Przeciw teorii – czyli o tym, czego autor nie miał na myśli

Kiedy ma się dziesięć czy piętnaście lat, pojęcie literatury raczej nie interesuje nikogo. Liczą się poszczególne, indywidualne książki, z którymi ma się do czynienia na lekcjach języka polskiego, lub – ci są szczęściarzami – te, po które sięga się bez przymusu, dzięki wychowaniu w kulturze książki. Kiedy ma się dwadzieścia pięć lat i studia polonistyczne za sobą, optyka się zmienia, a książki dzieli się na udane bądź nieudane wedle tego, co ktoś ważny w dziedzinie literatury i krytyki o nich napisał.


Autor pisze różne rzeczy

Studiowanie polonistyki wpływa dwojako na proces lektury: z jednej strony wyposaża w narzędzia, które – jeśli nie niezbędne, to na pewno pomocne – ułatwiają „rozbiórkę” tekstu i znajdowanie tego, co jego autor „miał na myśli”. Z drugiej strony zabijają poniekąd przyjemność lektury, ponieważ czyta się warsztatowo, z orientacją na cel. Wreszcie – w założeniu uczą odróżniać literaturę wartościową od bezwartościowej, kształtują smak literacki i  zmysł krytyczny.  

Zobacz także: Fenomen książki

By wyrobić w sobie te dwa ostatnie i móc profesjonalnie podejść do każdego tekstu, niezbędna jest znajomość różnych teorii literatury i wielu „ścieżek dostępu”, które proponują literaturoznawcy, historycy literatury, nauczyciele akademiccy, krytycy, wreszcie sami pisarze i amatorzy-czytelnicy. „Czytaj przez pryzmat psychoanalizy”, „interpretuj na podstawie biografii autora”, pamiętaj, że „status ontologiczny dzieła literackiego jest niezależny od świadomości czytelnika” i wiele innych. Jak się wydaje, głowy współczesnego czytelnika (czytającego „dla siebie”) nie zaprząta już problem wyboru odpowiedniej – i jedynie słusznej – teorii, która pozwoliłaby zinterpretować dany tekst literacki z maksymalnie małym marginesem błędu i wykazać to, o co faktycznie „chodzi” w książce, co faktycznie autor miał na myśli…

 

 

 

Te dwa zagadnienia nurtowały literatów, filozofów i ludzi związanych z szeroko pojętą kulturą od dawna. Prawdziwą furorę zrobiła koncepcja Zygmunta Freuda, która z medycyny została przeniesiona na grunt literatury. Od tego czasu przy analizowaniu i interpretacji utworów literackich zaczęto zwracać uwagę na doświadczenia pisarza z dzieciństwa i jego obecne życie seksualne. O ile w wielu przypadkach mówienie o literaturze w kategoriach psychoanalizy przyniosło odkrywcze skutki, o tyle wiara we Freudowską teorię z czasem doprowadziła do absurdalnych poszukiwań i wskazywania na (to główna oś konstrukcyjna tej koncepcji) konieczność utożsamiania wszelkich podłużnych przedmiotów pojawiających się w świecie przedstawionym tekstów literackich jako zakamuflowanych (nieuświadomionych) symboli męskiego przyrodzenia. Próbką niech będzie komin pojawiający się w popularnej bajce „O trzech świnkach”, który – wedle jednego z krytyków – ma być ewidentnym elementem fallicznym.

Zobacz także: Czytać? Tylko po co?

 

Na tym nie kończą się „odkrywcze” pomysły niektórych badaczy. Amerykański historyk literatury jest przekonany, że nasz rodzimy Zbyszko z Bogdańca może być kryptogejem, gdyż momentami bardziej niż delikatna i subtelna Danuśka, fascynuje go „męski” styl zachowania energicznej Jagienki. Inne pomysły to zestawianie przedmiotów „z dziurką” z żeńskim kanałem rodnym, który – poprzez rzekome podobieństwo do ust ( wyposażonych w zęby) – ma stanowić zagrożenie w postaci groźby kastracji. Z kolei literackie niemowlę ssące matczyną pierś ujawnia swój agresywny instynkt, gdyż jego – skądinąd naturalny – sposób zdobywania pokarmu jest oczywistym zaczątkiem kanibalizmu. Sporą dawkę humoru i absurdu dostarczają od lat także badaczki feministyczne, które w każdym słowie, określeniu, geście i przedmiocie dostrzegają uciemiężenie kobiet i ich degradację. Całkiem zabawnie robi się, kiedy okazuje się, że szekspirowskiego „Hamleta” nie powinno czytać się przez pryzmat głównego bohatera i spoczywającego na nim kompleksu Edypa (psychoanaliza), a przez wzgląd na Ofelię, która w większości patriarchalnych interpretacji nie jest dostrzegana i pomijana (krytyka feministyczna).

Przykłady można by mnożyć, ale jedynie jako mniej lub bardziej śmieszne anegdoty, gdyż ich faktyczna wartość badawcza nie jest raczej weryfikowana przez tzw. zwykłego czytelnika. Po książkę sięga się dla przyjemności, dla relaksu, często też w poszukiwaniu odpowiedzi na pewne pytania. Przekonanie o swobodzie czytania i dowolności interpretacji rozpanoszyło się na dobre, co – w moim mniemaniu – wcale nie niesie zgubnych skutków. Każda lektura rozwija wyobraźnię, zwiększa elokwencję, wciąga do uczestnictwa w kulturze, więc nawet czytanie bez znajomości teorii literackich czy setek przypisów towarzyszących tekstom przynosi swoje korzyści. No bo w sumie… wolę czytać „Krzyżaków” z wyobrażeniem Zbyszka, które tkwi w mojej głowie od czasów podstawówki, niż szukać w nim typa o podejrzanej i wątpliwej orientacji seksualnej.

 

 

Author: Aleksandra Kocoń

Podziel się artykułem na

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *