Kowbojki i kapelusze?

Słuchając radia, możemy zauważyć brak w ich repertuarze kilku znanych powszechnie gatunków. Jednym z nich jest country. Co sprawia, że (przynajmniej zdaniem rozgłośni) Polacy nie chcą słuchać tej muzyki?


Idea zła?

W czasie jednego ze swoich występów Tomasz Szwed zwrócił się do widowni takimi słowami: „Ale tak poważnie, to ja mam żal do was. Tutaj walczył Bem, tam jego pomnik stoi. Walczył o wolność, o równouprawnienie, o demokrację. A wy słuchacie imperialistycznej muzyki! Ale skoro już tu jesteście, to wam zagramy”. Tych kilka zdań dobrze oddaje popularność country w naszej, do niedawna ludowej, Ojczyźnie. Fakt, że kowboje to lud pracujący miasteczek i wsi nie zmieniał faktu, że była to wieś amerykańska, przesiąknięta ideałami, których nie mogła tolerować władza wyrosła na nieco innych wartościach niż indywidualizm i praca, nie w czynie społecznym, ale na swoje własne, prywatne ranczo.

Owszem, co jakiś czas do naszego kraju wlewało się troszkę kultury i muzyki zachodniej, ale nigdy country nie osiągnęło takiego sukcesu, byśmy doczekali się polskiego Hanka Williamsa tak, jak mieliśmy kilka zespołów uznawanych za polskich Beatlesów. Pojawiały się pewne próby tłumaczeń piosenek z angielskich oryginałów – na przykład Jacek Kaczmarski przetłumaczył balladę Don't take your guns to town na Zostaw w domu broń. Pojawiało się troszkę nutek na banjo, ale wciąż mało kto znany chciał się kojarzyć z country. Pierwszy polski zespół grający w takich klimatach, Country Family Michała „Lonstara” Łuszczyńskiego, to dopiero 1978 r.

Nie oznaczało to, że „imperialistyczna muzyka” nie miała swoich gorących zwolenników. Spore zasługi ma tu Korneliusz Pacuda, a odwilż zwiastująca koniec komuny sprzyjała graniu niepoprawnych dźwięków. Rok 1979 to powstanie sławnego swego czasu zespołu z Katowic, Gangu Marcela, który obecnie skupia się jednak na muzyce w klimacie śląskich szlagrów. W latach 80. powstają Zayazd i Coach, country weszło w repertuar zespołu Babsztyl. Od roku 1986 grał też Piknik Country & Folk w Mrągowie.

Lata 90. to okres, gdy nawet w telewizji publicznej znalazł się czas na country na antenie katowickiego (znowu te Katowice!) oddziału Telewizji Polskiej, a także na falach Programu Pierwszego Polskiego Radia. W tym czasie patronat medialny nad Piknikiem Country w Mrągowie objął Polsat. I się zaczęło.

Promocja zła?

Konkretnie zaczął się szał na disco polo. Country stało się mniej popularne, więc i Polsat nieco po macoszemu podchodził do relacji z Mrągowa. Nie było popytu, więc ograniczano podaż, a niektóre rozgłośnie wręcz chwaliły się, że nie grają country. Na mrągowskiej scenie zaczęły się pojawiać hity promowane przez tę stację. Maryla Rodowicz może i zaśpiewała jeden czy dwa kawałki w tym temacie, a wersja Ghost Riders in the Sky Acid Drinkers była świetna – ale co z tego, skoro to były tylko przyzwoitki uzasadniające dwa kolejne kawałki „z najnowszej płyty”, a zamiast starych zapowiadających telewizja męczyła nas twarzami znanymi z tanecznych czy śpiewaczych show?

W efekcie część występujących czuła, że jest źle. Pewne drogi przestały prowadzić do Mrągowa. Ostatecznie skończyło się to następująco. Michał „Lonstar” Łuszczyński, jeden z pierwszych organizatorów Pikniku w latach 80., wyszedł na scenę w koszulce promującej nowy festiwal i zadedykował piosenkę Co to jest to country? „organizatorom tego Pikniku, który SIĘ NAZYWA country”. „Czyste Country” w Wolsztynie rozkręca się od kilku lat, ściągając gwiazdy zagranicznej sceny. A Polsat tymczasem zrezygnował całkowicie z transmisji z Mrągowa na rzecz odradzającego się disco polo. Także za sprawą prób wykorzystania „westernowych klimatów” przez discopolowców doszło do skojarzenia country z infantylnymi tekstami nawiązującymi do zabawy w kowbojów i Indian.

To tyle krótkiej historii. Country w Polsce nie miało lekko – opór ideologiczny za PRL i mocna konkurencja w latach 90. nie pozwalały się wybić. A może to w niej samej tkwi coś, co sprawia, że nad Wisłą nie ma szans się przyjąć? Może to efekt tego, że Polacy słuchają tego, co akurat w radiu leci i co się promuje na YouTube? Ale gdyby był popyt, rozgłośnie w trymiga zapewniłyby podaż.

Dlaczego więc nie ma zapotrzebowania na country? Dlaczego słuchają go głównie kierowcy wielkich ciężarówek, co owocuje w naszym kraju wręcz wysypem piosenek opowiadających o życiu w trasie za kółkiem osiemnastokołowca (Radio, Długi kurs Lonstara, Nie bierz kursów na wschód, Zmiennik Szweda). Nie są to jednak rymowane instrukcje obsługi ciągnika siodłowego, a raczej próby oddania uniwersalnych prawd w metafory pasujące do realiów polskiej drogi (Poradnik początkującego kierowcy Szweda, Modlitwa wracających Grupy Furmana). Porównajmy je choćby z tak kochanym przez Polaków disco polo.

Tekst zły?

Może tu chodzi o barierę językową? E, tam… Angielski w naszym kraju cieszy się większą chyba renomą niż mowa polska, a większość piosenek country nie jest znowu bardzo skomplikowana lingwistycznie. Poza tym mamy spory repertuar country w języku polskim, teoretycznie więc nie o brak zrozumienia na poziomie językowym tu chodzi.

Może więc chodzi o to, że teksty nieżyciowe? W końcu troszkę nas dzieli od Ameryki, nie tylko geograficznie, ale też kulturowo. Country kojarzy się z kowbojskim kapeluszem, prerią i westernem. Nie oznacza to jednak odległości historycznej. Kultura kowbojska wciąż jest żywa w niektórych stanach USA, przez co nie jest jedynie elementem sentymentalnego wspominania starych, dobrych czasów, ale też spojrzeniem na jak najbardziej świeże problemy. Pewne sprawy są uniwersalne w każdym czasie i pod każdą szerokością geograficzną. Gdyby chcieć przypisać muzykę do dnia tygodnia, disco polo jest na weekend, na dyskotekę, podczas gdy country jest na co dzień – do pracy, na randkę, na imprezę u przyjaciół, na sjestę i na pogrzeb.

Mamy więc i „lekkie, łatwe i przyjemne” kawałki o spędzaniu wolnego czasu (Cień kota o zachodzie słońca Szweda czy Louisiana Saturday Night), o sprawach damsko-męskich (Paint me a Birmingham Tracy'ego Lawrence'a czy Moje serce to nie hotel Drogi na Ostrołękę), o pracy (Jak ja nie lubię swojej roboty Electric Roosters/Honky Tonk Brothers czy Sixteen tons Johnny'ego Casha), o sprawach poważnych (Nie oglądaj się za siebie Szweda czy D-I-V-O-R-C-E Tammy Wynette i George'a Jonesa). Można wręcz zauważyć, że nie tylko w Polsce powstał rodzaj „country apologetycznego”, mającego promować tę muzykę i bronić przed zarzutami (This is country music Brada Paisleya, Wszystkie drogi prowadzą do Mrągowa Makiewicza, Co to jest to country? Lonstara). Od śmiertelnie poważnych historii (Three wooden crosses) przez wychwalanie rodzimej okolicy (Okie from Muskogie) po ludowe przyśpiewki (Farmers curst wife/Ballada o chłopie, jego zrzędliwej żonie i diable w tłumaczeniu Szweda).

A może country jest seksistowskie? Wiadomo: kowboje, męskie towarzystwo, męska gadka…  Problem w tym, że kobiecych gwiazd doczekało się i amerykańskie (Dolly Parton, Loretta Lynn, Tammy Wynette) i polskie country (Alicja Broncol, Krystyna Mazur), a to pozwala spojrzeć na pewne sprawy z kobiecej perspektywy. Można tu przytoczyć historię pewnej piosenki: na nieco szowinistyczny tekst o „knajpianych aniołach”, paniach wolących bardziej niż przy domowym ognisku siedzieć w barach typu honky tonk, Kitty Wells odpowiedziała, że to „nie Bóg stworzył knajpiane anioły”, a winni są raczej panowie („Wild side of life” i „It wasn't God who made a honky tonk angels”).

Gdybym był feministką, promowałbym country jako odtrutkę na debilne teksty disco polo koncentrujące się na tym, że kobieta jest ładna i łatwa, a raczej starałbym się, by znalazło się miejsce dla Tima Grahama Browna z jego Brilliant Conversationalist wychwalającym ogładę i inteligencję. A nie, feministki (przynajmniej te z nurtu wiodącego w Polsce) to raczej wolą seksualne wyzwolenie i chamstwo (że niby dobre maniery to patriarchat)…

Styl zły?

Gdybym miał wskazać najlepszy i najgorszy znany mi głos „popularnego” piosenkarza, którego płyty rozchodzą się nie tylko wśród miłośników opery, przeciwstawiłbym sobie Johnny'go Casha i wokalisty Akcentu. Przepraszam bardzo fanów, ale śpiew tego drugiego przypomina mi Joannę Senyszyn. Tymczasem Cash, nawet po tym, jak narkotyki zniszczyły mu zdrowie, był w stanie zaśpiewać każdą zwrotkę I walk the line w innej tonacji, zaśpiewać albo wolno i spokojnie, albo wręcz z zabójczą prędkością (proszę porównać jego wersję Hurt z I've been everywhere).

A może to te preriowe klimaty, nudne, monotonne, płaskie? Jednak country to nie tylko westernowe scenerie Teksasu, ale też masa różnych odłamów, różniących się od siebie jak noc i dzień. Jeśli chodzi o kwestię stylu, amerykańska scena przeżyła swego czasu własny rozłam, gdy główny nurt z Nashville nie chciał zaakceptować nowych brzmień i treści stylu outlaw country. Jedna strona wróżyła drugiej rychły upadek i zapomnienie, czego echem jest piosenka If ole Hank could only see us now Waylona Jenningsa (oraz jego Nashville Rebel). Inaczej brzmią piosenki Mela McDanielsa, inaczej Waylona Jenninga, inaczej smędzenie Williego Nelsona, inaczej Krisa Kristoffersona, inaczej Casha, inaczej Hanka Williamsa Seniora, inaczej Hanka Williamsa II, inaczej Hanka Williamsa III (zwanego Kid Rock)…

A może instrumenty złe? Może zbyt skomplikowane i nie da się tego pośpiewać przy piwku czy wódeczce? Jest spory repertuar „country pod kielicha” (Beer for my horses Williego Nelsona i Toby'ego Keitha czy Wypić, wypijemy Babsztyla). Może Polacy właśnie kochają to sztuczne, rytmiczne prostactwo, pozwalające discopolowcom objechać dwanaście dyskotek w jedną noc, w każdej zostawiając płytę z nagraniem, bo i tak grają głównie z playbacku ze zmodyfikowanym komputerowo głosem? Gdybym był nauczycielem muzyki, promowałbym country jako muzykę wręcz zachęcającą, by zejść się z sąsiadami, siąść na ganku z prawdziwymi instrumentami i razem pomuzykować (Drink Bar Kiedy gra muzyka, Charlie Daniels Band Louisiana Saturday Night).

A może chodzi o teledyski? Wszak żyjemy w czasach YouTube, a dźwięk musi być połączony z obrazem. Każdy „szanujący się” hit disco polo ma własny teledysk, utrzymany w konwencji „ładne panie+wykonawca śpiewający do kamery+trochę humoru” (w tej kolejności). Polscy muzycy country rzadko kiedy mogą sobie pozwolić na nagranie wideoklipu – w sieci dominują nagrania z koncertów oraz montowane przez fanów pokazy slajdów.

A może muzycy country to postacie niewyraźne, a sama muzyka country jest nieautentyczna, gdyż siłą rzeczy jest ona oderwana od szarej rzeczywistości? O szarej rzeczywistości już pisaliśmy. A co z autorami? Trudno nazwać ich szarakami – na przykład Lonstar zagrał w Grand Ole Opry w Nashwville (co jak dotąd wśród Polaków udało się jedynie Ignacemu Paderewskiemu i Leszkowi Laskowskiemu). Tomasz Szwed to psychoterapeuta, konferansjer, kompozytor. A w Stanach to już mamy pełny przegląd osobowości – od byłego narkomana Johnny'ego Casha, który nagrywał na żywo płyty w więzieniach, przez  miłośnika trawki Willy'ego Nelsona, który gra od lat na tej samej, wyciągniętej z pożaru gitarze, po klan Williamsów, których nieżyjący już nestor stał się legendą i inspiracją dla kilku piosenek (Hank Williams, you wrote my life Moe Bandy'ego, The night Hank Williams came to town Casha i Jenningsa).

Dlaczego w Polsce country nie jest popularne? Jest to dla mnie fenomen, którego nie rozumiem, nie pojmuję, nie ogarniam. Pozostaje jedynie je promować, zachęcać i bronić. Tym bardziej, że po latach posuchy można zauważyć pewien wzrost zainteresowania country. Kto chce posłuchać, znajdzie kilka mniejszych i większych festiwali, czasem jakąś płytę w sklepie, czasem koncert i wtedy sam się przekona, czym się je taką muzykę.

Author: Rafał Growiec

Podziel się artykułem na

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *