Raport z (bez)bożnego miasta

Jak to jest być chrześcijaninem w samym środku jednej z największych duchowych pustyni świata? Czy misje w dalekich zakątkach Afryki, Azji, Ameryki mają jeszcze sens? Kilka słów o potrzebie rechrystianizacji, ewangelizacji i niewydolności europejskiego serca.


W Polsce słyszy się co nieco o zamykaniu kościołów i zamienianiu ich na muzea, galerie sztuki czy kawiarnie. Kiwamy wtedy smutno głową, po czym wracamy do swoich zajęć, ciesząc się, że „to” dzieje się gdzieś daleko. Tymczasem najbardziej jałowe duchowo miejsca tego świata znajdują się tuż za naszą zachodnią i południową granicą i potrzebna im jest ewangelizacja. W dziedzinie sekularyzacji prym wiodą Czechy, a tuż z nimi plasują się wschodnie Niemcy z Berlinem.

W tym właśnie mieście przyszło mi studiować i mieszkać. A ponadto skonfrontować moją wiarę z zupełnie odmiennymi możliwościami jej praktykowania. Wiarę wyniesioną z tradycyjnego polskiego katolickiego domu, będącą nie mniej jednak owocem świadomej decyzji o dopuszczeniu Pana Boga do mojego życia. Różnica jest naprawdę olbrzymia. Większość polskich chrześcijan nie zdaje sobie sprawy z tego, jak dogodne warunki do praktykowania oraz rozwoju wiary panują w „nadwiślańskim skansenie”, jak niektórzy chcieliby to widzieć. Lepszy skansen czy pustynia? Oto jest pytanie…

BYĆ JAK BABCIA

Religia nie jest wprawdzie pierwszym tematem, jaki porusza się przy poznawaniu nowych ludzi. Jednak krzyżyk wiszący na szyi czy znak krzyża czyniony w uniwersyteckiej stołówce przed jedzeniem zaczął prowokować takie pytania. Dość szybko okazało się, że z mojej 9-osobowej grupy tylko ja regularnie chodzę do kościoła. Niektórzy dwa razy dopytywali, czy naprawdę uczestniczę w mszy świętej co niedzielę, z niedowierzaniem zastanawiając się, skąd mam tyle czasu. Większość z nich jest ochrzczona, określa się nawet mianem „wierzących”, ale do świątyń zagląda co najwyżej z okazji ślubów i Bożego Narodzenia, bo „wtedy jest tak fajnie”.

Wszystko ponadto byłoby stanowczo zbyt męczące. To i tak było jedynie preludium. Kiedyś w czasie dłuższej przerwy wywiązała się dyskusja o przykazaniach oraz katolickiej moralności. Moi znajomi byli w ciężkim szoku, kiedy dowiedzieli się, że można stosować się do tych zasad, pozostając jednocześnie całkiem „normalną” osobą, z którą można od serca pogadać, a nawet się z nią zaprzyjaźnić. Coś takiego! Jedna z koleżanek z rozbrajającą szczerością powiedziała mi, że widzi bardzo duże podobieństwo między mną a swoją babcią i że to jak najbardziej pozytywne wrażenie. Tylko ta subtelna różnica pokoleń – pomyślałam sobie…

SAMI SWOI

Z tą babcią coś jest jednak na rzeczy. Na mszy świętej w dni powszednie jestem zazwyczaj najmłodsza. Średnia wieku plasuje się około 60. roku życia. Zdecydowaną większość stanowią kobiety. Niemal wszyscy znamy się z widzenia. Trudno przecież nie rozpoznawać tych samych kilkunastu twarzy, które widzi się prawie codziennie. Fakt, że mamy codziennie msze święte poprzedzone adoracją eucharystyczną to prawdziwy ewenement. Kościół ten należy do dużej parafii w tzw. „dobrej” dzielnicy, zamieszkałej głównie przez rodziny z dziećmi. W niedzielę odprawiana jest tylko jedna msza święta, ale ławki nigdy nie są pełne. Proboszcz pochodzi z Polski, a wikary jest Francuzem. Sporo wiernych to imigranci. Należące do sąsiedniej parafii duszpasterstwo akademickie to jedyna tego typu wspólnota na całe miasto, w którym uczą się dziesiątki tysięcy młodych ludzi.

O CO CHODZI?  

Jakiś czas temu charyzmatyczna chrześcijańska wspólnota Chemin Neuf zorganizowała na Alexanderplatz (centralny punkt Berlina, przez który przewija się w ciągu godziny 10 tys. ludzi) ewangelizacyjny happening z pantomimą przedstawiającą Jezusa wyzwalającego człowieka ze zniewolenia, depresji, beznadziei. Wiele osób przystawało, nagrywało filmiki telefonami. Część podchodziła, by porozmawiać. Niektórzy nawet płakali. Okazało się, że ludzie w wielkim europejskim mieście nie mają pojęcia, kim był/jest Jezus. Sporo osób nie zdaje sobie sprawy, iż była to postać historyczna, a nie tylko wytwór chrześcijańskiej wyobraźni. Tym razem to ja byłam w szoku. Jak to możliwe, że ci ludzie nigdy nie słyszeli Dobrej Nowiny? W środku Europy, o której mówiło się, iż jest sercem chrześcijaństwa. Jeśli rzeczywiście tak jest, to serce to cierpi na ostrą niewydolność. Zaraz nasuwa się pytanie: jak długo da jeszcze radę bić?

PRZECIWNY KIERUNEK

Przytoczone historie pokazują, że Kościół powinien zastanowić się nad tym, kto obecnie najbardziej potrzebuje ewangelizacji. Czy na pewno powinniśmy wysyłać europejskich misjonarzy do Afryki, Ameryki Południowej itd.? Myślę, że tak. Ale to musi działać też w drugą stronę. Ewangelizacja powinna również mieć miejsce tutaj, w Europie. We Francji nie dziwią już „przyjezdni” kapłani z Indii, Ghany, Filipin. Teraz kraje misyjne na nowo chrystianizują Stary Kontynent, który bardzo chce zapomnieć o korzeniach swojej tożsamości.

Można by powiedzieć: chichot historii. Jakże ironiczny. Nie chodzi w tym wszystkim o to, by narzekać i snuć czarne wizje, lecz by spróbować podjąć sensowne działania, które zatrzymają sekularyzacyjny trend w Europie. Brak wiary nie wynika przeważnie ze złej woli. Problemem jest to, że nikt tym ludziom nie opowiedział we właściwy sposób o żywym i kochającym Bogu, pragnącym budować relację z człowiekiem tu i teraz. Potrzeba więc nie tyle kaznodziejów, co autentycznych świadków, także świeckich, będących niczym małe oazy na duchowej pustyni, dla których ewangelizacja innych będzie czymś oczywistym. Oazy, które będą miały potencjał przekształcić się w wielkie tętniące życiem miasta.

Author: Małgorzata Różycka

Studentka medycyny na berlińskiej Charite. Pasjonatka żeglarstwa i podróży tam, gdzie oczy (i nogi) poniosą.

Podziel się artykułem na

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *