Chłopcy w sutannach
Mar07

Chłopcy w sutannach

Blisko młodzieży, nowoczesny, “na luzie”, reklamujący Kościół jak wesołe miasteczko – to może nie jedyny ideał, ale jeden z ideałów jak powinien wyglądać współczesny ksiądz, zwłaszcza młodego pokolenia. Tymczasem mimo nowoczesnego marketingu, w który zdają się inwestować świeżo upieczeni duchowni wiara nie chce sprzedawać się jak świeże bułeczki. Wzrost liczby wiernych nie bije rekordów, a o nadmiarze powołań nie słychać. Czytamy przecież w Dziejach Apostolskich jaką łatwość nauczania posiadali uczniowie Jezusa, któremu, jakby się zdawało, wystarczyło samo: “pójdź za mną”, żeby człowiek zostawił wszystko tam gdzie stał. Czym różni się ówczesny, prężnie rozwijający się Kościół, który później ogarnął całą Europę i dotarł do innych kontynentów, od dzisiejszego będącego w ciągłym kryzysie? Czy Prawda, którą głosi przestała być pociągająca dla tłumów, czy może została obalona przez naukę lub przysłonięta przez błędy Kościoła popełniane na przełomie wieków? Co się stalo, że wiara zaczęła być kojarzona z zacofaniem, a księża zamiast z szacunkiem spotykają się z pogardą? Należy wspomnieć, że Kościół pogardzany był od zawsze, od samego zarania. Sam Zbawiciel zapowiedział nam nienawiść ludzi, sam też umarł pogardzony. Przyczyną tej pogardy była siła Ducha Świętego obecnego w Kościele. Światło Prawdy rodzi nowego człowieka, ale niszczy starego. Dlatego stary człowiek nienawidzi światła, bo ono go obnaża i pokazuje jego brzydotę. Jeśli więc w Kościele wciąż gości Duch Święty, to musi on doświadczać nienawiści Złego. Kościół zatem zawsze był przez kogoś nienawidzony i pogardzany. Współcześnie jednak do czynienia mamy jeszcze z inną pogardą. Ta bierze się ze słabości. Kościół zawsze był w jakiś sposób słaby, ale siłę swoją czerpał od Boga. Tam gdzie od niego odchodzi, tam jego słabość staje się ciężarem do tego stopnia, że zaczyna gardzić sam sobą. Ludzie wtedy tracą wiarę. Gdzie młody ksiądz szuka ratunku? Nie w Bogu – w marketingu. Prawda, że żaden ksiądz się do tego nie przyzna. Prawdopodobnie nawet nie jest tego świadom. Jednak głosząc Ewangelię można popaść w pewną pułapkę. Jeśli Ewangelię traktuje się jak pokarm, to rozdaje się ją głodującym, jeśli jak lekarstwo – chorym. Kiedy zaś zacznie się ją traktować jak produkt – wszystkim. Prawda, że każdy może być głodujący lub chory i każdy potrzebuje Dobrej Nowiny, nie można jednak być jej akwizytorem używającym wszelkich znanych metod manipulacji, żeby pozyskać klienta. Tak często zachowują się młodzi księża. Starają się wcisnąć ludziom produkt. Reklamują Kościół jak wesołe miasteczko, a Boga jak spadającą gwiazdkę spełniającą życzenia. Jednocześnie miłość, którą oferują niczym nie różni się od oferowanej przez świat – jest łatwa i bez zobowiązań. Czy głoszą w ten sposób chwałę Bożą? Czy szukają własnej sławy i poklasku tłumu? Młodzi, ambitni księża reklamujący nie rzadko samych siebie, żebrzą o akceptację jak chłopiec z którym nikt się nie...

Read More
Tyle doskonałych dróg
Mar05

Tyle doskonałych dróg

Obiegowa opinia głosi, iż są trzy rzeczy, których nie wie papież: ile jest żeńskich zgromadzeń zakonnych, gdzie się podziało franciszkańskie ubóstwo oraz jezuickie posłuszeństwo papieżowi. Nie wiedzą tego również wierni świeccy, którzy dodatkowo zastanawiają się nad jeszcze jedną kwestią. Po co w Kościele są różne zakony? Różnorakich zgromadzeń, zakonów, rodzin zakonnych (itd., itp.) jest dziś multum. Rodzi się pytanie, po co taka różnorodność. Złośliwi klerycy na wykładach z historii Kościoła żartuję, że po 150 latach funkcjonowania danego zgromadzenia, jego charyzmat się „wypala” i albo przychodzi reformator (vel odnowiciel), albo zakon ulega kasacie. Jakkolwiek ironiczne to tłumaczenie, faktem jest że w ciągu wieków pojawiały się coraz to nowe wspólnoty, wnoszące do wspólnoty Kościoła jakieś zaniedbane przezeń aspekty. Sięgając do początków zjawiska można stwierdzić, iż swego rodzaju zakony stanowiły już wspólnoty pierwszych chrześcijan. Opisany w Dziejach Apostolskich ich przykład, jakkolwiek wyidealizowany, do dziś stanowi inspirację dla wszelkich ruchów, zgromadzeń i instytutów życia konsekrowanego. Opisane przez św. Łukasza elementy życia wspólnoty chrześcijańskiej – wierność nauce apostołów, wspólna modlitwa i Eucharystia, wspólnota dóbr, praktykowanie uczynków miłosierdzia, dzielenie życia ze sobą i uwielbienie Boga Z kolejnymi latami chrześcijan jest coraz więcej. Powoli zatraca się przymiot „inności”, oderwania od świata. A dla gorliwych wyznawców Chrystusa „inność” to cecha fundamentalna. Pierwotne znaczenie terminu „święty” to właśnie „inny”. A i w pismach Nowego Testamentu nie brak zaleceń, żeby wyróżniać się spośród tych, którzy żyją na świecie, aby być „innym”. Gdy więc bycie chrześcijaninem powoli staje się normą społeczną – od początku IV wieku nawet cesarze rzymscy są, z jednym wyjątkiem, chrześcijanami, a pod koniec tego stulecia jest to oficjalna religia państwowa – w szczególnie gorliwych wyznawcach rodzi się potrzeba „czegoś więcej”. Nie mogąc już liczyć na śmierć męczeńską (jakkolwiek to brzmi), która wcześniej stanowił oczywisty dowód ich wiary oraz był momentem narodzin dla nieba, ktoś w końcu wpada na pomysł, by zostać „białym męczennikiem”. Wychodzi na pustynię. Pierwszym pustelnikiem chrześcijańskim miał być Paweł z Teb. Miał być, ponieważ jest to postać legendarna, nie potwierdzona źródłowo. Dlatego za ojca ruchu monastycznego przyjmuje się św. Antoniego. Żył on w Egipcie na przełomie III i IV wieku. Po śmierci bogatych rodziców rozdał rodzinny majątek ubogim, a sam rozpoczął ascetyczne życie na pustyni. Mieszkał między innymi w starożytnym grobowcu i w opuszczonej twierdzy. Wszędzie jednak podążali za nim ludzie, pragnący naśladować jego styl życia. W końcu Antonii postanowił przyjąć uczniów, tworząc pierwszą wspólnotę anachoretów.   Anachoreci nie są mnichami w dzisiejszym rozumieniu. To pustelnicy, którzy z reguły żyją w odosobnieniu. Skupieni wokół św. Antoniego pustelnicy stanowili wspólnotę o tyle, że mieszkali w niedalekiej odległości i prowadzili podobne życie. Reguła utworzona przez ich mistrza zakładał życie w samotności. Jednak koncentracja chcących się...

Read More
Ryzyko, czy bezpieczeństwo?
Mar05

Ryzyko, czy bezpieczeństwo?

Jak często Drogi Czytelniku zdarza Ci się ryzykować w podejmowaniu ważnych i tych mniej ważnych decyzji życiowych? A jak często wybierasz po prostu tą bezpieczną opcję? Coś co jest już Ci znane, na czym się na pewno nie zawiedziesz. I nie mam tu na myśli nieznanego Ci wcześniej składnika na pizzy, czy nowego smaku chipsów. Jeśli chcesz dowiedzieć się czegoś więcej o tym czym jest ryzyko, to zapraszam do przeczytania moich przemyśleń. Z czym wiąże się ryzyko? Z wybieraniem tego, co nie jest nam znane, czego w jakiś sposób obawiamy się (co jest z resztą zupełnie naturalne, dobrze jeśli się boimy, to znaczy, że mamy zdrowe podejście do pewnych rzeczy) ale może przynieść większą korzyść, niż to co już w jakiś sposób jest przez nas poznane. Takim wyborem jest na przykład wyprowadzenie się z domu na studia do innego, nieznanego miasta. Jak często bywa tak, że przyjeżdżając gdzieś nie znamy nikogo? Ale po jakimś czasie, jeśli się już zaaklimatyzujemy w nowym miejscu i dobrze to wykorzystamy, to ile mamy z tego korzyści! Nieskończona liczba miejsc do odkrycia,  nieskończona liczba nowych ludzi do poznania, no i nieskończona liczba możliwości rozwoju osobistego związanego nie tylko z edukacją ale i rozwojem osobistym. Ale czy chodzi tylko ryzykowanie związane z przeprowadzką? Oczywiście, że nie. Powinno to dotyczyć szczególnie relacji z innymi ludźmi. I nie chodzi tu o jakąś przesadną ufność, ale o otwartość na drugiego człowieka, nie zakładanie z góry, że z jego strony może spotkać nas jakaś krzywda. Tylko, żeby nie przyszło komuś do głowy, że mam na myśli sytuację, gdzie zapraszamy do domu na herbatę pierwszą lepszą osobę z ulicy i opowiadamy jej swoją życiową historię. O nie. Chodzi o pielęgnowanie starych znajomości i poznawanie nowych ludzi, chociaż oczywiście zawsze należy pamiętać o zdrowym rozsądku. Warto mieć wielu przyjaciół, lub chociaż dobrych znajomych, a będąc zamkniętym trudno będzie takich zdobyć. Wydaje mi się, że ryzykować trzeba też w miłości (a może nawet przede wszystkim!), robiąc to oczywiście w sposób mądry z odpowiednimi osobami. Nie ważne, że czasami to zaboli, bo porażki są częścią naszej codziennej egzystencji, należy się z nimi pogodzić, a co najważniejsze popracować nad tym, żeby nie wpływały na nas w sposób negatywny. Wręcz przeciwnie! Powinny nas uczyć jak postępować w przyszłości. Porażki są dla nas ludzi tak samo ważne jak sukces, bo za każdym razem podchodząc do nich we właściwy sposób stajemy się nowymi, lepszymi ludźmi. Jestem święcie przekonany, że prawdziwą miłość można poznać tylko i wyłącznie ryzykując. Tą ludzką i tą związaną z Panem Bogiem. Wiara, to też w pewnym sensie ryzyko, więc jeśli wierzysz, to brawo, już całkiem niezły ryzykant z Ciebie. A co z karierą...

Read More
Wojownik, sługa, kochanek
Mar03

Wojownik, sługa, kochanek

Antyk wymyślił centaura, średniowiecze uczyniło go panem Europy. Bo istota rycerstwa, podobnie do mitycznej kreatury, sprowadzała się do ścisłego związku człowieka z koniem. Nie tylko na polu bitwy, lecz również w przestrzeni myśli. Rycerze pojawili się tak naprawdę dopiero w połowie średniowiecza. Za początek tej epoki przyjmuje się najczęściej upadek Cesarstwa Zachodniorzymskiego w 476 roku. Z rycerstwem mamy z kolei do czynienia dopiero od IX wieku. Średniowieczno-europejscy rycerze przeszli olbrzymią rewolucją, od grupy społeczno-zawodowej do odrębnej klasy społecznej – szlachty. Rycerz i przodkowie Po upadku cywilizacji rzymskiej na terenie dzisiejszej Francji zaczęły powstawać państwa barbarzyńskie. Najsilniejszą pozycję zdobyło germańskie plemię Franków. Wśród wszystkich barbarzyńskich plemion każdy wolny człowiek był wojownikiem, toteż armie barbarzyńskie były dość liczne i zaprawione w bojach. W momencie jednak, gdy plemiona takie zaczęły się osiedlać, a większość ludności zajęła rolnictwem, przeciętny Frank nie miał gdzie uczyć się walki. Związanie z ziemią, która wymagała systematycznej pracy, uniemożliwiało podejmowanie dłuższych wypraw. Państwa barbarzyńskie weszły w fazę kryzysu militarnego. W tej sytuacji nie sprawdzał się również pobór powszechny, jaki przez wieki z powodzeniem stosowali Rzymianie. Rolnik wcielony do karnych legionów szybko uczył się rzemiosła żołnierskiego. Barbarzyńskie armie były dużo mniej zdyscyplinowane i gorzej zorganizowane, toteż żółtodziobów najczęściej wyrzynano przy pierwszej bitwie. Podstawą siły zbrojnej – a więc w praktyce głównej podpory władzy poszczególnych monarchów – musieli się stać zawodowi żołnierze. Jeszcze w czasach przed-osiedleńczych wśród barbarzyńców istniał zwyczaj gromadzenia się wojowników wokół szczególnie utalentowanego wodza. Tworzyli oni jego drużynę, przyboczną gwardię. Dodawali mu prestiżu, a w zamian czerpali z jego zdobyczy. Nieco podobna instytucja zaistniała w chylącym się ku upadkowi Imperium Rzymskim, gdzie co możniejsi posiadacze zaczęli utrzymywać prywatne armie. Po upadku Cesarstwa nastąpił kryzys instytucjonalnej władzy. Biedna część społeczeństwa zaczęła szukać ochrony, bogatsza z kolei potrzebowała argumentu wzmacniającego ich pozycję. Z tego powodu zaczęto nawiązywać pomiędzy poszczególnymi osobami umowy o charakterze opiekuńczo-poddańczym. Wasal oddawał się na służbę seniorowi, w zamian otrzymywał opiekę, wikt i dach nad głową. Zobowiązywał się do wypełniania określonych przysług wobec swego seniora. Początkowo dotyczyło to wszystkich warstw społecznych, np. biedny kowal komendował (czyli poddawał się, składał hołd) jakiemuś możnemu. Odtąd pracował na jego rzecz w zamian za ciepły kąt i strawę. Jednak najbardziej pożądani jako wasale byli zawodowi, ciężkozbrojni wojownicy. Rycerz i broń W armiach barbarzyńskich walczono czym popadnie. Jednak od wieków najbardziej prestiżowym orężem była włócznia i miecz. Nawet wśród wikingów, którzy w powszechnej wyobraźni pojawiają się z potężnymi toporami w ręku, bardziej ceniono właśnie oręż wcześniej wymieniony. Nie ma rycerza bez miecza. Ta bardzo uniwersalna broń, spotykana była u większości rozwiniętych cywilizacji. Pierwsze, wykonane z brązu miecze były długie i służyły tylko do pchnięć. Opanowanie obróbki żelaza pozwoliło skonstruować broń służącą...

Read More
Przyczynek do tematu o aborcji
Mar03

Przyczynek do tematu o aborcji

Aborcja jest bardzo niewdzięcznym tematem i chyba ostatnio niechętnie dyskutowanym. Wydaje się jakby to co miało zostać powiedziane już dawno wybrzmiało. Wszyscy wszystko wiedzą, tylko się ze sobą nie zgadzają. Obwarowawszy się na swoich stanowiskach rozpoczęli walkę kulturową na emocje, slogany, akcje oraz ilustracje – słowem propaganda zamiast argumentów. Być może za pomocą propagandy można zdziałać wiele, a temat jest na tyle ważny, że warto choć na chwilę przekonać innych do swoich racji. Jednak w dłuższym rozliczeniu będzie domagał się solidnego uzasadnienia, a tego nie dadzą nam slogany i gry emocjonalne. Zacznijmy więc od przedstawienia stanowiska bronionego w tym artykule. Aborcja jest zabójstwem. Dalej będziemy próbowali to udowodnić. Powszechnie panuje opinia, że odpowiedzi na pytanie, czy aborcja jest zabójstwem, czy nie powinna dostarczyć medycyna lub religia. Obie drogi posiadają pewne poważne wady, które uniemożliwiają dojście stronom do porozumienia. Religia przede wszystkim jest kryterium nieobiektywnym. Często można spotkać się z opinią, że żądanie zakazu aborcji jest narzucaniem swojej religii. Podczas gdy religia w temacie aborcji mówi tylko “nie zabijaj”, a z tym wszyscy się zgadzają. Nawet jeśli istnieją argumenty wynikające z wiary, a mówiące o tym, że aborcja jest zabójstwem, to po pierwsze, ateisty nie przekonają, po drugie – można się bez nich obyć. Jeżeli religia próbuje ustalić moment, w którym momencie na świecie pojawia się nowy człowiek za pomocą objawienia i teologii, to medycyna stara się podejść do tematu od strony czysto funkcjonalnej. Na podstawie wcześniej zdefiniowanych pojęć takich jak “życie” i “człowiek” stara się ustalić, w którym momencie płód zaczyna spełniać wymagane kryteria. Jest to o tyle niewłaściwe, że pojęcia definiuje się na potrzeby teorii, a teoria może jedynie aproksymować rzeczywistość. Przykładowo, można zdefiniować człowieka jako istotę myślącą, ale trzeba by wtedy odmówić człowieczeństwa politykom. Której drogi by nie objąć zawsze sprowadzają się one do próby odpowiedzi na pytanie: “kiedy pojawia się człowiek”. Doprowadza to więc do groteskowego wniosku, który mówi, że np. w poniedziałek możemy mieć do czynienia z płodem, a we wtorek z Tomkiem. W poniedziałek moglibyśmy go jeszcze usunąć, ale we wtorek byłoby to już zabójstwem. Problem w tym, że próba odpowiedzi na postawione wyżej pytanie to ślepy zaułek. Wystarczy przeprowadzić zaskakująco proste rozumowanie, że w sposób czysto filozoficzny dojść do przekonania, że aborcja jest zabójstwem. Aby to wykazać wystarczy przyjąć odpowiednią definicję zabójstwa, na którą jednak łatwo przystać. Zdefiniujmy więc zabójstwo jako pozbawienie życia osoby. Spróbujmy najpierw zastanowić się nad przypadkiem, od którego będziemy prowadzić analogię. Załóżmy, że zamawiamy przez internet jakiś produkt. W którym momencie możemy powiedzieć, że jest nasz? Wtedy, kiedy za niego zapłacimy, czy wtedy kiedy dostaniemy go do ręki? Kiedy zapłacimy za produkt, on staje się naszą własnością nawet jeśli...

Read More
Polska przedmurzem chrześcijańskiej Europy
Mar02

Polska przedmurzem chrześcijańskiej Europy

Prawdziwy rycerz powinien między innymi bronić słabszych oraz cywilizacji chrześcijańskiej. W Polsce te dwie kwestie przyjęły specyficzną formę, dzięki której nasze państwo nazywano w dawnych wiekach Antemurale christianitatis – Przedmurze chrześcijaństwa. O takim rozwoju wypadków zdecydowało przede wszystkim położenie geopolityczne Polski. Przez długie lata była ona najbardziej wysuniętym na wschód bastionem katolicyzmu w Europie. Dalej znajdowali się tylko prawosławni Rusini oraz poganie – Prusowie, Jaćwingowie, Litwini oraz Tatarzy. Już w korespondencji Władysława Łokietka i Kazimierza Wielkiego z papiestwem znajdujemy odniesienia do Polski jako państwa, które pierwsze jest narażone na ataki schizmatyków i pogan, i jak tarcza czy mur musi bronić resztę europejskiej wspólnoty chrześcijańskiej. Na przełomie XIV i XV wieku na kilka dekad zaprzestano używania tego rodzaju terminów – Polska i ochrzczona już Litwa walczyła wówczas z Zakonem Krzyżackim, który w zachodniej Europie lansował się jako jedyny obrońca chrześcijaństwa, przy okazji oczerniając swoich przeciwników. Upadek Konstantynopola w 1453 roku i ugruntowanie się pozycji sułtańskiej Turcji w Europie na trwałe przywróciło państwom Jagiellonów status obrońców chrześcijańskiej Europy. Za przedmurze wiary uważano również Koronę Świętego Stefana – Węgry. Na wojnie z sułtanem w 1444 roku zginął król Polski i Węgier Władysław, od miejsca śmieci zwany Warneńczykiem. W oczach ówczesnej Europy był on ideałem rycerza, walczącego w obronie wiary katolickiej i tradycji europejskiej z barbarzyńskimi poganami ze wschodu. Gdy Węgry padły pod naporem potężnych Turków w początku szesnastego wieku, na placu boju pozostały de facto tylko Polska wraz z Litwą, za niedługo złączone w Rzeczpospolitą, oraz państwo joannitów, Wenecja i państwa habsburskie z Austrią na czele. Humaniści, na przykład Włosi Filippo Buonacorsi, znawy Kallimachem lub Niccolo Machiavielli, Niemiec Sebastian Brandt czy sławny w całej Europie Erazm z Rotterdamu widzieli właśnie w Polsce mur, mający osłonić wspólnotę chrześcijańskich państw Starego Kontynentu  przed zagrożeniem pogaństwa i barbarzyństwa ze wschodu. Co ciekawe, taką rolę przypisywali państwu Jagiellonów nawet protestanci, na czele z Filipem Melanchtonem, jednym z najbliższych współpracowników Lutra. Jak widać, nie tylko katolicka Europa obawiała się potęgi Turcji… Wysoka Porta, jak często zwano państwo tureckie, była od XV do końca XVIII wieku prawdziwym postrachem Europy. Co prawda katolicy płakali nad losem zdobytego Konstantynopola, jednak los słabego w końcu średniowiecza Cesarstwa Wschodniorzymskiego, które odrzuciło wiarę katolicką, pozostawał dla niej obojętny. Państwa katolickie zaczęły się naprawdę niepokoić w drugiej połowie XV stulecia, kiedy Turcy oparli swoje granice na Dunaju i zaczęli zagrażać Węgrom. Było to wówczas państwo wielkie i potężne, rozciągające się od wybrzeża adriatyckich po Karpaty na terenie dzisiejszej Rumunii, oraz od Słowacji po wspomniany Dunaj i ziemie serbskie. Wielkie wrażenie w Europie oraz swoistą psychozę strachu wywołała klęska wojsk węgierskich pod Mochaczem w 1526 roku, gdzie zginął także król tego państwa, Ludwik Jagiellończyk. Zadawano...

Read More
Refleksje spod zardzewiałej zbroi
Mar02

Refleksje spod zardzewiałej zbroi

Małe dziewczynki zawsze chcą być pięknymi księżniczkami, młodzi chłopcy – mężnymi rycerzami, którzy będą je zdobywać. I nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie to, że życie nie zawsze chce być kolorową bajką. Cudownie jest być dzieckiem. Patrzy się na świat przez różowe okulary, nie trzeba podejmować trudnych decyzji. Można żyć, tak po prostu, z dnia na dzień! Wielu oddałoby mnóstwo, by móc wrócić do tego pięknego czasu. Dlaczego? Bo dziś widzą, że życie troszeczkę zmodyfikowało ich plany i zamierzenia. Gdy byliśmy młodzi, każdy z nas miał jasny pomysł na siebie: zostać lekarzem, piłkarzem, muzykiem, policjantem albo chociaż prezydentem. Niestety, nie zrobiliśmy zupełnie nic, by osiągnąć swoje cele. Czy siedziałbym teraz w jesienno-deszczowym sercu Polski ze wzrokiem wpatrzonym w słupki Excela, gdybym parę lat temu zdecydował się na spełnienie swoich marzeń? Już chyba zawsze będę miał do siebie pretensje o to, że nie spróbowałem. Byli też tacy, którzy się starali. Bez powodzenia. Ci siedzą teraz pełni goryczy, że nikt im wtedy nie powiedział, jak wygląda prawdziwy świat. Płacą wysoką cenę za spełnienie swoich marzeń. Jak Wojtek, kombatant, uczestnik 2 misji zagranicznych. Z przeoraną przez odłamki ręką, która nigdy już nie będzie w pełni sprawna, siedzi w biurze gdzieś pod Londynem, popołudniami chodząc do terapeuty. Gdy w dzieciństwie chciał zostać żołnierzem, marzył o prowadzeniu czołgu – „Będę jak czterej pancerni i pies” – powtarzał. Nigdy by nie przypuszczał, że aby ratować własne życie, będzie musiał zabić człowieka, który do niego celował. Że ojczyzna, której służył się na niego wypnie. I że dla ludzi będzie najemnikiem, a nie bohaterem. Czy zatem mamy zabraniać dzieciom zabawy? Nigdy! Beztroska i radość to ich święte prawa. Jednak potrzebujemy kogoś, kto w porę pomoże nam się usamodzielnić, bo zawsze chcemy wyrosnąć ze świata dziecięcej wyobraźni i utopijnych marzeń o tym, że na świecie nie ma zła, a księżyc ma tylko jasną stronę. Dziś mam wrażenie, że nasze pokolenie żyje zamknięte w złotej klatce. Nazywamy egzotyką to, co było normą dla naszych rodziców, z wyższością i obrzydzeniem patrząc na ich zwyczaje. Przerażają nas nawet niektóre wyroby mięsne na wystawie w supermarkecie, bo nie możemy sobie wyobrazić, że ktoś może to kupować i podać rodzinie. Żyjemy w warunkach sterylnych i nikomu nie pozwalamy zbliżyć się do naszej nietykalnej przestrzeni. Prawdziwe życie przejeżdża z prędkością Pendolino przez stację, na której siedzimy wpatrzeni w życie gwiazd na naszych smartfonach. Szukamy tylko własnej korzyści, robimy wszystko ekonomicznie: byle jak najmniej się zmęczyć, byle przypadkiem nie włożyć w coś odrobiny siebie. Kodeks rycerski, mówiący o wielkoduszności i miłosierdziu wobec słabych i pokonanych, zapodział się nam na półce gdzieś pomiędzy „Jesteś zwycięzcą” a poradnikiem „Jak zarobić milion dolarów”. Oglądamy w Internecie...

Read More
Rycerze prosto z książki
Mar02

Rycerze prosto z książki

Wpływ, jaki wywarło rycerstwo na historię Europy, sprawił, że motyw rycerza stał się wdzięcznym tematem dla wszelkiej maści bardów, poetów i pisarzy. Rycerstwo jako warstwa społeczna zajmująca się głównie wojaczką znana jest w każdej cywilizacji. Władcy chcieli mieć przy sobie solidną armię, a przynajmniej dowódców zaprawionych w bojach i na tyle zaufanych, by nie obawiać się zdrady z ich strony. Oznaczało to, że elitą wojska winni być ludzie, którzy otrzymali jakąś łaskę od pana, na przykład ziemię, a wysoka pozycja społeczna pozwalała im zajmować się tylko i wyłącznie służbą i doskonaleniem swoich umiejętności. Choć nieraz przedstawia się młodego św. Marcina z Tours jako rycerza, to jednak był on zwykłym legionistą na żołdzie. Tak więc rycerstwo nie jest pomysłem rzymskim, a raczej barbarzyńskim. To władcy frankijscy wytworzyli system feudalny w jego podstawowych zarysach: chłop zajmujący się rolą, nad nim szlachcic-wojownik, nad nimi królowie, a nad tymi ewentualnie cesarz. Wciąż jednak byli to wojownicy dzicy, nieokrzesani, na wpół barbarzyńscy. Kościół starał się cywilizować tych prostaków, choćby nadając ich zajęciu jakiś wyższy cel niż tylko obronę stanu posiadania króla czy zdobycie łupów. Okazją ku temu były najazdy islamskie na ziemie Franków, z jakimi walczyli m.in. Karol Młot czy Karol Wielki. Zamiast zwykłego szlachcica z mieczem (choć zapewne częściej z toporem czy włócznią) i koniem mamy teraz obrońcę wiary przed poganami. Dołóżmy do tego kształtującą się kulturę dworską, która też wymaga wyższych standardów moralnych i co otrzymujemy? NARODZINY ETOSU Otrzymujemy Rolanda, krewnego Karola Wielkiego – rycerza walecznego, dumnego szlachcica, tłukącego Durendalem Saracenów (bo w Boga wierzy), wiernego przyjaciela i wasala. Według historyków nazywał się on pierwotnie Hrolandus i poległ w wąwozie Roncevaux z rąk baskijskich górali, a resztę dośpiewali wędrowni grajkowie, do treści wmieszał się też Kościół (miejsce śmierci Hrolandusa leży na szlaku pielgrzymkowym do Santiago de Compostella). „Pieśń o Rolandzie” jest obciążona swoją przynależnością gatunkową – to pieśń o bohaterskich czynach, więc muszą być wspaniali bohaterowie i muszą być czyny atrakcyjne dla odbiorcy, czyli krwawe. Tak więc oprócz wojsk francuskich, z których każdy wódz jest wspaniały i waleczny, mamy też czarne charaktery. Oprócz podłego zdrajcy Ganelona mamy Saracenów – ludzi raczej podłych, wrogów cesarza i papieża, ale też wspaniałych i walecznych wojowników, wszak tacy rycerze jak Roland nie mogą ginąć z rąk byle chłystka z zardzewiałą dzidą. Opisy walk zostawiają mieszane wrażenie. Okraszone wspaniałymi przemowami, pełne detali na temat tego, który par albo biskup przerąbał wroga na dwoje razem z koniem, każdą śmierć chrześcijanina „ozdabiają” płaczem towarzyszy, żegnających przyjaciela i towarzysza broni, czy natychmiastowym aktem zemsty. Z innych romantycznych przesłodzeń mamy Odę, narzeczoną Rolanda, która umiera, dowiedziawszy się o jego śmierci (co tylko dowodzi wpływu kultury dworskiej na „Pieśń…”). WYSADZAJĄC MIT Z...

Read More
Spowiedź czy terapia?
Mar02

Spowiedź czy terapia?

„Zmiłuj się nade mną, Boże, w swojej łaskawości, w ogromie swego miłosierdzia wymaż moją nieprawość! Obmyj mnie zupełnie z mojej winy i oczyść mnie z grzechu mojego!” (Ps 51) Spowiedź to jedna z dróg wyzwolenia człowieka. Daje poczucie ulgi i uwalnia od ciążących wyrzutów sumienia. Dlaczego więc ludzie szukają pomocy nie tylko u duchownego, ale i u terapeuty? Bez wątpienia spowiedź to największy dowód miłosierdzia Boga wobec człowieka. Dzięki niej każdy może dostąpić zbawienia i doświadczyć radości z oglądania Pana twarzą w twarz. Nie zawsze jednak każdy, kto chce doznać pocieszenia i ulgi, odnajdzie to, czego szuka w konfesjonale. Czasami czyny człowieka trudno rozdzielić na dobre i złe, nie analizując przyczyn danego zachowania. Rana wewnątrz niego jest głęboka, a pomóc tutaj może terapeuta, który rozpozna objawy, mechanizmy działań i pomoże wyzwolić się z paraliżującej przeszłości. W jaki sposób rozeznać, czy potrzebny nam spowiednik czy terapeuta? Oto kilka wskazówek. Pierwszą różnicą pomiędzy spowiedzią a terapią są podmioty uczestniczące w obu spotkaniach. W spowiedzi biorą udział 3 podmioty: penitent (grzesznik, wyrażający chęć spowiedzi), osoba duchowna – spowiednik – oraz Bóg. W terapii natomiast pacjent spotyka się z terapeutą, który wykorzystuje odpowiednia metodę, by uwolnić go od jego problemów lub zniewalającej przeszłości. Celem zarówno spowiedzi, jaki sesji terapeutycznych, jest uzyskanie wolności przez grzesznika/pacjenta. W pierwszym przypadku jest to uwolnienie od grzechu. W drugim natomiast jest to uzyskanie wolności w patrzeniu na swoje procesy emocjonalno-psychiczne, swoboda w rozumieniu siebie i poczucie odpowiedzialności za swoje czyny i relacje z innymi. Spowiedź związana jest z żalem za popełnione grzechy i odpuszczeniem ich dzięki Bożej łasce. Wyznawanie grzechów obejmuje przytoczenie popełnionych win, które miały miejsce w czasie między spowiedziami. W tym przypadku zachowuje się pewną anonimowość, ponieważ nie trzeba spotykać się zawsze z tym samym księdzem. Najważniejsze jest tu spotkanie z Bogiem. Terapia obejmuje swoim zakresem przywołanie całego dotychczasowego życia pacjenta. Następuje przypomnienie sobie faktów, które mogły mieć wpływ na dzisiejsze problemy emocjonalno-psychiczne osoby chcącej uzyskać pomoc. Ważne są tu subiektywne emocje człowieka, który w trakcie spotkań z terapeutą uczy się je nazywać i znajdywać przyczynę ich pojawiania się. Pacjent eksploruje samego siebie. Powstaje więź między terapeutą a pacjentem, która w sakramencie pokuty nie musi się pojawić, jeśli nie ma się stałego spowiednika. Spowiedź w każdej chwili można przerwać. Gdy penitent czuje niechęć do spowiednika, może wybrać innego duchownego, który “lepiej” nas wysłucha i da naukę adekwatną do popełnionych grzechów. W terapii jest trochę inaczej. Pacjent musi dobrze czuć się w towarzystwie terapeuty. Zerwanie więzi to akt przeciwko kontaktowi. W obu przypadkach jednym z głównych celów jest uzyskanie poczucia ulgi. Osiągnięcie ulgi psychicznej może być stanem długotrwałym. W trakcie aktu pokuty odczuwanie ulgi połączone jest z...

Read More
Święta od robienia porządku
Mar02

Święta od robienia porządku

Gdy nie została męczennicą musiała być zawiedziona. Św. Teresa z Avila miała jednak wtedy zaledwie siedem lat i nie wiedziała, że Bóg ma dla niej inny plan. Wybrał ją, by do spółki z Janem od Krzyża zrobiła porządek w życiu zakonnym. TO NIE TAK MIAŁO BYĆ Jej pełne nazwisko brzmi Teresa Sanchez de Cepeda y Ahumada. Urodziła się w roku 1515, a więc dwa lata przed niesławnym wystąpieniem Lutra, w Hiszpanii gdzie z jednej strony silna była wiara katolicka, z drugiej – Kościół wciąż był niejako narzędziem polityki państwa, chcącego za pomocą Inwizycji scalić społeczeństwo poprzez asymilację Żydów i muzułmanów. Dziadek ze strony ojca Teresy był marranem – ochrzczonym Żydem, odrzuconym przez rodzinę wierną Zakonowi Mojżesza i oskarżonym przez Inkwizycję o to, że nawrócił się tylko pozornie. Jego syn szlachectwo po prostu kupił i zasymilował się z chrześcijańskim społeczeństwem do tego stopnia, że duch prozelickiego zapału przeszedł na jego dzieci. Wychowywały się one w dużej mierze na żywotach świętych stąd siedmioletnia Teresa i jej brat Rodrigo postanowili udać się do ziemi Maurów, by z ich rąk ponieść śmierć męczeńską. Niedoszłych męczenników zatrzymał jednak ich wuj wracający właśnie do miasta. Gdy zmarła matka Teresy, ta zwróciła się Maryi jako „Matki duchowej”. Jednocześnie zaczytywała się w romansach i innej popularnej literaturze, do tego przesadnie dbała o swój wygląd. Wiemy to jednak z opowieści samej Teresy, więc możliwe jest, że pod wpływem „Wyznań” Augustyna postanowiła ona nieco podkolorować swoje dawne grzechy. Pobierała naukę u augustianek, jednak ostatecznie w 1535 roku wstąpiła do Klasztoru Wcielenia w Avila, tam też złożyła śluby zakonne dwa lata później. Sytuację moralną w zgromadzeniu najlepiej opisują słowa „mistyk wystygł, wynikł cynik”. Klasztory były ogromne, liczyły po sto pięćdziesiąt zakonnic, wśród których nie brakowało szlachcianek. Panie z wyższych sfer wnosiły do zakonnego skarbca spore fundusze, przez co były też lepiej traktowane niż dziewczęta z mieszczaństwa czy chłopstwa. Odpowiednio ustawiona finansowo zakonnica mogła mieć nie celę a apartament ze służbą, przyjmować gości, a w skrajnych wypadkach nawet zalotników. Klasztor był więc zadeptywany przez mniej lub bardziej wpływowych odwiedzających, a same zakonnice by ich obsłużyć nie miały ani czasu ani chęci do modlitwy. Był to normalny stan we wszystkich klasztorach karmelitanek, podobnie karmelici posługiwali się zreformowaną regułą z 1432 r., nie tak rygorystyczną jak oryginał z XIII w. Osamotniona Teresa mogła zrobić to, co inne jej towarzyszki – przyjąć stan zastany i nie kłócić się z przełożonymi. PRZEBUDZENIE MISTYCZKI W latach 1538-1542 Teresa zachorowała. Ktoś złośliwy powie, że to pewnie skutek choroby, ale wtedy zaczęła doznawać przeżyć mistycznych. Przyjaciele twierdzili nawet, że wizyty Jezusa w formie cielesnej, ale niewidzialnej są tworem diabła. Jej spowiednik, św. Franciszek Borgia (prawnuk  Aleksandra IV), odrzucił...

Read More