Na wakacje do Wakandy!

Dla fanów Marvel Cinematic Universe Czarna Pantera (2018) miała być tylko przystankiem na drodze do majowej uczty, pt. „Avengers: Wojna bez granic”. Dla znudzonych tasiemcem komiksowym film, na który nawet nie spojrzą. A tymczasem, stosunkowo po cichu, wyszła bardzo dobra produkcja, która zachwyciła całe Stany Zjednoczone. I ten sukces doceniam, choć zachwytów w pełni nie podzielam.


Czarna Pantera opowiada historię T’Challi, księcia Wakandy, który musi objąć tron po tragicznej śmierci swojego ojca. Przywódca i heros w jednym musi zmierzyć się nie tylko z typowymi problemami superbohaterów Marvela, ale stawić również czoła politycznym rozgrywkom, które ostatnio coraz częściej wkradają się do MCU.

Po pierwsze, komiksowa Wakanda to jazda bez trzymanki i ósmy cud świata. Gdzieś pośrodku afrykańskiej dziczy wyrosło na złożach Vibranium najbardziej rozwinięte technologicznie państwo świata. Scenograficznie jest naprawdę pięknie, różnorodnie, kolorowo – Wakanda wygląda jak kraina wyciągnięta z przyszłości, o której można by marzyć, że faktycznie mogłaby gdzieś tam istnieć, skrzętnie ukryta przed całym światem.

Po drugie, cała otoczka i charakteryzacja postaci sprawiają, że można bez reszty się pochłonąć w tym świecie. Z jednej strony tak bardzo rozwiniętym technologicznie, a jednocześnie mocno zakorzenionym w kulturze afrykańskiej. Tradycja, obrzędy, rytuały – to wszystko uwiarygodnia nam miejsce akcji i grubą kreską oddziela Czarną Panterę od całej reszty MCU. W tej kwestii jedynym moim zarzutem do filmu jest fakt, że mieszkańcy Wakandy rozmawiają ze sobą głównie po angielsku, z wyraźnym afrykańskim akcentem. Choć oczywiście trzeba pamiętać, że nie jest to kolejny film Tarantino, ale produkcja czysto rozrywkowa.

Jedynym mankamentem filmowych technikaliów są momentami efekty specjalne – po prostu w wielu scenach jest za dużo CGI, przez co znikają aktorzy i postaci, które odgrywają. Całość może wydawać się żywcem wycięta z kinowego zwiastuna gry komputerowej.

Gra aktorska, jak to zwykle u Marvela, stoi na wysokim poziomie. Co jednak warte zaznaczenia, mimo że kreacja Chadwicka Bosemana w roli tytułowej jest dobra, to aktorzy drugoplanowi kradną show, na czele z Andy Serkisem, Letitią Wright i Michaelem B. Jordanem. Ten ostatni stworzył jednego z lepszych czarnych charakterów w całym MCU – mamy w końcu postać, której motywacje są jasne, czytelne i na pewno spora część widzów mogłaby się z nimi utożsamiać.

To co w tym filmie mi przeszkadza, to jego płytki scenariusz. Czarna Pantera opowiada historię banalną. Gdzieś w 1/3 filmu już doskonale wiadomo, w jakim kierunku to wszystko zmierza, przez co czułem się momentami znudzony. Niektóre dialogi są trochę zbyt napuszone. Ja wiem, że rzecz dzieje się głównie na dworze królewskim, a nie na przedmieściach Nowego Jorku, niemniej jednak to nadęcie mogłoby zostać trochę bardziej spuszczone niż tylko poprzez pojedyncze humorystyczne wstawki Shuri – młodszej siostry głównego bohatera. Również sceny walk pozostawiają sporo do życzenia – daleko im do „Kapitana Ameryki: Wojny bohaterów” – są za bardzo przesycone CGI, czasami nawet rozmyte na tyle, że ciężko się połapać co się aktualnie dzieje na ekranie. To wszystko sprawia, że mimo szczerych chęci, nie potrafię się tym filmem zachwycić.

Sama warstwa wizualna nie wystarcza moim zdaniem do stawiania tego filmu na równi z najlepszymi produkcjami MCU. Ogląda się go przyjemnie, oczy się cieszą, jednak kuleje sama historia, która jest mocno przewidywalna. I tak, w wielu kwestiach ten Czarna Pantera jest powiewem świeżości dla MCU. Wprowadza przede wszystkim nową krainę i stawia na pierwszym planie bohaterów czarnoskórych. Daje nam też ciekawych antagonistów, jednak to nie wystarcza, by film stał się przełomem czy rewolucją dla MCU. Tę mam nadzieję, że przyniesie nadchodząca wielkimi krokami „Wojna bez granic”.

Author: Mateusz Nowak

Podziel się artykułem na

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *