Faryzeizm ks. Stańka
Mar20

Faryzeizm ks. Stańka

Homilia, w której były rektor krakowskiego seminarium duchownego, ks. Edward Staniek, zarzuca papieżowi brak zrozumienia dla Chrystusowej nauki o miłosierdziu robi furorę głównie za sprawą modlitwy o rychłą śmierć Franciszka. Ks. ds. hab. Edward Staniek w homilii poruszył temat autorytetu i władzy, zaznaczając że w Kościele bycie na świeczniku musi iść w parze z wiernością nauczaniu Chrystusa. Jako przykład osoby będącej u władzy, ale bez Jezusowego autorytetu wskazał właśnie Franciszka, atakując apel do przyjmowania muzułmanów przez parafie i diecezje. Dlaczego? Bo według ks. Stańka wyznawcy islamu jako wyznawcy religii są odpowiedzialni za milionowe mordy, nienawidzą Ewangelii i Polacy, którzy dali im łupnia pod Wiedniem, wiedza najlepiej, że z islamem nie ma dialogu. Umierającego z głodu czy pragnienia muzułmanina jeszcze można poratować, ale parafie i diecezje są dla katolików. Po raz pierwszy na kontrowersyjną homilię trafiłem za pośrednictwem fanpage’a miesięcznika „Egzorcysta”, co mnie nie dziwi gdy weźmie się pod uwagę, że zamiast o ludziach ks. Edward Staniek opowiada o demonach w ludzkich skórach, którym można okazać jedynie absolutne minimum miłości, gdyż jej szerszy zakres należy się bliźnim. Teraz wyobraźmy sobie, jaką furorę zrobiłaby wypowiedź imama, który ogłasza, że chrześcijanie nienawidzą islamu, wymordowali miliony w czasie krucjat, można im co najwyżej podać szklankę wody, czy kromkę chleba, by nie umarli, ale wierni Allaha powinni okazywać miłość tylko współwyznawcom. Cóż za ciemna, egoistyczna wiara! Gdy papież zachęca do przyjmowania uchodźców i migrantów przez instytucje i wspólnoty kościelne czyni to nie dlatego, że nie przejmuje się losem chrześcijan, ale właśnie dlatego, że miłość nieprzyjaciół jest istotnym elementem chrześcijańskiej tożsamości. Bez niej wracamy do barbarzyńskich czasów, których renesans mieliśmy w czasie II wojny światowej w postaci totalitaryzmów wskazujących swoim poddanym wrogów do zniszczenia: Żydów, Polaków, komuchów i zgniłego Zachodu. Gdy Jezus wzywał do tego, by nie ograniczać aktów miłosierdzia tylko do ziomków miał przed sobą okupowany, ciemiężony lud, którego przywódcy musieli kolaborować z pogańskim urzędnikiem. Mimo to wezwał nie do dobrodusznej filantropii (dosł. lubienia ludzi), ale Ewangelia podaje, że nakazał „agapate” – „miłujcie”. Jesteśmy w sytuacji, gdy do naszych krajów napływają ludzie z obcej kultury, spokrewnionej z naszą przez uznanie patriarchów i proroków, ale jednak obcej wiary. Pytanie brzmi: czy zależy nam na obronie status quo, zachowaniu resztek wyidealizowanego stanu przeszłego, czy też chcemy tych ludzi jakoś nawrócić? Jak mamy to zrobić, skoro ks. Staniek za absolutne maksimum miłości wobec nich uznaje absolutne minimum dopuszczalne w przypadku chrześcijanina? Ten kawałek chleba czy szklankę wody zapewni socjal. Dach nad głową czy pomoc w odnalezieniu się w Europie – już nie.  Jeśli Kościół nie zrobi nic w tym temacie, to pomocną dłoń wyciągną środowiska lewackie czy radykalni islamiści.  Ostatnie, co zrobią te dwa nurty, to ukazanie...

Read More
Ewangelizacja w Internecie
Mar13

Ewangelizacja w Internecie

Pan Jezus pytany przez uczniów o znaki zwiastujące koniec świata, nie tylko opowiedział o nadchodzących zagrożeniach i katastrofach, ale również przepowiedział głoszenie Ewangelii po całym świecie. Jak się okazuje również wirtualnym. Na szczęście! Pan Bóg ma poczucie humoru i lubi to udowadniać. A to daje nam za wzór żywoty świętych, wystawiając na piedestał św. Antoniego, głoszącego kazania rybom, a to czyni zwykłego robaczka bohaterem najważniejszej księgi świata, jaką jest Biblia… W końcu historia ludzkości wyglądałaby inaczej, gdyby rzeczony szkodnik nie zniszczył krzewu, pod którym schronił się Jonasz. Czy zatem jednym z elementów poczucia humoru Boga nie jest wkroczenie do wirtualnej rzeczywistości?   Przypatrując się dziejom apostolskim, widzimy drogę przebytą przez Palestynę, Antiochię Syryjską, Ikonium i wiele innych krain geograficznych… Dzisiaj byłby to YouTube, Amazon czy Facebook. Tak jak w tamtych czasach, i dzisiaj nie brakuje Bożych szaleńców. Czego najlepszym przykładem jest znany miłośnik pand, Pies Pański (Domini casen – Psy Pańskie), dominikanin o. Szustak. Wirtualna forma ewangelizacji i głoszenie Ewangelii w takiej formie, jak widać po liczbie samych zainteresowanych, spełnia swą rolę. Podobnie jak swoją rolę spełniają pielgrzymki i nie mieszając tu porządków, można śmiało stwierdzić, że blasku Częstochowy czy Fatimy, nigdy nie przyćmi „pielgrzymka” na strony internetowe, z colą w ręku i pizzą pod nosem. Znakiem naszych czasów jest zaproszenie do pracy w winnicy Pańskiej, dokonywane nie tylko poprzez tradycyjne formy rekolekcji czy spotkań twarzą w twarz z drugim człowiekiem, ale również przez spotkanie z Panem Bogiem w świecie rządzonym przez koty oraz memy z naburmuszoną żabą. I tak też wysłannicy Boga uskuteczniają działalność apostolską, aż po krańce „internetów”. Wśród jednorożców strzelających laserami z oczu i sympatycznymi mruczkami, zostawiającymi za sobą tęczowy ślad (faktycznie to chyba jakiś znak końca świata). O czym to świadczy? Ojciec Remigiusz Recław SJ, podczas konferencji „Bóg bliski czy Bóg daleki?”, słusznie głosił, że Bóg skraca dystans między Sobą a człowiekiem. Warto w tym momencie przypomnieć słowa papieża Franciszka wygłoszone do uczestników Papieskiej Rady ds. Świeckich, iż „trzeba być obecnym, zawsze zachowując styl ewangeliczny, w tym, co dla wielu młodych stało się swego rodzaju środowiskiem życiowym”. Internet to także wymiar praktyczny życia duchowego. Sam będąc na rekolekcjach, spotkałem kleryka korzystającego z brewiarza na smartfonie. A i świeckim jest łatwiej zacząć praktykować tą formę modlitwy z wirtualnym „doradcą”. Strony czy aplikacje oferujące „Ewangelię na dziś” z pewnością niejednej duszy pomogły zapoznać się z bieżącym Słowem Bożym. Wśród wirtualnych inicjatyw warto też zwrócić uwagę na transmisję medytacji nad Pismem Świętym prowadzoną przez portal Deon.pl. Wszystkie te wydarzenia w sposób szczególny mogą trafić do osób mających opory przed bezpośrednim spotkaniem z osobą duchowną. W tym momencie zmieńmy perspektywę. Codzienność w wirtualnej rzeczywistości to też pornografia zataczająca coraz...

Read More
Ile wolności w wolności?
Mar13

Ile wolności w wolności?

Żyjemy w czasach, w których dostęp do informacji jest na wyciągnięcie ręki, a nawet bliższy. Nikt z nas nie musi biegać po bibliotekach, studiować grubych książek bądź słuchać monotonnych wykładów. Szukasz rozwiązań zadań matematycznych – masz Internet, chcesz nauczyć się języka obcego – masz Internet, masz ochotę publikować zdjęcia z ostatniej imprezy – masz Internet. Internet zastępuje dzisiaj nam niezliczone ilości godzin męki szukania informacji. Gwarantuje nieograniczony dostęp do informacji. Możemy znaleźć tam dosłownie wszystko, począwszy od przepisu na halibuta, na konstrukcji bomb kończąc. Dla każdego coś miłego. Ale jest jeden problem. W Internecie zostawiamy ślady. Dla nas zupełnie nieinteresujące. Ale istnieje na świecie grupa ludzi, a raczej organizacje, które te dane bardzo interesują. Do tego stopnia, że są przechowywane przez dziesiątki lat na serwerach, o których nawet nie mamy pojęcia. W końcu nigdy nie wiadomo, kiedy dane o naszych zainteresowaniach i potrzebach mogą się przydać. Nikt z nas przecież nie zna przyszłości. Wiadomo, w mniejszym lub większym stopniu możemy ją przewidzieć, ale nie na tyle, żeby być pewnym co do naszego lub innych losu na dziesiątki lat do przodu. Zakładając, że ktoś z waszego otoczenia zostałby prezydentem Polski, lub ważnym urzędnikiem w Parlamencie Europejskim. Nie współpracowałby zgodnie z większością. Ludziom którym by to przeszkadzało, bardzo przydałyby się dokumenty na temat jego przeszłości. Wszyscy dokładnie pamiętają sprawę Edwarda Snowdena. Świat mediów stanął na głowie, kiedy ten upublicznił ściśle tajne dokumenty oraz ujawnił zasady pracy NSA (National Security Agency – amerykańska służba wywiadowcza) i CIA. Cała sprawa doskonale jest opowiedziana w filmie „Citizenfour”, który dostał nagrodę Oscara za najlepszy pełnometrażowy film dokumentalny. Sprawa jest na tyle poważna, że podczas udzielania wywiadu Snowden odłącza telefon od Internetu, który znajduje się w jego pokoju hotelowym. Bohater zamieszania opowiada, jak na ekranach w siedzibie NSA pracownicy mają dostęp do obrazów przesyłanych na żywo z dronów które rozsianie są po całym świecie. Niekiedy tylko kogoś obserwują, a innym razem przeprowadzają bombardowania. Sprawa nabiera rozmachu z każdą informacją podaną przez Edwarda. Najgorsze jest to, że dane zbierane przez służby wywiadowcze nie tylko są potrzebne do rozpracowania organizacji terrorystycznych. Również do archiwizowania ot tak, dla poczucia większej kontroli. W zakres ich zainteresowań nie tylko wchodzą nasze rozmowy telefoniczne, ale wiadomości e-mail, frazy wpisywane w wyszukiwarkę Google, nie mówiąc o zdjęciach. Oni stworzyli globalny album, a my im go tylko uzupełniamy, mniej lub bardziej świadomie. Na potwierdzenie skali problemu dowiadujemy się, że sama Angela Merkel prosiła Baracka Obamę o zniesienie podsłuchu z jej telefonu, który był kontrolowany przez kilka lat. Stany Zjednoczone od zawsze kojarzyły się nam z wolnością. Dostęp do broni, tanie paliwo, samochody z ogromnym spalaniem oraz niezliczonymi możliwościami, na „amerykańskim śnie” kończąc. Niestety takie wyobrażenie...

Read More
Na wakacje do Wakandy!
Lut24

Na wakacje do Wakandy!

Dla fanów Marvel Cinematic Universe Czarna Pantera (2018) miała być tylko przystankiem na drodze do majowej uczty, pt. „Avengers: Wojna bez granic”. Dla znudzonych tasiemcem komiksowym film, na który nawet nie spojrzą. A tymczasem, stosunkowo po cichu, wyszła bardzo dobra produkcja, która zachwyciła całe Stany Zjednoczone. I ten sukces doceniam, choć zachwytów w pełni nie podzielam. Czarna Pantera opowiada historię T’Challi, księcia Wakandy, który musi objąć tron po tragicznej śmierci swojego ojca. Przywódca i heros w jednym musi zmierzyć się nie tylko z typowymi problemami superbohaterów Marvela, ale stawić również czoła politycznym rozgrywkom, które ostatnio coraz częściej wkradają się do MCU. Po pierwsze, komiksowa Wakanda to jazda bez trzymanki i ósmy cud świata. Gdzieś pośrodku afrykańskiej dziczy wyrosło na złożach Vibranium najbardziej rozwinięte technologicznie państwo świata. Scenograficznie jest naprawdę pięknie, różnorodnie, kolorowo – Wakanda wygląda jak kraina wyciągnięta z przyszłości, o której można by marzyć, że faktycznie mogłaby gdzieś tam istnieć, skrzętnie ukryta przed całym światem. Po drugie, cała otoczka i charakteryzacja postaci sprawiają, że można bez reszty się pochłonąć w tym świecie. Z jednej strony tak bardzo rozwiniętym technologicznie, a jednocześnie mocno zakorzenionym w kulturze afrykańskiej. Tradycja, obrzędy, rytuały – to wszystko uwiarygodnia nam miejsce akcji i grubą kreską oddziela Czarną Panterę od całej reszty MCU. W tej kwestii jedynym moim zarzutem do filmu jest fakt, że mieszkańcy Wakandy rozmawiają ze sobą głównie po angielsku, z wyraźnym afrykańskim akcentem. Choć oczywiście trzeba pamiętać, że nie jest to kolejny film Tarantino, ale produkcja czysto rozrywkowa. Jedynym mankamentem filmowych technikaliów są momentami efekty specjalne – po prostu w wielu scenach jest za dużo CGI, przez co znikają aktorzy i postaci, które odgrywają. Całość może wydawać się żywcem wycięta z kinowego zwiastuna gry komputerowej. Gra aktorska, jak to zwykle u Marvela, stoi na wysokim poziomie. Co jednak warte zaznaczenia, mimo że kreacja Chadwicka Bosemana w roli tytułowej jest dobra, to aktorzy drugoplanowi kradną show, na czele z Andy Serkisem, Letitią Wright i Michaelem B. Jordanem. Ten ostatni stworzył jednego z lepszych czarnych charakterów w całym MCU – mamy w końcu postać, której motywacje są jasne, czytelne i na pewno spora część widzów mogłaby się z nimi utożsamiać. To co w tym filmie mi przeszkadza, to jego płytki scenariusz. Czarna Pantera opowiada historię banalną. Gdzieś w 1/3 filmu już doskonale wiadomo, w jakim kierunku to wszystko zmierza, przez co czułem się momentami znudzony. Niektóre dialogi są trochę zbyt napuszone. Ja wiem, że rzecz dzieje się głównie na dworze królewskim, a nie na przedmieściach Nowego Jorku, niemniej jednak to nadęcie mogłoby zostać trochę bardziej spuszczone niż tylko poprzez pojedyncze humorystyczne wstawki Shuri – młodszej siostry głównego bohatera. Również sceny walk pozostawiają sporo do...

Read More
Smutek, który jest chorobą – o depresji
Lut22

Smutek, który jest chorobą – o depresji

23 lutego w Polce obchodzi się Ogólnopolski Dzień Walki z Depresją. Warto w tym dniu zastanowić się, jak wiele ludzi dotyka problem depresji i jak sobie z nią radzić. Antoni Kępiński w książce „Melancholia” pisze: „Piekło depresji polega na utracie nadziei”. Osoby dotknięte depresją często mylnie postrzegane są jako chcący zwrócić na siebie uwagę samotnicy. Ich izolacja nie wynika z chęci zaistnienia, ale z niemocy i braku chęci do życia. Czym tak naprawdę jest depresja? Skąd się bierze? Jak jej zapobiegać i jak ją leczyć? Depresja jest niczym innym jak długotrwałym i przewlekłym obniżeniem nastroju, co wiąże się ze zmniejszeniem aktywności, energii i zainteresowań. Może ona doświadczyć każdego człowieka niezależnie od jego płci i wieku. „Światowa Organizacja Zdrowia wskazuje, że depresja jest obecnie czwartą spośród najpoważniejszych chorób a za 8 lat będzie zajmować drugie miejsce, po chorobach serca, pod względem skutków niewydolności społecznej i zawodowej. Największy odsetek zaburzeń depresyjnych jest u osób w wieku 35-44 lat, czyli w wieku aktywności zawodowej. W Polsce na depresję choruje ok. pół miliona osób, jednak około połowa z tej liczby nie zgłasza się do specjalistów, bojąc się stygmatyzacji i wykluczenia” (Iwona Wasil – Dyrektor ds. Projektów Profilaktycznych i Edukacyjnych – ITAKA – Centrum Poszukiwań Ludzi Zaginionych). Trzeba pamiętać, że nie każda depresja jest chorobą psychiczną. Istnieje kilka jej rodzajów są to między innymi: depresje endogenne, psychogenne i objawowe. Depresja endogenna to stany depresyjne występujące w przebiegu chorób afektywnych i zaburzeń schizoafektywnych. Przyczyny pojawienia się tego rodzaju depresji nie jest do końca znany, a jej objawy w jej typowym przebiegu to: obniżenie nastroju, spowolnione tempo myślenia, zaburzenia rytmu okołodobowego, wahania samopoczucia osoby chorej w ciągu dnia, zmiany hormonalne, bóle głowy w okolicach karku, lęk, chudnięcie, brak apetytu. W atypowej odmianie depresji endogennej można wyróżnić między innymi następujące objawy: jadłowstręt, bóle, świąd skóry, zaburzenia lękowe, natręctwa, okresowe nadużywanie leków lub alkoholu, zespół dławicy piersiowej. Kolejnym rodzajem depresji jest depresja psychogenna, która powstaje na skutek niekorzystnych sytuacji psychologicznych natury wewnętrznej i zewnętrznej.  W jej skład wchodzą depresje reaktywne (powstała na skutek urazu psychicznego), nerwicowe, w reakcji na żałobę, w przebiegu reakcji adaptacyjnej. Ostatnim z grup depresji są depresje objawowe, które mogą być odpowiedzią na choroby somatyczne oraz stosowanie leków i substancji chemicznych. Jak czuje się człowiek dotknięty depresją? Ciężko jest wytłumaczyć to osobie, która nigdy na nią nie zapadła. Iwona Wasil bardzo dobrze opisała jednak funkcjonowanie i podejście do życia człowieka dotkniętego depresją: „Wyobraźcie sobie, że jesteście uwięzieni w pokoju o przytłumionym świetle, ściany na was napierają a Wy leżąc, czujecie jakobyście byli przywiązani do łóżka, bardzo chcecie wstać lecz nie możecie, każdy ruch boli. Wyobraźcie sobie, że w tej sytuacji ktoś z góry świeci Wam...

Read More
Wielkopostne szaleństwa
Lut12

Wielkopostne szaleństwa

„Ty zaś, gdy chcesz się modlić, wejdź do swojej izdebki, zamknij drzwi i módl się do Ojca twego, który jest w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie. Kiedy pościcie, nie bądźcie posępni jak obłudnicy” Mt 6, 16-17 Stoimy u progu kolejnego Wielkiego Postu. Być może już masz listę wyrzeczeń, jakie podejmiesz. Być może będzie ich kilka: nie będę tyle plotkować, nie będę jeść słodyczy, ograniczę zerkanie do smartfona… do Wielkanocy. „Przez cały Wielki Post nie będę…” A potem? Co potem? Efekt jo-jo? Wrócisz do słodyczy, do plotek też? A co, gdyby podejść do Wielkiego Postu „na bogato”? Przejść na dietę wysokokaloryczną… duchowo? 40 dni. 40 szans na otwieranie Bogu drzwi. Masz do wyboru tyle opcji. Zaszalej! Jesteś długodystansowcem? Może Nowenna Pompejańska? Jesteś staromodny? Idź na Gorzkie Żale. Wolisz nowoczesne rozwiązania? Masz mnóstwo aplikacji, które odczytają dla Ciebie bieżące czytania z Pisma Świętego. Jesteś z tych, co wolą krótko i na temat? Proponuję Ci zaprzyjaźnić się z Ojcem Dolindo i jego „Jezu, ty się ty zajmij” albo świętą Faustyną i Koronką do Miłosierdzia Bożego. Lubisz czytać? A czytałeś już „Dzienniczek”? Postawmy sprawę jasno – nie podważam tutaj zasadności postu jako takiego, w sensie „umartwiania ciała”. Setki lat tradycji Kościoła dysponuje niepodważalnymi argumentami na niezbędność tego elementu w rozwoju duchowości, ale może warto spojrzeć na Post jako post od siebie – w sensie wygospodarowania ze swojego czasu wolnego chwil na kontakt z Bogiem. Taki „Post na tak.” Może na miarę szaleństwa zakrawać będzie fakt, że nastawisz budzik 10 minut wcześniej (!), powstrzymasz się od włączenia opcji „drzemka” i poświęcisz czas na wybraną dłuższą modlitwę? Już masz wyrobiony zwyczaj modlitwy, nie masz kłopotu z regularnością i udaje Ci się nie przysnąć na „drugiej dziesiątce” Różańca? Brawo! Wejdź na kolejny poziom! Śmiało! Może Lectio Divina? Spróbuj! Z modlitwą, która choć z pozoru jest cichutka, odprawiona w swojej izdebce, jest jak z dobrą dietą. Nikt nie musi widzieć jak zajadasz sałatki i wszystkie fit-wynalazki. Ale efektów nie da się ukryć – w przypadku diety – smukła linia, zdrowa cera, błysk w oku. A dzięki modlitwie – najpierw skorzystasz Ty, w drugiej kolejności Twoje otoczenie. Zrośniesz się z niebiańską rzeczywistością poprzez totalne zanurzenie i ani się obejrzysz, jak każda Twoja myśl – prośba czy dziękczynienie będą same płynąć do Ojca. Wtedy już tylko krok do Świadczenia przez duże „Ś”. Choć łatwo nie będzie. Jezusowi w drodze na Golgotę też nie było łatwo, upadał, ale się nie poddał bo miał swój cel. On tylko czeka na Twoje próby. Jeśli tylko powierzysz mu się w najprostszej modlitwie, On Cię poprowadzi, pomoże pokonać zniechęcenie, zmęczenie. Obiecał wyraźnie, a słowa zawsze dotrzymuje: „A Ojciec twój,...

Read More
Zagłada czyli Całopalenie?
Lut12

Zagłada czyli Całopalenie?

Nie ma zdarzeń w historii XX w. bardziej wstrząsających od zagłady Żydów. Nawet użycie przez wojsko stworzonej przez naukowców broni jądrowej nie budzi takiej grozy, jak postanowienie biologicznego zniszczenia całego narodu przez drugi naród. Mimo wieków uprzedzeń, sporów i nienawiści, Żydzi nigdy nie stanęli przed  perspektywą wymordowania wszystkich potomków Abrahama. Wielcy wrogowie Izraela chcieli przede wszystkim zniszczyć jego wiarę w Boga Jedynego, wciągnąć chętnych do swojego systemu państwowo-religijnego, niechętnych zaś wygnać czy w ostateczności wymordować. Zagrożenie wynikające z nienawiści gojów zawsze było obecne w mentalności judaizmu. Po dziś dzień w Święto Trąbek Żydzi świętują  udaremnienie spisku Hamana opisanego w Księdze Estery. OWOCE OŚWIECENIA Żydzi zawsze „byli w nienawiści” u ludow ościennych ze względu na dziwaczną wiarę i zwyczaj odgradzania się od innych ludów szeregiem przepisów Prawa. Rozpowiadano różne brednie na ich temat. Tacyt twierdził, że Hebrajczyków wygnano z Egiptu z powodu choroby skóry. Jednak represje z czasów wojen żydowskich opisanych przez Józefa Flawiusza nie przewidywały wymordowania narodu jako grupy biologicznej. Zniszczono najpierw Świątynię, potem Jeruzalem i zabroniono Żydom wstępu do niej. Nic więcej. W zależności od sympatii i opinii o randze urzędu zakazywano powoływania członków Narodu Wybranego na urzędy kurialne (w zależności od tego, czy urząd ten był obciążeniem finansowym dla urzędnika, czy też potencjalnym źródłem zysku).  Nawet ciemne średniowiecze nie przyniosło tyle prześladowań, co rozkwit nauk humanistycznych w wiekach nowożytnych. Piotr Czcigodny, opat z Canterbury chciał Żydów ochrzcić, albo wymordować. Luter w swym totalitaryzmie wysuwał podobne plany po poznaniu żydowskiej antyewangelii (pisałem o niej w recenzji dwutomowego dzieła prof. Iluka „Żydowska politeja i Kościół w Imperium Rzymskim u schyłku antyku". Co się więc zmieniło? Zmieniło się spojrzenie człowieka na państwo i na niego samego. Od czasów Oświecenia przestano myśleć o żydach (wiernych przestarzałej religii, zabójcach Chrystusa), a postawiono akcent na Żydów (naród nie mający swojej ziemi, ale jednak wpływowy pod względem finansowym”). Odrodzenie idei państwa narodowego, a więc jednolitego pod względem nie tylko ideowego, ale i biologicznego pogłębiło przepaść między Żydami i nieŻydami. Zaczęto pytać, jakim prawem trzymają oni handel, fabryki, a nawet tworzą żydomasonerię wpływającą potajemnie na rządy? Dlaczego Polak nie pracuje na zysk Polaka (a tym samym narodu polskiego), ale na zysk żydowski – związany z żydowskim interesem? W Polsce to, czego doświadczali np. Niemcy było tym mocniejsze, że nie było państwa polskiego, a różne nurty oskarżały Żydów o nienawiść do chrześcijan, Polaków w szczególności. I nie pomagał tu chrzest, wciąż zachowywana była podejrzliwość oparta na swoistej parodii antropologii, jaką znał i poważał wiek dziewiętnasty. Chór „przechrztów” z „Nie-boskiej komedii” nie wziął się znikąd! Jednocześnie do rangi niemalże boskiej urosło państwo. Skoro nie Kościół, to kto ma sprawować rządy dusz? Czyż nie wybrani przez króla/lud urzędnicy?...

Read More
Przywódca na najczarniejsze czasy
Lut09

Przywódca na najczarniejsze czasy

W jednej ze scen Winston Churchill, grany przez niesamowitego Gary’ego Oldmana, mówi wzburzony: „Nie można negocjować z tygrysem, mając głowę w jego paszczy”. "Czas mroku" (2017) reż. Joe Wright To on, jako jeden z niewielu, wiedział do czego zdolny może być Hitler i to on, w chwili największej próby, mimo nacisków, nie ugiął się pod naciskiem zwolenników rozmów pokojowych. Wydarzenia, o których opowiada „Czas mroku” bez wątpienia miały wielki wpływ na los świata. Reżyser Joe Wright wziął pod lupę pierwszych 25 dni sprawowania urzędu premiera przez Churchilla. Pierwszych bardzo ciężkich i intensywnych 25 dni, w trakcie których przeprowadzona została m.in. Operacja Dynamo. Napięcie w filmie jest umiejętnie utrzymywane. Narasta stopniowo, wobec kolejnych zwycięstw wojsk niemieckich we Francji i zacieśniającej się pętli na szyjach setek tysięcy brytyjskich i francuskich żołnierzy, skupionych na plaży w Dunkierce. Problemy, z jakimi musiał się zmierzyć Churchill, przejmując stanowisko premiera, są niewyobrażalne i to też udało się reżyserowi ukazać najlepiej. Rozterki, wewnętrzne konflikty, niekończące się cygara i wiecznie napełnione szklanki whisky – Churchill nie jest tu postacią do bólu jednowymiarową, co należy traktować jako plus, bo łatwo można było ten film zepsuć podchodząc do jego postaci całkiem bezkrytycznie. Jednak gdyby nie wspaniały popis aktorski Oldmana, to z kina wyszedłbym trochę rozczarowany. Bo „Czas mroku” jest po prostu poprawny – ni mniej, ni więcej. Jest to sprawnie nakręcony obraz, dobrze utrzymujący napięcie i umiejętnie je rozładowujący fragmentami humorystycznymi, jednak po prostu poprawny, mocno sztampowy, uderzający typowo w patriotyczne tony. To, co sprawia, że ten film zostaje w pamięci, to właśnie odtwórca głównej roli. O rany, Oldman przechodzi tu samego siebie. I to dla niego warto ten film obejrzeć. Nieważne co zrobił Daniel Day-Lewis w „Nić widmo”, nieistotne jak dobrze zagrał Denzel Washington czy Timothée Chalamet, to Gary Oldman musi w tym roku otrzymać Oscara. Każdy inny werdykt Akademii będzie moim zdaniem nie do przyjęcia. Co warte odnotowania, „Czas mroku” bardzo ładnie koresponduje z „Dunkierką” Christophera Nolana. Oba te obrazy opowiadają w dużej mierze o tym samym wydarzeniu – „Czas mroku” z perspektywy decyzji zapadających w Londynie, „Dunkierka” z perspektywy żołnierzy oczekujących ratunku. Jednak poziom artystyczny obu tych filmów to zupełnie inny kaliber. I choć oba kandydują do Oscara w kategorii „Najlepszy film”, to dzieło Nolana stoi o klasę wyżej. Jest nakręcone ciekawiej i przede wszystkim niesie ze sobą o wiele więcej ładunku emocjonalnego. Niemniej jednak polecam „Czas mroku” każdemu, kogo ciekawi historia II wojny światowej, postać Winstona Churchilla czy kulisy Operacji Dynamo. Film powinien zobaczyć też każdy fan talentu aktorskiego Gary’ego Oldmana. Serio, Oldman jest tu bezbłędny, a dodatkowo charakteryzacja sprawia, że ciężko uwierzyć, że to naprawdę on się pod nią skrywa. Zresztą nie pierwszy i pewnie nie...

Read More
Kard. Marx: „Nie można zabraniać błogosławienia związków homoseksualnych”
Lut07

Kard. Marx: „Nie można zabraniać błogosławienia związków homoseksualnych”

W rocznicę objęcia arcybiskupstwa w Monachium w odpowiedzi na pytanie dziennikarzy bawarskiego radia kard. Reinhard Marx stwierdził, że księża powinni błogosławić pary związki homoseksualne. Pytanie dotyczyło „suplementów witaminowych”, jakie podsuwają niektórzy katolicy na ożywienie Kościoła. Według tłumaczenia wywiadu zamieszczonego przez Catholic News Agency, Karin Wendlinger wymieniła tu także diakonat kobiet, czy zniesienie celibatu, zaznaczając, że Kościół nie wychodzi naprzeciw tym oczekiwaniom. Co powiedział? Kard. Reinhard Marx powiedział, że nie wierzy, że to najważniejsza potrzeba Kościoła, jednak „musimy brać pod uwagę sytuację pojedynczej osoby, jego historię życia, jego biografie, trudności, jakie przechodzi,, nadzieje, które się pojawiają, związki, w których on – lub ona żyje. Musimy wziąć to bardziej na poważnie i mocniej towarzyszyć im w w ich okolicznościach życia. To jest prawda także w stosunku do spraw, które wspomniałeś, to odnosi się też do homoseksualistów. Musimy być po pastersku blisko tych, którzy są w potrzebie pastoralnej troski i także chcą jej. I ona musi zachęcać księży i pracowników duszpasterskich, by dawać ludziom w konkretnych sytuacjach poparcie. Zupełnie odrębną kwestią jest jak to ma się odbywać publicznie i liturgicznie. To są sprawy, na które musisz uważać i rozważać je w dobry sposób. KW: „Więc naprawdę możesz wyobrazić sobie sposób na błogosławienie związków homoseksualnych w Kościele”? KRM: „Tak, ale nie ma ogólnych rozwiązań. To nie byłoby dobre, tak sądzę. To kwestia pasterskiej troski o indywidualne przypadki, i ma zastosowanie tak samo na innych obszarach, których nie możemy regulować, gdzie nie ma zestawów zasad. To nie znaczy, że to się nie dzieje. Ale naprawdę muszę zostawić to duszpasterzowi na miejscu i danej osobie pod opieka duszpasterską. Tu możesz debatować nad sprawą, tak obecnie się nad nimi debatuje i stwierdzić: jak pracownik duszpasterstwa ma sobie z tym poradzić? Jednak naprawdę zdecydowanie zostawiłbym to szczególnemu, indywidualnemu przypadkowi, jaki się trafia a nie wymagał znów jakiegokolwiek zestawowi zasad – to są sprawy, które nie mogą być regulowane”. Nietypowy kardynał Kard. Reinhard Marx jest specyficznym duchownym. Swoje nazwisko wykorzystał, by polemizować z marksizmem w książce „Kapitał. Mowa w obronie człowieka”, w której przestrzegał, że drapieżny kapitalizm może doprowadzić do odnowienia komunizmu. Jest stanowczym przeciwnikiem aborcji. W innych sprawach, jak pokazuje powyższa wypowiedź, jest praktycystą. Akceptacja związków homoseksualnych przez Kościół, mająca się wyrażać w ich błogosławieniu, a więc uznaniu za dobre jest sprzeczne z nauczaniem Katechizmu, przede wszystkim z wizja płciowości człowieka, czy małżeństwa. Ponadto, jak zauważa wielu komentatorów, mocno idzie w stronę subiektywizacji pojęcia grzechu: czy związek homoseksualny jest dobry, czy nie decyduje zespół „okoliczności łagodzących”: osobowość danej osoby, czy trudne przeżycia. Co więcej, te okoliczności zostają posunięte znacznie dalej: do czynników nobilitujących i umożliwiających błogosławienie. Wychodząc od złej praktyki zostawiania homoseksualistów samym sobie, kard. Reinhard Marx...

Read More
Rotacje w Gościu Niedzielnym, czyli sztuka domysłów
Sty25

Rotacje w Gościu Niedzielnym, czyli sztuka domysłów

Informacja o zmianie na stanowisku redaktora naczelnego „Gościa Niedzielnego” wyciekła najpierw do mediów we wtorek, 25 stycznia, wisiała jako niepotwierdzona, generując teorie w prasie katolickiej, liberalnej, zwykłej i brukowej,  aż wreszcie w środę, 26 stycznia stał się faktem, choć więcej w sprawie spraw do sprostowania niż ogłoszenia. Kto jest kim? Fakty są takie: wieloletni redaktor naczelny tygodnika Gość Niedzielny, ks. Marek Gancarczyk został zwolniony z obowiązku pełnienia tej funkcji przez metropolitę katowickiego, abp. Wiktora Skworca. W ciągu piętnastu lat na tym stanowisku ks. Gancarczyk uczynił z tygodnika Gość Niedzielny liczący się na rynku tygodnik opinii, którego sprzedaż rosła nie tylko dlatego, że kolportowany był w kościołach.  Wcześniej podobna sztuka udała mu się z „Małym Gościem Niedzielnym”, który był na skraju bankructwa. Nowym naczelnym tygodnika został ks. dr. Adam Pawlaszczyk, prawnik, były kanclerz Kurii Metropolitalnej, zaangażowany w Katowicki Sąd Metropolitalny, uczestnik II Synodu Archidiecezji Katowickiej, według notatki na stronie Gościa „współpracował z Wydziałem Teologicznym Uniwersytetu Śląskiego i Wydziałem Duszpasterstwa Rodzin Kurii Metropolitalnej w Katowicach w ramach formacji duchownych i świeckich w zakresie kościelnego prawa małżeńskiego oraz teorii prawa kościelnego. Szczególnie zainteresowany literaturą i muzyką, autor poezji, tekstów pieśni religijnych, artykułów i felietonów, współpracował z TVP, Radiem Katowice, Radiem eM i «Gościem Niedzielnym»”.   Ks. Pawlaszczyk broni reform papieża Franciszka w procesach o stwierdzenie nieważności małżeństwa, wskazując że nie służą one ułatwieniu takiego „rozwodu kościelnego”, ale przyspieszeniu procesu przez zmniejszenie wymogów formalnych przy tych samych wymogach prawnych. Innymi słowy: proces może być krótki, ale może oznaczać szybsze potwierdzenie ważności małżeństwa. Jest to jedna z przyczyn, dla których nowy redaktor naczelny uważany jest za liberała. Nie wiemy, kiedy obaj redaktorzy naczelni, były już i obecny, dowiedzieli się o zmianach i w jakich nastrojach się one odbywały. Możliwe, że właśnie niezadowolenie redakcji ze zmiany przełożonego skutkowało wyciekiem informacji przed czasem, teraz jednak trudno, by pracownicy publicznie prali brudy. Wiemy jednak, ile fermentu wokół tej zmiany się wytworzyło. Zarzuty i insynuacje Swoistym spiritus movens całego zamieszania był Tomasz Terlikowski, naczelny Frondy, który tak w opublikowanym na stronie Małego Dziennika a okraszonym wielką pieczątką „ALERT” zapowiedział zmianę w redakcji GN: „Stało się to w sytuacji, gdy „GN” jest jedynym pismem, które wciąż rośnie w rankingach zdobywając wciąż nowych czytelników. Nie ma więc realnych powodów, by go zmienić. Jedynym może być chęć zarżnięcia pisma albo… radykalnej zmiany jego linii. Nie od dziś wiadomo, że arcybiskup Wiktor Skworc nie przepada za PiS-em, a choć Gość Niedzielny nie był apologetyczny wobec władzy, to tak go właśnie w kurialnych kręgach czytano. Nie jest też tajemnicą, że z Watykanu płynął jasne sygnały, by zmienić projanopawłową linię w nauczaniu o małżeństwie, a „Gość Niedzielny” zawsze bronił w tej sprawie ortodoksji. Czy to...

Read More