Dyktat umowy społecznej

Co jakiś czas powraca w dyskusjach nad prawem czy moralnością hasło „umowa społeczna”. Zdaje się ona być swoistym dogmatem po wielu stronach sceny politycznej. Czy słusznie?


Umową społeczną zajmowali się filozofowie wszystkich niemal epok. Miała być ona źródłem prawa, jego zaczątkiem, metodą utrzymania porządku społecznego… Czy jednak nie jest ona czasem stawiana na piedestale wyższym niż na to zasługuje? Pytanie to wynika z dwóch źródeł: pierwsza, to moja rozmowa na twitterze z dwoma panami, liberałami na temat aborcji, druga – wywiad, jakiego Onetowi udzieliła pani Bratkowska. Pierwsi twierdzili, że kwestię uczłowieczenia płodu może dyktować prawo w oderwaniu od nauk empirycznych, bo prawo nie z nimi nic wspólnego, za to ważna jest umowa społeczna. Pani Bratkowska zaś oskarżała biskupów o to, że prezentują swoje poglądy bez podparcia autorytetem (a jakże) umowy społecznej.

Obrona mniejszości

Zaskakującym jest sposób, w jaki na umowę społeczną powołują się zwolennicy idei raczej niszowych. Wybory w ubiegły roku pokazały, że lewica ma na razie w Polsce pod górkę, podobnie jak zwolennicy prawa minimalnego, stanowiącego jedynie gwarancję wykorzystania pełnych i niczym nieograniczonych swobód obywatelskich. Tak więc, lewica obyczajowa domaga się, by prawo opierało się na konsensusie, a nie obiektywnych źródłach naszej wiedzy o ludzkiej kondycji i biologii. Tylko taki układ gwarantuje zwolennikom aborcji, homoseksualizmu czy seksualnego wyzwolenia jakąś podstawę do wysuwania postulatów prawnych. Jeśli coraz więcej danych wskazuje na to, że się mylą, muszą odnosić się do opinii społecznej jako autorytetu nadrzędnego w demokracji. Niestety, bardzo często lewicowiec nie potrafi uwierzyć w to, że opinia społeczna nie jest skłonna umówić się tak, jak on chce.

Z kolei dla liberałów umowa społeczna nabiera znaczenia symbolu, gdyż odrywa jednostkę od jakiegoś wyższego autorytetu, który narzucałby jednoznaczny kanon postępowania. Dane społeczeństwo może po prostu ustalić, jakimi zasadami będą się kierować jego członkowie. W ten sposób każdy jest wolny do znalezienia sobie takiej społeczności, która by mu odpowiadała, a jeśli zmienią się warunki, społeczność może dostosować do nich zasady moralne. Normy moralne ustalane są przez ludzi, którzy ewentualnie mogą odnieść się do Boga, ale nie mogą narzucić jej nikomu.

Kto się umawia?

Cały problem umowy społecznej rozbija się o twardy i niewzruszony mur realiów. Spytajmy na początek: co to jest „społeczeństwo”? Możemy otrzymać wiele odpowiedzi, ale na potrzeby dyskusji o umowie społecznej przyjmijmy, że społeczność oznacza grupę ludzi związanych pewną wspólną cechą, na przykład żyjących według tych samych zasad lub na tym samym terenie. Z tym, że tutaj można zauważyć rozbieżność teorii z praktyką. Czy Polacy są społeczeństwem – żyją wszak na jednym terenie i podlegają jednemu prawu? A jednak są miejsca i grupy, gdzie to prawo w sumie nie obowiązuje. Państwo stara się takie miejsca eliminować, a jednak nie jest w stanie tego celu w pełni osiągnąć.

Czy grupa ludzi, którzy uważają, że „ukraść samochód komuś spoza osiedla to dobrze, ale ukraść sąsiadowi to źle” już tworzy w ten sposób umowę społeczną? Zapewne zaraz jakiś fanatyk konsensusu społecznego odpowie, że w żadnym razie, że to nie społeczeństwo, a gang. A jednak są spore grupy odrzucające powszechnie przyjęty kanon zachowań i preferujące ten mocno sprzeczny z prawem. Mogą to być grupy liczniejsze lub mniejsze, ale są. Podobnie jest z sytuacją w Szwecji, gdzie pewne dzielnice są praktycznie poza kontrolą społeczeństwa „szwedzkiego”, a są właściwie enklawami innego społeczeństwa, kierującego się szariatem, „islamskiego”.

Skąd dobro?

Umowa społeczna jako teoria organizowania się grupy ludzi jest w zasadzie obojętna wierze katolickiej. Problem pojawia się, gdy jej założenia są nakładane na moralność czy też dogmaty. Chrześcijaństwo nie jest demokratyczne – nie rządzi Lud Boży, ale jego Głowa, Chrystus. To On decyduje, co jest dobre, a co złe. Jako Stwórca świata i człowieka zna mechanizmy rządzące nimi i doskonale wie, co człowiekowi szkodzi, a co jest dla niego korzystne. I tę wizje widać na kartach Biblii – o co oskarżają Lota mieszkańcy Sodomy? O to, że będąc w sumie obcym, nie chce się podporządkować tamtejszym zwyczajom, według których gościnność musi ustąpić zachciankom łóżkowym sąsiada. Podobnie Izraelici często sami sobie szkodzą – czego najlepszym dowodem jest to, że demokratycznie wybrali sobie monarchię wbrew woli Boga (1 Sm 8, 18).

Obecna moda na akcentowanie umowy społecznej stanowi element szerszego zjawiska, mianowicie odrzucenia autorytetu Boga. Sekularyzacja społeczeństwa powoduje, iż w sytuacji, gdy znika wyższe źródło moralności, a technologia coraz bardziej daje nam kontrolę nad naturą człowiek pozwala sobie przypisywać niemalże boskie prerogatywy. Dochodzi do tego silny subiektywizm, wynikający nie tylko z multikulturalności społeczeństw, ale także z rozwarstwienia społecznego i podziałów politycznych. Nawet konserwatyści stają się chętnie heretykami (od gr. hairesen, „swobodnie wybierać”) odnosząc się do wiary, gdy trzeba uderzyć w lewicę, a innym razem preferując społeczny czy ekonomiczny darwinizm. Nie bez znaczenia jest także kult pieniądza, który staje się celem podstawowym wszelkiej działalności ludzkiej.

Nawet patrząc z perspektywy „świeckiej” niepokojąca jest chwała oddawana umowie społecznej ponad naukę. Wiadomo – naukę ustalają naukowcy, a tu nie do każdego jest dostęp, nie każdy chce prezentować odpowiednie wyniki badań. Tymczasem media pozwalają dość prosto wywołać odpowiednie nastroje społeczne i wymusić niejako taki a nie inny kształt umowy społecznej.

Gdy człowiek z tych czy innych powodów przypisuje sobie boską godność czy uważa się za zdolnego przejąć Jego obowiązki, zawsze prowadzi to do tragedii. Fenomen fascynacji umową społeczną każe nam zastanowić się, czy sami nie kopiemy sobie grobu.

Author: Rafał Growiec

Podziel się artykułem na

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *