Przeciwko systemowi
Sty19

Przeciwko systemowi

Był 2007 rok. W Polsce nie działo się nic niezwykłego, no może poza faktem, że rządy najdziwniejszej koalicji XXI wieku chyliły się ku upadkowi, co doprowadziło do przyspieszonych wyborów. Natomiast świat ogarnęła panika, jednak nie z powodu przepychanek Kaczyńskiego, Giertycha i Leppera, a z powodu wielkiego kryzysu finansowego. Kryzys, kryzys, kryzys! – krzyczały do nas media ze wszystkich stron, a tak naprawdę większość z nas nawet nie zdawała sobie sprawy, z czym on się wiązał. Zresztą nic dziwnego, był problemem głównie Amerykanów, jednak biorąc pod uwagę, że cały zachodni świat jest od Amerykanów uzależniony, to wkradł się również do Europy. Nas stosunkowo oszczędził, dlatego słysząc zewsząd o kryzysie, nie mogliśmy tak naprawdę zrozumieć, czym on się przejawia. I o tym właśnie opowiada nominowany do Oscara film Adama McKay'a "Big Short". Zrealizowany w dość luźnej formule komediodramatu, przedstawia nam wydarzenia sprzed wybuchu kryzysu. Bohaterami jest grupa ludzi, wręcz wyrzutków ekonomicznych, którzy wcześniej niż wszyscy odkryli, że cały system się zapadnie, dzięki czemu udało im się zbić fortunę. Reżyser umiejętnie przeprowadza nas przez historie poszczególnych bohaterów, stawiając nam przejrzysty obraz, kim są ludzie, którym udało się wykiwać system. Mamy tu tak naprawdę trzy odrębne historie, które jednak w pewien sposób zostały połączone. Główną siłą tego filmu jest jego formuła – nie został zrobiony jak sztampowa produkcja pokroju Spielberga, skrojona pod Oscary. McKay bawi się z widzem. Tam, gdzie pada mnóstwo skomplikowanych wyrażeń ekonomicznych, przy których nasze mózgi zaczynają parować, nagle na ekranie pojawia się np. Margot Robbie w wannie tłumacząca nam “na ludzki”, o co tak naprawdę chodzi. Chociaż przypuszczam, że w tej konkretnej scenie większość mężczyzn i tak będzie mieć problem ze skupieniem się na tym, co akurat Robbie mówi. Aktorsko jest to najwyższy poziom hollywoodzki – najlepsi są Christian Bale i Steve Carell: ten pierwszy jako człowiek genialny, a jednocześnie będący typowym introwertykiem, który nie umie za bardzo odnaleźć się w świecie, a drugi grający znerwicowanego, kompletnie rozstrojonego faceta wściekłego na system, który przeżył wielką tragedię. Carell zresztą tą rolą ponownie udowadnia, że świetnie sprawdza się również w rolach dramatycznych. Przez lata uważany prawie wyłącznie za czołowego amerykańskiego komika pokazuje, że niesłusznie został zaszufladkowany. "Big short" to na pewno jeden z lepszych filmów minionego roku, nic dziwnego, że został doceniony przez Akademię pięcioma nominacjami. W miarę przystępny sposób przedstawia, na czym polegał cały krach na giełdzie w 2007 roku, do czego doprowadziła chciwość, rozrzutność i bezmyślność banków. A na czym ucierpieli oczywiście nie wysoko postawieni panowie w garniturach, tylko ci...

Read More
Tam dom twój, gdzie serce twoje
Sty19

Tam dom twój, gdzie serce twoje

Nominowany do zeszłorocznych Oscarów za najlepszy film „Brooklyn” (2015) to opowieść cicha, spokojna, bez nagłych zwrotów akcji, spektakularnych pościgów czy kontrowersyjnych scen. To przede wszystkim historia młodej kobiety, która próbuje odnaleźć swoje miejsce w świecie. Fabuła jest bardzo prosta. Przenosimy się do niewielkiej mieściny w Irlandii, gdzie młoda dziewczyna szykuje się do wyjazdu do Stanów Zjednoczonych. Ta wyprawa ma być dla niej ogromnym krokiem w przód, momentem decydującym, który przyczyni się do ustatkowania. Za oceanem czeka na nią praca i wykształcenie. Czeka na nią przyszłość. Opuszcza więc matkę i starszą siostrę, aby znaleźć szczęście na innym kontynencie. Pomimo początkowej tęsknoty i problemów z asymilacją, Ellis Lacey z czasem odnajduje się w nowym miejscu, głównie za sprawą przystojnego młodzieńca, z którym przeżywa romantyczne chwile. Niestety w pewnym momencie, po tragicznych wydarzeniach w domu rodzinnym, Ellis musi wrócić do Irlandii i zdecydować, co dalej ma robić ze swoim życiem. Film przede wszystkim próbuje przekonać widza do starej prawdy, że dom człowieka znajduje się tam, gdzie jego serce. Nie musi to być miejsce urodzenia albo dojrzewania, dom rodzinny czy miejsce wychowania. Nie jest on związany z żadną konwencją, wypracowanym modelem czy powielanym stereotypem. Człowiek sam musi zdecydować, gdzie czuje się „jak w domu”, co nierzadko jest bardzo trudne do rozstrzygnięcia. Zmagania Ellis dotyczą każdego i w pewnym momencie wszyscy musimy dokonać wyboru. Inny przekaz filmu mówi, że niekoniecznie wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej. Czasem miejsce, do którego wydaje ci się, że przynależysz, okazuje się wrogie i prędzej czy później cię odtrąci. Co więcej, nie od samego początku może to być oczywiste. Chociaż „Brooklyn” (2015) może skończyć się na dwa sposoby i odbiorca ma tego świadomość, to żaden z nich nie jest od początku do końca tym pewnym. Ellis ma do podjęcia bardzo ważną decyzję zaważającą na jej życiu, jednak właściwie do samego finału trudno przewidzieć, jaki będzie werdykt. Przesłanki często się zmieniają i kiedy już wydaje się, że decyzja dziewczyny będzie taka, a nie inna, następuje coś, co zmienia sytuację o 180⁰. To jeszcze dobitniej pokazuje, z jak trudnym dylematem boryka się główna bohaterka i jakie opory budzi w niej podjęcie konkretnego wyboru. Prosta historia ubrana jest w jeszcze prostszą formę. Brak tutaj zapierającej dech w piersiach akcji, zmieniających się jak w kalejdoskopie kadrów, udziwnionych ujęć czy kontrowersyjnych scen. Nawet erotyczne uniesienia pomiędzy bohaterami zostały ukazane z dobrym smakiem, bez zbędnej nagości czy szokujących elementów. Dla niektórych film może wiać nudą, bo sceny zdają się być wydłużane. Dostajemy analizę psychologiczną bohaterów zamiast wartkiej akcji. Jednak dla wielu ta delikatność będzie stanowiła mocną stronę całej produkcji. Dopełnieniem wszystkiego jest ścieżka dźwiękowa autorstwa Michaela Brooka. Kanadyjski kompozytor znany jest przede wszystkim z muzyki...

Read More
Próba ogniowa
Sty17

Próba ogniowa

Każde małżeństwo wcześniej czy później dosięga kryzys. Umiejętność komunikacji i zrozumienia drugiej strony pomaga przetrwać ten trudny czas. Aby go przezwyciężyć, być może na nowo trzeba nauczyć się kochać – miłością, która jest dana od Boga. Do czego zmierzają relacje, gdy opierają się na własnych egoistycznych pobudkach? W domu zamiast harmonii i szczęścia królują wzajemna wrogość i wymaganie nadmiernego szacunku. Te problemy to codzienność w małżeństwie Caleba i Catherine Holtów, o których opowiada film Alexa Kendricka „Fireproof”(„Próba ogniowa”). Caleb to młody strażak, który codziennie ryzykuje swoje życie po to, by ratować innych. Uważa się za dobrego człowieka, ponieważ niewiele osób odnalazłoby w sobie odwagę, by wejść do płonącego budynku i uratować wielu ludzi. Nie widzi, że gasząc jedne pożary, zapomina o tym najważniejszym, który spopiela miłość jego i Catherine. Ich małżeństwo stoi na granicy rozpadu. Catherine ma dość samotnego życia w czterech ścianach domu, nadmiernych obowiązków i braku wsparcia ze strony męża. Ponadto sama opiekuje się swoimi rodzicami, a sen z powiek spędza jej fakt, że matka, potrzebuje specjalistycznego sprzętu, który ułatwi jej codzienny wypoczynek i poruszanie się. Jej mąż, zamiast ją wesprzeć, odkłada pieniądze na łódź, z której nie zgadza się zrezygnować. Między małżonkami coraz częściej dochodzi do poważnych, gwałtownych konfliktów. W końcu podczas jednego z nich, czara goryczy się przelewa, Catherine nie wytrzymuje i postanawia zostawić męża. Zdenerwowany i sfrustrowany Caleb szuka wsparcia u swego ojca, który zadaje mu kluczowe pytanie: „Czy chcesz, aby to małżeństwo przetrwało?”. Strażak postanawia walczyć. Otrzymuje od ojca pamiętnik ze zbiorem „wyzwań miłośnych”, których realizacja ma potrwać 40 dni. Nie wierzy w to, że ta metoda pomoże mu uratować jego małżeństwo, pomimo to postanawia zaryzykować. Młody mężczyzna w końcu orientuje się, że musi na nowo nauczyć się kochać, poznać miłość daną od Boga po to, by tym bezwarunkowym uczuciem obdarzyć swoją żonę. Ma wsparcie nie tylko ze strony rodziny, ale również swojego przyjaciela – Michaela. To on pomaga mu odnaleźć się w wierze w Chrystusa. Sam niedawno się nawrócił, więc wie, jak trudno jest uwierzyć. Przeprowadza z mężczyzną szereg poważnych rozmów, w których stara się uświadomić mu, jak ważne jest dbanie o swojego współmałżonka. W jednej ze scen skleja ze sobą pieprzniczkę i solniczkę tłumacząc, że mimo iż są odmienne, to zawsze występują wspólnie. Na protest Caleba, że małżeństwo nie jest ognioodporne i można się sparzyć, odpowiada: „Rzeczy ognioodpornych też dosięga ogień, ale potrafią mu się oprzeć”. Początkowo Catherine nie potrafi odnaleźć się w nowej, nieznanej dla niej sytuacji. Nie wierzy w przemianę męża. On sam momentami załamuje się i przechodzi chwile kryzysu. Jego ojciec (który być może symbolizuje Boga) stara się go wesprzeć i zawsze jest gotów go wysłuchać. Podczas jednego...

Read More
Na grudniowy wieczór
Gru25

Na grudniowy wieczór

W końcu chwila kiedy można odsapnąć. wieczór, kiedy nie trzeba nic robić. Dobrym pomysłem na spędzenie wolnego czasu i nie wpadnięcie w nudę jest pójście do kina. Ale jaki film wybrać? Za chwilę święta, wiec może coś w podobnej tematyce? Wiele pomniejszych i większych krakowskich kin  ma w tym czasie bogatą ofertę. A może by tak… komedia romantyczna? Tym razem poszłam na „Listy do M. 2.” Pełna nadziei po pierwszej części tej serii, która ukazała się w 2011 roku pozwoliłam sobie na rozpłynięcie się w fotelu i oddanie tej trwającej 2 godziny przyjemności. Aby móc zrozumieć wydarzenia z tego filmu trzeba najpierw prześledzić historie z jej pierwszej części. „Listy do M.” bardzo mi się spodobały. Co prawda wydarzenia, które obserwowałam na ekranie nigdy nie zdarzyły się pewnie żadnemu człowiekowi, ale chyba od tego są filmy – żeby pokazywać nie tylko to, co realne, ale również to, co wyimaginowane. Dzięki temu mogę oderwać się od przyziemności i codzienności i chociaż na chwile przeżyć coś, czego nigdy nie doświadczę (aczkolwiek tak zaskakująca miłość jest z pewnością bardziej prawdopodobna niż spotkanie mistrza Yody z „Gwiezdnych Wojen”). Podczas przygód przeżywanych przez bohaterów nie można się oprzeć wrażeniu, że jeden zbieg okoliczności goni kolejny. Radiowiec (Maciej Stuhr) przypadkiem wpada na swoją rozmówczynię (Romę Gąsiorowską), która dodzwoniła się do niego na antenę wygłaszając mowę, że miłość jest przereklamowana i nie istnieje. A tu nagle BACH. Prosto w twarz trafia ją nie strzała amora, ale twarda kula śniegu rzucona przypadkowo przez jej przyszłego (jak dowiadujemy się z 2 części) narzeczonego.   Kolejnym bohaterem, którego dotyka cud Świąt Bożego Narodzenia jest Szczepan (Piotr Adamczyk), który uchodzi cało z próby samobójczej spadając na przyczepę wypełnioną choinkami i dzięki temu postanawia odbudować swoją więź z rodziną, co idzie bardzo opornie. Jednak w drugiej części, gdy wszystko wydaje się stracone miłość trafia również do niego. Szczepan (już rozwiedziony) schodzi się ze swoją byłą żoną (Agnieszką Dygant) dzięki dość nowoczesnej formie jaką jest przypadkowe anonimowe “zgadanie się” na forach dla samotnych. W pierwszej części „Listów do M.” możemy również obserwować poczynania Tomasza Karolaka (Melchiora), którego przypadkowe romanse wpędzą w nie lada tarapaty. Musi uciekać przez okno oraz odszukać chłopca, który kradnie mu telefon komórkowy. Jest to sprawa życia lub śmierci ponieważ ma tam zapisany numer do swojej kochanki, na której bardzo mu zależy. Śledząc perypetie bohaterów często można było ulec silnym wzruszeniom. Jednym z nich była historia Tosi (Julii Wróblewskiej), która ucieka z domu dziecka. Jednak wszystkiemu sprzyja duch Świąt Bożego narodzenia i w końcu odnajduje ludzi, którzy gotowi są ją pokochać i zaadoptować. W drugiej części „Listów” można zobaczyć kolejne opowieści o tych samych bohaterach, których skład został poszerzony o...

Read More
Co zrobić z wiecznym życiem?
Cze13

Co zrobić z wiecznym życiem?

A gdyby tak być wiecznie młodym, pięknym i nie musieć umierać? Wielu oddałoby wszystko za nieśmiertelność. Główna bohaterka filmu pt.: Wiek Adaline (2015) oddałaby wszystko, by w spokoju się zestarzeć u boku ukochanego i w końcu, po trudach ziemskiego życia, umrzeć. Adaline poznajemy w czasach współczesnych, w momencie, gdy odbiera od młodego chłopaka fałszywy dokumenty tworzące jej nową tożsamość. Następnie narrator wprowadza nas w nieco smutną historię kobiety, urodzonej w poprzednim stuleciu, która do pewnego momentu wiodła w miarę normalne i spokojne życie. Pomimo kilku tragicznych przeżyć, jak np. śmierć męża, Adaline wiodła całkiem poukładane życie. Jednak w jednej chwili wszystko miało się zmienić, kiedy to wypadek samochodowy zagwarantował głównej bohaterce ciekawą przypadłość – przestała się starzeć. Nabywane życiowe doświadczenia nie objawiały się w rosnącej ilości zmarszczek na twarzy. Adaline stała się swego rodzaju anomalią. Musiała więc uciekać, ukrywać swoją prawdziwą tożsamość, aby w ten sposób chronić siebie i swoją córkę. Przenosząc się z miejsca na miejsce, zmieniając nazwisko co kilka lat była wiecznie w podróży, nie mogąc zagrzać nigdzie na dłużej miejsca. Żyjąc w samotności wiedziała, że nie może nikomu zdradzić swojego sekretu, a ciągła ucieczka była jedynym na to sposobem. Dochodzi jednak do momentu, w którym Adaline jest zwyczajnie zmęczona takim życiem i chce móc spokojnie kochać i być kochaną. Wiek Adaline to opowieđ, w której doświadczamy razem z główną bohaterką rozterek nad konsekwencjami, jakie mogę płynąć z wyjawienia przez nią jej największego sekretu. Skoro fabuła została nakreślona, przejdźmy najpierw do zalet filmu, których Wiek Adaline ma zdecydowanie mniej, niż wad. Właściwie to zalety można wymienić tylko dwie: Blake Lively i Harrison Ford. Jeśli ktoś szuka w tym romansidle czegoś więcej, to może się sromotnie rozczarować. Chociaż dla wielbicieli ckliwych melodramatów film może okazać się strzałem w dziesiątkę. W ogólnym rozrachunku wypada nadzwyczaj słabo. Zjawiskowa Blake Lively kreacją wiecznie młodej Adaline pokazała, ze stać ją na wiele więcej niż tylko odgrywanie rozpieszczonej nastolatki Upper East Side, czy roztrzęsionej ukochanej Zielonej Latarni. Z nastolatkowania Lively już zdecydowanie wyrosła tworząc postać w sposób dojrzały, przemyślany i przede wszystkim spójny. Wachlarz emocji jaki swoim zachowaniem, mimiką czy gestykulacją pokazywała, świadczy niewątpliwie o jej rozwoju aktorskim, dzięki czemu Wiek Adaline ogląda się całkiem przyjemnie. Niestety jej największą wadą był grający u jej boku Michiel Huisman, wcielający się w postać Ellisa Jonesa. O ile Lively fantastycznie pokazała emocjonalne zmagania swojej postaci, o tyle w Huismanie najbardziej męska była jego klata wyeksponowana w jednej ze scen. Całościowo wypadł słabo, przypominając bardziej rozmemłaną nastolatkę, niż prawdziwego mężczyznę zakochanego do szaleństwa w blondwłosej piękności, na czym niestety Wiek Adaline mocno traci. W miłosnym duecie sprawdził się tutaj o wiele lepiej Harrison Ford. Krytycy i recenzenci są dość...

Read More
Samotność Ultrona
Maj20

Samotność Ultrona

Filmy o superbohaterach – zwłaszcza te wychodzące z taśmy produkcyjnej Universum Marvela – to przedłużenie dzieciństwa. A że z dziecka mam w sobie sporo, to niestety nie potrafię krytykować kolejnych adaptacji opartych na komiksach. „Czas Ultrona ” w moim przekonaniu na krytykę również nie zasłużył, chociaż kilka niedociągnięć warto wymienić. Fabuła rozpoczyna się w miejscu, w którym zakończyły się wydarzenia z drugiej części „Kapitana Ameryki”. Avengersi rozpracowują ostatnią jednostkę Hydry, aby w ten sposób zapobiec złowieszczym planom organizacji. Jak wiadomo, licho nie śpi, dlatego Tony Stark (Robert Downey Jr.) wpada na pomysł stworzenia sztucznej inteligencji, która będzie gwarantem bezpieczeństwa i pokoju na świecie. Nie wszystko jednak idzie tak, jak zaplanował sobie naukowiec – inteligencja wymyka się spod czyjejkolwiek kontroli i tak powstaje Ultron (James Spader), który swoją rolę na świecie odbiera zgoła inaczej niż jego twórca. Dochodzi więc do momentu, w którym Mściciele zmuszeni są walczyć z tworem Starka i jego armią. Chociaż schemat całej historii opiera się na tradycyjnym podziale na dobrych i złych bohaterów, chociaż protagoniści walczą z antagonistą, to jednak twórcy skupili się na czymś zupełnie innym. Ukazuje się nam bowiem obraz bohaterów, którzy muszą poradzić sobie z wrogami, z tym że okazuje się, że są nimi oni sami. Dlatego pomijając ostrą naparzankę pomiędzy Avengersami, a armią Ultrona warto zwrócić uwagę na wątki psychologiczne zawarte w fabule. Nie są one jakoś wybitnie rozbudowane – w końcu czego można się spodziewać po kasowym blockbusterze. Trudno jednak odmówić Whedonowi, że zgrabnie wplótł analizę psychologiczną w rozgrywające się wydarzenia. To właśnie główne postacie są wrogami zarówno dla samych siebie, jak i dla siebie nawzajem. Każdy ma swojego wewnętrznego potwora, z którym prędzej czy później musi się zmierzyć. Spoiwem całości zdaje się tutaj być – raczej nieobecny w pierwszej części – Sokole Oko. Poznajemy jego rodzinę i zwykłe życie jakie wiedzie pomiędzy walkami z mocami zła. Staje się on dla pozostałych postaci nie tylko motywatorem do zastanowienia się nad sobą, ale przede wszystkim przykładem ustatkowania i oswojenia własnych demonów. Oprócz stałej ekipy z pierwszej części „Avengers” dostajemy dodatek w postaci bliźniąt z nadprzyrodzonymi mocami. Pietro Maximoff (Aaron Taylor-Johnson) jest szybki niczym błyskawica, a jego siostra Wanda (Elizabeth Olsen) z łatwością miesza ludziom w głowach za pomocą hipnozy. O ile postać Quicksilvera jest pokazana w całokształcie, to ze Scarlet Witch właściwie nic nie wiadomo. Niby ma w zanadrzu tę hipnozę, jednak w scenach walki po prostu powala przeciwników magicznymi czary-mary. Postać ta nie trzyma się jakiegoś ustalonego schematu, zdaje się jakby była dopracowywana zgodnie z tym, co pasuje w danym momencie do scenariusza. Przez to jest mdła i pozbawiona wyrazu.   Ciekawym przypadkiem jest również sam Ultron, który w niczym nie...

Read More

Kapitan Ameryka: Zimowy Żołnierz

Kapitan Ameryka nigdy nie był moim idolem. Jako uosobienie wszelkich amerykańskich cnót był dla mnie nieco archaiczny i przesłodzony. Ostatecznie bieganie za żołnierzami w stroju LGBT nie jest czymś, czego oczekuje się od superherosa. Steve Rogers w „Pierwszym Starciu” był mdły, niedzisiejszy i bez wyrazu. Co zatem sprawiło, że po obejrzeniu „Zimowego Żołnierza” nie mogę doczekać się kolejnych jego przygód? Przede wszystkim twórcom udało się tchnąć w Kapitana ducha współczesności. Nie jest już propagandową kukiełką, a przy tym zgubił gdzieś patriotyczne zadęcie. Kapitan Ameryka nie daje się porwać dzisiejszej modzie na bohatera-frajera. Zauważyliście modę na smutne filmy superbohaterskie? Schemat jest taki: po latach świetności przychodzi refleksja nad sensem życia, rezygnacja, smutne miny i patetyczne stwierdzenia. Następnie pod wpływem namowy (Gotham mnie potrzebuje, Metropolis mnie potrzebuje, MI6 mnie potrzebuje) zbiera się w sobie i wygrywa ostateczne starcie. A ja mam dość użalających się nad sobą bohaterów. Dotknęło to nawet Bonda, do cholery! A ja nie chcę takich postaci w kinie bohaterskim. Bohater ma być pewny siebie. Ma dawać przykład, brać się z życiem za bary! I taki jest Steve Rogers w „Zimowym Żołnierzu”. Kapitan Ameryka nie użala się nad sobą jak gówniarz czy inny Batman. Pomimo rzeczywistości, do której nie bardzo pasuje, on robi swoje bez zbędnego marudzenia. A przy tym jest charyzmatyczny i wzbudzający sympatię. Potrafi i porozmawiać i kopnąć w gębę. Nie mam pojęcia, w jaki sposób przeszedł taką pozytywną przemianę w tak krótkim czasie, ale brawa dla twórców. Nigdy nie sądziłem, że to powiem, ale „Kapitan Ameryka” przypadł mi do gustu bardziej niż Iron Man! Tony Stark wypada co prawda dość dobrze w „Avengers: Czas Ultrona” ale w „Iron Manie 3” wyglądał jak jeden wielki kryzys wieku średniego. Kapitan Ameryka to jednak inna bajka. Nasz odmrożony żołnierz ma również pewną zaletę, której nie mają ani Tony Stark, ani Bond czy też Batman. Nie jest zarozumiały. Zna swoje możliwości, ale do problemów podchodzi bardzo po ludzku. Zobacz także: Co zrobić z życiem wiecznym? Poza tym, że świetnie się bije, w tym filmie zaczyna myśleć i działać na własną rękę. Pewne wydarzenia skłaniają go do prywatnego śledztwa i widzimy, że radzi sobie równie dobrze schowany za ciemnymi okularami i pod czapką z daszkiem. I przechodzimy do kolejnej zalety filmu: to jest fenomenalny thriller polityczny. Robert Redford, który jest znany z ról w takich filmach, doskonale podkreśla szpiegowsko-korporacyjny charakter filmu. Wybuchy, pościgi i lanie się po mordach również jest obecne, ale twórcy dozują nam to w dobrze przemyślanych proporcjach. Szpiegowska warstwa filmu rozłożyła mnie na łopatki nie ze względu na to, że jest skomplikowana. Nie, jest bardzo prosta i przewidywalna. A mimo to klimat i wymiar spisku skierowanego w S.H.I.E.L.D potrafi unieść...

Read More

Ile waży wolność?

W Berlinie właśnie dobiegł końca największy zagraniczny festiwal polskiego kina ”filmPOLSKA”.  W ciągu kilkunastu dni zaprezentowano przegląd najlepszych produkcji z ostatniego roku, kilka obrazów z łódzkiej szkoły filmowej oraz starsze filmy w ramach retrospekcji. Do najważniejszych festiwalowych wydarzeń należała także projekcja nagrodzonego Srebrnym Niedźwiedziem dzieła Tomasza Wasilewskiego pt. „Zjednoczone stany miłości”. Polskie kino nie jest zbyt dobrze znane zagranicznym widzom z wielu powodów. Słaba promocja, brak zainteresowania, czy też hermetyczność i wymóg znajomości uwarunkowań kulturowych to tylko kilka z nich. Oczywiście można dorzucić do tego jeszcze parę teorii spiskowych i wyjaśnienie gotowe. Mimo to są miejsca, gdzie polska kinematografia z powodzeniem dociera, zyskując coraz większe grono sympatyków. Należy do nich z całą pewnością Berlin, gdzie od 11 lat odbywa się festiwal „filmPOLSKA”, prezentujący rokrocznie polski dorobek filmowy. Publiczność dopisuje nie tylko ze względu na  liczbę Polaków mieszkających w niemieckiej stolicy, ale również dzięki autentycznemu zainteresowaniu berlińczyków polską kulturą, a zwłaszcza kinem – ambitnym, oryginalnym i coraz częściej nagradzanym na międzynarodowych imprezach. Za bardzo dobry przykład może posłużyć film „Zjednoczone stany miłości” młodego polskiego reżysera Tomasza Wasilewskiego, nagrodzony w lutym Srebrnym Niedźwiedziem za scenariusz. Akcja filmu toczy się w małym mieście na początku 1990 roku. Przełomowe wydarzenia 1989 roku nadały wielkiej historii nowy bieg, a pomiędzy jej meandrami snują się życiorysy czterech kobiet, którym zmiana tyle samo dała, co zaszkodziła. Wszystkie je łączy przygnębiające szare blokowisko i klatka schodowa, gdzie co chwila przecinają się ich ścieżki. Nowy powiew wolności wydobywa z ukrycia wyparte niemal marzenia. Agata (Julia Kijowska) dusząc się w przeżywającym kryzys małżeństwie, zakochuje się młodym wikarym. Marzena (Marta Nieradkiewicz), borykająca się z osamotnieniem i tęsknotą za mężem pracującym w Niemczech Zachodnich,  ciągle ma nadzieję na karierę modelki. Mieszkająca obok nauczycielka Renata skrywa fascynację młodą, urodziwą sąsiadką, podczas gdy Iza, siostra Marzeny, wikła się w beznadziejny romans z ojcem swojej uczennicy. Każda z nich nosi w sobie jakieś wielkie pragnienie, którego jednak nie może lub nie ma odwagi spełnić. Wolność zawitała na osiedle jakby na pół gwizdka: w wypożyczalni kaset VHS jest co prawda więcej zachodnich filmów, jednak w głowach i domach bohaterów zmieniło się bardzo niewiele. Tomaszowi Wasilewskiemu udało się w pełni stworzyć film przenoszący widza w realia początku lat 90. Dzięki odpowiednim filtrom obraz jest jakby prześwietlony, niczym oryginalne nagrania z tamtych czasów. Małe nasycenie kolorów podkreśla szarość bloków z wielkiej płyty oraz szarość rzeczywistości, w jakiej przyszło żyć bohaterom. Kamera „biegnie” często razem z postacią, pokazuje świat z jej perspektywy, co daje efekt niebywałego spoufalenia z widzem. Reżyser, podobnie jak Krzysztof Kieślowski, kreśli bardzo intymne portrety swoich bohaterów. Jest z nimi przy niedzielnym obiedzie z kotletem, w ich sypialniach, a także wtedy, gdy oddają się swoim...

Read More
Strzelaniny, bójki i konne pościgi
Maj02

Strzelaniny, bójki i konne pościgi

Drogi Czytelniku, jeśli lubisz akcję, przygodę, zabawne dialogi i Dziki Zachód, to z pełną odpowiedzialnością polecam ci w tej recenzji jeden z lepszych według mnie reamke-ów filmowych ostatnich lat. Z całą pewnością zachwycisz się drobnymi szczegółami, które łącząc się w całość na ekranie, tworzą rewelacyjny western. W wstępie mowa o filmie z 2010 roku "Prawdziwe męstwo" (ang. "True Grit") wyreżyserowanym przez znanych wszystkim braci Coen. Jest to współczesna wersja na podstawie książki, oraz nawiązująca do westernu powstałego już w 1969 roku. Twórcy postanowili nie zmieniać fabuły co okazało się być doskonałą decyzją, wszak nie ma potrzeby ulepszać czegoś, co już na początku było dobre, bo efekt może być całkiem przeciwny. Połączenie klasyki i nowoczesności w najlepszym wydaniu. Joel i Ethan Coen stworzyli barwne i charakterystyczne postacie nie pozwalające widzowi ani przez chwilę się nudzić. Wszystko oparte zostały na prostych mechanizmach, bohaterowie są albo czarni albo biali, reprezentują sobą zło które odrzuca, lub dobro które budzi sympatię oglądającego i sprawia, że z radością przyjmujemy jego zwycięstwa. Zachowany został klasyczny klimat westernu, który daje widzowi czystą frajdę z oglądania, a realia i świat Dzikiego Zachodu został wykreowany w bardzo dokładny i realistyczny sposób, jak na braci Coen przystało. Wszystko to nie było łatwym zadaniem ze względu na małą popularność tego gatunku filmowego w dzisiejszych czasach. Poznajemy historię czternastoletniej Mattie Ross, która dokładnie wie czego chce i jest w swoich działaniach bardzo zdeterminowana. Oszukuje matkę i wyrusza samotnie dokonać zemsty. Trzeba przyznać, że doskonale wychodzi jej radzenie sobie w świecie, gdzie rządzą pieniądze i rewolwery. Oczywistym obowiązkiem jest dla niej pomścić ojca zabitego przez znanego zbója i zamierza dopiąć swego bez względu na wszystko, a pomaga jej w tym silny charakter i zdolności skutecznego przekonywania, o czym nie raz będziecie mieli okazje się przekonać podczas oglądania. Jest rozsądna, dlatego wie, że nie może zrobić tego sama, bo ledwo utrzymuje broń w rękach, dlatego postanawia znaleźć pomocnika. Pada na jednego z miejscowych szeryfów wprawnych w rozprawianiu się z niebezpiecznymi typami. Ten sławetny stróż prawa to Rooster Cogburn (Jeff Bridges), sławny nie tylko z celnego oka i skuteczności, ale także ze skłonności do nadużywania alkoholu, awanturnictwa i porywczości. Znany przez wszystkich w okolicy, a nie lubiany przez nikogo. Nie zabrakło również strażnika teksasu, „twardziela” wychowanego na szlaku, jedzącego podczas swoich wypraw łowieckich wyłącznie fasolę i pijącego wodę z kałuży. Jego rola została odtworzona w świetny sposób przez Matta Damona. A gdzie w tym wszystkim jakiekolwiek nawiązanie do tytułu? Wydaje się, że swoje  prawdziwe męstwo najbardziej chcą pokazać obydwaj towarzysze podróży naszej upartej Mattie. Na różne sposoby starają się pokazać przed nią, który z nich jest bardziej odpowiedzialnym, zaprawionym w boju i doświadczonym mężczyzną. Przysparza...

Read More
Zamieszkać na lotnisku
Maj02

Zamieszkać na lotnisku

Historia tak niesamowita, że na pierwszy rzut oka z całą pewnością stwierdzić można jej nieprawdziwość. Tak, to komedia romantyczna. Ale czy to powinno nam przeszkadzać i zmuszać od razu do krytyki? Wszak warto czasami obejrzeć coś, co sprawi, że odzyskamy wiarę w bliźnich i wartość danego słowa. Dzieło produkcji znanego wszystkim Stevena Spielberga (a jeśli ktoś nie zna, to powinien zacząć się wstydzić właśnie w tym momencie), odpowiedzialnego za wiele innych produkcji wartych polecania, takich jak: Lista Schindlera, Szeregowiec Ryan, czy mój ulubiony Park Jurajski, ale także za recenzowane już przeze mnie kiedyś kino drogi – Pojedynek na szosie. A w tej recenzji chodzi oczywiście o film Terminal, który swoją premierę miał w 2004 roku. Dlaczego ta historia wydaje się być niesamowita? Główny bohater to Viktor Navorski, który przyleciał do Nowego Jorku (konkretnie na Międzynarodowe Lotnisko im. Johna F. Kennediego) z Europy Wschodniej, a dokładnie z Krakozji. Warto zaznaczyć, że takie państwo nie istnieje, żeby komuś nie przyszło do głowy szukanie go na mapie, bo mogłoby się okazać, że spędziłby nad nią długie godziny a i tak nic by nie znalazł. Spotkałem się z teorią, że Spielberg wymyślił tę nazwę na podstawie naszego kochanego miasta Krakowa, które mu się spodobało. Czyli Krakozja to fikcyjne państwo w Europie Środkowo – Wchodniej. Viktor po przylocie dowiaduje się, że w jego ojczyźnie miał miejsce zamach stanu, przez co Amerykańskie władze nie chcą wpuścić go do miasta, nie uznając jego paszportu. Automatycznie miejscem jego pobytu staje się hala terminalu, bo nie chce on wracać do ojczyzny ze względu na pewną wiążącą obietnicę, którą złożył bliskiej osobie będącej na łożu śmierci. Niektórzy zapewne patrząc oglądając Terminal będą mieli wrażenie, że główny bohater w każdej chwili może uciec z przed kamery, bo wciela się w niego Tom Hanks znany z uwielbianego przez wszystkich Forresta Gumpa. Z resztą i w tej roli wcale nie mało się nabiega, tylko, że tym razem po tytułowym terminalu. Gdy Viktor dowiaduje się, że znalazł się w sytuacji bez wyjścia postanawia poczekać, aż do skutku, obietnica to obietnica, zaczyna organizować sobie życie w tym dużym budynku, no bo żyć jakoś trzeba, później okazuje się, że nawet prace znaleźć tam całkiem łatwo. Szybko trafia na zaciekłego wroga, który za wszelką cenę stara się wyrzucić go z terminalu, ale w dosyć sprytny sposób za każdym razem udaje mu się z tego wybrnąć. Pierwszym problemem okazuje być oczywiście brak pieniędzy i nieznajomość angielskiego ale jak będziemy mieli okazje zobaczyć Viktor bardzo szybko się uczy, aż można by z dumą pomyśleć, że faktycznie ma jakieś Polskie korzenie. Zaczyna się jego dosyć długa droga do osiągnięcia celu, po drodze spotyka wielu wspaniałych, choć niekiedy nieufnych i...

Read More