Ile waży wolność?

W Berlinie właśnie dobiegł końca największy zagraniczny festiwal polskiego kina ”filmPOLSKA”.  W ciągu kilkunastu dni zaprezentowano przegląd najlepszych produkcji z ostatniego roku, kilka obrazów z łódzkiej szkoły filmowej oraz starsze filmy w ramach retrospekcji. Do najważniejszych festiwalowych wydarzeń należała także projekcja nagrodzonego Srebrnym Niedźwiedziem dzieła Tomasza Wasilewskiego pt. „Zjednoczone stany miłości”.


Polskie kino nie jest zbyt dobrze znane zagranicznym widzom z wielu powodów. Słaba promocja, brak zainteresowania, czy też hermetyczność i wymóg znajomości uwarunkowań kulturowych to tylko kilka z nich. Oczywiście można dorzucić do tego jeszcze parę teorii spiskowych i wyjaśnienie gotowe. Mimo to są miejsca, gdzie polska kinematografia z powodzeniem dociera, zyskując coraz większe grono sympatyków. Należy do nich z całą pewnością Berlin, gdzie od 11 lat odbywa się festiwal „filmPOLSKA”, prezentujący rokrocznie polski dorobek filmowy. Publiczność dopisuje nie tylko ze względu na  liczbę Polaków mieszkających w niemieckiej stolicy, ale również dzięki autentycznemu zainteresowaniu berlińczyków polską kulturą, a zwłaszcza kinem – ambitnym, oryginalnym i coraz częściej nagradzanym na międzynarodowych imprezach. Za bardzo dobry przykład może posłużyć film „Zjednoczone stany miłości” młodego polskiego reżysera Tomasza Wasilewskiego, nagrodzony w lutym Srebrnym Niedźwiedziem za scenariusz.

Akcja filmu toczy się w małym mieście na początku 1990 roku. Przełomowe wydarzenia 1989 roku nadały wielkiej historii nowy bieg, a pomiędzy jej meandrami snują się życiorysy czterech kobiet, którym zmiana tyle samo dała, co zaszkodziła. Wszystkie je łączy przygnębiające szare blokowisko i klatka schodowa, gdzie co chwila przecinają się ich ścieżki. Nowy powiew wolności wydobywa z ukrycia wyparte niemal marzenia. Agata (Julia Kijowska) dusząc się w przeżywającym kryzys małżeństwie, zakochuje się młodym wikarym. Marzena (Marta Nieradkiewicz), borykająca się z osamotnieniem i tęsknotą za mężem pracującym w Niemczech Zachodnich,  ciągle ma nadzieję na karierę modelki. Mieszkająca obok nauczycielka Renata skrywa fascynację młodą, urodziwą sąsiadką, podczas gdy Iza, siostra Marzeny, wikła się w beznadziejny romans z ojcem swojej uczennicy. Każda z nich nosi w sobie jakieś wielkie pragnienie, którego jednak nie może lub nie ma odwagi spełnić. Wolność zawitała na osiedle jakby na pół gwizdka: w wypożyczalni kaset VHS jest co prawda więcej zachodnich filmów, jednak w głowach i domach bohaterów zmieniło się bardzo niewiele.

Tomaszowi Wasilewskiemu udało się w pełni stworzyć film przenoszący widza w realia początku lat 90. Dzięki odpowiednim filtrom obraz jest jakby prześwietlony, niczym oryginalne nagrania z tamtych czasów. Małe nasycenie kolorów podkreśla szarość bloków z wielkiej płyty oraz szarość rzeczywistości, w jakiej przyszło żyć bohaterom. Kamera „biegnie” często razem z postacią, pokazuje świat z jej perspektywy, co daje efekt niebywałego spoufalenia z widzem. Reżyser, podobnie jak Krzysztof Kieślowski, kreśli bardzo intymne portrety swoich bohaterów. Jest z nimi przy niedzielnym obiedzie z kotletem, w ich sypialniach, a także wtedy, gdy oddają się swoim głęboko skrywanym marzeniom. Takie intymne portrety robią na widzu spore wrażenie, jednak nie angażują go emocjonalnie  na siłę, co stanowi niewątpliwie dużą zaletę tego filmu. Gra aktorów to prawdziwy majstersztyk: dopracowana, wyważona, choć niejednokrotnie ocierająca się o brawurę. Gdyby komuś miała się nie spodobać fabuła, to dla tych czterech doskonałych aktorek – Kijowskiej, Kolak, Cieleckiej i Nieradkiewicz- absolutnie warto pójść do kina.

W „Zjednoczonych stanach miłości” brakuje trochę odpowiedniej muzyki.  Poniekąd pasuje to do surowości tego filmu, mimo to pozostaje jakiś taki niezdrowy niedosyt, bo ścieżka muzyczna do tej produkcji byłaby zapewne dobra, jeśli nie bardzo dobra. Pewnie złagodziłaby też jej zbyt nachalne momentami czarnowidztwo. Drugim mankamentem jest nadmiar scen erotycznych oraz ich długość. Reżyser nie oszczędza ani aktorów ani widzów. Choć daleko mi do wiktoriańskiej pruderii, to dosadne ujęcia beznamiętnego seksu w dworcowej toalecie przekraczają moją definicję licentia poetica. Nie mieści się w niej także brutalna scena wykorzystywania seksualnego odurzonej dziewczyny. Po takich obrazach można bardzo łatwo zyskać poczucie, że nasza seksualność to wyraz najmroczniejszych zakątków osobowości i nie ma w niej nic z miłości. Jakby film sam w sobie nie był już wystarczająco depresyjny.

„Zjednoczone stany miłości” to na pewno obowiązkowa pozycja dla każdego polskiego kinomana. Premiera nad Wisłą została zaplanowana na 29 lipca, więc warto wpisać w wakacyjny grafik wizytę w kinie. Tomasz Wasilewski z jednej pokazał początek lat 90., który dla wielu ludzi oznacza żywe wspomnienia z nie aż tak bardzo odległej przeszłości, a z drugiej stworzył uniwersalną opowieść o wolności i jej wielowymiarowości. O wolności, która może być prawdziwym ciężarem. Mentalna klatka, w której żyją bohaterki otwiera się, ale to jeszcze wcale nie oznacza, że będą w stanie z niej wyjść i że będą tego chciały. „Zjednoczone stany miłości” to gorzki obraz pozbawiający złudzeń, lubujący się w pokazywaniu tego, co skrywane, wstydliwe i jakoś nie do końca realne, bo życie to nie tylko godne politowania miotanie się między „chcieć” a „móc”. Tę egzaltację smutkiem można reżyserowi wybaczyć ze względu na młody wiek i związaną z tym tendencję do przejaskrawiania. Nie ż mogło być wtedy aż tak źle, skoro udało się nam przetrwać w nienajgorszej kondycji kolejne dwadzieścia parę lat. Na tyle dobrej, że możemy wybrać się w wakacje do kina na naprawdę interesujący film.

Author: Małgorzata Różycka

Studentka medycyny na berlińskiej Charite. Pasjonatka żeglarstwa i podróży tam, gdzie oczy (i nogi) poniosą.

Podziel się artykułem na

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *