia? Czy zwieszanie głowy jak sitowie i użycie woru z popiołem za posłanie – czyż to nazwiesz postem i dniem miłym Panu? Czyż nie jest raczej postem, który Ja wybieram: rozerwać kajdany zła, rozwiązać więzy niewoli, wypuścić na wolność uciśnionych i wszelkie jarzmo połamać; dzielić swój chleb z głodnym, do domu wprowadzić biednych tułaczy, nagiego, którego ujrzysz, przyodziać i nie odwrócić się od współziomków. Wtedy twoje światło wzejdzie jak zorza i szybko rozkwitnie twe zdrowie. Sprawiedliwość twoja poprzedzać cię będzie, chwała Pańska iść będzie za tobą. Wtedy zawołasz, a Pan odpowie, wezwiesz pomocy, a On rzeknie: „Oto jestem!”» (Iz 58, 1-9a) Zdaje się, że Kościół dyktuje nam stan emocjonalny w jakim mamy egzystować. I nie piszę tego z wyrzutem, czy w jakiejś negatywnej konotacji. Po prostu: okresy w roku liturgicznym są tak poukładane, że wiemy kiedy mamy się radować, kiedy smucić; kiedy oczekiwać w radości, a kiedy umartwiać wyrzeczeniami. Wielki Post z reguły kojarzony jest ze smutkiem. Fakt – wspominamy w tym czasie Mękę Pańską i wszystko co wycierpiał Jezus za nasze grzechy. Raczej nie jest to powód do wesołkowania. Warto jednak spojrzeć na Wielki Post nieco inaczej. Problem często leży w samym fundamencie przeżywania tego czasu. Posmucimy się przez te 40 dni, jakieś wyrzeczenia sobie ustalimy, zrezygnujemy ze słodyczy na ten czas czy z kawy albo z alkoholu. A potem powrót do radości, do codziennych przyzwyczajeń. Uff, post się skończył, mogę zeżreć czekoladę albo wypić piwo. Nareszcie! Trzeba więc nam na to spojrzeć nieco inaczej. Przede wszystkim skupić się na tym, że Post to nie tylko czas smutku i ciągłego umartwiania się, ale przede wszystkim przemiany – diametralnej, trwałej, bezwzględnej. Rezygnacja z czegoś na wielkopostny czas powinna być pierwszym krokiem do zmian w życiu, w postępowaniu, powinna stanowić odwrócenie się od tego, co złe i grzeszne. I w końcu trzeba nam pamiętać, że Wielki Post składa się z trzech elementów: postu, modlitwy i jałmużny. Bez nich, odpowiednio dozowanych, cały ten okres nie ma tak naprawdę sensu. W ramach postu decydujemy się na jakieś wyrzeczenia, a w ramach modlitwy uczestniczymy w nabożeństwach wielkopostnych. W ramach jałmużny okazujemy miłosierdzie innym i wypełniamy dobre uczynki. Całość ma stać się początkiem naszego nawrócenia, aby po kolejnym Wielkim Poście w naszym życiu odczuć realne zmiany na...

Read More
Duńska Partia Ludowa: Muzułmanie mają świętować narodziny Chrystusa
Lut20

Duńska Partia Ludowa: Muzułmanie mają świętować narodziny Chrystusa

Chodzenie do kościoła, może sprawić, że ci ludzie znajdą się na właściwej ścieżce – tak tłumaczy pomysł Martin Henriksen, ekspert Dansk Folkeparti do spraw imigracji. Pomysł zakłada, że imigranci powinni obchodzić tradycyjne święta, takie jak Boże Narodzenie i Wielkanoc, by zintegrować się z duńskim społeczeństwem i jego kulturą. – Aby ją zrozumieć, trzeba zrozumieć chrześcijaństwo i jego znaczenie dla Duńczyków. Imigrant musi uczestniczyć w tej części naszego życia, by doświadczyć tego, co łączy Duńczyków – wyjaśniał Henriksen, wywołując ostre reakcje centrum i lewicy. DWIE WIZJE Plany Henriksena i antyimigranckiej partii opierają się na założeniu, że imigranci, zmuszeni w ten czy inny sposób do uczestnictwa we mszy, nasiąkną kulturą duńską, lepiej ją zrozumieją i w ten sposób staną się bardziej „duńscy”. Muzułmanie powinni odwiedzać chrześcijańskie świątynie w ramach celebracji najważniejszych uroczystości. Ma to pozwolić uniknąć powstania subkultury zupełnie sprzecznej z wartościami, jakie wyznają Duńczycy. Na reakcje polityków proimigranckich i po prostu sceptycznych nie trzeba było długo czekać. Główny problem dostrzegają oni w łączeniu „duńskości” z religią. Taki zarzut postawili Laura Lindahl z Sojuszu Liberalnego i socjaldemokrata Dan Jorgensen, który dodał, że elementem „duńskości” jest raczej niemieszanie się w poglądy innych. Dania, choć posiadająca własny protestancki Kościół narodowy od XVI w., obecnie należy do najbardziej zsekularyzowanych społeczeństw Zachodu, jednak w parlamencie stałe miejsce od lat 90. ma Duńska Partia Ludowa, postulująca zaostrzenie przepisów imigracyjnych, polepszenie warunków życiowych starszych i niepełnosprawnych oraz zaostrzenie kar za przestępstwa seksualne i przemoc wobec zwierząt. NALEWAĆ Z PUSTEGO Rozwiązanie proponowane przez Henriksen balansuje na granicy absurdu i herezji. Rację ma duńska lewica, że w obecnej sytuacji trwałe wiązanie duńskich wartości z chrześcijaństwem mija się z celem. Przy procencie uczęszczających na niedzielne nabożeństwa na poziomie 5%, w społeczeństwie, gdzie tylko 18% badanych w 2010 r. uznało Jezusa za Zbawiciela, a 25% za Syna Bożego, naprawdę trudno zrozumieć aspiracje DF do utożsamiania Kościoła z Danią. Oznaczałoby to uznanie, że trzy piąte obywateli są oderwane od narodowej tożsamości. Jakby nie dość było problemów z czysto świeckim rozumieniem Bożego Narodzenia i Wielkiejnocy jako czasów prezentów i rodzinnych spotkań, teraz może to jeszcze być czas podbijania indeksów i testu z wiedzy o narodowych świętych. Jeśli pomysł zostanie wprowadzony w życie, oprócz ateistów uczęszczających na śluby i pogrzeby frekwencję będą sztucznie zawyżać imigranci nie chcący utracić profitów.  Ponadto pachnie to zupełną kompromitacją chrześcijaństwa, które tyle mówiąc o wolnej woli, potrzebuje ustawy, by zagonić ludzi do kościoła, zamiast ich tam skutecznie zaprosić i dowieść wyższości nauki Jezusa nad Koranem. Zamiast zastanowić się, dlaczego Kościół Danii ledwo zipie, konserwatyści chcą zrzucić mu na głowę nowy ciężar i nowe wyzwanie. Jak wspólnota, do której wypada należeć, ale niekoniecznie już trzeba wierzyć w jej przesłanie ma...

Read More
O Zenku Martyniuku i zacofanych Polaczkach
Sty03

O Zenku Martyniuku i zacofanych Polaczkach

Podobno Sylwester z Dwójką miał dwa razy większą oglądalność niż Sylwester z TVN. Ból nie do opisania przeżywają z tego powodu wszelkiej maści nowocześni, oświeceni i wykształceni dziennikarze z wielkich ośrodków. Publicyści sympatyzujący z okołoopozycyjną sferą polityczną doszukują się miliona powodów, dla których oglądalność prezentuje się tak, a nie inaczej. Wina oczywiście jest po stronie Polaczków-Cebulaczków, którzy wolą dysko-polo, a nie jakieś bardziej wysublimowane muzyczne klimaty. Winę próbuje się zwalić na PiS, Kurskiego i cały świat. Winy natomiast nie widzi się u siebie samych. Krzysztof Majak dla naTemat.pl spłodził nawet na ten temat tekst pt.: „Polska Chylińskiej kontra Polska Zenka Martyniuka. Ta pierwsza już w zasadzie nie istnieje”, w którym przedstawia swoje odkrywcze tezy. Zastanawia się on w swoim felietonie, dlaczego TVP2 znokautowała TVN, skoro wystawiła (zdaniem Majaka) swoje największe gwiazdy, gdy telewizja polska zdecydowała się na jakieś badziewie pokroju Zenka Martyniuka. Oczytany i wykształcony dziennikarz dochodzi do wniosku, że to przez Polaków spod znaku 500+ – tych niewykształconych, zacofanych, ciemnych, zamieszkujących wiejskie tereny, którzy są tak niewymagający, że sprzedadzą się za „Twe oczy zielone”. Tych Polaków, którzy zadowolą się byle czym, bo już dawno przestali wymagać czegoś więcej. Problem polega na tym, że ów tekst świetnie dostarcza zupełnie innych powodów, dla których ludzie wybrali Martyniuka, a nie Chylińską. Owym powodem jest wybujałe ego autora (jak i całej tej medialnej, uważającej się za lepszą intelektualnej masy pokroju portalu naTemat.pl i TVN-u) oraz poczucie, że inni są gorsi. Ci, których uważa się za głupszych, wcale tacy głupi nie są i doskonale mają świadomość tego, kiedy pluje się im w twarz. A narcyzm Majaka i poczucie wyższości to jeden z wielu powodów, dla których ludzie mają tego po prostu dosyć. Wołając nieustannie o podziałach, jakie aktualna władza powoduje między ludźmi, niektórzy nie zauważają, że sami te podziały tworzą. Ileż to powstało po ostatnich wyborach tekstów o tym, że PiS wygrał, bo głosowali na niego sami głupi, niewykształceni i w ogóle największa ciemnota! W końcu jak zauważa Majak: „Żyjemy w Polsce PiS-u, 500+ i Zenka Martyniuka. Efekt? Większość jest zadowolona, bo ludzie dostają to, czego chcą i co lubią”. Co można z tego wyczytać? Żyjemy w Polsce, gdzie większość ludzi to durnie, nie mający o niczym pojęcia. Samozwańczym „elitom” wydaje się, że mogą innych poniżać. Problem w tym, że takie elity długo się nie utrzymają i w końcu sięgną dna. Zaczyna być coraz bardziej widoczne, że tam się zbliżają, skoro Wyborcza traci czytelników, a TVN ma coraz niższą oglądalność. To nie wynika z tego, że ludzie są głupi. To wynika z tego, że ludzie nie chcą być traktowani jak nic niewarte śmieci. Póki niektóre środowiska nie nauczą się szacunku do drugiego człowieka,...

Read More

Polska oburzonych

Nie da się ukryć, że wielkimi krokami zbliżają się jedne z piękniejszych dni w roku. Święta Bożego Narodzenia są czasem przebaczenia, przepełnionym miłością i chęcią zwrócenia się do drugiego człowieka. Niestety, do przedświątecznej, sympatycznej aury nijak się ma atmosfera obserwowana na polskiej scenie politycznej. Ostatnie zachowania polityków, prawników, dziennikarzy, ale i rzeszy Polaków związane z opowiedzeniem się po jednej bądź drugiej stronie sporu o kształt i funkcjonowanie Trybunału Konstytucyjnego, nie napawają optymizmem. Konflikt obserwowany od kilku tygodni wciąż zaognia się. Z przykrością trzeba zauważyć, że żadna z sił politycznych nie stara się doprowadzić do rozwiązania zaistniałej sytuacji. Taka swoista stagnacja staje się okazją do zbicia politycznego kapitału. Szkoda tylko, że dobro Narodu schodzi na dalszy plan. Opozycja – zwłaszcza głosami swoich przywódców – przekonuje, że działania Prawa i Sprawiedliwości należy traktować jako początek zamachu stanu. Ich zdaniem rządzący dążą do osiągnięcia władzy absolutnej i kontroli nad TK, która pozwoli na uniemożliwienie jego funkcjonowania lub kontrolowanie poczynań składów sędziowskich. PiS z kolei tłumaczy przedsiębrane środki koniecznością uporządkowania wszystkich spraw, które da szansę na późniejszą realizację obietnic wyborczych. Spór wokół Trybunału można byłoby podzielić na co najmniej kilka odsłon i rozpatrywać z różnych punktów odniesienia. Oczywistym faktem jest, że każdy trzeźwo myślący i mający aspiracje polityczne człowiek stara się wykorzystać sytuację do swoich potrzeb. Dlatego, wśród tytułujących się mianem obrońców polskiej demokracji można odnaleźć czołowych polityków partii opozycyjnych, którzy np. przeszli ulicami Warszawy w marszu zorganizowanym przez Komitet Obrony Demokracji. Parlamentarzyści podkreślali, że do ich zjednoczenia doprowadziło postępowanie Prezesa PiS. W demonstracji brał również udział m.in. mecenas Roman Giertych, były szef resortu oświaty. To właśnie jego zachowanie i wystąpienie podczas przemarszu wzbudziło niemałe zainteresowanie i kontrowersje. Szerokim echem odbiły się słowa: „Precz z Kaczorem! Dyktatorem!”, które zdaniem Daniela Milewskiego, posła PiS powinno się traktować jako mową nienawiści. Uznał on także, że nielicujące z powagą zawodu adwokata i naruszające zasady etyki jest skakanie po sejmowym murku i podnoszenie okrzyków: „Kto nie skacze, ten za PiS-em!”. Dlatego poseł złożył doniesienie do Okręgowej Rady Adwokackiej z wnioskiem o wszczęcie postępowania dyscyplinarnego. Stosowne pismo zostało przekazane także do Naczelnej Rady Adwokackiej. Z całą pewnością zachowanie osób piastujących zawody obdarzone wyższym stopniem społecznego zaufania należy oceniać surowiej, stawiając wyższe standardy dla dozwolonych zachowań. Niezaprzeczalnie zachowanie mecenasa Giertycha trzeba uznać za odbiegające od pożądanego i sprzeczne z zasadami kultury i dobrego wychowania. Skandowane okrzyki można uznać za poniżające konkretną osobę. Wszakże bez trudu można się domyślić, kto kryje się pod obraźliwym pseudonimem: „Kaczor”. Takie zachowanie jest realizacją klasycznej definicji mowy nienawiści, która polega na używaniu języka w celu znieważenia, pomówienia lub rozbudzenia nienawiści do określonej osoby. Na takie postępowanie nie może być więc społecznego przyzwolenia, niezależnie od prezentowanych poglądów...

Read More
Klaskaniem mając obrzękłe prawice
Gru07

Klaskaniem mając obrzękłe prawice

Cyprian Kamil Norwid z pewnością nie spodziewał się, że incipit jednego z jego wierszy tak dobrze wpasuje się w koncert drugiej edycji Projektu Gospel. Z tą różnicą, że lud wcale nie był znudzony – wręcz przeciwnie! fot. Andrea Marx Muzyczna petarda wybuchła 4 grudnia we wrocławskim klubie Impart za sprawą wielkiego chóru gospel, do którego mógł dołączyć każdy bez względu na umiejętności wokalne. Te szlifowano w ramach dwudniowych warsztatów organizowanych we Wrocławiu przez chór Gospel Life oraz Biuro Festiwalowe Impart 2016 w ramach Programu mikroGRANTY Europejskiej Stolicy Kultury 2016. – Próby wyglądały tak, że rano mieliśmy rozgrzewkę – mówi Sandra Kwiatkowska, jedna z uczestniczek Projektu. – Jeśli ktoś już dawno nie miał WF-u, to było dla niego niezłe wyzwanie. Po rozgrzewce ruchowej zaczynaliśmy rozgrzewkę śpiewaną. Następnie przychodziliśmy do piosenek. Po krótkim występie Anny Marii mogliśmy sami zdecydować, czy utwór, który nam zaproponowała, chcemy zaśpiewać. Po jednogłośnej zgodzie przechodziliśmy do ćwiczenia. I tak za każdym razem. fot. Andrea Marx Warsztaty odbyły się już po raz drugi i zostały zakończone koncertem finałowym. Obfitował on w energetyczne aranżacje zarówno znanych utworów jak Sekwencja Wielkanocna, „Joyful, joyful” z „Zakonnicy w przebraniu 2”, jak również w autorskie piosenki Gospel Life („Uświęć mnie”). Jednym z ciekawszych utworów była pieśń rodem z… Afryki – „Oa Ntalea Moya”. Techniczne niedociągnięcia nagłośnienia szybko zagłuszył naładowany do granic możliwości pozytywną energią 200-osobowy chór pod kierownictwem charyzmatycznej Anny Marii Mbayo. Pomysłodawczyni Projektu nie pozwoliła również siedzieć w miejscu publiczności, zachęcając do wspólnego śpiewu i klaskania. – Doskonale opisze moje uczucia cytat św. Pawła: „W dobrych zawodach wystąpiłem, bieg ukończyłem, wiary ustrzegłem” – mówi Ola Tusińska, inna uczestniczka warsztatów. –  Swoją drogą to niesamowite, jak ze sceny nie widać publiczności! Być częścią tak wielkiego przedsięwzięcia muzycznego to piękne uczucie. Jestem pod ogromnym wrażeniem talentu pedagogicznego Anny Marii: ogarnąć tak wiele różnych osób to nie lada wyzwanie. Mam świadomość, że już nigdy więcej nie spotkamy się w takim składzie, jak wtedy tam na scenie. Jestem zdania, że pewne wybory w życiu można zmierzyć prostym pytaniem: „Czy gdybym mogła cofnąć czas, to wybrałabym jeszcze raz to  samo?”. W przypadku Projektu Gospel, mówię mocne i zdecydowane: TAK! Solistom Projektu Gospel przygrywali: Tomasz Wendt (instrumenty dęte), Tymek Śnieżek (gitara), Piotr Nosal (bas), Bartłomiej Pająk (perkusjonalia), Jarosław Korzonek (perkusja) i Piotr Dziadkowiec (klawisze). Publiczność bawiła się tak dobrze, że wymusiła dwa bisy. A co o Projekcie mówią sami uczestnicy? fot. Andrea Marx – Zawsze chciałam zobaczyć, jak to jest, gdy się śpiewa dla innych, a to była świetna okazja – mówi Sandra Kwiatkowska. – Na dodatek moi znajomi śpiewają w samym Gospel Life i zachęcali mnie do przyjścia, co bardzo mnie motywowało. Dużo też słyszałam o...

Read More

Postawa modlitwy, czyli zwycięzca się poddaje – XXIX Niedziela Zwykła

Ojcowie pustyni, idąc na modlitwę, mówili: „idziemy walczyć”. Ale w gruncie rzeczy to niebezpieczna postawa.  Jezus odpowiedział swoim uczniom przypowieść o tym, że zawsze powinni modlić się i nie ustawać: W pewnym mieście żył sędzia, który Boga się nie bał i nie liczył się z ludźmi. W tym samym mieście żyła wdowa, która przychodziła do niego z prośbą: Obroń mnie przed moim przeciwnikiem. Przez pewien czas nie chciał; lecz potem rzekł do siebie: Chociaż Boga się nie boję ani z ludźmi się nie liczę, to jednak, ponieważ naprzykrza mi się ta wdowa, wezmę ją w obronę, żeby nie przychodziła bez końca i nie zadręczała mnie. I Pan dodał: Słuchajcie, co ten niesprawiedliwy sędzia mówi. A Bóg, czyż nie weźmie w obronę swoich wybranych, którzy dniem i nocą wołają do Niego, i czy będzie zwlekał w ich sprawie? Powiadam wam, że prędko weźmie ich w obronę. Czy jednak Syn Człowieczy znajdzie wiarę na ziemi, gdy przyjdzie? Łk 18, 1-8, XIX Niedziela Zwykła, Rok C             Podniesione ręce mają ciekawą symbolikę. Otóż z badań antropologów wynika, że niezależnie od kultury danego ludu podniesione ręce oznaczają zasadniczo to samo. Może to być postawa zwycięzcy, albo poddającego się. Ten sam gest jest obecny w chrześcijaństwie. Kapłan podczas modlitw mszalnych wznosi ręce. Coraz częściej czynią tak uczestnicy spotkań modlitewnych. Poddają się, czy zwyciężają? A może i jedno i drugie?             Ojcowie pustyni, idąc na modlitwę, mówili: „idziemy walczyć”. Jest to zmaganie, trud, który trzeba dźwigać. Jest to walka z samym sobą, własnymi ograniczeniami, słabością, roztargnieniem. Nawet bez konkretnych doświadczeń duchowych, wartością wytrwałej modlitwy jest opanowanie własnych pokus – ot choćby takiej, żeby położyć się spać kwadrans wcześniej, zamiast skończyć odmawiać różaniec.             Ale w gruncie rzeczy to niebezpieczna postawa. W pewnym momencie zaczyna w głowie kiełkować myśl: „Wszystko wymodlę”. Myśl ta wyrasta i nieświadomie przybiera formę: „wszystko wyczaruję”.             Jeśli modlitwa chrześcijańska ma mieć jakikolwiek sens, to musi brać się z modlitwy Chrystusa. Z tego, że to Chrystus modli się w nas i poprzez nas. Tylko modlitwa Chrystusa może odnieść skutek. Człowiek jest bowiem oddzielony od Boga poprzez grzech. Pośrednictwo Chrystusa jest niezbędne, żeby tę relację odnowić. A bez tej relacji nie może być mowy o modlitwie.             Bo to Chrystus "najskuteczniej" wyciągnął ręce na krzyżu. Poddał się – Ojcu – a jednocześnie zwyciężył grzech i Szatana. Dlatego ilekroć klękam, czynię znak krzyża, muszę sobie uświadomić swoje położenie. Położenie ubogiej wdowy. Kogoś, kto nie ma żądnych praw, żadnych przywilejów, żadnych możliwości. Kto może tylko żebrać o pomoc możniejszych. A następnie przypomnieć sobie, że jest ktoś taki, kto weźmie mnie w obronę niezależnie od czających się niebezpieczeństw.             Modlitwa to w istocie...

Read More

Ile nas kosztowały ŚDM? – Wciąż nie wiadomo…

Sprawa jest o tyle dziwna, że przecież pielgrzymi musieli kupić specjalne pakiety obejmujące m. in. zakwaterowanie. Spora część pielgrzymów została zakwaterowana u krakowskich rodzin – a więc kuria nie poniosła żadnych kosztów w związku z przygotowaniem dla nich noclegów – pozostali nocowali w szkołach, za co archidiecezja krakowska zapłacić nie chce. Rodzi się więc pytanie, za co tak naprawdę płacili pielgrzymi? Temat finansowania ŚDM jest kłopotliwy. W okresie przygotowań wydarzenia wzbudzał wiele wątpliwości. Teraz, gdy impreza jest podsumowywana i rozliczana, wątpliwości wciąż się pojawiają, lecz niewielu chce o nich mówić, a większość woli chyba o nich nie słyszeć. Kłopot pojawił się już w sierpniu. ZAiKS  od organizatorów ŚDM domagał się opłat za publiczne odtwarzanie spektakli i utworów muzycznych, jakie były wykonywane w trakcie imprezy. Rzecznik ZAiKS-u, Anna Biernacka, twierdziła wówczas, że umowy ze stroną kościelną były podpisane jeszcze przed rozpoczęciem Dni Młodych. Z kolei pełnomocnik organizatorów, mec. Krzysztof Mazur stwierdził, że ZAiKS nie był w stanie przygotować odpowiednich umów licencyjnych. Sprawa trafiła do ministerstwa kultury i temat ucichł. Fakty W piątek TVN w wieczornym wydaniu „Faktów” wyemitował materiał poruszający problem opłat za noclegi w szkołach. W krakowskich szkołach w trakcie ŚDM-u nocowało kilkanaście tysięcy pielgrzymów. Umowa archidiecezji z miastem zakładała, że do 15 grudnia miasto zapłaci za eksploatację 180 budynków 1,2 mln złotych. Rzecznik prezydenta Krakowa, Monika Chylaszek, twierdzi, że do pokrycia tych kosztów jest zobowiązana archidiecezja. Kuria zapłacić obiecuje, ale niekoniecznie ze swojego budżetu. Art. 39 specustawy przygotowującej ŚDM przewiduje możliwość dofinansowania zwiększonych kosztów funkcjonowania placówek oświaty ze środków rządowych. Konkretnie chodzi o środki rezerwy oświatowej subwencji ogólnej. O środki te mogą ubiegać się poszczególne samorządy w celu np. przeprowadzenia remontów czy finansowania zajęć dla niepełnosprawnych uczniów. Ks. Piotr Studnicki z biura prasowego krakowskiej kurii mówi, że archidiecezja jest gotowa zapłacić za użytkowanie szkół w trakcie ŚDM, ale skoro ma prawną możliwość rekompensaty tych środków, to próbuje z tej możliwości skorzystać. Tłumaczy również, że Światowe Dni Młodzieży były „lekcją kultury”, samo wydarzenie miało również na celu edukację, stąd część środków może pochodzić z wydatków na oświatę. Opinie Nie zgadza się z tym jednak Sławomir Broniarz ze Związku Nauczycielstwa Polskiego. Twierdzi, że pieniędzy w rezerwie oświatowej jest za mało, aby przeznaczać je na inne cele. Sprawa jest o tyle dziwna, że przecież pielgrzymi wykupywali specjalne pakiety, które obejmowały również zakwaterowanie. Nie wszystkie co prawda, lecz np. pakiet A3 różnił się od A4 tym, że zapewniał także i nocleg, był jednak droższy o 300 zł. Spora część pielgrzymów została zakwaterowana u krakowskich rodzin – a więc kuria nie poniosła żadnych kosztów w związku z przygotowaniem noclegów – pozostali nocowali w szkołach, za co archidiecezja krakowska również zapłacić nie chce. Rodzi się więc pytanie, za co tak naprawdę...

Read More
Przygotuj się do Transitusu
Paź03

Przygotuj się do Transitusu

4 października obchodzimy wspomnienie św. Franciszka z Asyżu. W wieczór poprzedzający to święto w parafiach franciszkańskich odbywa się nabożeństwo, podczas którego wspominana jest śmierć Biedaczyny. Transitus – bo o nim mowa – oznacza „przejście”. Nawet nie „odejście”, więc nie „śmierć”, ale „przejście”. Brat Eliasz pisze w liście do zakonu, w którym zawiadamia o śmierci Franciszka, że on „przeszedł ze śmierci do życia”. Rozpoczyna się bardzo uroczyście. W kościele panuje mrok, wierni i franciszkanie trzymają w dłoniach świece. Zakonnicy śpiewają jedną ze swoich pieśni – „Witaj, Ojcze ukochany, co Serafów zdobisz chór!”. Po pewnym czasie następuje komentarz, który przekazuje informację: św. Franciszek zmarł 3 października 1226 roku w nocy, miał wtedy 45 lat; od dwudziestu lat był nawrócony, a od dwóch – nosił stygmaty. Franciszkanie wspominają, jak pomimo fizycznej boleści (był już niewidomy) ich założyciel z radością oczekiwał na śmierć. Siostrę śmierć. Podczas nabożeństwa będą prosić jego o błogosławieństwo. W kolejnej części śpiewany jest hymn nieszporny oraz czytany list św. Franciszka do wszystkich wiernych. Namawia w nim do modlitwy i wychwalania Boga, bo On chce, aby wszyscy ludzie zostali zbawieni. Tylko nie wszyscy ludzie to widzą. Mówi też m.in.: „I kochajmy bliźnich jak siebie samych. A jeśli ktoś nie chce lub nie może ich tak kochać jak siebie, niech im przynajmniej nie wyrządzą złego, lecz niech czyni im dobrze”. Zakończenie listu może przypominać znaną z liturgii mszy św. formułkę kończącą czytania – słyszymy: „oto słowa świętego Ojca Franciszka”. W śpiewie przed następną częścią Transitusu padają słowa modlitwy „Panie, uczyń z nas narzędzia Twojego pokoju” ułożonej przez asyskiego zakonnika. Dopiero potem słyszymy kolejny już przekaz Franciszka – jedno z jego napomnień. Teraz właściwie usłyszeliśmy już trzy (trudno powiedzieć, czy najważniejsze) z pięciu rodzajów pism św. Franciszka – list, modlitwę i napomnienie. Ponadto zaliczamy do nich jeszcze regułę zakonu i testament. Psalm 142, który jest śpiewany w następnej kolejności, nie znajduje się w celebracji przypadkowo. To właśnie jego słowa powtarzał św. Franciszek na łożu śmierci, o czym traktuje spisany przez brata Tomasza z Celano opis jego śmierci. Rozgrzesza wszystkich braci i błogosławi im, każe sobie czytać Ewangelię, a następnie przykryć całunem i posypać popiołem. Po wysłuchaniu tego fragmentu śpiewa się krótką antyfonę i odmawia „Ojcze nasz” oraz modlitwę, w której bracia proszą o powołania zakonne. Pod koniec Transitusu franciszkanie wykonują piękny gest – wyciągają ręce w kierunku zebranych w kościele wiernych i dają im specjalne błogosławieństwo. Nabożeństwo kończy ucałowanie relikwii św. Franciszka i podobnie jak na wejściu – pieśń franciszkańska. Jak jest opisana śmierć św. Franciszka w źródłach? Brat Tomasz z Celano „Życiorys pierwszy św. Franciszka z Asyżu” „Tak więc w roku od Wcielenia Pańskiego 1226 quatra decima indictione, quatro nonas Octobris,...

Read More
Dziecko nie musi być zdrowe
Wrz22

Dziecko nie musi być zdrowe

Znajoma jest w ciąży. Wszyscy gratulują. Dopytują szczęśliwą mamę o szczegóły: płeć, imię, kolor pokoju. A oprócz gratulacji, cięgle się przewija przewrotne życzenie: „byleby tylko dziecko było zdrowe…” A co jeśli nie? Co jeśli dziecko urodzi się chore? Zdaniem niektórych lepiej, żeby się nie urodziło, niżby miało całe (pewnie i tak krótkie) życie się męczyć. A więc aborcja. Sęk w tym, że można być zdrowym i pięknym, mieć nienajgorszego iPhona i przytulne mieszkanie, a mimo to skoczyć któregoś pięknego dnia pod pociąg. Tylko w Polsce rocznie ponad 2 tysiące ludzi popełnia samobójstwo. Różne historie, różne scenariusze, powód zasadniczo ten sam. „Nie mam po co żyć” – a właściwie „nie mam dla kogo”. Samotność. Dziecko nie musi być zdrowe. Dziecko nie musi leżeć na hajsie. Życie nie polega na byciu pięknym, zdrowym i bogatym. W życiu chodzi o to, żeby być szczęśliwym. Po prostu. Można być chorym i szczęśliwym jednocześnie. Można nie mieć kończyn i zdobyć Biegun Północny (Jasiek Mela). Można mieć zespół Downa i robić w chatce na Kaszubach takie sery, o jakich się francuskim serowarom nie śniło (Wspólnota Burego Misia). Można być chorym na raka i mieć koło siebie kochających ludzi. Dlatego to, że dziecko urodzi się chore, nie jest powodem do aborcji. Jeżeli perspektywa urodzenia niepełnosprawnego jest dla kogoś argumentem za zabiciem nienarodzonego dziecka, znaczy to tylko o braku dojrzałości do rodzicielstwa. Bo co, jak zdrowe i piękne dziecko, którego zdjęciami na facebooku zachwycali się wszyscy znajomi, któregoś pięknego dnia spadnie z drzewa i uszkodzi sobie kręgosłup, albo coś innego. Je też zabijesz, żeby się nie męczyło? Zainspirowane Czarnym...

Read More