Słowa warte lajka, czyli o literaturze na Facebooku

Medialni eksperci, publicyści i medioznawcy dawno już ogłosili zmierzch rzeczywistego świata i proklamowali nadejście czasów nowej rzeczywistości – rzeczywistości 2.0 gdzie rządzi… Facebook.


Internet staje się pierwszym źródłem informacji, otwartą przez całą dobę galerią handlową, a nawet… miejscem spotkań ze znajomymi. Nic dziwnego więc, że i literaturę coraz częściej – miast na pachnących farbą drukarską kartach książek – znaleźć możemy w przepastnych przestrzeniach popularnych portali społecznościowych.

„Nie masz konta na Fejsie, nie istniejesz” – o ile nad słusznością tej tezy w kontekście zwykłych śmiertelników można jeszcze skutecznie się spierać, o tyle odniesiona do ludzi słowa: pisarzy, dziennikarzy, reportażystów – jest ona prawdą bezsprzeczną. Praktycznie nie istnieją dziś literaci, którzy nie posiadaliby swojego konta na tym popularnym serwisie. Powody są rozmaite. Od możliwości bezpośredniego dotarcia do odbiorcy z promocją prowadzonej przez siebie działalności – uniwersalnej dla każdego człowieka, starającego się zaistnieć w przestrzeni publicznej (a tym przecież właśnie jest tworzenie swoich tekstów z myślą nie o szufladzie, lecz publikacji) – przez możliwość osobistego kontaktu z czytelnikiem, a tym samym zebrania z pierwszej ręki danych o odbiorze swoich tekstów, aż po… przeprowadzanie eksperymentów literackich na żywym organizmie. I ten właśnie sposób wykorzystywania Facebooka warty jest krótkiej analizy.

Facebook dla wielu literatów jest swoistego rodzaju laboratorium, gdzie pomysły, frazy, narracje – zanim zostaną opublikowane drukiem – zostają poddane skrupulatnym testom. Stąd profile ludzi parających się w życiu zawodowym sztuką układania słów obfitują w przeróżne małe formy literackie: od statusów komentujących dowcipnie bieżące wydarzenia, przez krótkie, rytmiczne wierszyki i podsłuchane w codziennym życiu miejskiej dżungli dialogi przechodniów – aż po anegdotki z zaskakującą, celną puentą, rozbudowane do rozmiarów miniopowiadań. A wszystko to sygnowane literackim znakiem jakości autora – a więc z gwarancją świetnego pióra, ale tworzącego statusy z poszanowaniem bezdusznych zasad Facebooka: zwięźle, lekko i atrakcyjnie. Byle tylko przykuło uwagę. Bo przykucie uwagi znudzonych użytkowników, skrolujących beznamiętnie płynący bez wytchnienia po fejsbukowej tablicy potok treści, może przerodzić się w lajki, komentarze i udostępnienia – te zaś, dzięki algorytmom serwisu: w najlepszą możliwą promocję autora.

SŁOWA NA WIATR

Facebook serwuje literaturę, która jest ulotna. Można porównać ją do płonącej – nomen omen – kartki papieru: ogień jest intensywny, ale krótkotrwały. Opublikowany status żyje tak naprawdę kilka, kilkanaście godzin, później ginie w odmętach kolejnych postów, zdjęć, anegdotek. I w tym – paradoksalnie – największa zaleta publikowania na Facebooku. Udany status przysporzy autorowi kilku nowych obserwujących i – można być pewnym – zostanie wykorzystany powtórnie, przykładowo: poprzez zgrabne wplecenie go do tworzonej właśnie książki, o nieudanym zaś (‘nieudanym’ w znaczeniu – ‘przeszłym bez echa’) po chwili nikt już nie będzie pamiętał.

Publikowanie na Facebook to dla piszących inwestycja tak naprawdę bez żadnego ryzyka. Teza ta jest prawdziwa przy założeniu, że piszący nie przekroczy w szokujący sposób granic dobrego smaku bądź elementarnej wiedzy – wówczas bowiem można z kolei być pewnym, że status ów zostanie w odpowiednim czasie wykorzystany przeciwko autorowi – zgodnie z prastarą zasadą, że co raz zostało wrzucone do Internetu, nie ginie już nigdy. Choć, z drugiej strony, skandalizujące posty również mogą być furtką do popularności – nie zawsze jednak zgodnej z marką i reputacją, którą dany autor mozolnie starał się budować.

Wbrew pozorom literatura fejsbukowa nie jest gałęzią zupełnie świeżą i bezprecedensową, żadnym tam dzieckiem swoich czasów, powstałym wraz z chwilą założenia społecznościowego giganta z Menlo Park. Jej korzeni można szukać w literackich sztambuchach, dziennikach i marginaliach wszystkich czasów. Od swoich poprzedników różni ją tylko to, że zapisywane niegdyś na ostatnich stronach notesów szkice i ulotne impresje teraz można od razu poddać weryfikacji czytelników. W tym znaczeniu przywodzi ona na myśl dziewiętnastowieczne powieści drukowane w gazetach w odcinkach – każdy fragment komentowany był przez czytających na bieżąco, a pisarze często uwzględniali w finalnych wersjach książek uwagi zgłaszane przez czytelników w listach, którymi zasypywane były redakcje po wyjściu każdego numeru czasopisma.

Literatura, którą reprezentantem jest Facebook, potencjalnie spełnia rolę opiniotwórczą. Najpopularniejsze statusy zyskują przecież tysiące udostępnień, trafiając tak naprawdę do milionów ludzi – dobrym przykładem są minireportaże o imigrantach, które, podawane dalej kolejnymi lajkami i udostępnieniami, nie tak dawno zalewały masowo nasze tablice. Z uwagi na ten fakt oraz częste osadzenie w bieżącej sytuacji społeczno-politycznej można również pokusić się o porównanie tej formy do prasowych felietonów. Felietonami zajmują się zazwyczaj największe dziennikarskie tuzy, dorobienie się w gazecie własnej niewielkiej, stałej rubryki z możliwością regularnego komentowania bieżącej rzeczywistości stanowiło od zawsze symbol literackiego awansu autora – sami zaś czytelnicy niejednokrotnie zaczynają lekturę nowego numeru ulubionej gazety właśnie od rzucenia okiem na te krótkie, inspirujące literackie minidziełka.

Zaczynają… i w zasadzie tyle – felietonami można się zachwycić, mało kto jednak zachowuje je na przyszłość z myślą, by jeszcze kiedyś do nich wrócić. Co najwyżej liczy się, że za jakiś czas ukażą się drukiem w jakiejś okolicznościowej antologii. Podobnie ma się rzecz z literaturą fejsbukową – dopiero niedawno pojawiły się próby wydawania zbiorów tekstów, które swoją premierę miały na łamach portalu społecznościowego. Taki charakter miał chociażby pakiet e-booków dystrybuowany w 2014 r. przez BookRage w nowatorskiej formie: klient sam decydował, ile zapłaci i jaka część tej kwoty przypadnie autorom. Była to próba powiedzenia „sprawdzam” przez wszystkich tych, których społecznościowi czytelnicy namawiali w komentarzach do wydania książek – obiecując, że będą pierwszymi, którzy pobiegną do księgarni. W ciągu 14 dni trwania akcji sprzedano blisko 2000 pakietów.

OD ZERA DO BESTSELLERA

Nieco osobną kategorią są ci twórcy, których dorobek wydawniczy jest relatywnie skromny – na Facebooku zaś, gdzie popyt i podaż regulowane są lajkami i followersami, dzierżą miano literackich władców absolutnych. Ich króciutkie, zaczerpnięte z życia codziennego, dostarczane regularnie statusiki są prawdziwymi literackimi perełkami. Z racji ograniczonego miejsca nie sposób wymienić tu wszystkich, należy wszakże przedstawić trzy osoby, których czytać warto, a nie znać po prostu nie wypada. Pierwszą z nich jest Łukasz Najder (ponad 6400 obserwujących), w świecie realnym – redaktor wydawnictwa Czarne, w świecie wirtualnym – bezkonkurencyjny mistrz fejsbukowej epiki, piewca Polski codziennej, zwyczajnej, twórca legendarnych statusów podsłuchanych  w tramwaju linii 46 z Łodzi do Zgierza.

Następnie Jakobe Mansztajn (ponad 1900 lubiących jego autorski fanpejdż) – znany szerzej jako twórca bloga „Make life harder”, poza tym: utalentowany poeta i celny oberwator rzeczywistosci. Wreszcie Julia Szychowiak (ponad 5500 obserwujących) – poetka, autorka lapidarnych, neurotycznych, dosadnych statusów, spośród których największą popularnością cieszą się te, w których pojawia się postać jej wręcz kultowego już ojca. Jej słynny post o windzie stał się inspiracją do stworzenia w komentarzach dziesiątek zabawnych wierszyków, będących prawdopodobnie najlepszą w historii oddolną kampanią promującą czytelnictwo.

Pisarzem na portalu Facebook zostać może tak naprawdę każdy. Rzecz jasna, nie każda anegdotka z porannej kolejki w spożywczaku może aspirować do miana literatury – trudno bowiem tak naprawdę wyczuć granicę, za którą zwykły status zamienia się w literacką prozę w pełnym tego słowa znaczeniu (odpowiednim kryterium wydaje się właściwa pisarzom „świadomość operowania słowem dla osiągnięcia określonego efektu”). Warto wszakże pamiętać, że w rzeczywistości 2.0 wirtualne wpisy mogą stać się fundamentem zupełnie realnej literackiej kariery – droga popularnego dziś blogera Jasona Hunta (dawnego Kominka) do wydania bestsellerowego „Thorna” zaczęła się od opublikowanej w Internecie tyrady o problemach z ugotowaniem budyniu.

 


ZOBACZ TAKŻE:

Pokolenie emocjonalnych ekshibicjonistów

 

Author: Mateusz Mazur

Podziel się artykułem na