Jak „ugryźć” „Hymn o miłości”?

„Gdybym mówił językami ludzi i aniołów, a miłości bym nie miał, stałbym się jak miedź brzęcząca albo cymbał brzmiący”. Pięknie św. Paweł napisał. Ale po co? Do kogo? Kiedy? Być może odpowiedź na te pytania pozwoli nam lepiej zrozumieć sławny „Hymn o miłości”.


Orka na ugorze

Zacznijmy może od tego, do kogo napisał święty Paweł swoje listy do Koryntian. Uwaga, kilka zaskakujących informacji. Po pierwsze, adresatami są Koryntianie, czyli mieszkańcy greckiego miasta znanego od mniej więcej IX wieku przed naszą erą. Zburzone w 146 r. p.n.e., zostało odbudowane na rozkaz Juliusza Cezara tuż przed jego śmiercią jako Colonia Laus Iulia Corinthus, a dwadzieścia lat później stało się stolicą prowincji senatorskiej Achai. Podczas gdy Ateny miały ledwo pięć tysięcy mieszkańców, Korynt mógł być zamieszkany nawet przez pół miliona ludzi. Ostrożne szacunki mówią o trzystu tysiącach. Był wielkim centrum handlowym, wojskowym, politycznym, gdzie wiele ludzi żyło z usług oferowanych przybywającym do portów w Kenchrach i Lechajonie – czy to wynajmując się jako wioślarze, szyjąc namioty i reperując żagle (jak św. Paweł), lepiąc garnki na wodę i oleje w dzielnicy Keramejkos, i gdzie kamienną rynną Diolkos transportowano lądem statki przez Przesmyk Koryncki. Cesarze, którzy chcieli przekopać kanał wodny mieli pecha – szybko umierali.

W kontekście miłości Korynt zdaje się najgorszym możliwym skojarzeniem. W tutejszej świątyni Afrodyty Porne rezydowały hierodule, nierządnice sakralne, których liczbę szacuje się na blisko tysiąc. Stąd po dziś dzień „miłości koryncka” to miłość płatna. Także wrażenie anonimowości w olbrzymim tyglu helleńsko-greckim, gdzie krzyżowały się wszelkie możliwe szlaki handlowe, sprawiało, że łatwiej było o rozwiązłość.

Ten klimat udzielał się chrześcijanom, których św. Paweł nawiedził dwukrotnie: mniej więcej w latach 51-53 i 56-57. Swoją koryncką owczarnię, mimo całej do niej miłości, Apostoł Narodów uważa za żyjących jak poganie, skłóconych i niemoralnych. Raz przypominają Żydów szukających znaków, innym razem filozofujących Greków, zaś Paweł głosi im „Chrystusa ukrzyżowanego, który jest zgorszeniem dla Żydów, a głupstwem dla pogan” (1, 24). Jednak nie tylko to było powodem napisania listu, a być może całej serii listów z Efezu około roku 57. Problemem były także grupy charyzmatyków, którzy właśnie dary Ducha Świętego uważali za najważniejsze w chrześcijaństwie i  stale sprzeczali się o ich hierarchię. Temu poświęcony jest cały dwunasty rozdział 1 Listu do Koryntian, tak samo czternasty. Zwieńczeniem jest jednak przesławny „Hymn o miłości” (13, 1-13), prawdopodobnie najczęściej cytowany (nie tylko na ślubach) tekst nowotestamentalny.

Doskonalsza droga

W rozdziale dwunastym Paweł ostro krytykuje tych, którzy chcieliby ułożyć hierarchię charyzmatów. Przede wszystkim odrzuca tych, którzy pod tym pretekstem bluźnią Bogu (12, 3). Prawdopodobnie zdarzali się i tacy, co wpadając w uniesienie niby to prorockie, wprowadzali zamęt i zamieszanie: „Jak to? Duch Święty mówi, że Jezus jest przeklęty?”. Uporawszy się z tym, Paweł tłumaczy Koryntianom, że nieważne, kto ma jaki charyzmat, gdyż „różne są dary łaski, lecz jeden Duch” (12, 4). Tak, jak ciało ludzkie składa się z wielu członków, które są od siebie różne, tak samo Kościół, będący Ciałem Chrystusa, składa się z wielu różnych ludzi (12, 12). Tak jak noga, choć inna od ręki, nie jest od niej mniej ważna, tak samo charyzmatyk-lingwista nie jest gorszy od charyzmatyka-proroka. Absurdem wręcz by było, gdyby wszyscy chcieli prorokować, albo gdyby wszyscy chcieli rozpoznawać (12, 18).

„Ale co to ma do miłości?”. Bardzo wiele. Paweł chce wskazać swoim wiernym to, co sprawia, że te członki są w stanie żyć ze sobą pomimo różnic. Gdyż gdy cierpi jedna część ciała, cierpi całe ciało – tak samo w Kościele. Apostoł Narodów chce pokazać, że jest coś większego niż charyzmaty, choć te są potrzebne; coś, bez czego nie mogą one istnieć, a wręcz są nic niewarte. „Lecz wy starajcie się o większe dary, a ja wam wskażę drogę jeszcze doskonalszą” – mówi (12, 31), nie odrzucając charyzmatów, ale ustawiając je w odpowiednim kontekście i miejscu.

Ale o jakiej miłości mówi Paweł? Bo Grecy znali wiele jej rodzajów: eros, filia, agape, storge. Każda ma swój odcień, swoją specyfikę. Wielu ludzi po dziś gubi się w swoich uczuciach, nie potrafiąc odróżnić jednego od drugiego.  „Eros” to pożądanie, miłość zmysłowa, pragnienie piękna. „Filia” to miłość przyjaźni, znajdująca ujście bp. w filantropii – przyjacielskim podejściu do każdego człowieka. „Storge” to miłość domowa, troskliwa, wybiegająca w przyszłość. Paweł pisze w 1 Kor 13, 1 o „agape”, odpowiedniku łacińskiej „caritas”. Więc jaka jest ta agape?

Cymbał brzmiący

Jako pierwsi na warsztat idą charyzmatycy mówiący językami. Znajomość wielu niezrozumiałych dla innych słów może pięknie brzmieć, ale jeśli człowiek posługujący się nimi nie ma w sobie miłości, wtedy sam przypomina najtańsze możliwe instrumenty – ładnie brzmiące, ale w sumie nic nie warte, puste w środku (13, 1). Podobnie jest z innymi darami Ducha – znajomość Bożych planów, wiara czyniąca cuda – tracą sens, gdy są „suche”, skupione tylko na sobie.

Podobnie „świeckie” uczynki nie dają nic, jeśli nie są podyktowane dobrem innych. Paweł przywołuje tu dwa przykłady. Pierwszym z nich jest rozdanie całego swojego majątku na jałmużnę. Innymi słowy, zostanie żebrakiem, by wspomóc innych. Czy taki czyn może być podyktowany czym innym niż miłością?  Może – jeśli chodzi tylko o chęć przypodobania się ludziom, czyli nie chodzi o ich dobro, ale własne poczucie wartości.

Z drugim przykładem jest trudniej, gdyż wielu różnie go tłumaczy. Są dwie opcje – albo „oddanie ciała na spalenie” (tłumaczone w sensie np. poświęcenia się w akcji ratowniczej przy pożarze) albo „wydanie ciała celem chełpienia się”, „dla chwały” („ut gloriem” – wersja Neowulgaty, kontekst ten sam). Być może jest to atak w stronę greckiego ideału “eu-thanatos”, czyli “dobrej śmierci”, dopełniającej wspaniałego żywota w duchu dbania o własną sławę. W grę może wchodzić także jakiś rodzaj okazania pogardy dla tego, co doczesne. Wszystko to jednak sprowadza się do wspólnego mianownika: nawet najwspanialszy czyn popełniony nie z miłości jest tak naprawdę marnością.

Pozytywnie i negatywnie

„No, ale czym jest ta miłość dla świętego Pawła? Widzimy, że jest ważna, ale jaka jest, żeby odróżnić to, co jest niczym, co nie pomaga od miłości?”. Tu święty Paweł podaje definicję na przemian negatywną i pozytywną. raz mówiąc, jaka miłość jest, potem jaka nie jest i znowu jaka jest. Można się domyślać, że hymn był ułożony w pewnym sensie pod Koryntian i jakoś znajduje w nim odbicie charakter tej wspólnoty – to, czego im brakowało i to, co robili źle. Mimo to zachował on swoją aktualność nie tylko czasową, mimo upływu blisko dwóch mileniów od powstania. Powód tej nieprzemijalności treści? Miłość. Miłość nigdy się nie zmienia.

„Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest. Miłość nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą” (13,4). Cierpliwa – łatwo zrozumieć. Mimo tego, że doznaje z jakiegoś powodu cierpień, nie porzuca osoby kochanej, nie idzie na łatwiznę, by znaleźć jakiś lekki, łatwy i przyjemny obiekt miłości. Ale łaskawa? Co to znaczy? Oznacza tyle, co „darmowa”. Miłość to nie efekt wymiany usług czy towarów, ale samoobdarowanie sobą drugiej osoby, całkowicie niezasłużone.

„Miłość nie zazdrości” – powiada Paweł. Ale przecież Bóg, który jest Miłością i to właśnie Miłością agape-caritas (Deus Caritas Est!), ma być Bogiem zazdrosnym (por. np. Wj 20,5)! Mowa tu o dwóch rodzajach zazdrości. Czym jest zazdrość ludzka? Najgorsza zazdrość to ta, gdy dobro oznacza wyjście z grzechu, a napotyka zamiast radości jedynie zgorszenie i podejrzenia: „Jak to? Ten pijak?! Siedzi w pierwszej ławce i tak głośno śpiewa? Obłudnik pewno!”. To smutek z powodu czyjegoś dobra. W miłości objawia się ono w chęci, by mieć osobę kochaną przy sobie zawsze, by być jedynym źródłem szczęścia. Niedopuszczalne jest, by ukochany synek znalazł sobie kobietę! Niedopuszczalne jest, by żona uśmiechała się na widok kolegi z pracy! Niedopuszczalne, by ta dziołcha szła do zakonu! Tyle, że człowiek nie jest w stanie zaspokoić wszystkich potrzeb drugiego człowieka, nie jest wstanie dać mu szczęścia absolutnego. A Bóg tak. Tym się różni zazdrość Boga od zazdrości ludzkiej. Miłość, którą wychwala Paweł, jest miłością, która dostrzega i akceptuje dobro w innych ludziach.

A co to znaczy, że miłość „nie szuka poklasku”? Znaczy tyle, że nie jest na pokaz, że nie jest zależna od opinii społecznej. Że osoba kochana nie myśli o tym, „co ludzie powiedzą”, tylko o tym, co pomyśli osoba kochana. Społeczne normy poddające ostracyzmowi pewne jednostki z powodu czasem głupich błędów życiowych nie mogą zaprzepaszczać relacji międzyludzkiej. Ale w kontekście relacji z Bogiem przybiera to poważniejszy charakter: „Lecz kto się zaprze Mnie przed ludźmi, tego i zaprę się i przed Ojcem moim który, jest w niebie” (Mt 10,33).

„Nie unosi się pychą” – oznacza to tyle, że jako ci, którzy dają miłość, nie uznajemy się za półbogów, wspaniałych i cudownych tak, że już się bardziej nie da. Nie stawiamy się ponad osobą kochaną, nie traktujemy naszej miłości jako łaski wielkiego pana, który zniżył się do nędznego typa.

Miłość agape „nie jest bezwstydna, nie szuka swego” (13, 5). Bezwstyd wyraża tu odpowiednia forma słowa „aschemoneo”, czyli „zachowuję się niestosownie, błędnie”. Czyli jest adekwatna do sytuacji. Inna jest miłość przyjaciela, inna miłość rodzica, inna miłość brata, inna – narzeczonego, inna wreszcie miłość Boga do człowieka i człowieka do Boga. Mieszanie porządków szkodzi miłości, wypacza ją. Nie można traktować matki jak ojca i ojca jak matki, nie można ubóstwiać człowieka, ani nie da się uczłowieczyć w pełni Boga. Punktem wyjścia jest dobro drugiego, gdyż miłość nie szuka swego – czyli nie jest zaspokojeniem swoich pragnień, potrzeb, metodą na zwalczenie traum z dzieciństwa i ukojenie skołatanych nerwów. Agape „nie unosi się gniewem, nie pamięta złego” – nie ulega czystym emocjom, nie daje się wyprowadzić z równowagi i nie skupia się na tym, co złe, ale szuka tego, co dobre.

A wszystko to w prawdzie, albowiem miłość „nie cieszy się z niesprawiedliwości, leczy współweseli się z prawdą” (13,6). Co to oznacza? Tyle, że miłość nie cieszy się ze zła, kłamstwa, upadku i grzechu. Prawdziwa miłość akceptuje zasady Bożej sprawiedliwości takimi, jakie one są. Człowiek sprawiedliwy w Biblii realizuje wolę Boga, żyje w prawdzie o sobie i Stwórcy. Tylko wtedy miłość może się prawdziwie realizować i rozwijać. To siła, która „wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję, wszystko przetrzyma” (13,7). Czy taka jest miłość czysto ludzka? Choć zdawałoby się to naiwnością, by w naiwności i zaufaniu bezgranicznym widzieć szanse na przetrwanie, taka jest właśnie miłość, w której udział ma Bóg. Wiara i nadzieja sprawiają, że nawet w najczarniejszych chwilach jest to światełko w tunelu. Wciąż jednak musi to być nadzieja oparta na prawdzie – przypomnijmy choćby uleganie fałszywym prorokom, którzy wykorzystywali wielkie zaufanie w nich pokładane zarówno w latach 132-135 w Judei, jak i w Ameryce w latach 1914, gdy pewna sekta czekała na powrót proroków.

Kwestia poznania

Wyższość miłości nad charyzmatami widzi Paweł także w tym, jak długo one trwają: „Miłość nigdy nie ustaje, [nie jest] jak proroctwa, które się skończą” (13, 9). Agape jest stale aktualna. Proroctwa charyzmatyków pojawiają się i znikają, raz są a raz ich nie ma. A Miłość trwa, „choć zniknie dar języków i choć wiedzy już nie stanie”. Dlaczego tak? Dlaczego nasze charyzmaty, choć tak wspaniałe, są tak nikłe w porównaniu z agape-caritas Bożą?

Jesteśmy tylko ludźmi, którzy są przez grzech pierworodny oderwani od Boga. Choć on sam został usunięty przez chrzest, to jednak jego skutki pozostają (można wyjąć nóż z jabłka, ale to nie znaczy, że zrośnie się nacięta skórka i przecięty miąższ). W efekcie tego „po części tylko poznajemy i po części prorokujemy” – a więc i wiedza, i języki i proroctwa tak naprawdę nie są dokładnym obrazem woli Bożej. Jest nią agape. „Gdy zaś przyjdzie to, co jest doskonałe, zniknie to, co jest niedoskonałe” (13, 10). Kiedy? Wtedy, gdy przyjdzie Królestwo Niebieskie, gdy nastąpi Paruzja, albo gdy staniemy przed Bogiem. Wtedy te charyzmaty będą w sumie zbędne. A co pozostanie? Miłość.

Tu wracamy do słówka „aschemoneo”, czyli idei „niestosowności”. Paweł przypomina analogię do dziecka, jego zachowania, emocji i sposobu wyrażania się: „Gdy byłem dzieckiem, mówiłem jak dziecko, czułem jak dziecko, myślałem jak dziecko. Kiedy zaś stałem się mężem, wyzbyłem się tego, co dziecinne” (13,11). I można zadać pytanie: czy chodzi tu tylko o kolejne etapy w rozwoju biologicznym, społecznym i umysłowym każdego człowieka, czy także o czasy przed nawróceniem i po nim? Przecież tego właśnie chciał Paweł od Koryntian: by zaczęli zachowywać się jak chrześcijanie („dorośli”), podczas gdy oni woleli tkwić w stanie niedojrzałości wiary, pogaństwie czy judaizmie („dzieci”).

Poznanie ludzkie teraz Paweł przyrównuje do odbicia w lustrze: „Teraz widzimy jakby w zwierciadle, niejasno” (13, 12). Bo też lustra nieco kłamliwie oddają rzeczywistość, a i zawsze tylko wycinek. A już tanie, prymitywne lustra z polerowanego brązu były bardzo niewyraźne, że trzeba było się troszkę wysilić, by rozpoznać własną twarz. A co będzie, gdy poznamy doskonale? „Wtedy zaś [ujrzymy] twarzą w twarz”. Miłość zakłada poznanie drugiego. Dobra, da się poznać drugiego człowieka – ale Boga? Był jeden taki, co mówił z Bogiem twarzą w twarz (panim el-panim) już w Starym Testamencie – Mojżesz (por. Wj 33, 11). W Nowym Testamencie ludzie spotykali Jezusa, ale zdawali się ulegać temu, że był On wcielony i nie mogli się przełamać, by patrzeć na niego jak na Boga i w pełni poznać. A jednak Jezus znał ukryte zamiary ludzi, znał ich serca. Kochał ludzi takimi, jakimi byli, a nie takimi, jakimi chciał, by byli.

Paweł przyznaje: „Teraz poznaję po części, wtedy zaś będę poznawał tak, jak sam zostałem poznany”. Bóg w swej miłości zaprosił ludzi do relacji, do której jak dotąd dopuszczeni byli nieliczni. W swej miłości do ludzi nie tylko zniża się, by stać się dla nich choćby troszkę poznawalnym, ale też wynosi ich do takiego poziomu, że sami mogą poznać prawdziwie.

Wnioski kończące „Hymn”? „Tak więc trwają wiara (pistis), nadzieja (elpis), miłość (agape) – te trzy: największa z nich [jednak] jest miłość” (13, 13). Nic dodać, nic ująć.

Author: Rafał Growiec

Podziel się artykułem na

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *