Internetowi Polecacze Książek
Sty12

Internetowi Polecacze Książek

Pradawny konflikt między nowymi mediami a starymi, dobrymi książkami nie jest wojną na śmierć i życie. Obie metody przekazywania sobie wiedzy za pomocą liter nawzajem się wspierają i uzupełniają. Być może odbywa się to nawet z większą korzyścią dla książek. Dawno, dawno temu najczęstszym sposobem zyskiwania popularności przez książkę było to, że się podobała czytelnikom i oni przekazywali swoją opinię znajomym. Najbardziej ekstrawaganckim rodzajem polecenia był list, a większość opinii odbywała się twarzą w twarz, czasem w gronie towarzyskim. Wtedy recenzentem był najczęściej ktoś znany, nie tylko z nazwiska czy przezwiska, ale także z codziennego życia. Swoistym poleceniem „kościelnym” był brak danej pozycji na Indeksie, a potem imprimatur („niech się drukuje”) i bardziej stonowane nihil obstat („nie ma przeszkód”). Potem nastały recenzje w prasie, telewizji. Tam autorytetami byli krytycy, z którymi można się było zgodzić, albo wyzwać ich od niespełnionych literatów, którzy teraz chcą pouczać innych. Nowi „polecacze” są znani głównie z tego, że są znani z mediów, rzadko kto może zweryfikować ich gust. Widzimy ich na tle wielkich bibliotek, ale czy możemy sprawdzić, które z tomów za nimi są najbardziej zczytane, a które jedynie odkurzane co tydzień? INTERNETOWE KLUBY CZYTELNICZE Ci mniej lub bardziej znani „polecacze” byli niezbędni każdemu, kto cokolwiek czytał. Raz – że szkoda czasu na ewidentną szmirę. Dwa – że budżet też nie zawsze pozwala na rozrzutność. Do tego dochodzą problemy rodziców: „Czy można tę książkę kupić dziecku pod choinkę? Czy nie padają tam wulgarne słowa? Czy nie przestawia przemocy?”. Podobnie z wyborem książki na prezent. Wszak bestseller nie zawsze oznacza książkę dobrą stylistycznie, a już na pewno nigdy nie oznacza pozycji, która zadowoli każdego. Wreszcie przyszedł Internet i wszystko wyrównał. Recenzje mogą przybierać różne formy. Pod nickiem może się kryć zarówno bibliofil, który książkę przeczytał od deski do deski dwa razy, jak i ktoś, kto ledwo liznął pierwszy rozdział i wydał wyrok na podstawie braku ilustracji. Anonimowy krytyk nie musi być wcale obiektywny, może być pracownikiem wydawnictwa, które wypuściło na rynek mało znany tytuł i teraz chce go wypromować. Co jak co, ale mało kto podejrzewa swoich znajomych zachęcających do lektury o znajdowanie się na liście płac przemysłu wydawniczego. A jak jest w sieci? XIĘGARNIA, GDZIE LUBIMYCZYTAC Kto szuka podpowiedzi, czy dana pozycja spełni jego oczekiwania, może liczyć na wsparcie ze strony kilku portali. Jak jednak ocenić ich przydatność dla czytelnika poszukującego porady? Niemal każdy z nich korzysta z możliwości, jakie daje Internet: pojawiają się nie tylko recenzje pisane, ale także filmiki o książkach, (których sporo możemy znaleźć zwłaszcza na xięgarni.pl), taka strona ma swój facebookowy czy twitterowy profil, organizuje wydarzenia, informuje o cudzych inicjatywach, a także publikuje informacje zaledwie orbitujące wokół tematów książkowych,...

Read More
Polacy nie lubią innych
Sty12

Polacy nie lubią innych

Gdy tylko zagłębimy się w naszą historię, nie dziwi, że Polacy czują niechęć do imigrantów. Od początku swojej historii musieliśmy walczyć z „innymi”, którzy otaczali nas prawie ze wszystkich stron. Pierwsze wojny Piastów? Z Niemcami, czyli tymi, którzy „nie mówią”, posługują się niezrozumiałym językiem, reprezentują inną kulturę, tradycje. Z Rusinami – niby również Słowianami, ale sojusznikami cesarza wschodniorzymskiego, ochrzczeni przez misjonarzy z Konstantynopola, dziś rzeklibyśmy – wyznającymi prawosławie. Z pogańskimi Pomorzanami, Prusami, Jaćwingami. Nawet Czechy zostały szybko zdominowane przez Niemców i rozpoczął się kilkusetletni proces ich germanizacji. Po drodze oczywiście kilka najazdów straszliwych Mongołów, ludzi wręcz z innego świata, i to pod każdym względem – wyglądu, obyczajów, języka, religii… Jedyną w miarę pokojową była relacja z Węgrami, co prawda odmiennymi kulturowo, jednak zamieszkującymi tereny z wielkimi, trudnymi do przebycia Karpatami, które same w sobie tworzyły poważne utrudnienie w potencjalnych wojnach. Inna sprawa, że mieliśmy tych samych przeciwników – Czechów, Niemców czy Rusinów, później Turków i Tatarów. A jak wiadomo, wspólny wróg potrafi zjednoczyć. Nawet Krzyżacy, a więc zakon katolicki, walczący z wrogami Polski i religii – pogańskimi Bałtami, stał się bardzo szybko przeciwnikiem naszych przodków. Polacy walczyli co prawda z Niemcami w czasach Mieszka, Chrobrego czy późniejszych Piastów, ale nasza niechęć do tego narodu to właśnie zasługa Zakonu Krzyżackiego. Znamienne, że Maria Konopnicka w „Rocie” pisała o „krzyżackiej zawierusze” zaraz obok zapewnienia, że „nie będzie Niemiec pluł nam w twarz”. Przeciwko nim sprzymierzyliśmy się nawet z pogańską Litwą, ale jej „inność” szybko zaczęła odchodzić w zapomnienie – elita państwa litewskiego bardzo szybko się spolonizowała. Krzyżaków co prawda pokonaliśmy, miał miejsce sławetny Hołd Pruski, jednak pokonany wielki mistrz Albrecht Hohenzollern zmienił jednak państwo zakonne, katolickie, podległe w pewien sposób papieżowi i cesarzowi, na świeckie, i do tego protestancki! A więc znów inność – do niemieckości doszła reformacja, zdrada wcześniejszych ideałów i suwerenów, wszak papież i cesarz byli oficjalnymi zwierzchnikami świata katolickiego. Kolejny raz okazało się, że Polacy mają obok siebie „innych”, obcych, i to jeszcze oportunistów. Pod koniec średniowiecza pojawiło się zagrożenie ze strony Tatarów i Turków, ludów azjatyckich, wyznających islam, niespotykanie wręcz agresywnych. Kopyta ich koni deptały kolejne ziemie, pod ciosami ich szabel padały kolejne państwa, ostatecznie zajęli prawie całe Bałkany, zdobywając Konstantynopol i ostatecznie niszcząc Cesarstwo Rzymskie, a także Serbię czy Węgry. Przez wiele lat uważano, że cała Europa jest zagrożona tą nową i niesłychanie agresywną wędrówką ludów. Najazdy nie oszczędziły i naszych ziem – czasem Tatarzy wpadali na ziemie Rzeczpospolitej kilka razy do roku. Wtedy właśnie ukuł się termin „przedmurza chrześcijaństwa”, którym mieli stać się Polacy i Litwini. Co prawda równie zagrożeni byli Niemcy, przede wszystkim cesarska Austria, ale kto w Polsce by to przyznał! Z kolei...

Read More
Słowa warte lajka, czyli o literaturze na Facebooku
Sty12

Słowa warte lajka, czyli o literaturze na Facebooku

Medialni eksperci, publicyści i medioznawcy dawno już ogłosili zmierzch rzeczywistego świata i proklamowali nadejście czasów nowej rzeczywistości – rzeczywistości 2.0 gdzie rządzi… Facebook. Internet staje się pierwszym źródłem informacji, otwartą przez całą dobę galerią handlową, a nawet… miejscem spotkań ze znajomymi. Nic dziwnego więc, że i literaturę coraz częściej – miast na pachnących farbą drukarską kartach książek – znaleźć możemy w przepastnych przestrzeniach popularnych portali społecznościowych. „Nie masz konta na Fejsie, nie istniejesz” – o ile nad słusznością tej tezy w kontekście zwykłych śmiertelników można jeszcze skutecznie się spierać, o tyle odniesiona do ludzi słowa: pisarzy, dziennikarzy, reportażystów – jest ona prawdą bezsprzeczną. Praktycznie nie istnieją dziś literaci, którzy nie posiadaliby swojego konta na tym popularnym serwisie. Powody są rozmaite. Od możliwości bezpośredniego dotarcia do odbiorcy z promocją prowadzonej przez siebie działalności – uniwersalnej dla każdego człowieka, starającego się zaistnieć w przestrzeni publicznej (a tym przecież właśnie jest tworzenie swoich tekstów z myślą nie o szufladzie, lecz publikacji) – przez możliwość osobistego kontaktu z czytelnikiem, a tym samym zebrania z pierwszej ręki danych o odbiorze swoich tekstów, aż po… przeprowadzanie eksperymentów literackich na żywym organizmie. I ten właśnie sposób wykorzystywania Facebooka warty jest krótkiej analizy. Facebook dla wielu literatów jest swoistego rodzaju laboratorium, gdzie pomysły, frazy, narracje – zanim zostaną opublikowane drukiem – zostają poddane skrupulatnym testom. Stąd profile ludzi parających się w życiu zawodowym sztuką układania słów obfitują w przeróżne małe formy literackie: od statusów komentujących dowcipnie bieżące wydarzenia, przez krótkie, rytmiczne wierszyki i podsłuchane w codziennym życiu miejskiej dżungli dialogi przechodniów – aż po anegdotki z zaskakującą, celną puentą, rozbudowane do rozmiarów miniopowiadań. A wszystko to sygnowane literackim znakiem jakości autora – a więc z gwarancją świetnego pióra, ale tworzącego statusy z poszanowaniem bezdusznych zasad Facebooka: zwięźle, lekko i atrakcyjnie. Byle tylko przykuło uwagę. Bo przykucie uwagi znudzonych użytkowników, skrolujących beznamiętnie płynący bez wytchnienia po fejsbukowej tablicy potok treści, może przerodzić się w lajki, komentarze i udostępnienia – te zaś, dzięki algorytmom serwisu: w najlepszą możliwą promocję autora. SŁOWA NA WIATR Facebook serwuje literaturę, która jest ulotna. Można porównać ją do płonącej – nomen omen – kartki papieru: ogień jest intensywny, ale krótkotrwały. Opublikowany status żyje tak naprawdę kilka, kilkanaście godzin, później ginie w odmętach kolejnych postów, zdjęć, anegdotek. I w tym – paradoksalnie – największa zaleta publikowania na Facebooku. Udany status przysporzy autorowi kilku nowych obserwujących i – można być pewnym – zostanie wykorzystany powtórnie, przykładowo: poprzez zgrabne wplecenie go do tworzonej właśnie książki, o nieudanym zaś (‘nieudanym’ w znaczeniu – ‘przeszłym bez echa’) po chwili nikt już nie będzie pamiętał. Publikowanie na Facebook to dla piszących inwestycja tak naprawdę bez żadnego ryzyka. Teza ta jest...

Read More
Co z tą poezją?
Sty12

Co z tą poezją?

Bardzo trudno jest oprzeć się przekonaniu, że współczesne czasy są trudne dla poezji i samych poetów. Coraz mniejsze zdaje się grono czytelników i miłośników wierszy. Jednak czy tak jest naprawdę? Czy poezja będzie dalej istnieć? Wiele osób nie czyta poezji wcale. Wydaje się, że przyczyn takiego stanu rzeczy może być co najmniej kilka. Przede wszystkim, poezja nie jest kompatybilna z dzisiejszymi czasami. Chodzi o to, że otaczająca nas rzeczywistość przyzwyczaja nas (i chyba już w znacznym stopniu przyzwyczaiła) do zapoznawania się z gotową informacją. W zabieganym i niemającym na nic czasu świecie ludzie dość niechętnie są skłonni znaleźć nawet chwilkę swojego cennego czasu i poświęcić ją na czytanie poezji. Wolą raczej oddać się błogiemu lenistwu przed telewizorem czy w kinie. Tam bowiem uzyskają obrobioną specjalnie dla nich treść, która nie będzie wymagała już szczegółowej i czasochłonnej analizy ani dogłębnego zastanawiania się. Poza tym trzeba zgodzić się z twierdzeniem, że poezja nie zawsze jest zrozumiała dla odbiorcy. Owe trudności percepcyjno-interpretacyjne mogą przyczyniać się do powstawania pewnej frustracji u czytelników, która w konsekwencji będzie skutkować odejściem od czytania wierszy. Bo niewielu jest chętnych, aby w epoce wszechobecnego wizualizmu odkrywać tajemnice słowa i domyślać się intencji czy zamysłów autora. Poza tym skoro ktoś pisze coś, czego nie jestem w stanie pojąć w momencie czytania, to nie warto tracić sił na taką aktywność. Choć utwory poetyckie pełne są nieraz głębi i przesiąknięte ukrytymi znaczeniami, to jednak bywają też marginalizowane i niedoceniane, a ich twórcy pozostawiani w cieniu. Niebagatelne znaczenie dla kształtowania podejścia do poezji ma z całą pewnością również otoczenie, w którym się wychowujemy, a także sposób przekazywania wiedzy i obchodzenia się z wierszami podczas zajęć z języka polskiego. Dla większości uczniów jawiące się jako niemiłosierne męczarnie jest dokonywanie interpretacji wiersza i dociekanie, co podmiot liryczny chce przekazać odbiorcy. Takie podejście powoduje pokusę omijania szerokim łukiem utworów dawnych, wybitnych twórców i zastępowanie ich innymi dziełami, zwłaszcza z gatunku fantasy lub science-fiction. Niechęć do poezji pozostaje i zakorzenia się w młodym człowieku. Skutkuje to wykreowaniem stereotypu, który ukazuje poezję jako niedającą się zrozumieć i w istocie rzeczy niepotrzebną. W efekcie dochodzi do ukształtowania postawy zamknięcia się na poezję. Dlatego wielu Polaków, którzy zostali zapytani o ostatni kontakt z utworem poetyckim odpowiada, że miał on miejsce w liceum bądź podczas egzaminu maturalnego. Do wierszy powraca się (znowuż bez większej pasji i motywacji) wtedy, gdy nasze pociechy wkraczają w okres swojej edukacji. Warto też zwrócić uwagę, że poezja nie jest w praktycznie żaden sposób promowana. Przemysł medialny koncentruje się na rozwoju kinematografii i innych sztuk, zwłaszcza wizualnych, wpompowując w nie niemałe środki finansowe. Sporo pieniędzy przeznacza się zarówno na promowanie wytworzonych filmów, jak również na ich...

Read More
Leczniczy wpływ książek
Sty12

Leczniczy wpływ książek

„Gdy się ktoś zaczyta, zawsze się czegoś nauczy, albo zapomni o tym, co mu dolega, albo zaśnie – w każdym razie wygra…” (Henryk Sienkiewicz). Czytanie książek to jeden ze sposobów na zabicie nudy. Zamiast włączać kolejny odcinek serialu, czy przejść jeszcze jeden poziom w ulubionej grze, lepiej jest sięgnąć po książki. Każdy ma inny gust literacki. Jedni lubią fantastykę, drudzy – kryminały, a inni poradniki i pozycje o tematyce psychologicznej. Często kupując przypadkową książkę, trafia się na coś, co zmienia sposób myślenia. Czytelnik nie zastanawia się wtedy, jak do tego doszło. Nie analizuje procesu, który zaszedł w chwili przeczytania danego fragmentu powieści, ale czuje, że coś do niego dotarło. Problem, który miał, nagle się rozwiązał, a przede wszystkim sam człowiek spostrzegł, że nie jest sam ze swoim zmartwieniem. Ktoś już o nim pisał i dał radę go rozwiązać. Jak za dotknięciem magicznej różdżki przygnębienie i nuda zniknęły, a na ich miejsce pojawiła się ciekawość i chęć do życia. Terapia wielu ludziom kojarzy się z trudną – zarówno fizyczną, jak i psychiczną – pracą nad sobą. Z dużą ilością łez wzbudzających przykre wspomnienia, od których trzeba się uwolnić, by iść dalej. Istnieje jednak wiele form terapeutycznych, które znajdują zastosowanie w niezliczonej ilości przypadków i traktowane są jako niezwykle łagodne i przyjemne. Jedną z nich jest biblioterapia, która według E. Tomasik „jest zamierzonym działaniem przy wykorzystaniu książek lub materiałów niedrukowanych (obrazów, filmów itp.) prowadzącym do realizacji celów rewalidacyjnych, resocjalizacyjnych, profilaktycznych i ogólnorozwojowych. Takim celem może być: akceptacja własnej niesprawności – akceptacja siebie, podjęcie akcji kompensacyjnej, akceptacja przez rodziców czy kolegów dziecka upośledzonego”. Pewnie niejeden z czytelników zadałby sobie w tym momencie pytanie: co takiego mają w sobie te książki i dlaczego są takie ważne? Czytanie dobrze dobranych do wieku książek już od najmłodszych lat kształtuje psychikę dziecka. Mały człowiek jest zainteresowany zarówno obrazkami, jak i magicznym światem, który przedstawia mu opiekun. Dzięki opowiadaniom i bajkom rozwija się jego wyobraźnia i zwiększa się zasób słownictwa. Tak samo i w dorosłym życiu – książki nie tylko uczą nowych słów, pokazują odległy świat, ale również potrafią przenieść człowieka w zupełnie inne miejsce, z dala od problemów, w których tkwi. Właśnie na tym polega biblioterapia. Można ją stosować w wielu przypadkach depresji, dziecięcych lęków, trudnej sytuacji, a nawet kalectwa. Terapeuta wybiera odpowiedni tekst, który czyta pacjentowi, lub zachęca go do samodzielnego przeczytania. Jednym z przykładów zastosowania biblioterapii jest przypadek dziecka, które boi się ciemności i czających się w niej potworów. Rozmowy z dorosłą osobą nie pomagają. Nic w tym dziwnego. Dorosły nigdy nie utożsami się z lękiem małego dziecka. Nie zrozumie go tak jak rówieśnik. Właśnie w takiej sytuacji można wykorzystać opowiadanie o równolatku, który...

Read More
Mafia – gra czy narzędzie naukowe?
Sty12

Mafia – gra czy narzędzie naukowe?

Codzienność proponuje nam nienaturalny i zmyślony model świata zaś tych, którzy usiłują wnieść do niego kilka elementarnych prawd nazywa się przewrotnie idealistami. Nie potrafimy jeszcze odpowiedzieć na pytanie „jak zmienić świat?”, lecz możemy coś powiedzieć o narzędziach, którymi dysponujemy. Poniższy tekst będzie o psychice człowieka i bazuje on na doświadczeniu autora z popularnej gry pt. Mafia. Mafia jest grą grupową, odbywającą się „na żywo”. Bardzo ważne jest, aby wszyscy uczestnicy widzieli się nawzajem bezpośrednio i przebywali w tym samym pomieszczeniu bez rozpraszaczy. W podstawowej wersji gry spotykamy dwie frakcje: miasto i mafię. Mafia działa w ukryciu i oficjalnie przedstawia się jako miasto. Inaczej mówiąc, na początku rozgrywki tylko członek mafii wie, kto do niej należy. Rozgrywka podzielona jest na dwie naprzemiennie występujące tury: dzień i noc. W dzień wszystkie działania są jawne i każdy (żyjący) uczestnik może zabrać głos. W nocy wszyscy mają zamknięte oczy z wyjątkiem tych, którzy są aktualnie wywoływani przez mistrza gry. Tak więc mafia poznaje się w nocy i o tej porze działa, wskazując ofiarę, która nie dożyje poranka. W dzień miasto debatuje nad tym, kto jest w mafii i na koniec tury musi zabić jedną osobę. Oczywiście stara się zabić mafioza. Oprócz tego miasto dysponuje szeryfem, który raz na noc przez wskazanie gracza dowiaduje się czy jest w mafii. W wersji rozszerzonej dochodzą inne postacie, nad którymi nie będziemy się teraz rozwodzić. Gra posiada dwie płaszczyzny: logiczną i psychiczną. Innymi słowy do tego, kto jest w mafii można dojść na drodze logicznego rozumowania oraz przeczucia wywoływanego tym, że komuś źle z oczu patrzy. Niestety później musimy przekonać do tego innych, co już może być trudniejszym zadaniem, jeżeli nie posiadamy sensownych przesłanek. W grze można powiedzieć wszystko, włącznie z rzekomym zdradzeniem pełnionej funkcji, nie można jedynie ujawnić swojej karty postaci. Mogę więc powiedzieć, że jestem szeryfem, ale muszę być przy tym przekonujący… bo każdy tak może powiedzieć, zwłaszcza jeśli jest w mafii. Możemy zatem teraz przejść do korzyści, jakie przynosi nam ta genialna gra. Przede wszystkich łącząc logikę z psychiką, uczymy nasz mózg rozpoznawać nie tylko faktycznego kłamcę, ale także czynimy go wrażliwym na wiele innych subtelnych sygnałów wysyłanych nieświadomie przez innych ludzi. Możemy więc czerpać wiedzę o mowie ciała z podręczników, a potem pamiętać, żeby analizować każdy ruch naszego rozmówcy, podczas gdy zagorzały gracz analizę taką przeprowadza za każdym razem odruchowo i nieświadomie. To jak z jazdą „bez trzymanki” na rowerze. Na początku trzeba myśleć nad tym, żeby nie stracić równowagi, później ciało samo wie, jak się ma zachować nawet na wyboistym terenie. Czego jednak uczy nas Mafia o człowieku? Wielu rzeczy poczynając od jednostki kończąc na tłumie. Poprawność polityczna każe nam sądzić, że...

Read More
Obrączkę to Ty szanuj!
Maj04

Obrączkę to Ty szanuj!

Dziwna moda przywędrowała do nas nie wiadomo skąd. Na serdecznych palcach młodych ludzi zaczęły się pojawiać srebrne obrączki, mające świadzyć o powadze ich związków. I ja się pytam: po co? Fora internetowe dostarczają różnorakich odpowiedzi. Że to forma wzajemnej przynależności, że to obietnica bycia ze sobą na dobre i złe, albo zdeklarowanie życia w czystości. Ostatnie, choć sensowne najbardziej, pojawia się jednak bardzo rzadko. Najczęściej chodzi o to, że jak ktoś już ze sobą jest dłużej i chce się zobowiązać, ale do ślubu mu jeszcze nieśpieszno, to zakłada sobie i swojej połówce srebrną obrączkę na serdeczny palec. Jest w tym wszystkim swego rodzaju paradoks, albo wybitna fobia przed zawarciem związku małżeńskiego. Podobnych odpowiedzi dostarczają pytania zadane bezpośrednio osobom, które taką obrączką się szczycą – ma ona być znakiem głębszego zaangażowania w związek, poświadczenia swojej „zajętości” i deklaracji względem ukochanej / ukochanego. Za moich czasów – jakkolwiek dziwnie to brzmi, wychodząc spod klawiatury 24-letniej kobiety, będącej w małżeństwie niecały rok – wszystko miało swój czas i miejsce. I było to naprawdę piękne! Związek z drugą osobą był czasem jej poznania. Potem następowała deklaracja ze strony mężczyzny i pytanie: czy spędzisz ze mną resztę życia? Pierścionek zaręczynowy stanowił zobowiązanie, a ślub i nałożenie sobie obrączek jego wypełnienie i utwierdzenie. Tymczasem, młodzi zdają się zabierać za to od – za przeproszeniem – tyłka strony i znajdują sobie marny substytut, będący namiastką tej deklaracji. Z jednej strony nie chcą się jeszcze aż tak zobowiązywać, żeby wypowiedzieć to przed ołtarzem, a z drugiej pragną utwierdzić samych siebie i otoczenie, że trwają w poważnym związku. Być może jestem trochę uprzedzona do tego typu udziwnień i podchodzę do nich niesprawiedliwie. Może wynika to też z tego, że złota obrączka jest dla mnie niemal świętością i nałożenie jej w innych okolicznościach, niż ślubując sobie w obliczu Boga stanowi dziecinny kaprys i kpinę. Małżonkowie, nakładając sobie pobłogosławione przez kapłana obrączki na palce mówią sobie nawzajem, że jest ona znakiem ich miłości i wierności. Najważniejsze jest jednak to, co dodaje się potem: w imię Ojca, i Syna, i Ducha Świętego. I to stanowi o ogromnej wartości tego złotego krążka i domaga się szacunku! Jest to przecież znak sakramentu, znak Bożej łaski i przypieczętowanie wzajemnej miłości, które mówi, że od teraz, choćby nie wiem co się w życiu działo, mąż będzie przy żonie, a żona przy mężu. Na swoich obrączkach z mężem mamy wygrawerowaną wewnątrz sentencję: „W drogę z nami, wyrusz Panie…” co dla nas stanowi całą kwintesencję sakramentu małżeństwa i obrączki samej w sobie. Jest ona dla nas, nie tyle symbolem dozgonnej miłości, ale tego, że przez cały czas jej trwania, obecny jest przy nas Bóg, towarzyszący nam w tej drodze, momentami...

Read More
Pokolenie emocjonalnych ekshibicjonistów
Lut26

Pokolenie emocjonalnych ekshibicjonistów

Kiedyś charakter terapeutyczny miało pisanie pamiętnika. Nastolatki swoje stany emocjonalne przelewały na papier w notesie zamykanym na kluczyk tak, by nikt do niego nie zajrzał. Emocje stanowiły sferę intymną, do której nikt nie miał wstępu. Dzisiaj taki pamiętnik mogą przeczytać wszyscy. Na Facebooku. Wchodzisz na fejsa, a tam zwierzenia znajomej nastolatki o tym, jakie to życie jest ciężkie? Na instagramie widzisz milionowe, niczym nieróżniące się od poprzednich, zdjęcie niedawno narodzonego dziecka dawnej koleżanki? Na twitterze jesteś zmuszony czytać wynurzenia znajomego o tym, jak wielkiego kaca przeżywa i jaka wczoraj była mega impra? Na jutubie kolejna nastolatka dzieli się swoimi spostrzeżeniami, których tamponów lepiej używać i dlaczego cień do powiek marki Wymyślsesam jest o niebo lepszy niż marki Jakjejtambyło? Witamy w świecie social media, gdzie dojrzewa pokolenie emocjonalnych ekshibicjonistów! LANS, BANS I CUDA NA KIJU Znasz to z życia – gdzie nie spojrzysz ludzie dzielą się wszystkim ze wszystkimi. Portale społecznościowe ułatwiły to tak bardzo, że bardziej już się chyba nie da. Żeby dowiedzieć się, jak przebiega związek znajomego wcale nie musisz umawiać się z nim na kawę. Wszystko znajdziesz na jego fejsbukowym łolu. Począwszy od najnowszych zdjęć z ukochaną, przez zmieniane raz po raz statusy “w związku” na “to skomplikowane” i znowu “w związku”. Całość doprawiamy apdejtami wszelakich kłótni, ale też ich zażegnywania. Inne apdejty też masz okazję przeczytać, np. że twój znajomy ma najwspanialszą dziewczynę eweeeer. Modne stały się również ostatnio miesięcznice danego związku, bo przecież rocznica to zdecydowanie za mało. Dlatego na bieżąco wiesz kto, kiedy, z kim i w jakich okolicznościach się zszedł i jak zaawansowany i posunięty w czasie jest ten związek – co do miesiąca! Czekasz na odliczanie tygodni. Albo lepiej: dni. Jednak nie tylko podboje miłosne są tematem do emocjonalnych wynurzeń. Dobrze wiesz, że podstawowa zasada publikowania postów na fesjbuku/tłiterze/instagramie (niepotrzebne skreślić) brzmi: nieważne co, ważne żeby pokazywało, jak bardzo kul jesteś. Wszystkie osiągnięcia się liczą, wszak nie tak dawno temu modne było wypicie butelki piwa za jednym zamachem. Potem ludzie oblewali się lodowatą wodą, nie do końca wiedząc po co. Więcej grzechów nie pamiętam. Kolejna złota zasada internetowego istnienia – niech wszyscy wiedzą, jak popularną osobą jesteś! Zdjęcia z imprez, gdzie półnagie (najlepiej nieletnie!) dziewczyny i półtrzeźwe (najlepiej nieletnie!) chłopaki “dają czadu” to norma, wszak głupio byłoby, żeby ktoś miał miał cię za ponuraka. Liczy się lans, bans i cuda na kiju! Im więcej dziwnych i krejzolskich rzeczy wymyślisz, tym bardziej jesteś w towarzystwie szanowany. Nie wiesz, gdzie i z kim znajomy spędził wakacje? Po co marnować czas na piwo z nim, w końcu niewiedza trwa doczeka się zaspokojenia, bo miliony zdjęć z letnich podróży po świecie będą wrzucane przez cały rok....

Read More