Jedyna słuszna opcja?

Dziś nie wypada być nieszczęśliwym. Po prostu nie i już. A gdyby przemknął ci przez myśl, zachowaj Boże, taki straszny pomysł, to w pogotowiu zawsze czeka cały sztab specjalistów gotowych pospieszyć z pomocą twojemu zagrożonemu szczęściu. I jak tu nie być szczęśliwym?


Kiedy mówimy o szczęściu, to przed oczami pojawia mi się klasyczny obrazek zza oceanu. Kiedy ktoś pyta Amerykanina, jak się miewa, ten zawsze odpowiada z hollywoodzkim uśmiechem, że świetnie. W rzeczywistości może być zupełnie inaczej, jednak nie wypada przyznać się przed kimś, nawet dobrym znajomym, że czegoś mu brakuje, albo coś się nie udało. Nie ma takiej opcji. Współczesna popkultura, bazująca ochoczo na amerykańskich wzorcach, wszczepia również nam przekonanie, iż każdy obligatoryjnie musi być szczęśliwy. Tu i teraz. A jeżeli tak nie jest, to koniecznie trzeba z tym coś zrobić. I to za wszelką cenę. Wtedy taki biedny człowiek rzuca się w pogoń za tym całym szczęściem, cokolwiek pod tym pojęciem rozumie i nie spocznie, dopóki go nie znajdzie. Chyba, że w którymś momencie stwierdzi, że ma już dosyć tego szaleństwa…

KOŁOWROTEK

Pragnienie szczęścia jest samo w sobie dobre i naturalne. Złożył je w naszych sercach (oraz zapewne mózgach) sam Bóg. Wyraża ono także wielką tęsknotę człowieka za pierwotną, nieskażoną niczym zażyłość ze Stwórcą, jakiej doświadczali w Edenie pierwsi ludzie. Niestety po drodze ludzkość zdążyła narobić mnóstwo głupot oraz uwierzyć w całą masę bzdur. I tak oto pojawiło się przekonanie, że człowiek ma prawo być szczęśliwy (to się akurat zgadza), a prawo wkrótce stało się obowiązkiem. Do tego jeszcze należałoby dodać kwestię skrajnego egocentryzmu, bo to przecież ja mam być szczęśliwy, a resztę świata mam w poważaniu. W ten sposób człowiek sam skonstruował sobie kołowrotek, wszedł do niego, zaczął biec i nie bardzo wie, jak się z tego wszystkiego wyplątać.

MYDLANE BAŃKI

Kolejny problem to definicja szczęścia, jaką się nam wmawia. Bazuje ona na popędach, najprostszych potrzebach i łatwym ich zaspokajaniu. Chcesz coś mieć, to sobie to kupujesz, zużywasz, a następnie wyrzucasz. Klient płaci, klient wymaga, więc ma być szybko, miło oraz profesjonalnie. Za pieniądze nabywa się odrobinę przyjemności, ułudę szczęścia, która po chwili pryska jak bańka mydlana i zostawia takiego biednego „szczęściarza” z poczuciem dotkliwej pustki, domagającej się zapełnienia, przeważnie tymi samymi bodźcami, tyle że z większą intensywnością. Coraz więcej, coraz mocniej, coraz częściej, aż w końcu dochodzi się do muru, z którym nie ma już nic. Przymus szczęścia zapędza w kozi róg, a wydostać się z niego graniczy z cudem.

ZGODA NA TĘSKNOTĘ

Na szczęście – nomen omen – nie musi stać się to udziałem wszystkich. Warto uświadomić sobie, że pełnia szczęścia na ziemi nie jest po prostu możliwa. Wiele może się udać, można spełnić wielkie marzenia, dobro może stać się naszym udziałem w dużym stopniu, ale nigdy nie będzie to 100%. Jeśli jest w człowieku zgoda na tęsknotę za doskonałym i wiecznym szczęściem, to przyjmuje on postawę aktywnego i otwartego dążenia. To znaczy, że sam  podejmuje działania, mające zbliżyć go do szczęścia, a jednocześnie pozostaje otwarty na innych ludzi oraz na zmiany, jakie mogą w jego życiu zaistnieć. Dążenie zakłada zaś, że cel jest osiągalny dopiero w dalekiej perspektywie. Koniecznie trzeba też pamiętać o autentyczności. Właściwie ugruntowane pragnienie szczęścia daje się zweryfikować prawdzie – obiektywnej ocenie naszych czynów oraz ich skutków, w odniesieniu do wszystkich relacji, w których pozostajemy. Taka postawa nie wpędza nigdy do kołowrotka, ponieważ ani nie zabiera wolności, ani nie zawęża chorobliwie perspektywy. Ona wręcz  pomaga oswoić dar wolności, a także poszerza pole widzenia o kilka naprawdę pięknych widoków.

A CO NA TO PAN BÓG?

Tradycja chrześcijańska wypracowała świetny sposób na odkrycie prawdziwej tęsknoty za szczęściem i umiejętne obchodzenie się z nią. A nazywa się on asceza. Wiem, że brzmi to staroświecko i może nawet przyprawiać o gęsią skórkę, ale to tylko kwestia czarnej propagandy, jakiej to słowo padło ofiarą. Asceza to praktyka znana od samego początku chrześcijaństwa, a do jej wielkiego rozwoju przyczynili się przede wszystkim Ojcowie Pustyni. Starożytni mnisi dzięki doświadczeniu braku i pustki poznawali całe spektrum możliwości ludzkiego ducha. Zaobserwowali, że wyzbycie się nadmiaru przynosi spokój ducha, a cisza oraz dobrze przeżywana samotność (nie osamotnienie!) pozwalają znaleźć człowiekowi właściwe dla niego miejsce, a także pozycję w relacjach. Eliminowanie tego, co zbędne, choć może się wydawać absolutnie potrzebne, pomaga w obraniu kursu na właściwe szczęście. Nie pozwala zadowalać się nędznymi substytutami, lecz ukierunkowuje na prawdziwe wartości. I właśnie takie szczęście można nazwać jedyną słuszną opcją.

Author: Małgorzata Różycka

Studentka medycyny na berlińskiej Charite. Pasjonatka żeglarstwa i podróży tam, gdzie oczy (i nogi) poniosą.

Podziel się artykułem na

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *